Eseje - Najwyższy Najbliższy cd. cd.









BOŻA PEŁNIA

Kiedy zmartwychwstał, wówczas to, co wziął na siebie, co było zjednoczone z Nim przez akt stworzenia, co zwaliło się na Niego przez nasz grzech i uczyniło skatowanym winnym krzewem o poranionych latoroślach, co z Nim razem umarło przez ogrom zła świata, to wszystko przywrócił do życia. W odrodzonym krzewie, którego świeże latorośle są oczysz­czo­­ne z brudu i bólu, posiedliśmy inne życie, niby miejscówki w zupełnie nowej generacji ekspresie, który jeszcze czeka, a w nim miejsca zarezerwowane dla każdego z nas. Tym eks­pre­sem jest Zmartwychwstały, oferujący mieszkań wiele. Gdzie? W domu Ojca. 

Ludziom starego Przymierza nie śniło się nawet, by po śmierci miejsca dla nich mogły być przygotowane gdzie indziej jak tylko w Szeolu, grobowej krainie, w której człowiek zachowuje życie, staje się wolny od niepokoju, cierpienia, jak tylko na łonie Abrahama, gdzie można cieszyć się obcowaniem z przodkami, ale pozostawać w obecności Boga nie bliższej, niż za życia ziemskiego. Bo przecież nie Niebo jest krainą zmarłych. Niebo to miejsce wyłącznie Boga, za siedmioma sklepieniami, gdzie może przebywać tylko On sam, w swej absolutnej odrębności od stworzenia. Dziś powiedzielibyśmy, że Niebo nie jest żadnym miejscem, Niebo to sam Najwyższy w swej Transcendencji. I z tego właśnie Nieba, łamiąc bariery trzykrotnej świętości, zstąpił do nas Syn Boży - uniżył samego siebie przyjąwszy postać sługi. I do tego Nieba wstąpił też z powrotem, kiedy spełnił swoje posłannictwo. Dlatego nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił - Syna Człowieczego (J 3,13). A jednak Chrystus pokonał ten dystans podwójnie, raz za siebie, a drugi raz za nas, gdy obiecał nam, że oto w Niebie, w domu Ojca Mego jest mieszkań wiele – mieszkań dla nas. Żydzi do dziś są zgorszeni tym chrześcijańskim zniżeniem Nieba, a na nas, niestety, to zniżenie nie robi najmniejszego wrażenia: fakt, że życia wiecznego oczekujemy nie domu Boga, nie powoduje naszego zachwytu, ani nawet najmniejszego zdziwienia. A przecież jest to rewolucja! Zobaczmy, jak do niej doszło! 

Kiedy Zmartwychwstały stanął przed Apostołami, pokazał, że Jego ziemskie życie, skażone grzechem świata, przemieniło się w życie nowe, inne, nie z ziemi, ale ze świata niebiańskiego. Okazało się, że możliwy jest most – łac. pontus między Niebem a ziemią, sprawiający, że ziemskość nie odstaje już tak od Boskości, bo w Chrystusie ziemskość ta ma swój bliski Bogu kształt. Ujawniło się, że Chrystus to budowniczy mostów – pontifex – kap­łan. Stworzenie, które od początku było cząstką Chrystusa, w Zmartwychwstałym stało się cząstką Jego Jedności z Ojcem. Pokazał to, gdy objął cały świat i cały grzech w Męce, gdy oczyścił wszystko w Zmartwychwstaniu i gdy wreszcie we Wniebowstąpieniu podniósł to, i wniósł w Tajemnicę Boga, kiedy uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. (Dz 1,9). Tak znalazł się za zasłoną obłoku, w jedności z Bogiem Ojcem. Ale znalazł się tam nie sam, lecz, jako prawdziwy winny krzew, z nami - swoimi latoroślami. Oto sens Wniebowstąpienia! Zasiadł po prawicy Ojca jako równy Mu Bóstwem Jednorodzony, ale tym razem złączony jeszcze więzami oblubieńczej miłości z nami. Nowej generacji ekspres do­tarł do celu, a w nim miejsca dla nas, możliwe do zajmowania aż po ostatnią chwilę życia. 

Owa perspektywa mojego życia w Niebie jest wstrząsająca. Wyznacza niesamowity kierunek, w ja­kim ma rozwijać się moje „tu”. Jest to kierunek wchodzenia w więź z Bogiem przez wiarę, nadzieję i miłość, dla więzi tej dany jest w Kościele Duch Święty. On to zapewnia wzrastanie w głębszym poznaniu Ojca (Ef 1,17). Właśnie Chrystus całe stworzenie, z tym, co było bardzo do­bre i z kruchością prochu, wziął na siebie, nie po to, by zatrzymać je dla siebie, ale by w całości oddać Ojcu. Jego więź z Ojcem jest na pierwszym planie Ewangelii. Rozmodlony, pełniący jedynie Jego wolę, głosi dobrą nowinę, że również my mamy w Bogu Ojca, że Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą (Mt 7,11). 

Prawda o tym, że nasza nadzieja i powołanie to sam Najwyższy, nasz Ojciec, stanowi niesłychany przewrót w życiu człowieka. Dlatego czymś najbardziej upragnionym są światłe oczy serca, które pozwalają poznać tę nadzieję, to powołanie, całe bogactwo chwały Jego dziedzic­twa wśród świętych (Ef 1,18-19), poznać jak dziedzictwo, przypadające nam w wy­niku śmierci Chrystusa, pełne jest nieziemskiej chwały, bo stanowi dziedzictwo na mi­a­rę Nieba. Otrzymaliśmy je jako owoc Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia Chrystusa, kiedy Bóg wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich, ponad wszelką Zwierzchnością i Władzą, i Mocą, i Panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym (Ef 1,20-21). Wtedy to uczynił Go Panem stworzeń ziemskich i duchowych, objął wszystko zmartwychwstałym Ciałem, zjednoczył w krzewie winnym, napełnił całą Pełnią Bożą (Ef 3,19). A stało się to jako uwieńczenie tego, co było od początku, że wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone (Kol 1,16). 

To wszystko z Nim odbyło swoją Pas­chę doznanego miłosierdzia i oczyszczenia przez Jego Krzyż i Zmartwychwstanie ku jedności z Ojcem. I tak powstała w Duchu Świętym najwyższa wieź między Ojcem, a Synem Arcykapłanem stworzenia - Pełnia Tego, który, będąc jedno z Ojcem, oddał swoje Ciało dla potrzeb wspólnoty ze stworzeniem. Zechciał bowiem Bóg, aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego znów pojednać wszystko ze sobą: przez Niego - i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża (Kol 1,19-20). Ta Pełnia ma swoją Głowę. Jest nią Chrystus, najwyższy, uprzywilejowany i najbardziej zaszczytny punkt; Ten, który koordynuje wspólne życie. I wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami (Ef 1,22-23). Ta Pełnia obejmuje wszystko, co jest: Boga i stworzenie, łaskę płynącą od Boga i do stworzenia. W tej Pełni Syn Boży bierze do siebie swoją stworzoną Oblubienicę, a Stworzona znajduje w Nim wszystko: ogień i płomień – wydoskonalenie i uszczęśliwienie. Dokonują się one w ogarnięciu obojga przez Ojca. To właśnie jest Pełnią zjednoczenia w Miłości. Życie duchowe wytrysnęło z Chrztu i powoli zanurza się w tej Pełni, coraz lepiej się w niej odnajdując. 

Życie w Pełni nie jest czymś ekskluzywnym, ale zaczyna się fundamentalną łaską daną człowiekowi - Chrztem Świętym. Jednak z początku jest ono nieświadome, dalekie od żywotności, z powodu niedojrzałego człowieczeństwa. Moje dojrzewanie odbywa się stopniowo za sprawą darów naturalnych i nadprzyrodzonych, o ile przyjmuję te dary i karmię się nimi. Wśród nich należy wymienić takie kategorie jak: doświadczenie życiowe, doświadczenie życia duchowego, przeżyte cierpienia, próby, zmagania z pokusami. Na przeszkodzie zaś dojrzewaniu stają wielorakie bariery: złudzenie samowystarczalności, niezgoda na upokorzenia, dezintegracja sfer cielesnej, psychicznej i duchowej, nie dostrzeganie znaków rzeczywistości duchowych. Łaska, która stopniowo oczyszcza i wyzwala z ograniczeń, odsłania w moim wnętrzu doświadczenie bycia zanurzanym w Pełni.
To doświadczenie uczestnictwa w Pełni najpierw jest przeżyciem solidarności w winnym krzewie - szczęście z powodu szczęścia innych latorośli i ból z powodu ich niedomagania. Radości i smutki, zwycięstwa i porażki rozpływają się po całym krzewie i odbijają się na Chrystusie. Co raduje albo co boli jedną latorośl, jest sprawą drugiej, ale przede wszystkim sprawą Chrystusa. Ale także wszystko, co jest sprawą Chrystusa, co On czyni, w tym także ja mam udział i mogę być dumny. Duchowa Jedność nadaje memu życiu sens. Druga sprawa odkrycie Głowy. Odnalezienie się w Jedności jest możliwe za sprawą odwoływania się do Gło­wy, widzenie Jej dodaje odwagi, a, co najważniejsze, uświadamia mi istnienie głębokiego sensu globalnego. Sam poruszam się po wycinku rzeczywistości, dopiero spojrzenie na Głowę, pozwala uświadomić sobie wzajemne współzależności i szeroki horyzont całości. Żyjąc wycinkowo nie wi­dzę sensu życia, dopiero zdanie się na Głowę, daje szan­sę poznania sensu przez radość z udziału w całej kompozycji. A radość ta wiedzie ku zaślubinom. Chrystus bowiem ukrywa się, nie eksponuje swej bliskości, faktu, że trzyma mnie w przylgnięciu do swego Ciała. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała, bo zostaliście napełnieni w Nim. (Kol 2,9-10) Uchyla kolejne drzwi i po­kazuje Tego, kim mnie napełnił – Ojca.­­
Diakon Jan, 2013 






JEDEN KRZEW WINNY

Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia.. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - o ile nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami. Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. (J 15,1-11) 

Dwaj są w ogrodzie: rolnik, który uprawia – Ojciec i krzew winny, który rośnie i owocuje – Syn. Ojciec kocha Syna i troszczy się o owoce Jego życia, Syn kocha Ojca i przysparza mu swoim życiem chwały. Staranie Ojca zmierza do tego, by Syn rozrastał się potężnie i przynosił obfite owoce - to z miłości do Niego uprawia ziemię i oczyszcza gałązki krzewu. Syn zaś przy­jmuje troskę Ojca z otwartością i jest Mu wdzięczny. Ich Miłość nadaje sens całej plantacji. 

Lecz tu nie wyczerpuje się sens alegorii, raczej dopiero zaczyna. W niej bowiem znajduje swe odbicie również akt stworzenia. Okazuje się, że gałązkami krzewu, na których wyrastają liście i rodzą się winne grona jest stworzenie, a pośród niego w szczególny sposób my, ludzie. Tych gałązek Chrystus ma wiele i to one przynoszą plon. Jednak im samym często wydaje się, że swe owoce rodzą zupełnie samodzielnie: przecież to na nich wyrastają owoce i to one dźwigają ich ciężar; wtedy rodzi się myśl, żeby o krzewie całkiem zapomnieć, a widzieć tylko siebie, gałąź wielce samodzielną, która delektuje się swym owocowaniem. Pokusa takiego myślenia jest bardzo silna. A jednak żadna gałąź nie ma szans na owocowanie jeżeli nie jest zrośnięta z krzewem. 

Więc dobrze – myślimy sobie – może jesteśmy gałęziami krzewu, ale wtedy Chrystus jest tylko korzeniem, albo co najwyżej pniem, tak będzie bardziej naturalnie, ocaleje moja odrębność... 

A jednak to nie tak. Chrystus jest całym winnym krzewem, z jego gałęziami, liśćmi i owocami. On jest jedynym dziełem Ojca, rosnącym wszerz i wzwyż, i przynoszącym owoc obfity. To owocowanie stanowi dzieło Boże od stworzenia, przez odkupienie aż po kres czasów i jest ono całkowicie owocowaniem Chrystusa. Moim, ludzkim dziełem staje się z mocy daru, jako współudział z Bogiem. 

Aby nie ograniczać się do myślenia w kategoriach osobnej gałązki, potrzebuję szerokiego spojrzenia, świadomości, że jestem częścią winnego krzewu. Przeżywanie przynależności do tego krzewu stanowi w życiu duchowym wyzwanie. Rodzi się pytanie, jaki charakter ma trwanie w tym związku z Chrystusem. Człowiek doszukuje się różnych wyjaśnień, a tymczasem odpowiedź jest jedna, najprostsza – ja, człowiek, stanowię wraz z winnym krzewem jedno ciało. Jestem zjednoczony z Synem Bożym związkiem małżeńskim od chwili stworzenia, kiedy stałem się Jego obrazem i zostałem umieszczony w ogrodzie Eden. Tam Bóg zapewnił mi dostatek wody, dał pokarm z drzewa życia, zapewniający nie kończące się przebywania w bliskości przechadzającego się po ogrodzie w porze, kiedy był powiew wiatru. Zostałem więc stworzony jako roślina, która może rosnąć tylko nad płynącą wodą, jako istota przeznaczona do mistycznego zjednoczenia z Bogiem. Wszystko w życiu zawdzięczam tej więzi i nie ma niczego, co mógłbym uczynić bez niej. Zawsze czerpię z Boga, zawsze korzystam z jakichś Jego darów. Nawet wtedy, gdy popełniam grzech, wykorzystuję Boga, choć do jakże Mu obcych celów. Tak czy inaczej w każdej sytuacji potrzebuję złączenia z Nim. Zaś łączność ta jest osiągana tylko jedną drogą - przez zjednoczenie w jednym ciele z Chrystusem – Oblubieńcem. Więź Syna Bożego i ludzi ma charakter miłości tak głębokiej, że aż posuwającej się do wzajemnego oddania sobie. Znak miłości małżeńskiej ma właśnie ten charakter, ochoczego wyzucia się wzajemnie wobec siebie z barier intymności i całkowitego otwarcia na współmałżonka, ponieważ znak ten został stworzony właśnie na obraz duchowego zjednoczenia z Oblubieńcem w jednym krzewie, jednym ciele, które jest ciałem Zmar­twychwstałego. 

Moja więź z Chrystusem, zapoczątkowana z chwilą stworzenia, została śmiertelnie podcięta przez grzech, przypominający w swej istocie ucieczkę dziecka z domu Ojca, albo zdradę małżeńska. Ale więź ta została odnowiona za sprawą chrztu, by znowu rozrastać się w jeden krzew, pielęgnowany przez Ojca. Moje rosnące i owocujące zjednoczenie z Chrystusem nie jest teologiczną abstrakcją, ale należy do porządku rzeczywistości duchowej. Przejawia się przede wszystkim w więzi miłości - w moim współdziałaniu z Chrystusem. Współdziałanie to oznacza z jednej strony, że to, co Bóg czyni wśród stworzenia, zostaje powierzone nam i będzie wykonane przez kogoś z nas. Nie będzie owocu winnego krzewu, który nie wyrósłby na którejś z jego gałęzi - Nie mam innych rąk oprócz twoich. Znakiem tego całkowitego zdania się Chrystusa na nas jest Jego obecność w świecie unieruchomiona pod postacią chleba i wina. Chrystus skazał się całkowicie na człowieka. Ale z drugiej strony również my, ludzie jesteśmy całkowicie zdani na Niego. Owocujemy tylko wtedy, gdy stanowimy Jego część, gałązkę karmioną sokami winnego krzewu. Dlatego Chrystus mówi o wzajemności - Kto trwa we Mnie, a Ja w nim... Ta wzajemność jest godnym podziwu zniżeniem się Boga do mnie i zarazem moim wywyższeniem. Bo, czy kto słyszał, żeby ludzkie dzieła stały się kiedykolwiek cząstką dzieł samego Boga? Bóg jest całkowicie przy mnie: Jego dzieła wychodzą z moich rąk i zarazem moje dzieła opierają się na Jego mocy. Nigdy nie jestem sam, bo nieustannie uczestniczę w jedności winnego krzewu. 

A co jeżeli jednak gałąź, złączona z Chrystusem, nie wykonuję dzieła Bożego, działa na szkodę krzewu, popełnia grzech? Wtedy zaczyna marnieć, jej liście zwijają się, pokrywają plamami, więdną, rodzą się coraz gorsze owoce i jest ich coraz mniej. A jednak nadal jest to gałązką krzewu. Mój grzech sprowadza złe owoce na gałąź krzewu Chrystusa, przez zło „zmu­szam” Chrystusa do noszenia chorych gałęzi i rodzenia zwyrodniałych owoców. Chrystus nie popełnił grzechu, ale zaczyna dźwigać mój grzech, staje się grzesznikiem moimi grzechami i tak zmarniały stoi w ogrodzie, krzew oszpecony moją samowolą. Wtedy to właśnie padają o Nim słowa: Oto człowiek. Tak wygląda człowiek nie rodzący zdrowego owocu, tak wyglądam ja. Brak owocowania jest źródłem straszliwego bólu człowieka i Boga: chorujemy my, boleje Matka Boga, cierpi Boży Syn i sam Ojciec. 
Ale Ojciec, zatroskany o Syna, o krzew chory naszymi chorobami, nie tylko nie pró­buje go wycinać, ale do końca uparcie pielęgnuje. Jednego ma Syna, którego kocha i wie, że chore gałązki, wyszlachetnieją, ponieważ stanowią część silnego organizmu Syna Bożego. I nawet, gdy krzew obumrze, wie, że wypuści Odrośl, na nowo obije, zmartwychwstając do nowego życia. Znowu będzie miał nas, swoje gałązki, przemienione i już nie nastręczające problemów z owocowaniem. Bóg odradza swój krzew jednym aktem wszechmocy. 
Oto jak dar zjednoczenia stworzenia z Synem Bożym stanowi wyraz najwyższego miłosierdzia Ojca wobec niego. Bo jak bez Chrystusa nie może ono nic uczynić, tak z Nim może dostąpić wszystkiego. 

Jeżeli jednak jakaś gałązka naprawdę przestaje rodzić i na Słowo Chrystusa zupełnie nie reaguje, jeżeli, jeśli to możliwe, żadne zabiegi pielęgnacyjne Ojca już nie skutkują, wówczas jest możliwe, choć wielka to tragedia całego krzewu, że gałąź Chrystusowa obumiera i taka pozostaje – odłączona od jedności. Aby do tego nie dopuścić Ojciec i Syn dają wszystko z siebie – ze swego bogactwa miłosierdzia. 

Powróćmy jednak do jedności krzewu. To zjednoczenie ma swoje daleko idące konsekwencje w modlitwie. Jestem cząstką Chrystusa, kiedy więc proszę, prosi Chrystus, a Ojciec miłujący Chrystusa jest o tę prośbę nieskończenie zatroskany. Co więcej, mogę prosić zawsze i o co chcę, bo widzę otwartość Ojca, który jak rolnik krząta się koło mnie - cennej gałązki Chrystusowego krzewu. Czuję, że w Jego oczach mam ogromną wartość, bo podlegam serdecznej trosce – wraz z Chrystusem jestem Bożym dzieckiem. A co może być treścią tej mojej prośby, kierowanej do Ojca razem z Chrystusem? Oczywiście to, co stanowi istotę mojej łączności z Chrystusem, czyli owocowanie. Jeżeli przedmiotem prośby czynię realizację dzieła Bożego, dobro owocującego krzewu, to nie ma obawy, żeby modlitwa rozminęła się z wolą Bożą - żebym nie został wysłuchany. A jeżeli proszę Ojca o cokolwiek, to Ojciec widzi w mojej modlitwie potrzeby, które dotyczą mnie jako cząstki owej rozrastającej się Chrystusowej jedności. I też jestem wysłuchany dla dobra tej jedności. Modlitwa wypływająca z więzi z Bożym Synem staje się wkładem w rozwój i owocowanie całego Bożego dzieła, przyczynia się do wejścia stworzenia w jedność z Ojcem, dzięki jedności z Jego Synem. Natomiast modlitwa wyłamująca się z jedności krzewu Bożego dzieła zawsze cierpi we mnie na bolesną samotność. U początku drogi to wszystko wydaje się abstrakcją, z czasem jednak staje się treścią życia. 
Każde spotkanie daje radość, jednak radość prawdziwa wypływa dopiero ze spotkania z Ojcem, źródłem wszystkiego co Jest. Dlatego tylko Chrystus nosi w sobie tę bezgraniczną radość Boga, jedyną, która opiera się złu, pozwala udźwignąć ciężar wcielenia, czystego życia na tym świecie oraz mękę zgotowaną przez stworzenie. Przez naszą jedność z Chrystusem ta Jego radość zostaje udzie­lona nam i wtedy nasza mała radość życia staje się pełniejsza. Im bardziej karmimy się Chrystusem i wchodzimy w jedność z Nim, tym większą mamy szansę na pełnię radości. 

Zapytajmy więc, czym jest w istocie owa niezwykła jedność, dająca pełnię radości. Jest jednością w łonie Trójcy Świętej. Ten krzew i krzątający się koło niego z Miłością Ojciec wyraża wewnętrzne zjednoczenie Boga w Miłości. Ale Ojciec chce, by krzew rozrastał się coraz to nowymi pędami - pragnie mieć dzieci złączone z Jednorodzonym wspólnym obiegiem Miłości. Ten wspólny obieg Miłości oznacza ogarniecie wszystkich przez jednego Ducha. Tak więc z jednej strony Ojciec, stwarzający nas w jedności ze swoim Umiłowanym Synem, Ojciec, który kocha Syna, a razem z Nim także nas, z którymi Syn zespolił się w jedno z Miłości. A z drugiej strony Syn, całkowicie skupiony na Ojcu, zwrócony ku Niemu i oddany Mu, przez Niego karmiony, uczony, ochraniany. Gdy wpada On w ramiona Ojca, wtedy i my wpadamy w ramiona Ojca, Ich Miłość doprowadza nas do życia w Bogu. 

Doprowadza nas, jeżeli słuchamy Słowa. Nasze bowiem trwanie w Miłości Chrystusa jest podtrzymywane przez zachowywanie przykazań Chrystusa, tak jak Jego trwanie w Miłości Ojca wyraża się w zachowywaniu przykazań Ojca. Dlaczego przykazań? Bo u Jana przykazania to cała nauka – Ewangelia, Słowo Boże. Jak Syn uczy się od Ojca, czyni Jego wolę i przez to ma jedność z Ojcem, tak uczeń Chrystusa słucha Chrystusa, według Niego postępuje i przez to trwa w Nim. Karmienie się nauką, Słowem, samą Osoba Chrystusa, Eucharystią jest wyrazem i gwarantem spotkania w Jednej Miłości. A w tej Jednej Miłości Ojciec Chrystusa staje się moim osobistym Ojcem, Boży Syn - moim osobistym Oblubieńcem i Boża Matka - moją osobistą Matką. Ta prawda o moim życiu jest największa. Czegóż więcej potrzeba? 
Diakon Jan, 2013 




JEDNO CIAŁO

Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Wszystkim zaś objawia się Duch dla [wspólnego] dobra. (...) (1 Kor 12,4-11) Jeden jest Bóg, Ojciec, jeden Pan stworzenia, Jego Syn i jeden Duch Święty. Żyję, działam, jestem aktywny, ponieważ te dary otrzymałem od Ojca, sprawcy wszystkiego we wszystkich, źródła mocy stwórczej. Ten Ojciec dał mi życie pośród ludzkiej społeczności, wspólnoty Jego dzieci. We wspólnocie tej potrzebujemy jedni drugich, jedni od drugich przyjmujemy różne rodzaje posługiwania, a wszystkie one są dziełem Pana, Jezusa Chrystusa. To On, Syn podejmuje całą troskę o nas, swoich braci, dzieci swojego Ojca. To On, pierwowzór Bożego dziecka, jest wzorem zatroskania o współbraci i najdoskonalszej za nich odpowiedzialności – jedynym ich Zbawicielem. Wreszcie potrzebujemy różnych darów łaski, które poprowadzą nas do jednego, wspólnego dobra, które naszą wspólnotę zakorzenią w Ojcu i Synu. Źródłem tych darów jest jeden Duch Święty. Oto jak cała Najświętsza Trójca jest zaangażowana w nasz los. Każda z Osób Boskich gorąco zajmuje się obdarowywaniem. 

Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem. Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, [aby stanowić] jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem. Ciało bowiem to nie jeden członek, lecz liczne [członki]. (1 Kor 12,12-14) Jakie są te posługiwania Chrystusa dla nas? Z jednej strony różnorodne, jak różne odcienie mają nasze potrzeby i jak każdy z nas jest inny. Ale z drugiej strony wszystkie one sprowadzają się do jednego: do Ojca, który jest spełnieniem tych potrzeb, do którego trzeba nas przyprowadzić i z którego trzeba zaczerpnąć dla nas te wszystkie odcienie zbawienia. Właśnie to zadanie Syn Boży bierze na siebie. On jest wykonawcą jednej posługi, bogatej w swe różnorodności – posługi obdarowania każdego tym, czego mu potrzeba, by zawiązała się w nim więź z Ojcem. Jest Zbawicielem całkowicie zaspokajają­cym każdego i wszystkich, jeśli tylko poznają Go. On stanowi Osobę, żyjącą w Ciele, której różne członki spełniają różne posługi na rzecz dzieci jednego Ojca. Zatem jedno Ciało to Chrystus, który dla nas jest jak ten, który służy. I jedno Ciało to także nasza wspól­nota – całe stwo­rzenie i my, dzieci Ojca. Stanowimy różnorodność członków, które nie są luźnym zlepkiem, ale tworzą ścisłą jedność, żyją jako społeczeństwo, wzajemnie siebie potrzebują i bez duchowej bliskości pogrążają się w samotności. Zatem jedno ciało to również ludzka społeczność. Te dwa znaczenia Ciała na pierwszy rzut oka nic nie łączy. Jednak tajemnicą, nad którą się tu pochylamy w doświadczeniu mistycznym jest to, że Ciało odkupionej wspólnoty ludzkiej i Ciało posługującego tej wspólnocie Chrystusa Zmartwychwstałego, jest jednym i tym samym Ciałem. Nosimy i przeżywamy obecność zarazem umarłego i żyjącego na wieki, a On wciela się w naszą jedność dzieci Bożych. Wszystko to dzieje się dzięki jednemu Duchowi Świętemu, który zamieszkuje we wszystkich, odkąd zostali ochrzczeni i jednoczy nas z Chrystusem. 

Jeśliby noga powiedziała: Ponieważ nie jestem ręką, nie należę do ciała - czy wskutek tego rzeczywiście nie należy do ciała? Lub jeśliby ucho powiedziało: Ponieważ nie jestem okiem, nie należę do ciała - czyż nie należałoby do ciała?(1 Kor 12,15-16) Całe stworzenie zostało przewidziane przez Boga jako cząstki Chrystusowego Ciała, w którym każdy ma swoje odpowiedzialne miejsce. Nie jest w moim interesie dążyć do odłączenia się od tej wspólnoty i jeżeli jest ktoś, komu zależy na odejściu od jedności, to nie Bóg, ale zły duch. Dlatego, gdy opieram się na Chrystusowym zwycięstwie nad złym duchem, nic nie może mnie odłączyć od miłości Chrystusa, od wspólnoty dzieci jednego Ojca. Każde osłabienie tej wspólnoty, odrywanie się od niej członków, tak przecież powszechne, pozostawia rany na Ciele. Poraniona wspólnota dzieci to zarazem umęczone Ciało Chrystusa. Dopóki nie jesteśmy w komplecie przy Ojcu, cierpi całe Ciało tej wspólnoty i w Ciele tym cierpi sam Chrystus. A skoro Chrystus zmartwychwstał, i to również w swoim Ciele, to i Ciało naszej, poranionej wspólnoty dzieci Bożych otrzymuje od niego nowe życie. Zmartwychwstanie niwecząc rany na Chrystusowym Ciele, leczy je stopniowo także na Ciele naszej wspólnoty, w miarę pogłębiania się jej więzi z Chrystusem, a oderwane członki na nowo zostają przyłączane do jedności. Zmartwychwstały do tego stopnia jest z nami, że skoro Boże zamysły o jedności są w toku realizacji, Jego Ciało nosi stygmaty konsekrowanych ran na rękach, nogach i boku. Od dnia stworzenia i dnia chrztu mam od Trójcy Świętej dar mistycznego zjednoczenia z Bogiem przez przynależność do jednego Ciała Chrystusa. Kontemplacja tej jedności jest drogą mojej odpowiedzialności za najmniejsze nawet członki Ciała. Także życie wieczne nie jest tylko odpoczynkiem, ale aktywnością, odpowiedzialnym posługiwaniem jedni drugim, które dokonuje się w pełnej bliskości dzieci Bożych między sobą oraz ze swoim Bogiem - Odkupicielem i Ojcem. Obie bliskości są nierozdzielne: kto jest z Chrystusem, wchodzi w jedność ze wszystkimi braćmi, bo Chrystusowi zależy na wszystkich członkach swojego Ciała. Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych mnieście uczynili. 

Gdyby całe ciało było wzrokiem, gdzież byłby słuch? Lub gdyby całe było słuchem, gdzież byłoby powonienie? Lecz Bóg, tak jak chciał, stworzył [różne] członki umieszczając każdy z nich w ciele. Gdyby całość była jednym członkiem, gdzież byłoby ciało? Tymczasem zaś wprawdzie liczne są członki, ale jedno ciało. Nie może więc oko powiedzieć ręce: Nie jesteś mi potrzebna, albo głowa nogom: Nie potrzebuję was. Raczej nawet niezbędne są dla ciała te członki, które uchodzą za słabsze; a te, które uważamy za mało godne szacunku, tym większym obdarzamy poszanowaniem. Tak przeto szczególnie się troszczymy o przyzwoitość wstydliwych członków ciała, a te, które nie należą do wstydliwych, tego nie potrzebują. Lecz Bóg tak ukształtował nasze ciało, że zyskały więcej szacunku członki z natury mało godne czci, by nie było rozdwojenia w ciele, lecz żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem. (1 Kor 12,17-25) 

Nikt nie ma podstaw, by ulegać rozpaczy, że nie jest potrzebny. Wszystkie członki Ciała Chrystusa są niezbędne i w poszanowaniu, ich godność, widoczna z naszej perspektywy, wypływa z przynależności obu stron do jednego Ciała – z więzi z Chrystusem. Godność człowieka i stworzenia jest widoczna tylko z Chrystusowej perspektywy, zrozumiała jako godność Jego członków. Dźwiganie członka po ludzku jakby mało godnego szacunku jest możliwe nie tylko przez wiarę, ale przede wszystkim przez mistyczne zjednoczenie z nim w Ciele bliskiego jemu i mnie Chrystusa: przez zjednoczenie zdrowego z chorym, strapionego z żyjącym w świetle, szarpanego udręką z żyjącym w pokoju. Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki. Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami. (1 Kor 12,26-27) 

Wspólnota życia w Ciele Chrystusa jest jedynym źródłem siły żywotnej dla każdego z nas, jej członka. Rodzi się zatem pytanie, jak ta cielesna wspólnota buduje się, jak rozwijają się w niej nasze więzi z Chrystusem i miedzy nami. Otóż Bóg w specjalny sposób tę wspólnotę tworzy, umieszczając w jej centrum Eucharystyczne Ciało Chrystusa. Jest to Ono Ciałem Zmartwychwstałego, wokół którego buduje się cielesna wspólnota nas z Nim - Ciało mistyczne. Już w tym życiu, na tym świecie zawiązuje się w Ciele więź z Chrystusem umarłym i zmartwychwstałym. Tryska On spod osłony Ciała Eucharystycznego promieniami, które łączą karmionych jednym Ciałem i namaszczanych jednym Duchem. Tak powstaje jeden organizm, gdzie sercem jest Eucharystia, a powiązania krwawo-czerwonymi i chwalebnie-złocistymi promieniami łączy wszystkich nas - członki w jedno Jego mistyczne Ciało. Podobne, choć znacznie bledsze promienie łączą nas, członki Ciała pomiędzy sobą. A wszystko to buduje Eucharystia. Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba. (1 Kor 10,17) 

Diakon Jan, 2013