Eseje - Najwyższy - Najbliższy c.d.










JEŚLI BÓG Z NAMI, KTÓŻ PRZECIWKO NAM

Mamy problem, że często nie czujemy, a czasem nie wierzymy, że Bóg jest z nami, że jest po naszej stronie, że jest blisko nas. Wtedy nie myślimy o Nim, nie widzimy potrzeby kontaktu. Czasem Bóg przypomina się nam w chwilach bardzo trudnych, ale i wtedy, gdy tylko nie zachowa się w sposób przez nas oczekiwany, zaczynamy Go oceniać i obwiniać o niesprawiedliwość i obojętność. Takie jest myślenie o Bogu wielu współczesnych wierzących. Rzadko mamy prawdziwy obraz Boga, zgodny z Objawieniem. Nie znamy Boga, nie znamy też siebie, swojego wnętrza i swoich potrzeb. To właśnie jest główną przyczyną naszych problemów. Nie wiemy, czego nam brakuje, ani, co czyni Bóg, bo nie interesujemy się Objawieniem, nie znamy Pisma Świętego i nie widzimy potrzeby by poznawać. Sakramenty wydają się nam obrzędem, a nie czerpaniem ze źródła. Sprawy Boże są w naszych oczach „mało praktyczne”, stoją na ostatnim miejscu w hierarchii potrzeb. Żyjemy jak kwiat, który więdnie na stole, a nie wie, że wypadł z wazonika. 

Zasadnicze znaczenie dla człowieka ma świadomość tego, jak jest skonstruowany. Bóg mówi nam, przekonuje i cierpliwie przestrzega, że funkcjonujemy jak drzewo rosnące w pobliżu wody (Ps 1). Jeżeli wyciąga korzenie ku strumieniowi, czerpie z niego, wtedy żyje, jest zielone i nie więdnie. Jeżeli jednak korzenie nie sięgają wody, drzewo usycha. Dokładnie tak jest z nami. Bliskość z Bogiem, jest podstawą naszego życia, oddalenie sprowadza poczucie niedostatku i jest przyczyną cierpienia. Jest to obiektywny porządek, w który jednak nie wierzymy. Sądzimy, że Bóg nas karze, albo jest nam obojętny, a tymczasem karze nas sama nasza sytuacja – straciliśmy kontakt ze źródłem. Na tym polega porządek stworzenia, który Bóg zaprowadził i którego nie zmieni. Wynika on z natury Boga i naszego do Niego podobieństwa. Syn Boży też został zrodzony przez Ojca, jako Istota potrzebująca nieprzerwanego zjednoczenia z Nim. Tylko, że Syn tego zjednoczenia nigdy nie utracił, a my… 

Bóg zaprowadził, więc, pewien stały ład i jest to ład sprawiedliwy: każdy może mieć wszystko i każdy o tym wie (zostało to Objawione i jest głoszone), ale ma to tylko wtedy, gdy wyciąga korzenie ku strumieniowi. Bez udziału świadomości i woli niczego nie otrzymamy. Nieświadomie i bezwolnie jest karmiony tylko świat nieosobowy. Powiemy, więc, że Bóg postępuje sprawiedliwie, bo „za dobre wynagradza, a za złe karze”, ale ta kara nie jest represją, tylko obiektywnym skutkiem naszego oddalenia się od źródła życia. Jednak ta Boża sprawiedliwość jest tylko „małą cząstką” woli i postępowania Boga. Bowiem to zasadnicze, co Bóg o Sobie objawił, polega na tym, że wiedząc, iż człowiek grzeszy i od Boga się oddala, Bóg podejmuje plan zbawienia go, czyli ocalania od skutków tego odchodzenia, które w sposób nieunikniony sprowadza nań śmierć przez odcięcie od Boskiego źródła. Bóg, zatem, zajmuje się chronieniem człowieka, a nie zabijaniem, wybawianiem od skutków grzechu, a nie karaniem. Jest On całym sercem naszym ratownikiem i przychodzi do nas, by pokazać, że jest całkowicie po naszej stronie. Dlatego stał się jednym z nas, nie pokazuje swojej wyższości, uniża się i wchodzi w bliski kontakt, by cierpliwie leczyć rany naszego wnętrza. To właśnie jest miłość Boża, albo inaczej miłosierdzie. Miłość Boża jest najważniejszą prawdą objawioną, a my nie chcemy jej słuchać. Toniemy, a nie słuchamy krzyku ratownika – złap koło ratunkowe, które ci rzucam.

Jedyną istotą w kosmosie, która jest zainteresowana, byśmy tego wołania ratownika nie słyszeli jest szatan. On oszukuje człowieka, by nie widział w Bogu ratownika, czuł się przez Niego odrzucany, a nie kochany. Szatan wpędza nas w fałszywe obrazy Boga, w zaślepienie światem i letniość, która każe „nie przesadzać” w szukaniu Boga. Objawienie Boże służy właśnie prostowaniu tego, co szatan gmatwa. Głosząc Ewangelię, głosimy przede wszystkim, że trzeba poznać Boga, jaki On jest, jaki się pokazał w Chrystusie. Człowiek słuchający Słowa Bożego, też nie odkrywa wszystkiego na raz, ale poznaje Boga stopniowo, gdyż, jako istota oddalona od Niego, nie jest w stanie powrócić jednym susem. Musi długo wędrować do Ziemi Obiecanej jak Patriarchowie i jak Mojżesz. Abraham uwierzył Bogu. To, że Bóg jest wiarygodny i wierny obietnicom, było pierwszą prawdą, jaką poznał. Nie znał jeszcze innych prawd, dopiero zaczynał się ich uczyć. Dlatego, gdy usłyszał wezwanie do złożenia ofiary z syna (Rdz 22,1-18), nie rozpoznał próby, sądził, że Bóg może żądać ofiary z dziecka. Dopiero to, co przeżył, nauczyło go, że Bóg nigdy nie żąda zabijania. Przeciwnie - kocha i zawsze ratuje życie. Dzięki tej wiedzy o Bogu, ofiary z ludzi zawsze były obrzydlistwem w oczach izraelitów i chrześcijan. Kiedy przyszedł Chrystus, wówczas stało się jasne, że tekst o Abrahamie zapowiada także to, iż Bóg tak bardzo nie chce śmierci swoich dzieci, że Sam oddaje swe życie, by nas ratować. Bóg bierze na Siebie większość skutków, jakie sprowadziło na nas odejście od Niego, by dać nam życie wolne od grzechu, szczęśliwe i pełne pokoju. 

Celem Boga jest, więc uszczęśliwienie nas, uwolnienie od ciężaru. Umarł na Krzyżu za nas, by dać nam udział w Swoim zmartwychwstaniu. Konsekwencją tej Jego ofiarnej miłości jest dla nas nowe życie w Bogu, które zaczyna się już teraz. Mimo, że dźwigamy jeszcze ciężar swojego krzyża, mamy już udział w wielkiej pociesze, która może rozlewać się w naszym wnętrzu. Paweł powie, że niewielkie utrapienia obecnego czasu gotują bezmiar chwały. Jesteśmy już wprowadzani w zjednoczenie z Bogiem i uszczę­śliwienie. Jeżeli nie skupiamy się zbyt na sobie i swoim cierpieniu, odrzucamy grzech, a nie skupiamy zbytnio na grzeszności i niegodności, możemy coraz bardziej wchodzić w doświadczenie bliskości z Bogiem, który naprawdę jest z nami, a nie przeciwko nam. On, który swojego Syna i Siebie w Nim nie oszczędził, ale poświecił, aby nam wszystko przebaczyć, ze wszystkiego oczyścić i Swoją bliskością obdarować. Jesteśmy stworzeni do szczęścia z Bogiem i, nie bójmy się tego słowa, przyjemności obcowania z Nim. Tak wyraził się już św. Augustyn w IV w. n.e. Tę przyjemność tak mocno przeżyli Apostołowie na Taborze (Mk 9,2-10), że wyznali, iż dobrze im tu być i chcieli budować namioty, by świetliści dawcy szczęścia, już z nimi na zawsze zostali. Bóg kocha finezyjnie, cudnie i delikatnie, zawsze, niezależnie od naszych grzechów, a my tym mocniej to przeżywamy, im bliżej mu pozwalamy do siebie podchodzić. Odkrycie szczęścia z bliskości z Bogiem sprawia, że człowiek nie ma już wątpliwości, co jest najważniejsze w życiu, choć nadal żyje na tym świecie. Ludzie, którzy odeszli na progi tamtego świata, nie chcą już wracać, choć zdarza się, że zostają zawróceni, na skutek odratowania ze stanu śmierci, w którym się znaleźli. Święci, którzy doszli do pewnego etapu poznania Boga, mimo udziału w cierpieniu, odkrywają, że Bóg bez wątpienia jest i jest najważniejszy, a zanurzenie w Łasce sprowadza pokój, szczęście, radość i przyjemność nie do opisania. Tak się dzieje z nami, im bliżej jesteśmy Boga, a jesteśmy tym bliżej, im bardziej pozwolimy Bogu działać w nas i dokonywać oczyszczenia naszego serca. W takim stanie życia nie jest potrzebne prawo, przepisy, rygory, zasady. Wszystko reguluje miłość.

Niestety jednak, dopóki człowiek do tego etapu nie dojdzie, jego sytuacja nie jest tak wspaniała. Mamy mozoł wiary, zwątpień, szukania, odkrywania i popełniania błędów. Na tym etapie konieczne są przepisy, rygory, dokładne wskazówki, ład społeczny, a nawet nakazy. Na tym etapie wydaje się nam, że Bóg jest daleki i robimy wiele, żeby pokonać opór słabości, zła, pokus, staramy się, ale daremnie, bo nie możemy przeskoczyć poprzeczki. Albo zniechęceni nie robimy nic i pogrążamy się przyjemnościach tego świata. Może też nam się wydawać, że Bóg jest daleki i odwrócił się, a wszystko to przez to, że nie poznaliśmy Go jeszcze, nie próbowaliśmy lub zniechęciliśmy się próbując bez rezultatu. Przez długie lata poznawanie Boga może wydawać się mozołem, tak głęboko tkwi w nas skażenie. A jednak, jeżeli się nie zatrzymamy, jeżeli wytrwale będziemy pokładać ufność w Bogu i szukać oparcia w Nim, a nie w sobie, nadejdzie moment takiego nawrócenia, które życie z Bogiem przemieni w przyjemność. 

Może komuś wyda się podejrzane takie stwierdzenie? Może zbyt idealistyczne? Spokojnie! Dopóki żyję na tym świecie, spotkanie szczęścia na Taborze nie rozwiązuje problemów. Rozkosz obcowania z Bogiem zawsze okazuje się niepełna i tylko pobudza apetyt. Święci mistycy, którzy poznali Boga, żyli do końca w wielkim niedosycie. Bóg jest Szczęściem, ale jest tak Ogromnym Szczęściem, że przeżyć Go w pełni w tym ciele i na tym świecie nie da się. Zawsze pozostaje niedosyt, głód, pragnienie więcej… Chodzi, więc, o to, by nie dać się zwieść szatanowi, kiedy mówi, że większa jest przyjemność z dóbr tego świata niż z Boga. Jeśli nie ulegniemy temu kłamstwu, wejdziemy na drogę, która choć wiedzie pod górę, prowadzi na Tabor. A tam czeka zawód, niedosyt, ale i pewność, że już mam Boga, a będę Go miał jeszcze bardziej. 

Diakon Jan, styczeń 2016










JAK ŁAZARZ Z BETANII

Jakimi Bóg nas stworzył
Jak pokazuje opis z Księgi Rodzaju, Bóg stworzył nas z prochu ziemi i dał nam do życia nie nasz własny oddech, ale Swój oddech. Żyjemy więc życiem Boga. O co tu chodzi? Chodzi przede wszystkim o to, że Bóg uczynił nas z kruchego tworzywa, a więc podatnych na grzech i śmierć, a mimo tego powołał nas do życia wiecznego. Jak to możliwe? Czy proch nie stał się naszym przekleństwem, skazaniem na straszny los? Nie, ponieważ On uczynił dla nas możliwym zło i śmierć, a nawet śmierć na wieki (potępienie), a mimo tego otworzył przed nami szeroką drogę do tego, żeby nic z tych rzeczy nas nie zniszczyło. Mamy bowiem Boga, Jego życie jest w nas, Nim oddychamy, Nim się karmimy jak drzewem życia. Bóg więc stworzył nas kruchymi, ale sprawił, że możemy nie popaść w przykre skutki tej kruchości, jeśli tylko stale jesteśmy z Bogiem i trzymamy się Go mocno. 

Ktoś powie: lepiej byłoby zostać stworzonym z betonu, a nie z gliny. Czyżby lepiej? Znaczyłoby to, że lepiej zostać stworzonym tak, by móc żyć bez Boga i nie musieć stale się Go trzymać. Czy to nie zastanawiające, że tak się upieramy, by móc żyć bez Boga? Dlaczego tak bardzo chcielibyśmy móc żyć bez Niego? Czy takie życie byłoby dla nas jakąś wartością? Jest akurat odwrotnie. Życie bez Boga to życie samotne, aspołeczne, a Bóg w Trójcy Świętej nie jest samotny, ale żyje we wspólnocie Osób i kocha Kogoś, a nie tylko samego siebie. My zaś wolimy kochać samych siebie. Bóg wiedział, że jeżeli będziemy mocni sami w sobie i będziemy mogli żyć bez Niego, na pewno spróbujemy tak żyć. I będzie to naszą tragedią. Dlatego bycie kruchym i posiadanie żywotnej potrzeby Boga jest dla nas Łaską, a nie przykrą koniecznością. Dzięki temu, że jesteśmy z prochu, potrzebujemy Boga, szukamy Go i trzymamy się Jego, a wtedy nie odczuwamy skutków swej kruchości. Gdybyśmy zaś byli mocni sami, nie bylibyśmy zainteresowani Bogiem i pogrążylibyśmy się w egoizmie, który doprowadziłby nas do śmierci wiecznej. 

Na czym polega życie wieczne
Ono sprowadza się do tego, że jestem stale w obecności Boga. Jak napisał św. Paweł (Rz 8,8-11) polega ono na tym, że ten sam Duch Święty, który przebywa w Ojcu i Synu, i łączy ich w jedności miłości Bożej, ten sam Duch przychodzi do nas od Ojca i Syna, i przenika nas, zamieszkując w nas. Przez tę obecność w nas Ducha stajemy się jednością z Synem Bożym, na podobieństwo którego zostaliśmy stworzeni. Zostajemy złączeni z Jezusem, jak gałązki z pniem krzewu, stajemy się członkami jednego ciała, nawet można powiedzieć, że stajemy się jednym ciałem z Synem Bożym jak Adam z Ewą. Ewa stworzona z Adama jest ciałem z jego ciała, a my stworzeni według wzoru Chrystusa jesteśmy ciałem z Jego ciała, nie odrębną i samolubną jednostką. Bycie z kimś jednością nie jest u Boga czymś dziwnym, ale jest normalne. Syn jest jedno z Ojcem i dlatego Jezus, Syn wcielony, jest też jedno z Ojcem i choć na ziemi jest w ciele, nie może żyć bez Ojca i stale musi się Go trzymać. Dzięki temu żyje. Dla Jezusa normalne jest więc życie z Ojcem, a nie samodzielnie. A dla nas? 

My też potrzebujemy tak żyć. Ojciec tak nas ukształtował, że On jest dla nas największym dobrem i wielką potrzebą. Jeżeli to rozumiemy i doceniamy, to jest to nasze wielkie dobro. Bogu chodzi o to, by nam zależało na naszym życiu wiecznym i na Bogu, żebyśmy sami o nie dbali, jak dbamy o odżywianie. Dar życia wiecznego to dar Boga, jest on tak wielki, że nie ma większego dobra. Potrzeba dziękować za ten dar, pragnąć go i starać się przede wszystkim o niego, a nie o to, by żyć jak najwygodniej. Życie wieczne więc to nie jest życie po śmierci ale życie z Bogiem. Ono zaczyna się już teraz, gdy żyjemy z Bogiem, poznajemy Go, wchodzimy z nim w relację wiary i miłości. A wiara od zaufania prowadzi nas do pełni jaką jest więź miłości. Miłość z Bogiem to zjednoczenie z Bogiem w jednym ciele Zmartwychwstałego, w związku na wzór małżeństwa. 

Łazarz z Betanii
Łazarz choruje i umiera ponieważ jest z prochu ziemi. I Jezus choć płacze nad nim, nie traci głowy i nie stara się za wszelką cenę ocalić go od śmierci. Przyjmuje jego śmierć jako normalną. Chce dzięki tej śmierci przekazać nam wszystkim coś ważnego na temat życia wiecznego i swojej w nim roli. Będzie tłumaczył Marii i Marcie, że jest zmartwychwstaniem i życiem. Człowiek podatny na śmierć rozpada się, ale Jezus przez swoją śmierć i zmartwychwstanie przywraca nas do życia i to wiecznego.

Ale skoro On zapewnia Łazarzowi życie, to dlaczego płacze nad jego śmiercią. Jezus płacze, bo Łazarz umarł bez Niego, jeszcze nie skorzystał z Jego zmartwychwstania. Aby skorzystać, musi poczekać na zmartwychwstanie. Łazarz stoi na granicy Testamentów. Do tej pory nie żył dla Jezusa i jeśli umarł, umarł jeszcze nie z Nim. Ale teraz sytuacja ta radykalnie się zmieni. Łazarz będzie pierwszym, który skorzysta ze zmartwychwstania Jezusa. Wróci do życia doczesnego, aby jego życie doczesne stało się nowym życiem z Jezusem i dla Jezusa. Wskrzeszony Łazarz będzie głównym świadkiem mocy Jezusa, Pana życia i śmierci. Przywrócone życie Łazarza trafia w centrum uwagi Żydów, jako przykład, że Jezus jest dawcą życia wiecznego. Wskrzeszony Łazarz od dnia powstania z grobu żyje innym życiem, jest silnie złączony losem z Jezusem i żyje dla Niego, jako świadek jego posłannictwa.

Wiemy, że Żydzi planowali zabicie Łazarza. Nie wiemy, czy to się dokonało, być może tak, ale niezależnie od tego jego nowe życie po wskrzeszeniu było życiem dla Jezusa, oddaniem się całkowicie do Jego dyspozycji, by być świadkiem, że Jezus jest Zmartwychwstaniem i Życiem wiecznym, by żyć odtąd dla Niego i być może niedługo umrzeć dla Niego. Ale umrzeć po raz drugi już nie tak jak poprzednio, z powodu choroby, ale umrzeć dla Jezusa. Wskrzeszony Łazarz zyskał powołanie, by żyć dla Jezusa. I to jest też nasze powołanie.

Diakon Jan, kwiecień 2014








GDY PRZYCHODZĘ DO BOGA PO JEGO MIŁOŚĆ




Ludzie skarżą się, że nie mogą dobić się do Boga. Mają problemy ze sobą, z ludźmi, z którymi żyją, ze światem. Szukają Boga, starają się i zdaje im się, że Bóg nie reaguje: milczy, odmawia, jest daleko. Tymczasem Pismo Święte pokazuje pewien porządek Bożego działania. Bóg przychodzi do swojego stworzenia, które jest dla Niego bliskie, podczas gdy dla stworzenia Bóg wcale nie jest bliski. Z ludzkiego punktu widzenia jest trudny, niezrozumiały i daleki. Bóg mówi, że pierwszy nas szuka, a nam wydaje się, że to my Go szukamy i to z wielkim wysiłkiem, a nierzadko i umiarkowanym powodzeniem. Obie optyki, Boża i ludzka, są prawdziwe, bowiem istnieje przepaść dzieląca stworzenie od Boga i On przychodzi zza tej przepaści. Mimo, że Bóg przychodzi, nadal wydaje się trudny i niezro­zumiały, i tak być musi, ponieważ jest Bogiem nie człowiekiem. W tej sytuacji z naszej strony potrzebna jest odpowiednia postawa i zrozumienie, a wtedy zobaczymy, że Bóg nie utrudnia nam, a przeciwnie, ułatwia. On działa po ludzku, według ludzkich schematów, robi to dla nas, ale dla nas też łamie je nieraz, by dostosować się do indywidualnych potrzeb człowieka. Prawdę tę kapitalnie pokazuje opowieść o wyprawie Jezusa na tereny pogańskie i spotkaniu z kobietą kananejską. Znamy ją z podobnych, choć różniących się w szczegółach relacji ewangelistów Mateusza i Marka. Marek pisząc do Rzymian pomija rozmowę Jezusa z Apostołami na temat misji Mesjasza, za to dodaje istotny szczegół w wersecie 27: Pozwól wpierw nasycić się dzieciom. Poniżej pokazano paralelnie oba teksty.



Mt 15, 21-28
Mk 7,24-30
Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela.
Wybrał się stamtąd i udał się w okolice Tyru i Sydonu. Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, lecz nie mógł pozostać w ukryciu.






A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi!
Wnet bowiem usłyszała o Nim kobieta, której córeczka była opętana przez ducha nieczys­tego. Przyszła, upadła Mu do nóg, a była to poganka, Syrofenicjanka rodem, i prosiła Go, żeby złego ducha wyrzucił z jej córki.
On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom.

Odrzekł jej: Pozwól wpierw nasycić się dzieciom; bo niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom.
A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów.
Ona Mu odparła: Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci.
Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka była zdrowa.
On jej rzekł: Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę. Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł.



Jak pisze Marek, Jezus wybrał się w okolice Tyru i Sydonu, by odwiedzić pewien dom. Żydzi nie wchodzili do domów pogan, więc z pewnością był to dom Żyda, mieszkającego na tamtych terenach. Po drodze zauważyła Jezusa miejscowa kobieta, ale oczywiście nie śmiała podejść i porozmawiać, bo wiedziała, że Żydzi nie utrzymują stosunków z poganami. Kobieta jednak znała Jezusa ze słyszenia, wiedziała, że jest cudotwórcą, miała do Niego prośbę i dlatego, zwyczajem ludzi Wschodu, krzyczała z daleka długo i natarczywie. Było to normalne, biorąc pod uwagę mentalność tamtych ludzi, znany po dziś dzień upór i hałaśliwy sposób bycia. Jezus, zawsze tak wrażliwy na ludzkie sprawy, tym razem nie reaguje, a Apostołowie, nie mogący już znieść wielkiej krzykliwości kobiety, dopominają się, by ją odprawił. Dla nich jest oczywiste, że Jezus powinien ją odtrącić.

Jezus jednak nie odtrąca jej, ale pozwala by prosiła. Pozwala, choć nie odpowiada. Gdy Apostołowie są tym zdziwieni, wyjaśnia, że jest posłany do Żydów, Jego misja polega na doprowadzeniu ich do zbawienia. Jaki jest zamiar Boży wobec pogan, nie mówi, choć niczego nie wyklucza. Taki jest, według woli Bożej, porządek działania Mesjasza – jest Mesjaszem narodu wybranego, przychodzi do niego i do niego zwraca się w swoim nauczaniu.

            Kobieta pogańska jednak otrzymała wyraźny sygnał, że nie jest odepchnięta, może prosić, co czyni dalej z wielką wytrwałością. Odszukuje Jezusa tam, gdzie się zatrzymał, zbliża się do Niego i z wielkim uniżeniem, właściwym dla istniejącej dysproporcji miedzy Rabinem żydowskim a poganką, prosi o łaskę dla dręczonego przez złego ducha dziecka. Zły duch w dziecku mógł oznaczać ciężką chorobę lub opętanie, tak czy inaczej z perspektywy dostępnego dotąd Objawienia nie było to nic dziwnego, gdyż poganie, jako nie znający Boga, w naturalny sposób narażeni byli na moc złego ducha, a nawet w jakimś sensie żyli stale w jego mocy. W osobie syrofenicjanki staje przed Jezusem więc jakby cały świat pogański, który wpadł w moc złego i potrzebuje zbawienia. Jednak chwila tego zbawienia jeszcze nie nadeszła. Dla Apostołów pochodzenia żydowskiego było to oczywiste, ale nie dla poganki, która potrzebowała pomocy i czuła się uprawniona, żeby prosić. Marek, piszący do Rzymian, dodaje, że, Jezus powiedział kobiecie: pozwól najpierw nasycić się dzieciom. Poganie zatem czekają w drugiej kolejności, ale nie są bez szans. Taka jest sytuacja na pograniczu Starego i Nowego Testamentu: poganka wyczuwa, że nie jest bez szans, nadal prosi i tym samym przybliża moment nadejścia nowej rzeczywistości, zbawienia także pogan.

            Gdy kananejka naciska, Jezus cytuje przysłowie o tym, że dzieci mają pierwszeństwo przed psami, czym ona wcale nie czuje się zrażona. Godzi się na to, że jako poganka stoi niżej aniżeli Żydzi. Bóg wybrał Izraela, nazwał go swoim dzieckiem, karcił i ćwiczył go jak ojciec dziecko. Żydzi byli dziećmi Boga i czuli się nimi, a Jezus to potwierdził. W porządku Objawienia poganka nie miała tych praw, co oni, dopóki Bóg nie zajął się poganami. Zatem określiła swoją sytuację zgodnie z prawdą. Bóg czyni z człowieka swoje dziecko, a czyn ten należy przyjmować w wielkiej pokorze, jako nienależny dar. Bez tego daru rzeczywiście jestem grzesznikiem, pozbawionym godności przynależenia do Boskiej rodziny. Jezus pokazał pokorę syrofenicjanki jako wzór postawy, w jakiej od Boga należy przyjmować wszystkie Jego dary. Żydzi także byli niezasłużenie obdarowani, a nie wykazywali tej pokory. Dlatego później, stracili dostęp do Bożych darów i sytuacja się odwróciła. Ale i my, poganie także możemy je stracić, jeśli nie wykażemy się właśnie pokorą tamtej kobiety. Wszystkim nam bowiem nie należy się chleb na stole, z którego spożywają dzieci Boże: Bóg ze Swoim Synem. Pozostajemy na zewnątrz, jak te psy. Dopiero Bóg, ponieważ tak chce, zaprasza do stołu Izraela, którego usynowił. A co z nami, poganami? Syrofenicjanka miała odwagę zauważyć, że gdy karmią się dzieci, psy też mogą zbierać resztki z podłogi. Tak dokonał się pierwszy wyłom - poganie też mogą spożyć coś z uczty dla dzieci. Niebawem runie cały mur - Jezus umrze za wszystkich i okaże się, że poganie także mogą zasiąść do uczty w Królestwie Bożym. Syrofenicjanka swoją wiarą zrobiła więc w tym kierunku pierwszy krok.

Co zatem zrobić, by poruszyć serce Boga? Nie wystarczy wołać z daleka. Trzeba z determinacją przyjść blisko. Uniżyć się. Wiedzieć, jak bardzo godność Bożego dziecka mi się nie należy. Jednak mieć wielką nadzieję, bo Bóg jest dobry i małość znajduje drogę do Jego serca.

              Diakon Jan, 2014










A OTO JA JESTEM Z WAMI...






Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie - mówi Bóg do Mojżesza - znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód (Wj 3,7-8). Najwyższy, według pojęć ludzi Starego Testamentu, mieszka w górnych częściach rozciągającego się ponad ziemią niebiańskiego świata. Jest Po Trzykroć Święty, to znaczy całkowicie odrębny od stworzenia. Dziś filozofia mówi o transcendencji Boga, co pewnie przystępniej wyrażali autorzy natchnieni językiem egzystencjalnym. Krótko mówiąc świat jest taki, jak widać, natomiast Bóg jest całkowicie INNY. Dlatego nie mamy do Niego przystępu i sami z siebie nie jesteśmy w stanie Go poznać, nic do Niego powiedzieć ani o Nim pomyśleć. 


To jest ważna prawda o Bogu, ale nie jest to prawda jedyna. Bo Bóg, ten Inny i odrębny, zapragnął stworzyć świat, gdyż zależało mu na tym, by podzielić się z nami swoim szczęściem. Bóg zatem daje istnienie czasowi, materii i nam, w czasie i w materii. Stwarza nas i chce być, mimo swej odrębności, dla nas przystępny. Dlatego udostępnia się, objawia się, co dla Niego oznacza zniżenie do nas. Wypływa to z Jego miłości. Jedną z zasadniczych cech tej miłości będzie to, że Najwyższy zstępuje do nas nisko i czyni to nie dla siebie, ale dla nas, by uczynić nas bliskimi swej Wysokości. Deklaracja Boga, że zstępuje jest najważniejszym faktem w dziejach zbawienia. Po co Bóg zstępuje? Żeby być pośród nas i dla nas, żebyśmy mogli Go doświadczać, do Niego mówić i o Nim myśleć, z Nim żyć. Tę właśnie prawdę o Bogu, który jest z nami dla naszego dobra, wyraża hebrajski czasownik haya[h] - być. Stał się on rdzeniem Bożego Imienia objawionego Mojżeszowi - JA JESTEM. Bóg więc z własnej inicjatywy zstępuje i towarzyszy Izraelitom podczas ich uwalniania się z Egiptu i wędrówki przez pustynie do Ziemi Obiecanej. Ten czas w dziejach Izraela stał się najważniejszym obrazem rzeczy, które w wymiarze duchowym i ostatecznym czyni Bóg dla nas, dla naszego zbawienia. Doprowadza nas do Siebie, do swojej transcendencji i pełnego zjednoczenia ze Sobą, do spotkania skończonego z Nieskończonym. 


Bóg jest obecny z ludźmi od czasów Starego Testamentu, a ściślej jest obecny z nimi od dnia stworzenia świata. W jaki sposób Bóg jest obecny? Zawsze potrzebne jest do tego pośrednictwo. Bóg stworzył świat przez Syna i nas uczynił na Jego obraz. Jesteśmy zatem z jego rodu, podobni, spokrewnieni i możliwe jest wyrażenie się, czyli uobecnienie Boga w nas. Odbywa się to przez znaki, wybrane rzeczywistości stworzone, które czynią obecnym Najwyższego po ludzku. Podczas wędrówki Izraelitów z Egiptu jednym z takich ważnych i bardzo czytelnych znaków obecności i pomocy jest słup obłoku. Obłok, chmura, dym to miejsce blisko nas, które ukrywa coś, czego nie widać, a może być doświadczane inaczej, na przykład słyszane. Gęsta mgła sprawia, że niczego nie widzimy, mimo, że coś jest i do nas mówi. Bóg jest obecny właśnie tak, że go nie widzimy, ale On do nas mówi, a my możemy Go słyszeć. Z obłoku dociera Słowo Boże, ale obłok sprawia, że nie ma jeszcze spotkania z Bogiem twarzą w twarz. Na razie obłok zabiera Go nam sprzed oczu, ale gdy się dym rozwieje... Dziś, w liturgii, o obłoku przypomina nam kadzidło.


Innym, późniejszym, znakiem obecności Boga w Izraelu jest świątynia, a w niej Miejsce Święte Świętych, za zasłoną. Jest to miejsce na tym świecie, ale zastrzeżone tylko dla Boga, który JEST tam. Choć zasłonięty, niewidoczny, niedostępny, ale JEST. 


Gdy nadchodzi pełnia czasów, Bóg czyni krok najradykalniejszy: zstępuje najpełniej i najdosłowniej, Jego Syn staje się człowiekiem i zamieszkuje (rozbija swój namiot) wśród nas. Namiot okrywa tego, kto w nim mieszka, a tym namiotem jest ludzka natura Chrystusa. Od dnia wcielenia Bóg Najwyższy jest na świecie, staje się dostępny nam najdosłowniej, mogą Go nie tylko słyszeć, ale i dotykać nasze ręce. Ten, którego nie ma dla nas ze względu na Nieskończoność, zaczyna być. Ten, którego nie da się dotknąć zmysłami, staje się dotykalny. Dlatego potrzebne jest pośrednictwo stworzenia, specjalnego stworzenia: wziętej z Maryi ludzkiej cielesności, a potem innych znaków - znaku chleba, znaku Kościoła i nas w Kościele. 


Bóg nie rezygnuje z obecności dla nas, mimo naszej grzeszności. Z powodu grzechu świata cierpi, co pokazuje przez Syna, ale jest nadal ze światem. Dla Boga zstąpić do grzeszników oznacza poniewierkę i upokorzenie. Stworzenie bowiem, poczynając od zbuntowanych aniołów - szatanów aż po nas osobiście, zwalcza obecność Boga. Jednak Bóg, odkąd zstąpił, jest jak, Odrośl - ów kapitalny, izajaszowy znak mającego nadejść Mesjasza. Odrośl jest młodą gałązką, odrastającą ze starego, spróchniałego drzewa. Grzech niszczy stworzenie, obraca je w próchno, ale Bóg nie daje się wyplenić i odradza się stale na nowo. Taką Odroślą jest Zmartwychwstały. Gdy świat odrzuca Jezusa i zabija, Ten odradza się i usadawia się wśród świata najtrwalej jak to możliwe. Od dnia zmartwychwstania Jezusa, nie da się Go już wyeliminować, a z Nim nie da się usunąć Boga z grzesznego świata. Dyskretnie, ale uparcie i trwale jest On stale obecny i dostępny, jak źródło bijące na bezwodnej pustyni.


Obecność na ziemi Jezusa wcielonego, choć przełomowa, nie była ostatnim Słowem Boga. Jezus ziemski nie był jeszcze wystarczająco dostępny, z jego działania mogła skorzystać garstka ludzi tamtych czasów. Dlatego potrzebne było Odkupienie, Śmierć i Zmartwychwstanie, by Bóg w Chrystusie BYŁ dla wszystkich ludzi wszystkich wieków. Tę Swoją trwałą obecność po wszystkie dni aż do skończenia świata Bóg pozostawia pod opieką Kościoła. On staje się znakiem i nosicielem Najwyższego zniżającego się, żyjącego dla nas i pośród nas. Dlatego Kościół jest znakiem sprzeciwu. Zwalcza go szatan i zwalczają wielcy tego świata. Ale i my, którzy jesteśmy w Kościele, którzy otrzymujemy przez wiarę i Sakramenty obecność Boga, też ignorujemy Go często i odpychamy bezdusznie, bo stoi w nas, jako przeszkoda dla naszej pychy, egoizmu i wszystkich wywodzących się z nich grzechów. Ale tak jak my, gdy się Boga nie odrzekamy, tak i Kościół, mimo kruchego, ludzkiego charakteru, nosi w sobie prawdziwie obecność Boga i czyni Go dostępnym dla innych. Do tego jesteśmy pod ochroną Bożą tak, że nic nam się nie stanie, póki współpracujemy z Bogiem. A nawet, jeśli ludzie nie współpracują, Bóg widzi w nich przejawy dobra i trwa przy nich swoją obecnością, chroniąc przed zagładą. 


Największym darem Boga dla ludzi jest Chrystus i zapowiedziana przez Niego przed Wniebowstąpieniem prawda, iż jest z nami do końca dziejów. Potem oczywiście też On jest z nami, ale wszystko się pogłębia. Chrystus stawia nas twarzą w twarz z Ojcem i wprowadza w Niego. Póki co, w tym życiu najważniejszą możliwością dla nas jest przeżywanie, wchłanianie i kontemplowanie tej obecności Chrystusa i przez Niego Ojca, a wszystko za sprawą Ducha Świętego. Nie jest prawdą, że Bóg żyje w Niebie, my zaś na ziemi ze swoimi problemami. Bóg zstąpił i jest z nami. Mieszka w świecie, ale najbardziej w tych, którzy uwierzyli i stali się Jego tabernakulum. Człowiek nosi Boga w sobie, ma go dla siebie i dla świata. Takim wielkim tabernakulum jest Kościół pełen żyjących w nim, w Łasce ludzkich serc. Tam jest On żywy, bliski, ofiarny. Od dnia Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia odchodzi do Ojca i jest z Ojcem, ale pozostaje z nami i dzięki temu też daje nam więź z Ojcem. Dlatego nosząc Go w sercu mamy też Ojca i Ducha Świętego. Niebo jest rzeczywistością transcendentną, jako takie jest „nigdzie”, bo nie ma materialnego miejsca, gdzie ono mogłoby być. Ale, kiedy Bóg zstępuje przez Chrystusa i jednoczy się z nami, Niebo zaczyna się w nas, a tym samym my, w miarę oczyszczenia, stopniowo wkraczamy do Nieba. Gdy to wkraczanie dopełni się i dojdzie do końca, a potem odsłoni się w dniu powszechnego zmartwychwstania, wtedy okaże się, jak żyjemy z Bogiem za sprawą Zmartwychwstałego. 


Ważne jest więc już teraz przeżywać obecność Boga. Dobrze jest, gdy modlitwa zaczyna się przypomnieniem i uświadomieniem sobie tego, że On jest. Można wyobrażać sobie, że gdy rozmawiam z Bogiem, On jest obok mnie, siedzi, jak przy św. siostrze Faustynie i obejmuje ramieniem. Znakomitą formą modlitwy nieustającej jest pamięć obecności Bożej. Łatwiej unikać grzechu, gdy pamiętamy, że On jest przy nas. Człowiek grzeszny chowa się przed Bogiem, jak Adam w raju. Ale Chrystus przychodzi, by towarzyszyć także grzesznikom, a wtedy będą oni mogli odwrócić się od zła. Chodzi o to, by po grzechu nie uciekać, nie rezygnować z bliskości, z pomocy, ale energicznie przywoływać Zbawiciela. Kryzysy pozornej dalekości i nieobecności Boga są na rękę złemu duchowi, ale mogą także być zbawienne, jeśli pokonamy je powracając do wiary w obecność TEGO, KTÓRY JEST przy nas mimo naszej niedoskonałości. Nie jest pokorą mówienie, że nie jestem godzien być z Bogiem, bo jestem niedoskonały i wycofywanie się. Jest to nierozsądne. Pierwsze miejsca w Kościele są dla grzeszników, oni potrzebują Boga najbardziej, ostatnie mogą być dla sprawiedliwych. Dziękować Bogu, że jest z nami nawet wtedy, gdy zmagamy się ze słabością i upadamy. 
 Diakon Jan, 2014













PIEŚŃ NA DZIEŃ NOWEGO ŻYCIA






Umarliście bowiem - mówi św. Paweł. Kiedy umarliśmy? Dla grzechu umarliśmy w dniu chrztu - wyjaśnia Apostoł. Ale wcześniej umarliśmy dla życia, dla szczęścia na tym świecie i przede wszystkim życia wiecznego. Straciliśmy je. Wiedliśmy życie bez perspektyw, pokaleczone grzechem, który rozpanoszył się wśród nas i odłączył nas od Boga. Byliśmy jak pole wyschniętych kości. I na to pole, do nas umarłych na skutek występków, przyszedł Chrystus. Dotknął nas i naszego zła, jak w Wielki Czwartek brudnych nóg Apostołów. To dotkniecie doprowadziło Go do cierpienia, a nawet do pohańbienia przez zawieszenie na drzewie Krzyża. Nie chciał nas zostawić bez życia i dla nas zdecydował się poddać skutkom naszego grzechu.


Jednak Syn Boży nie mógł pozostać umarły. On jeden wart był życia i dlatego w Jego przypadku Ojciec interweniował. Wskrzesił Go do życia i potwierdził tym samym, że Jezus, który wcześniej stał się człowiekiem, prawdziwie jest Synem Bożym. Ale nie tylko dla Syna interweniował Bóg. Najpierw Jemu dał nowe życie w ciele, w którym znów mógł On jeść i pić z uczniami i w którym zajął swoje jedyne, niepowtarzalne mieszkanie w domu Ojca. W nim to Zmartwychwstały wiedzie życie ukryte w Bogu.

Jednak Ojcu chodzi nie tylko o to. Uczynił swego Syna człowiekiem i posyłał do nas nie tylko po to. A więc po co?

Świat jest jeszcze pogrążony w ciemności nocy, kiedy Maria Magdalena wychodzi chyłkiem, by płakać nad martwym ciałem Jezusa. I wtedy to, nieoczekiwanie zastaje grób Jezusa... OTWARTYM. Bóg otworzył grób Syna sam, by pokazać, że nie ma tam już Jego ciała, że wróciło ono do życia, do Niego. Ale nie tylko po to Bóg otworzył ten grób. Ojciec otworzył grób, by stał się on źródłem z którego odtąd ludzie na całym świecie będą mogli czerpać nowe życie. Ten grób stał się źródłem. Z niego, otwartego i pustego bije moc Ducha Świętego, która przywróciła do życia Jezusa i od tamtego dnia będzie przywracać do życia także nas. Dokonuje się to jednak nie automatycznie, ale wymaga naszego wybrania się do grobu, jak Piotr, Jan i Maria Magdalena. Zmartwychwstały podnosi do życia każdego, kto w Niego wierzy, każdego kto jak św. Jan ujrzał otwarty grób, pogrzebowe płótna nie osłaniające już ciała, ale puste i uwierzył, że Jezus żyje ukryty w Bogu. Tę wiarę otrzymujemy i potwierdzamy w naszym chrzcie. Wtedy umieramy dla starego życia i zmartwychwstajemy do nowego, w którym żyjemy już w jedności z Chrystusem, pojednani z Ojcem, zdolni wejść do Jego ukrycia, gdzie na razie przebywa tylko Chrystus. Otrzymujemy też moc przemiany tego życia.

Wzorem człowieka, który wierzy w przywracającą do życia moc Zmartwychwstałego jest Jan Paweł II, który umierał uczepiony Krzyża, pewny, że Krzyż przeprowadzi go ze śmierci do zmartwychwstania. Jego beatyfikacja jest świętem tej właśnie pewności, że kto umiera z Chrystusem, z Chrystusem też żyje i stanie się do Niego podobny także ciałem.

Kiedy Chrystus ponownie przyjdzie i zedrze zasłonę, wówczas to ukrycie w Bogu zjednoczonych ze Zmartwychwstałym stanie się jawne. Na razie przeżywamy to w wierze i życiu duchowym. W pewnym momencie historii wszystko jednak zostanie odkryte, zasłona zostanie rozdarta. Czyż nie rozdarła się ona już w jerozolimskim Przybytku, w Wielki Piątek? Odsłoniła prawdę o tym, gdzie odtąd będzie przebywał Bóg - w nowej, żywej świątyni, ciele Zmartwychwstałego.

O zaiste błogosławiona noc!
 Diakon Jan, 2014






I NIKT NIE ZNA OJCA...




W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,25-30)


Jezus cieszy się i dzieli swoją radością, że przystęp do Boga, możliwość poznania Go i więź z Nim daje nie mądrość i roztropność, ale coś więcej. Mądrość stanowi pewien ludzki potencjał możliwości intelektualnych i umiejętności praktycznych, wiedzy oraz doświadczeń, które są bogactwem człowieka i jego siłą. Roztropność zaś to cnota racjonalnego postępo­wania, chodzenia sprawdzo­nymi drogami i jest przeciwieństwem wszelkiego szaleństwa i nieobliczalności. Dary te są ważną częścią wyposażenia człowieka, normalnymi środkami ludzkiego działania i narzędziami skutecznymi w każdej życiowej sytuacji. A człowiek, który je ma i przywiązuje do nich dużą wagę, dopatruje się w nich także sposobu na szukanie Boga i sensu życia: bardzo pracuje, by posiąść wiedzę, zgłębić zasady ludzkiego i Bożego działania oraz dążyć do własnego rozwoju. Ta mądrość i roztropność bywa mu pomocą, jak świętemu Augustynowi, ale także, co widać u dzieci dzisiejszej naukowo-technicznej cywilizacji, bywa poważną przeszkodą. 


Zacząć trzeba od tego, że mądrość i roztropność nie zapewnia człowiekowi dotarcia do Boga, ponieważ potrzeba, by sam Bóg się mu objawił, a mądrość i roztrop­ność nawet nie zagwarantuje, że to Objawienie – żywe Słowo Boże do człowieka dotrze, zapuści ko­rzenie i zacznie owocować. Bowiem, jak pokazuje Biblia, Objawie­nie polega nie na objawieniu wiedzy o Bogu, ale objawieniu się osobiście Boga, na kon­takcie wewnętrznym z Nim. W raju człowiek miał żyć karmiąc się z drzewa życia, które dał mu Bóg. W Betel Jakub wędrujący po obcej ziemi, jak mu się zdawało z dala swego Boga, odkrył że to Bóg stworzył realną więź, niby drabinę, między niebem a miejscem na ziemi, gdzie on, Jakub się zatrzymał. Wtedy zawołał zasko­czony: Prawdziwie Jahwe jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem. Prawdziwie On jest ze mną tu i teraz, a ja dopiero w wyniku wewnętrznego spotkania to poznałem. Dalej Mojżeszowi, chcącemu wiedzieć, kim jest Bóg spotkany na pustyni w płonącym krzewie, zostało wyjaśnione, że imieniem Boga w ludzkim języku nie może być nic innego, jak tylko doświadczenie, że On jest ze swoim ludem udręczonym niewolą. Istotą Boga jest zatem nie to, że mówi coś o sobie, ale to że mieszka z nami i daje się nam poznać we wspólnym Jego i naszym życiu. Jego mowa – Słowo Boże jest bowiem wcielone w nasze życie i żyje w nas. Konsekwencje tego sięgają mistyki. 


Bóg mówi o wzajemnym poznawaniu się. On zna każdego człowieka, a człowiek ma poznać Jego. To poznanie zaczyna się już teraz, w wyniku odkupienia i dalej trwa w wieczności. Jest to najpiękniejsze doświadczenie, jakie może spotkać człowieka. Wszyscy od najmniejszego do największego poznają Mnie - wyrocznia Pana, ponieważ odpuszczę im występki, a o grzechach ich nie będę już wspominał. (Jr 31,34) Kto poznaje Boga staje się Jego przyjacielem, synem, naśladowcą Jego krzyża, a nawet oblubienicą. A mądrość i roztropność nie może dać poznania Boga, może tylko pod to poznanie podpro­wadzić. Ale także może od niego oddalić, stwarzając złudze­nie poznania i przesła­niając jego wewnę­trz­ny akt, co, ośmielę się powiedzieć, jest zjawiskiem w życiu duchowym wcale nierzadkim. A poza tym poznanie Boga z powodzeniem może odbywać się całkowicie z pominięciem mądrości i roztropności świata, czego przykładami są święci: Faustyna, Teresa od Dzieciątka Jezus, Aniela Salawa. 


W czym tkwi problem człowieka mądrego i roztropnego? Otóż łatwo traci on coś najbardziej podstawowego: ludzkie odruchy miłosiernego samarytanina, nadrzędną potrzebę życia dla kogoś, zdolność widzenia małych na równi z wielkimi, obcowanie z człowiekiem, nie z jego wyposażeniem, z człowiekiem, takim jakim on jest. Tymczasem proste serce na tym właśnie buduje swoje więzi. Człowiek mądry i roztropny łatwo wpada w pozy tego, który ma i wie: intelektualisty, specjalisty, eksperta, biznesmena, czło­wie­ka zajętego, nie zajmują­cego się byle czym. Nie widzi, że cała jego mądrość jest jak odzienie w raju: stanowi przykrywkę i substytut bardziej bezpośredniej relacji. Nie umie i odruchowo wstydzi się stanąć w swej nagości istoty ubogiej, utrudzonej i obciążonej, stworzonej do prostej bliskości i bezpośredniej - cichej i pokornej relacji we wspól­nym życiu. Ale świat nie lubi takich ludzi, źle się w nim komponują i z tego powodu bardzo od świata cierpią. Ale to oni są zdrowi. 


A jaka może być ta prosta i bezpośrednia relacja z samym Bogiem? Otóż, aby do niej dojść, trzeba przebyć drogę, którą przebył sam Bóg w Objawieniu. Najpierw w Pięcioksiągu objawił się jak Władca i prawodawca, pan życia i śmierci poddanych, na wzór monarchów absolutnych Bliskiego Wschodu. Dzięki temu objawieniu człowiek może odkryć, że taki i jeszcze nieskoń­czenie większy jest jego Bóg, Pan świata. Ale gdy takim Boga odkryje, ma wykonać kolejny krok: sięgnąć do proroków i do Ewangelii, by odkryć Boga, który jest czułym Ojcem, troszczącym się o nas, jak o źrenicę oka; Barankiem, który dla naszego zbawienia idzie na rzeź i wreszcie Oblubieńcem, który wchodzi z nami w więź miłości aż do dna małżeńskiej intymności. Gdy więc człowiek wstąpi się na górę Synaj, a następnie zejdzie na dół, aż po ogołocenie do prostaczka i gdy zbiegną się w nim te dwa odległe bieguny: Bóg Król staje się Bogiem bliskim, można dopiero powiedzieć, że weszło się na drogę poznawania. W spotkaniu z Królem, który stał się skazańcem, by być przyjacielem mojej nędzy, nie ma miejsca na mądrość ani roztropność. Jest tylko możliwa dziecięca naiwność, szaleństwo zakochania, lękliwa gotowość cierpienia, niezręczność nie przystawania do świata i bezradność pustych rąk. 


Co jest źródłem i wzorem takiej prostej, dziecięcej relacji, od której wszystko bierze początek? Jest nią bliskość Syna dla Ojca, który zrodził Go i jest z Nim w intymnej relacji, która jest wzorem wszelkiego wszelakiego rodzicielstwa. Ojcowskie upodobanie w Synu umi­ło­wanym jest wyrazem najgłębszej znajomości Syna. Ta znajomość jest całkowicie poza czło­wiekiem, przekracza go, ponieważ tu nie sięga Objawienie. Dopiero druga część wyznania Chrystusa - Nikt nie zna Ojca, tylko Syn - otwiera się wobec nas. On czuje Ojca całym dziecięcym doświadczeniem bycia kocha­nym, oto­czo­nym opieką, doświadczeniem słuchania Go jak uczniowie, bycia karmionym Jego wolą, powołanym i ukształtowanym od wieczności i w czasie ziemskiego życia. Ale Ojca poznaje także ten, komu Syn zechce objawić, to znaczy stworzony człowiek. W tym zakresie jest nam pokazane, jak Syn, chcąc nam objawić Ojca, jednoczy się z nami. To zjednoczenie jest aktem wielkiego obda­rowa­nia nas przez Syna, który rozszerza poznanie Ojca, jakie ma sam, na nas i w ten sposób w niedostępną nam o naszych siłach orbitę poznania Syna przez Ojca wprowadza nas, byśmy byli poznawani przez Ojca razem z Synem. Dokonuje się to przez wprowadzenie intymnej więzi między Synem a nami. Ta więź jest częścią zbawczego działania i jest zjednoczeniem oblubieńczym: Oblubieniec bierze oblubienicę w ramiona i przynosi ją do Ojca. Dlatego nasze zbawienie ma charakter zaślubin i wielokrotnie w Biblii nazywane jest ucztą weselną. Ale nim Oblubieniec odnajdzie swoją oblubienicę, jak pasterz owieczkę, będzie musiał za cenę wielkiego cierpienia wydobyć ją z krainy śmierci z narażeniem własnego życia. 


Z tej więzi naszego zjednoczenia z Synem rodzi się przez Syna nasza więź z Ojcem. Jeżeli jesteśmy prostego, dziecięcego serca, trochę na podobieństwo Syna, Ojciec obejmuje nas tym samym upodobaniem, które ma w swoim Synu umiłowanym i następuje intymne poznanie przez Ojca także nas, przybranych dzieci: kochanych, karmionych i kształtowanych. A w nas następuje poznanie Ojca jako własnego i bliskiego.


Diakon Jan, 2013





NA CZYM BOGU ZALEŻY? CO MOŻEMY BOGU DAĆ?

Jezus przychodząc na świat, mówi: Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę - w zwoju księgi napisano o Mnie - abym spełniał wolę Twoją, Boże. (Hbr 10,5-7) 

Jeżeli potrzebujemy czegoś cennego, trzeba to kupić. Jeżeli mamy rzecz wartoś­ciową, możemy ją korzystnie sprzedać. Gdy zarabiamy, stać nas na to i owo, ale gdy nie mamy pieniędzy, nasze możliwo­ści są nikłe. Przyzwyczailiśmy się od dzieciństwa, że za dobra trzeba płacić i nic nie jest za darmo. Dlatego czasami czuje­my się niezręcznie, gdy ktoś daje nam cenny prezent. Wydaje się nam, że powin­niśmy się natychmiast zrewanżować. Bo tak wypada. Bo lepiej nie mieć zobowiązań. Bo, jeśli ktoś daje, jeśli ktoś nam pomaga, to pewnie na coś liczy. Takie myślenie ma­my we krwi. Taki handel wzajemnymi usługami zdarza się nam w różnych sprawach, nie tylko materialnych. Był on obecny od początku, można rzec, od wyj­ścia z raju, bo stanowi konsekwencję naszej kondycji w społeczeństwie zatomi­zo­wanym, gdzie wszyscy są sobie obcy i każdy jest gotów zaspokoić potrzeby drugiego o tyle o ile będzie miał w tym także swój interes. Stąd handel towarami jako sposób na prowadzenie równych rachunków między ludźmi. 

Nic dziwnego, że tak ukształtowani, prowadzimy interesy także z Bogiem. W naturalnych religiach pogańskich normalne było, że bogu trzeba coś dać, jakoś go sobie zjednać, by był nam przychylny. Meksykańscy Aztekowie do początku XVI wieku zabijali codziennie dla boga Słońca wiele istnień ludzkich, wycinając im serce. Składali te ofiary po to, by Słońce wzeszło następnego dnia. Bogom składano ofiary z płodów roli, z pokarmów, ze zwierząt, a żeby były to ofiary naprawdę cenne (bo boga nie można zbyć byle czym), zabijano czasem pierworodnych synów albo wrzu­cano niemowlęta do ognia (np. dla boga fenickiego Molocha). Czego nie można odmówić takim praktykom - na pewno wiary i traktowania boga poważnie. A jednak tamci ludzie popełniali wielki błąd. Nie tylko taki, że Bóg nie chce, żeby zabijać. Problem w tym, czy człowiek jest w stanie cokolwiek Bogu dać i czy Bóg czegoś od człowieka potrzebuje. A jeżeli tak, to czego. 

Między Bogiem a stworzeniem rzeczy mają się tak, jak między rodziną a niemo­wlęciem przychodzącym w niej na świat. Przychodzi ono nagie, nie mając niczego, nawet życia sobie nie zawdzięczając. Wszy­stko, co później będzie miało otrzymuje za darmo od swojej rodziny: ubranie, jedzenie, zabawki. Bóg stworzył świat, bo tego chciał. Nadał mu sam z Siebie mądry ład i piękno. Gdy człowiek czyni zło i niszczy ten Jego świat, Bóg sam zwalcza w nim grzech, dąży do jego oczyszczenia. Posyła Syna, poświę­ca Go, przebacza człowiekowi. Wszystko to czyni bez najmniejszej naszej zasługi, bez naszej prośby, bez naszego starania. Co więcej On - szczęśliwy w łonie Trójcy Świętej, niczego nie potrzebuje. Mimo tego chce zajmować się nami, choć wie, że niczego nie będziemy mogli Mu dać. Żadne nasze dobro od nas do Niego się nie przedostanie, tak kompletnie jesteśmy na różnych poziomach. 

Czasem myślimy, że nasza pobożność jest dla Boga, dla Niego czynimy dobre czyny, wypełniamy przykazania, dla Niego chodzimy do kościoła, poświęcamy wysiłek, by nie popełniać grzechu. Nic bardziej mylnego. Przykazania Boże to wskazówki dla nas, jak postępować, by nie szkodzić sobie, nie niszczyć swojego życia. Jeśli nie zabijam, robię to dla ludzi, bo co by było, gdyby wszyscy zaczęli zabijać. Jeśli nie kłamię, to także czynię to, co jest mnie i innym potrzebne jak powietrze. Bo jak wygląda społeczeństwo zdezorientowane, karmione dezinformacją, możemy zauwa­żyć także dziś w wielu częściach świata. Jeśli uczestniczę we Mszy św., to czynię to dla siebie, bo Eucharystia jest źródłem pokarmu duchowego potrzebnego nam w drodze przez to życie. Naprawdę w naszej pobożności nie ma niczego naszego, co moglibyśmy zrobić dla Boga, jest dokład­nie odwrotnie, stale czerpiemy od Niego. Co gorsza to, co czerpiemy, często traktujemy potem jako swoje (moja wiedza, moje umiejętności, owoce mojej pracy). 

Czy jednak Bóg naprawdę niczego od nas nie potrzebuje? Owszem jest coś, co musimy Mu oddać do dyspozycji, by Jego starania przyniosły owoce. Starania Boże dotyczą prowadzenia stworzenia do domu Ojca. Bóg chce nas zbawić. W tym celu przebacza nam i oczyszcza nas jak dzieci, które umorusane od stóp do głów wracają z podwórka. W tym stanie nie nadają się do domu, mama musi je umyć od stóp do głów. To czyni właśnie Bóg. Usuwa z naszych serc i ze świata zło, a do tego potrzebuje jednego - naszej współpracy. Zaś współpraca ta polega na naszym włą­czaniu się w to, nad czym pracuje Bóg. To włączenie się nazywa się pełnieniem przez nas woli Bożej. Bóg ma wolę obmycia nas i doprowadzenia do szczęścia ze Sobą, ale nie może tego zrobić bez naszego współdziałania. Wola Boża nie jest apody­k­tycznym nakazem, co mamy czynić. Wola Boża nie ogranicza nas. Ona jest szeroką rzeką, która płynie z gór - krainy niewoli, do morza - domu Bożego. I tą rzeką płyniemy samodzielnie, własną łódką, mając swoje wiosła. Drogę możemy obrać różną: bliżej lewego brzegu albo prawego, opłynąć wyspę z tej lub tamtej strony, możemy nawet zacząć wiosłować pod prąd. Jednak najpewniej dopłyniemy z gór do morza wiosłując tak, jak biegnie nurt woli Bożej. Ona pozostawia nam najwięcej wolności. 

Wszystko, co Bóg robi na naszych oczach, czyni to więc dla nas, całkowicie bez naszych zasługi. I daje nam to za darmo. Nikt w świecie nie jest tak bezinteresowny, jak Bóg. Bogu zależy na naszej współpracy, bo bez niej nie da się nas zbawić. I to jest pierwsze, na czym Bogu zależy, pierwsze, co możemy Bogu dać - nasze z Nim współdziałanie w realizacji zbawienia siebie i innych.

Ta wola Boża, by nas uszczęśliwić jest darmowa, bo wynika całkowicie tylko z jednego - z Bożego umiłowania nas. Z tej miłości darowuje On stale nam wszystkie nasze długi. Nikt tak nie postępuje jak On. Świat w swoim wyrachowaniu jest ciasny i bezduszny. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien rezygnować ze skarbów, które Ktoś daje za darmo. My jednak jesteśmy tak zdezinformowani i zagubieni, że rezygnu­jemy ze współpracy z Bogiem, a chętnie ciężkie pieniądze ładujemy w iluzoryczne dobra tego świata. Straszna jest to ślepota. Bóg przecież chce tylko byśmy współpraco­wali, nic więcej. 

A kiedy będziemy współpracować, poznamy Go i może... pokochamy. Niczego innego tak naprawdę nam nie trzeba. 

Na czym więc Bogu zależy? Na tym żebyśmy z Nim pełnili Jego wolę i w ten sposób zbliżali się do Niego stopniowo i narastała w nas miłość do Niego. 

Co zatem możemy Bogu dać, tylko nasze zaangażowanie w Jego wolę.

I nasze zakochane w Nim serce.
Diakon Jan, grudzień 2012


 



CO ZROBIĆ, ŻEBY UJRZEĆ JEZUSA?

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa (J 12,20-21). Ludzie szukają Boga, pragną zobaczyć Go, poznać, a zawiedzeni trudnościami popadają w zwątpienie i rezygnują. W Starym Testamencie Bóg dał ludziom prawo moralne, streszczające się dziesięciu przykazaniach. Żydzi sądzili, że zachowując to prawo, znajdą Boga i będą żyć w przymierzu z Nim. Jednak człowiek, mimo teoretycznie dobrej woli, nie zachowuje Bożych przykazań. Namacalnym przejawem tej niewierności są odejścia od Niego, piętnowane przez proroków, a materialnie potwierdzone upadkiem Jerozolimy i utratą świątyni podczas najazdu Babilońskiego. Po tym najeździe prorok Jeremiasz zwiastuje nadejście nowych czasów, kiedy Bóg zawrze z domem Izraela i z domem judzkim nowe przymierze. Nie jak przymierze, które zawarł z ich przodkami, kiedy ujął ich za rękę, by wyprowadzić z ziemi egipskiej. To przymierze złamali, mimo że był ich Władcą (Jer 31,31-32). Przez Jeremiasza Bóg ogłasza uroczyście: takie będzie przymierze, jakie zawrę z domem Izraela po tych dniach: Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem (Jer 31,33). Mówi, że dzięki tej przemianie serca, dzięki wypisaniu w nim prawa moralnego, zamiast podawania na tablicach kamiennych do zachowania, człowiek nie będzie musiał zastanawiać się, gdzie i jak poznać Boga, wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Go (Jer 31,34). To poznanie związane będzie z oczyszczeniem z grzechów, które Bóg tak zdecydowanie odpuści, że wręcz nie będzie już o nich wspominał. 

Zatem zapowiadana jest skuteczna droga dojścia do najpełniejszego spotkania z Bogiem, do tego spotkania, o które pytali Filipa niektórzy Grecy. Jak ta droga będzie przebiegała? Co odpowiada na pytanie Greków Jezus? Jego odpowiedź obwieszcza, że właśnie nadchodzi ów zapowiadany przez Boga przełom. Dokona się on przez uwielbienie Syna Człowieczego. Będzie ono miało bardzo szczególny przebieg. Jezus mówi obrazowo, że jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi (to znaczy stawia na drugim miejscu) swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne (J 20, 24-25). Grecy szukali Jezusa, a Jezus wyjaśnił, że nie chodzi o to, by szukać żyjącego na tym świecie, ale poszukać Jezusa innego, tego który będzie plonem odradzającym się po obumarciu obecnego Jezusa - ziarna. Zapowiada wielką przemianę. Każe szukać owoców tej przemiany. Kto skupi się na tym świecie, będzie zabiegał tylko o swoje życie tu, a zignoruje owoce, które Bóg szykuje przez zmartwychwstanie Jezusa, ten straci wszystko. To życie i ten świat przemijają. Przez zmartwychwstanie Jezusa człowiek otrzyma dar, który będzie przemieniał Jego serce i uczyni je innym: sercem - świątynią Boga, noszącą na co dzień Boga w sobie, sercem cielesnym - wrażliwym na Boga, sercem z wypisanym prawem, czującym potrzebę naśladowania Boga i przestrzegania przykazań, wreszcie sercem zdolnym do zachowania ich. Słowem sercem upodabniającym się do serca Boga, oczyszczonym i uświęconym. 

Ale jak to możliwe? Jak to się stanie? Jezus wyjaśnia, że Jego misja ziemska, nauczanie, czynione znaki, to mało. Teraz dopiero dojdzie do szczytu Jego misji: Jezus umrze z powodu grzechu świata i zmartwychwstanie zupełnie nowy, pełniejszy, przynoszący w ten sposób dar oczyszczający z grzechu i przemieniający serca. Aby doszło do tego wylania daru, niezbędne jest dla Jezusa przejście drogi obumarcia ziarna i wyrośnięcia nowej rośliny. 

Ale co jest niezbędne, by doszło także do przyjęcia przez nas owego wylanego za cenę krwi Jezusa daru? Jezus wyjaśnia, że potrzebne jest naśladowanie Go. Kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. (J 20, 26) Zatem dla przemiany serca człowieka potrzebne jest naśladowanie Jezusa w Jego drodze od obumarcia do zmartwychwstania. Czy zatem muszę tak samo cierpieć jak On, by zmieniło się moje serce i moje życie? I tak i nie. Trzeba uważać, by nie ulec pokusie, która chce nas przestraszyć losem Jezusa i odwieść od naśladowania Go. Pokarmem Jezusa było pełnienie woli Ojca, jak powiedział przy studni w Sychem. Jego celem nie było umierać w katuszach, ale przyjść do świata i każdego człowieka, pomóc mu uwierzyć i uwolnić go od zła. Ale dla Boga, najwyższej świętości, towarzyszenie grzesznemu człowiekowi znaczy cierpieć przy nim, z nim, a raczej za niego, żeby zdjąć z niego większość ciężaru zła. Bóg zatem nie czyhał na krew Jezusa, ale zgodził się na nią i przyjął ją jako poświęcenie się Syna Bożego a przez Niego Ojca za nas. 

Uniwersalnym zadaniem naśladowców Jezusa jest zatem pełnienie woli Ojca, a ono jest nieodłącznie związane z jakimś krzyżem, z obumieraniem jakiegoś ziarna. Kto chce zmieniać się, upodabniać do Boga, stawać oczyszczony, ten staje przed nieuniknionym problemem obumierania i krzyża. Ale krzyż każdego jest inny. Jezus miał swój, my mamy swój. Każdy ma inny, każdy ma taki krzyż, jaki dopuści kochający i pragnący naszej przemiany Ojciec. Krzyż na naszą miarę. Dlatego nie trzeba bać się, że Bóg zażąda więcej, niż znieść możemy. Szatan oszukuje nas w ten sposób, odwodząc od naśladowania Jezusa. A cierpienie na tym świecie spada i tak. Lepiej zaś cierpieć dobrze czyniąc i naśladując Boga, niż źle czyniąc i walcząc z Bogiem. Owocem wzięcia swojego krzyża jest przyjęcie od Boga daru do serca. Wtedy serce otrzymuje pokój i oczyszczenie. Pełnienie woli Ojca i wzięcie swojego krzyża sowicie nagradza wewnętrznie człowieka i prowadzi do zbawienia na wieczność. 

Tymczasem szatan walczy rozpaczliwie o to, by wykorzystać wszystkie słabe punkty człowieka i skłonić go do ucieczki przed wolą Ojca. A naszymi słabymi punktami są podlegająca cierpieniu cielesność, obolała dusza, lęk przed tym, co niewiadome, brak zaufania do Boga... Szatan podpowiada, że droga Boża będzie za trudna i przerośnie nas. Sugeruje, że dary Boże, duchowe w swej istocie, nie będą tak cenne jak ich bolesna cena. Jeżeli nadal upieramy się, że Bóg nas kocha i na pewno nie zawiedzie, szatan tłumaczy, że Bóg często dopuszcza to, co trudne, że Bóg zajmuje się rzeczami dużymi, pomijając małe, że obiecuje wiele w przyszłości, a teraz zostawia nas z problemami. Szatan zachęca do kompromisu między Bogiem a sobą. Postuluje złoty środek między trudnymi wymaganiami Boga, a naszą wytrzymałością. Tymczasem to wszystko jest jego oszustwem. Jezus dokonuje bezkompromiso­wego pójścia drogami Ojca i nie spotyka Go zawód, ale przeciwnie powoduje definitywny sąd nad złym duchem i światem, broniącym jego interesów. Dzięki Jezusowi Władca tego świata zostaje precz wyrzucony. Brak najmniejszego kompromisu ze złem jest zbawienny: Jezus, nad ziemię wywyższony, przyciąga wszystkich do siebie. (J 20, 31-32) 

A Jemu też było trudno. On też z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci (Hbr 5,7). I został wysłuchany dzięki swej uległości, dzięki pójściu za Ojcem, znalazł dla siebie i dla nas to, czego pragnął. Jego ufność była wielka, na miarę wyzwania, jakie stało przed Nim, a nasze wyzwanie jest znacznie mniejsze, ale Bóg również wzywa do zaufania. Największym cierpieniem Jezusa było nie okaleczenie ciała, ale ból duszy Boga, który nie jest kochany, ale poniżany przez stworzenie, mimo że On tak bardzo je kocha i z takim poświęceniem ratuje. My prawie wcale nie cierpimy z takiego powodu. A jeżeli coś bolesnego odczuwamy, jak św. Franciszek, to jest to wielki dar współodczuwania z Bogiem. Możemy go ofiarować. Ofiarowanie Bogu tego, co przeżywamy: naszych słabości, lęków, cierpień i pragnienie nade wszystko nie wygodnego życia, ale odnowy serca, daje radość, pokój i szczęście z niczym nie porównane. Tym jest towarzyszenie Bogu cierpiącemu w Jezusie z powodu zła i nastawienie się, jak On, na dobro.

Diakon Jan, marzec 2012



JA JESTEM ZMARTWYCHWSTANIEM I ŻYCIEM

Wielu w dzisiejszym świecie nie wierzy w zmartwychwstanie i życie czekające czło­wieka po śmierci. Nie mieści się im w głowie to, co jest z drugiej strony najgłębszym pragnieniem ludzkiego serca. Przecież, w powszechnym doświadczeniu egzystencjalnym, tym, co postrzegamy jako najbardziej niesprawiedliwe, są ut­rata młodości, spadające na nas cierpienia i na koniec śmierć. One to uderzają najboleśniej, depczą ludzką godność. Nienawidzimy ich i w głębi serca pragniemy czegoś innego - szczęścia. Jednak szczęściem, którego pragniemy nie jest nieskończony czas, nie jest niekoń­czą­cy się byt, w nieskończoność przedłużane istnienie. Jest przeżywanie czegoś teraz. Doświadczanie nieprzemijającej życiowej satysfakcji, potężnego zakochania, tkwienia w czymś, co toczy się tu i teraz, i jest trwałe, co jest mocne i nie przestaje nas do głębi angażować. Pragniemy dynamicznej wieczności. 

Tymczasem nasze życie stale zadaje gwałt takim tęsknotom. Możliwości nasze przemijają i stopniowo kończą się. Wyschły nasze kości, minęła nadzieja, już po nas - biadali współcześni prorokowi Ezechielowi Żydzi. Zło nas przygnębia, ale nie wierzymy, że może być inaczej. Czego człowiek na dnie serca pragnie najgłębiej, tego nawet nie potrafi się spodziewać. Pogrąża się w czymś zimnym, co nazywa realizmem, a nie jest to nic innego jak rozpaczliwy pesymizm. Spragnieni proroków tego świata, ludzi, którzy wniosą w nasze życie choć trochę ożywczego tchnienia, z radością przyj­mujemy każdego, kto wieści dostatniejszy byt, zdrowsze i dłuższe życie, lepsze prawo i szansę na pokój. Jednak jeśli, ktoś ogłasza pokonanie zła i życie wieczne, jest to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Nie możemy w to uwierzyć. Przyszedłem w imieniu Ojca mojego, a nie przyjęliście mnie, gdyby kto inny jednak przybył we własnym imieniu, to byście go przyjęli - mówi Chrystus i słowa te trafiają w sedno. Są prawdziwe do bólu. Ileż już razy różni reformatorzy ponosili w historii długofalowe klęski, a z drugiej strony iluż świętych pokazało swoim życiem, długofalową skuteczność Ewangelii, a jednak... 

Chrystus otworzył nam drogę. Dokonał tego swoją śmiercią i zmartwychwstaniem. Zanim jednak one się dokonały dał znak, jeden znak wyjątkowo spektakularny - dokonał wskrzeszenia Łazarza (J 11,1-45). To wydarzenie, skomentowane w rozmowie z Martą, stało się kwintesencją całego Chrystusowego posłannictwa. Jestem Mesjaszem posłanym przez Boga! Jego Synem! Ale co to znaczy? Na czym polega misja Mesjasza? Wyjaśnia ją niemal każdy krok, który uczynił Chrystus tamtego dnia. Najpierw Maria i Marta posłały po Jezusa w nadziei, że przybędzie na wieść o chorobie Łazarza, swego przyjaciela. A jednak Chrystus nie wysłuchał prośby. Zapowiedział uczniom, że choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej i czekał. Tymczasem wszyscy, tak rodzina Łazarza jak i uczniowie, a nawet Żydzi z tłumu, skłonni byli wierzyć, że Jezus władny jest uzdrowić chorego, jednak więcej nie bardzo mieściło im się w głowie. I Jezusowi będzie chodziło właśnie o to „więcej”. Dokona znaku na miarę wielkich zamysłów Bożych, znaku który będzie miał pokazać, jakimi drogami działa w człowieku Bóg. A więc przede wszystkim Bóg nie uzdro­wi z choroby, ale jakby poczeka. Dopuści śmierć, aby potem dopiero interweniować. Z drugiej strony jednak Bóg w Osobie swojego Syna nie będzie akceptował śmierci. Pokaże, że nie cieszy się nią, przeciwnie, będzie nad nią bolał i płakał z powodu śmieci człowieka. 

Każdy człowiek jest Synowi Bożemu bliski jak Łazarz i Syn płacze na każdym naszym pogrzebie. A jednak przychodzi ze swoją główną zbawiającą interwencją dopiero po naszej śmierci. Dopuszcza naszą śmierć. Dlaczego? Pokazuje to Jezus w wydarzeniu wskrzeszenia Łazarza. Gdyby Jezus przyszedł, gdy Łazarz jeszcze żył i uzdrowił go, wtedy Łazarz kontynuowałby swoje ziemskie życie. Tymczasem Jezus przychodzi, gdy Łazarz już jest w grobie, wkracza po czterech dniach, gdy w ciepłym klimacie ciało już się rozkłada. W ten sposób, wskrzeszając, Jezus pokazuje, że daje człowiekowi nowe życie, a nie kontynuuje stare. Oczywiście jest to tylko wskrzeszenie, nie jest to jeszcze zmartwychwstanie, takie jak u Jezusa, ale wskrzeszenie to zostaje tak zaaranżowane, by stało się znakiem tego, co Bóg zamierza wobec człowieka, co jest zadaniem Mesjasza przysłanego na ziemię od Boga.

O swoich Mesjańskich zadaniach roz­mawiał Jezus najpierw z Martą i Marią, jeszcze zanim dokonało się wskrzeszenie ich brata. W ten sposób słowa Jego stały się komentarzem do znaku, który miał się za chwilę dokonać. Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł (w.21) - mówi z wyrzutem Marta. Brat twój zmartwychwstanie (w.23) - odpowiada Jezus, odwołując się do tego, w co wierzyła już część Żydów, będąca pod wpływem faryzeuszy. I Marta wierzy w powszechne zmartwychwstanie u kresu czasów. Ale Jezus obwieszcza rzecz nową. Po to tu przybył, właśnie jakby za późno, aby to ogłosić. Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (w. 25-26). Ogłasza to jako Mesjasz i Marta prawidłowo to rozumie: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat (w. 27).

Jezus przyszedł jako Mesjasz, a Żydzi spodziewali się po Mesjaszu ocalenia bytu narodowego, pokonania Rzymian i przywrócenia Królestwa w Jerozolimie. Nikt nie rozumiał, jakim Mesjaszem naprawdę będzie Boży wysłaniec, tak że Jezus musiał stale unikać nieporozumień. I oto nadchodzi dzień, kiedy można wreszcie pokazać w sposób zrozumiały, jakim Mesjaszem jest Syn Boży. Jest Mesjaszem, który przyszedł na świat, by dać ludziom zmartwychwstanie i życie wieczne. Przede wszystkim to, a wszystko inne niejako dodatkowo, aby pomóc im przyjąć ten główny dar.

Taki jest cel działania zbawczego Boga, dla którego poświęca się On w ludzkim ciele, by stanąć przeciw złu i śmierci. Nie jest celem Boga przywracanie królestwa Bożego na ziemi w jakiejkolwiek postaci, przedłużanie ludzkiego bytowania w tym chorym od grzechu świecie, celem Boga jest dopuszczenie do śmierci i zaraz potem danie nowego życia. Przeprowadzenie nas przez bramę śmierci do nowego życia. Wskrzeszenie Łazarza jest tego wyraźnym i czytelnym znakiem. Zapowiada zmartwychwstanie ludzi, jakiego ma dokonać Bóg przez Chrystusa, a następujące kilka dni później zmartwychwstanie Chrystusa jest już pierwszym tego powszechnego zmartwychwsta­nia aktem. Bóg już działa! Życie wieczne jest już w zasięgu ręki człowieka. Jest darem Ojca. Jezus, nim przywróci do życia, dziękuje za niego Ojcu, bo my nie potrafimy być wdzięczni za ten największy dar, jaki dla nas przygotowano. A kiedy zespoli się sercem z Ojcem Jezus zawoła do Łazarza i do nas, zawoła głośno, bardzo głośno: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! (w. 43)

A wtedy wielu spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego (w. 45). 

Warto dać się wstrząsnąć myślą, co za dar został nam dany.

Diakon Jan, kwiecień 2011






OBECNOŚĆ ZMARTWYCHWSTAŁEGO

Opowiadanie z Łk 24, 13-35 o uczniach wracających z Jerozolimy do rodzinnego Emaus to najważniejszy tekst ukazujący istotę obecności Zmartwychwstałego Chrystusa pośród świata. Widzimy uczniów wracających pospiesznie, gdy tylko dobiegł końca pierwszy, najbardziej uroczysty dzień święta Paschy. Są kompletnie załamani. Spotkał ich ogromny życiowy zawód. Mistrz, w którym pokładali nadzieję, że wyzwoli Izraela, zakończył życie, nie dokonując zgoła niczego z tego, czego się spodziewali. Miał być Mesjaszem - wyzwolicielem z rąk Rzymian, miał zaprowadzić Królestwo Jahwe, tymczasem zawisł na krzyżu jak niewolnik.

Źródłem ich zawodu było to, że pokładali nadzieję w Królestwie realizującym się w historii Izraela, w Królestwie, jakiego oczekiwali Żydzi. Ale gdzie mogli spodziewać się zbawienia ludzie? Gdzie, jak nie w swoim naturalnym środowisku, może oczekiwać pomocy człowiek, którego wiedza, doświadczenie i wyobraźnia są całkowicie z tego świata? Oczekujemy Królestwa według naszej miary. Problem uczniów to problem każdego z nas, żyjącego na ziemi, sprawami ziemi. Pragniemy zbawienia o ziemskim kształcie, wyrażającego się w opiece Bożej tu i teraz, w sprawach tego życia, naszego zdrowia, pomyślności naszej i naszych bliskich. Gdyby tak jeszcze to życie mogło trwać dłużej!

I tak jest z nami. Taki jest horyzont naszych aspiracji i Bóg ma dla niego zrozumienie. Bóg pomaga nam na tym świecie. A jednak z owymi ziemskimi oczekiwaniami, zawsze, wcześniej czy później, skazani będziemy na zawód. Jezus umarł i nie wyzwolił Izraela, sprawy potoczyły się inaczej, niż mieliśmy nadzieję. Pozostało otrzeźwienie, że Zbawiciel umarł nieodwracalnie, jak wszyscy i wszystko na tym świecie. Jak zrozumieć, że prorok potężny w czynie i słowie, zakończył swoją misję w sposób jakże hańbiący. A miało być tak pięknie!

Co więcej do uczniów dociera pogłoska, że Jezus jednak żyje. To nie możliwe! Ale jeżeli żyje to musiał powrócić do życia. Tymczasem nikt Go nie widział, prócz nie cieszących się powagą kobiet. Przecież, gdyby żył, z pewnością natychmiast przyszedłby do Apostołów, zobaczyliby Go też ludzie na ulicach Jerozolimy, powstałaby wrzawa większa od tej w niedzielę palmową. Wszyscy przychodziliby Go oglądać. Tymczasem wokół sprawy Jezusa panuje śmiertelna cisza. Coś tu się nie zgadza. Może ktoś wykradł Jego ciało. Jeśli tak, to co zrobią Żydzi, jak zareagują Rzymianie? Wszak Jezus był rzymskim skazańcem... Głęboko smutni uczniowie opuszczają Święte Miasto rozprawiając o tym wszystkim. Czy Jezus wrócił do życia, jak Łazarz, czy też nadal spoczywa w jakimś grobie?

Kiedy roztrząsają te sprawy, ktoś zbliża się do nich i wciąga w rozmowę na temat Jezusa. Podróżny świetnie zna Pisma. Naświetla im zaistniałą sytuację w sposób zupełnie inny, niż ten, w jaki biegło ich dotychczasowe myślenie. Mówi, że Jezus był Mesjaszem, który cierpiał, aby wejść do swojej chwały. Nie mówi, że Jezus znowu żyje, ale że po śmierci wszedł do chwały, czyli do Boga, co więcej do chwały swojej, czyli do Boga i zarazem na swoje, ludzkie przy Nim miejsce. Jezus, człowiek, po śmierci ma swoje ludzkie miejsce przy Bogu. Oto jakim jest Mesjaszem! Nieznajomy podkreśla, że z Jezusem, po Jego śmierci stało się coś takiego, w co ludzkie serce jest szczególnie nieskore uwierzyć. Wyjaśnia w oparciu o Biblię, że taki właśnie był zamysł Boży od początku, i że na taki zamysł Boży, a nie na zbawienie realizujące się na tym świecie, wskazują teksty. Owszem, Mesjasz po śmierci żyje, ale już nie na świecie, lecz z Bogiem w chwale, która jest zarazem Jego chwałą. Śmierć była potrzebna, aby można było wejść do tej chwały.

Słuchający uczniowie byli zachwyceni. Nikt do tej pory tak im nie wykładał Biblii. To było coś nowego, nowy duch w idealnej zgodzie z literą tak dobrze znanych im od dzieciństwa tekstów. Zapragnęli słuchać dalej, natarczywie prosili, by niezwykły nauczyciel zatrzymał się u nich do następnego dnia. Przyjęli go z wielką gościnnością, mimo że był dla nich kimś zupełnie obcym. Wystarczyła jego nauka, mówiąca o tym samym Jezusie, którego znali i trafiająca wprost do ich serc. Przyjęty z honorami gość zasiada z nimi do stołu. A po posiłku bierze do ręki przaśny chleb i kielich z winem... Przyjmują ten pokarm z jego ręki, spożywają... a wtedy rozpoznają w swoim gościu Jezusa.

Po tym przyjęciu Eucharystii wieczorem, w niedzielę Zmartwychwstania całkowicie zmieniła się ich optyka. Czują, że wyjaśnienie sensu Ksiąg Świętych, jakie usłyszeli w drodze, było wyjątkowe, trafiło do ich serc znacznie mocniej niż jakakolwiek nauka słyszana w życiu; że dzięki niej wydarzenia, jakie rozegrały się w tych ostatnich dniach w Jerozolimie nabrały dla nich zupełnie nowego sensu, zaczęły dla nich harmonizować z całym Objawieniem Boga Izraelowi; że całą tę przemianę zawdzięczają nie czemu innemu jak tylko osobistemu spotkaniu z Jezusem Zmartwychwstałym. To ono kompletnie odmieniło ich życie wewnętrzne: odkryli, że można żyć, ale nie należeć do tego świata, że można być tym samym człowiekiem, mieć ciało, a jednak mieć w tym ciele znacznie więcej niż miało się do tej pory; że pozostając na tym świecie w niewoli można przeżywać intensywnie zupełnie inną wolność; że wszystko, co przeżywają, jest autentycznym, ludzkim doświadczeniem. Słowem czują, że być człowiekiem znaczy znacznie więcej niż tylko tkwić w wąskich realiach świata. Co więcej, odkryli, że owo spotkanie ze Zmartwychwstałym, może być widzeniem, ale nie musi, może być tylko przeżyciem, a stawać się jawne za sprawą przyjęcia Eucharystii.

Aby zrozumieć, jaką rolę w tym spotkaniu odegrała właśnie Eucharystia, zwróćmy uwagę, na pewien szczegół. Co się zmieniło, kiedy ją przyjęli? Zrozumieli, że Jezus wypełnił mesjańskie proroctwa, że żyje, choć inaczej niż dawniej, że jest z nimi. Ale przede wszystkim zauważyli, że jak stał przed nimi, nim przyjęli Eucharystię, tak po Jej przyjęciu natychmiast zniknął im z oczu. Gdzie się podział? Zniknął, kiedy znikły eucharystyczne postaci, które spożyli, bo wtedy wstąpił w nich i w nich zamieszkał. Gdzie zatem przebywa Chrystus Zmartwychwstały? Odchodzi ze świata, by z ciałem wejść do swojej chwały zjednoczenia z Ojcem. Ale w tej chwale dostępuje nowego wcielenia, by być całkowicie z nami. Tego wcielenia dostępuje wchodząc w nas i jednocząc się z nami. Cała Trójca Święta, Ojciec, Syn i Duch Święty, zamieszkują w uczniach, tworzących od dnia Zmartwychwstania ciało Zmartwychwstałego. Zmartwychwstały przebywa w chwale Nieba, ale to Niebo nie jest daleko, lecz wciela się w naszą wspólnotę i w każdego z nas, byśmy stali się Jego świątynią.

Jak dochodzi do owego wcielenia? Umierający za nas Jezus zamyka swoją obecność najpierw w znaku Eucharystii. Ten znak, dany w czasie Ostatniej Wieczerzy, nabiera mocy w dniu zmartwychwstania. Ale ten znak nie jest docelowym miejscem obecności Chrystusa, lecz dany dla spożywania. Spożywając unicestwiamy ten chleb i to wino, obecność eucharystyczną Chrystusa, Chrystus umiera, a Jego zmartwychwstanie dokonuje się już w nas. Przestaje umierać w Eucharystii, a zaczyna nowe życie już w nas, w nas wcielone. Tym sposobem Eucharystia stanowi dar Chrystusa, który za cenę swej krwi i mocą Zmartwychwstania czyni z nas świątynię Boga – swoje mistyczne ciało. Bóg staje się obecny w Kościele i we mnie znacznie bliżej, niż gdyby żył tylko na tym świecie jako Jezus.
Zmartwychwstały zatem odchodzi do chwały, ale nie oddala się od nas. Jego obecność dla nas jest obecnością w Kościele i w życiu wewnętrznym człowieka. A Kościół i nasze życie wewnętrzne są budowane przez Eucharystię. To ona stanowi najważniejszy owoc Zmartwychwstania, dar budowania pośród nas i w nas świątyni Boga. Człowiek darem tym żyjący znajduje się w wyjątkowej sytuacji - zostaje zjednoczony z Bogiem. A jednak dla wielu taka obecność staje się coraz bardziej abstrakcyjna. Doświadczenie spotkania ze Zmartwychwstałym staje się doświadczeniem coraz bardziej samotnym, jak u Jezusa, który był jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. A stało się tam coś zupełnie innego niż sądzili wszyscy – śmierć naprawdę straciła władzę nad Jezusem z Nazaretu. Co robić, by oczy nasze przestały być jak na uwięzi, ale otwarły się i odkryły Go. Decydujące znaczenie ma tu Eucharystia. A szatan rozumie to dokładnie i walczy z nią zapamiętale w historii Kościoła, by coraz więcej ludzi odrzucało ją i przestawało należeć do mistycznego ciała Chrystusa, tracąc jedność z Ojcem udzieloną na chrzcie.

Diakon Jan, 2008









PAN MÓJ I BÓG MÓJ




Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. (J 20,19-30)


Nawrócenie dziesięciu. Tekst, który rozważamy, pokazuje, w jaki sposób rodzi się Kościół. Jego początkiem jest budowanie przez Zmartwychwstałego wiary w uczniach. Objawienia Zmartwychwstałego kładą fundamenty pod nowe życie uczniów, wiarę w umarłego Jezusa, który stał się Chrystusem żyjącym na nowo. Tak dokonuje się prawdziwe nawrócenie uczniów. Tekst pokazuje dwa etapy tego procesu. Najpierw, za sprawą Chrystusa, dokonuje się nawrócenie dziesięciu Apostołów, a potem, dzięki już nawróconym Apostołom i dzięki Chrystusowi, następuje nawrócenie Tomasza. Jest on niejako reprezentantem wszystkich, jak my, nawróconych w już istniejącym Kościele.

Po śmierci Jezusa Apostołowie trzymali się razem. Byli przerażeni. Kaźń Jezusa i nienawiść przywódców żydowskich wstrząsnęła nimi. Bali się o własną skórę. Po święcie Paschy, w niedzielę rano, zobaczyli pusty grób, niektóre z kobiet opowiadały, że Jezus żyje - nie wiedzieli, co o tym myśleć. Niepokój wzrastał. I oto wieczorem stanął przed nimi Ktoś, kto wszedł mimo drzwi zamkniętych i słowem pozdrowienia „Pokój wam!” zdjął z nich cały lęk. Wyzwolonym z lęku otwierają się oczy, dar pokoju zmienia duchową percepcję, przeżywają w sercu spotkanie. Jest to charakterystyczne dla autentycznej duchowej przemiany – człowiek spotyka Kogoś, kto sprowadza uspokojenie serca i sprawia, że zaczyna się więcej widzieć i odczuwać, że człowiek staje się duchowo wrażliwszy. Takim napełnionym pokojem Apostołom zostają pokazane ręce i bok, przebite, jak u ukrzyżowanego Jezusa. I wtedy dostrzegają, że stoi przed nimi Ten, kto jest Jezusem zabitym na Krzyżu, mającym Jego rany, świadczące o realności śmierci i ten, kto zarazem żyje zupełnie nowym życiem. Może jeść, być widoczny, dotykalny, ale też znika, przechodzi przez drzwi i jeśli chce, nie można Go rozpoznać, jakby miał inny wygląd. Będąc Kimś więcej, ma w sobie zarazem życie ziemskie i śmierć, którą wycierpiał i przeżył. To wszystko, czego nie da się opisać, da się przeżyć i Apostołowie przeżyli to i odkryli, gdy Go spotkali, a to przeżycie uczyniło z nich nowych ludzi – mających wiarę w Zmartwychwstałego. A wiara w Zmartwychwstałego znaczy, że jest się z Nim w spotkaniu i więzi duchowej, która nazywa się zjednoczeniem. To, co mówił Jezus – Ja jestem krzewem winnym, a wy latoroślami – staje się faktem.


Nawrócenie Tomasza. Dziesięciu nawróconych głosiło Tomaszowi dobrą nowinę o zmartwychwstaniu Jezusa, zapewniali, że żyje i że Go widzieli. Ale ich głoszenie nie było wystarczające, podobnie jak niewystarczające jest nasze głoszenie. Tomasz, słysząc, że Jezus żyje, może sobie, co najwyżej, wyobrazić, że wrócił On do dawnego życia, tak jak Łazarz czy młodzieniec z Nain. Apostoł był zbolały, bardzo brakowało mu Jezusa, nie chciał przesiadywać w Wieczerniku i pielęgnować bólu. Zbuntowany miał Bogu za złe to, co się stało. Wolał być sam i zapomnieć. Gdy usłyszał, że współbracia widzieli Jezusa śmiertelnie poranionego, ale żyjącego, wydała mu się zupełnie absurdalna - tak nieprawdopodobna, jak przekonanie, że ktoś może przeżyć przebicie serca włócznią. Kazał sobie pokazać te rany Jezusa. Wiedział, że bez tego nie będzie w stanie przyjąć za prawdę tej dziwnej nowiny. Wszystko to, co przeżywał było ziemskie, zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Sam na podstawie ludzkich słów nie był w stanie zrozumieć ani przeżyć niczego więcej. By Tomasz mógł zmienić się tak samo, jak pozostali Apostołowie, potrzebny był osobiście obecny Zmartwychwstały Jezus. 


Kiedy Jezus w następną niedzielę przyjdzie znowu do Apostołów, Tomasz po raz pierwszy dozna pokoju. W tym pokoju zobaczy, że jest nowe życie Jezusa, który mimo, iż umarł i nosi śmiertelne rany, jednak żyje i to Jego życie promienieje swą pełnią na ludzi. Zobaczy, że istnieje życie, które przeżyło śmierć i trwa dalej. To, co widzi Tomasz, w spotkaniu ze Zmartwychwstałym, odmienia go i poszerza całe jego poznanie. Dotąd nie rozumiał, co znaczy, że Jezus żyje, teraz wie i jest człowiekiem nawróconym. Wierzącym.


Wiara. Ewangelia pokazuje, że wiara w dobrą nowinę o Zmartwychwstaniu, bierze się z dwóch źródeł: z głoszenia przez Kościół, które przygotowuje grunt, tworzy system pojęć, w jakich wyrazi się przeżycie duchowe, a potem z tego, co decydujące, ze spotkania ze Zmartwychwstałym, z doświadczenia bijącego od Niego pokoju i nowego życia. Tego doświadczenia nie wyjaśnia żadna nauka, żadna teologia, potrzebne jest osobiste spotkanie, w czasie którego następuje obdarowanie Duchem Świętym. Spotkanie to przemienia myślenie człowieka o życiu ziemskim i odsłania nowe życie – wprowadza w nową jakość.

Skąd się bierze to obdarowanie? Jest ono skutkiem przebywania człowieka na spotkaniu ze Zmartwychwstałym i zjednoczenia z Nim. Zmartwychwstały, zaczyna żyć w nas i przez nas emanować na zewnątrz. Jest to zupełnie nowe wcielenie Syna Bożego, Tego, który żył w Jezusie, Synu Maryi, aby teraz zacząć nowe życie we wszystkich synach ludzkich, by zyskali oni zjednoczenie z Synem Bożym i stali się dziećmi Ojca. Wiara nie jest li tylko świadomością, jest spotkaniem otwierającym drogę do tego zjednoczenia i tworzącym je.



Pan mój. Wiara Tomasza zaowocowała jednym z najpiękniejszych w Ewangelii okrzyków skierowanych przez człowieka do Chrystusa: „Pan mój i Bóg mój.” Człowiek woła „mój”, gdy czuje wyjątkową więź emocjonalną. Bez tej więzi emocjonalnej wiara byłaby uboga i sucha.

Tomasz bardzo kochał Jezusa. Jego śmierć spowodowała wielki kryzys, większy niż u innych Apostołów, ponieważ Tomasz był człowiekiem o wrażliwym sercu. Zranienie tego serca zamknęło go w niewierze. Ale, gdy Jezus przywrócił Tomaszowi pokój, ten odzyskał nie tylko wiarę, ale i miłość do Jezusa. Przeżywał ją w nowej postaci, jako miłość do Zmartwychwstałego: „Pan mój” – mój Pan kochany. 


Jezus był za życia ziemskiego żydowskim Rabbim. Jak każdy Rabbi zachowywał pewien dystans do uczniów, mimo że nosił w sercu miłość do nich na miarę ofiary z życia. Jednak po zmartwychwstaniu dystans ten mógł zostać zmniejszony. Zmartwychwstały może stać się dostępny każdemu, każdy może Go spotkać i pokochać, jak Tomasz, gdy pozna siłę wiary. Nawrócony, gdy posiada wiarę, zyskuje niezwykłą bliskość Zmartwychwstałego. A taka bliskość przeobraża się w miłość, bo miłość to przylgniecie i zjednoczenie. Wiara prowadzi do miłości, a miłość otwiera na życie wieczne w całkowitym zjednoczeniu.

Pan mój i Bóg mój. A przez Niego i Ojciec mój. 
Diakon Jan,2007






NOWE ŻYCIE W STARYM ŚWIECIE


W rozdziale dwunastym Ewangelii według św. Jana czytamy, że do apostołów przystąpili greccy prozelici, który chcieli ujrzeć Jezusa. Czcili oni Boga i pielgrzymowali do jerozo­lim­skiej świątyni na święto paschy, ale słyszeli też o Jezusie i pragnęli Go przy okazji zobaczyć (J 12, 20-22). Jezus przyszedł na świat właśnie po to, aby go „zobaczono”; w tym celu dał się zawiesić na Krzyżu miedzy niebem a ziemią, aby przyciągać ludzi do siebie. Znamy Chrystusa od dwóch tysięcy lat, czytamy Ewangelię, słuchamy katechez, ale, jako żywo, nie dostrze­gamy w sobie przełomu. Po staremu narzekamy na zło, na to, że nie możemy uwolnić się od swoich grzechów, a radość zakłócają nam różnorodne lęki i niezadowolenie z siebie. Te przejawy starego człowieka wciąż trzymają nas na uwięzi, tak że z ciekawością, zdziwieniem i rezerwą przypatrujemy się Chrystusowi, pytając, jak jest możliwe to, co głosi On sam, co głosi o Nim Kościół, że jest On prawdziwie dawcą nowego porządku, nowego życia.

A Jezus daje taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec (J 12,23-26). Charakterystyczny tu jest semicki sposób wyjaśnienia stopni kochania, przywiązania do życia na tym świecie i w wieczności z Bogiem. Otóż, kto kocha swoje życie, a nienawidzi, czyli mniej kocha, ustawia na drugim miejscu, życie wieczne z Bogiem, ten traci coś najważniejszego. Kto zaś kocha życie z Bogiem, a nienawidzi swego życia na tym świecie, czyli życie na tym świecie ustawia na drugim miejscu, po Bogu, ten zachowuje coś najważniejszego. Wzorem takiej postawy jest sam Chrystus, który kocha Ojca, a nienawidzi, w wyżej wyjaśnionym sensie, swego życia na tym świecie i jeśli potrzeba gotów jest oddać je na Krzyżu. Gotów jest, to nie znaczy, że uważa to życie po manichejsku za bezwartościowe, raczej przeciwnie. Gotów jest to znaczy, że słucha Ojca, że Jego pokarmem jest pełnić wolę Ojca i gdy Ojciec dopuszcza do sytuacji wyboru, między publicznym dawaniem świadectwa prawdzie o Bogu i swojej synowskiej godności, a śmiercią, przyjmuje śmierć.

Chrystus jest człowiekiem, zna ból i lęk, jest grzesznikiem obarczonym nie swoimi, ale naszymi grzechami, to znaczy zna wewnętrzne skutki grzechu, w szczególności nacisk szatana i nacisk słabej, grzesznej ludzkiej natury, zna lęk. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. (J 12,27). Wrogiem miłości jest lęk o siebie, który stale odczuwamy i który paraliżuje nasze czynienie dobra. Ale tylko Chrystus potrafi ten lęk pokonać, to znaczy postępować wo­bec Ojca i nas zawsze z miłością, bez względu na szantaż świata i strach starego człowieka.

Dzięki tej sile i odwadze Chrystusa Ojciec mógł umieścić w ciele, na tym świecie, w samym jego środku, na wydatnym podwyższeniu – Bożego Syna. Uczynił Go wysoką górą, którą z daleka widać, obronną skałą, na której można znaleźć schronienie, wężem miedzianym, na którego mogą spoglądać ukąszeni Izraelici, Jezusem, do którego każdy może przyjść, jak owi Grecy i do którego każdy może przylgnąć sercem, niezależnie od swojej sytuacji moralnej. I to jest fakt o decydującym znaczeniu. Chrystus stał się człowiekiem, by na tym świecie być magnesem przyciągającym grzeszników. Kto zrozumiał, że w Chrystusie Bóg naprawdę nie robi trudności żadnemu człowiekowi i że to po naszej stronie powstaje owa niechęć do spotkania z Bogiem, ten odkrył dla siebie prawdziwy skarb.

Bo to nie On, ale ja cofam się, nie lgnę do Boga, gdyż nie czuję potrzeby zbawienia i to jest pierwszy mój wielki dramat - nie widzenie siebie. I to nie On a ja cofam się, nie lgnę do Boga, gdyż czuję się niegodny i, zanim się zwrócę do Chrystusa, sam próbuję się poprawić, i to jest drugi mój wielki dramat - niewiara, że grzesznikowi naprawdę niezbędny jest Bóg i że Bogu naprawdę jestem w takim stanie bliski. Te dwa błędy życia wewnętrznego są konsekwencją naszego chorego, skażonego grzechem pierworodnym pojęcia o Bogu. Choroba ta nosi imię pychy i ma dwie odmiany: ja nie potrzebuję Boga oraz ja nie jestem godny Boga. Obie są równie zgubne, bo psują nam pozostający w zasięgu ręki dobry kontakt z Przyjacielem, sprawiają, że nie korzystamy z danego nam przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa nowego życia. Na tym świecie wykreował się na króla, szatan, rzekomy władca świata, który w rzeczywistości potrafi tylko źle radzić i dezinformować, i jest w tym genialny. Te kłamstwa stwarzają wrażenie, że to on, szatan jest osią, wokół której wszystko się kreci. A tak naprawdę problem jest w tym, że na skutek skażenia, świat kręci się wokół nas, napędzany naszą pychą.

I w tym właśnie świecie Ojciec umieszcza swojego Syna wywyższonego, lampę, która płonie i świeci, by oderwać nas od siebie samych, od myślenia o sobie, kręcenia się w zaczarowanym kręgu własnych grzechów i dobroczynności, porażek i sukcesów, aby skupić nas na innym punkcie, poza naszym egocentryzmem, na Bogu w Chrystusie, na miłości. Tylko wpatrywanie się w Niego i lgniecie do Niego sercem, pozwala mi na zaparcie się siebie. Mamy zatem dwa punkty, jeden punkt to wróg: mój egoizm i egoizm świata, oraz stojący za nimi szatan, a drugi punkt to Chrystus - wywyższony i promieniejący. Te dwa punkty tworzą teraz, po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa nową sytuację - sąd: Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie (J 12,31-32). A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat i jest możliwe wejście w jego krąg, przytulenie się do Chrystusa. Nie potem, gdy będę lepszy, ale teraz, gdy jestem jeszcze grzesznikiem, ale chcę nim nie być.

Intuicyjnie wyczuwamy potrzebę prawa moralnego, prawo to daje się skodyfikować, wyryć na kamiennych tablicach. Jednak to niczego nie rozwiązuje, dopóki sam nie zechcę i nie będę potrafił prawa tego zachować, czyli dopóki prawo to nie będzie jakby wyryte w żywej tkance mojej istoty, dopóki moja wolność nie będzie dostatecznie wolna i zdrowa. I to właśnie obiecuje Bóg: umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu (Jr 31,33). Dopiero wtedy, gdy moje serce zmieni się pod działaniem Boga, zmieni się moje postępowanie. Bóg nie dokonał zbawienia zmieniając, jakby za dotknięciem czarodziejskiej róż­dżki, moje serce, ale wywyższył Chrystusa, abym do Niego szedł, poznawał Go i do Niego lgnął więzią nowego przymierza. Mówi: w tym przymierzu będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem. I nie będą się musieli wzajemnie pouczać jeden mówiąc do drugiego: Poznajcie Pana! Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie - wyrocznia Pana, ponieważ odpuszczę im występki, a o grzechach ich nie będę już wspominał (Jr 12,33-34). Zatem w wyniku śmierci i zmartwychwstania Chrystusa powstaje możliwość więzi grzesznika z Bogiem w Chrystusie: spotkania, serdecznej rozmowy, opieki, poznawania Boga i ta więź jest nowym życiem, które starego człowieka przemienia w nowego, choć żyjącego wciąż na starym świecie. Zatem do zbawienia prowadzi nie iluzoryczna doskonałość, ale dziecięce, przywiązanie grzesznika do Boga, mimo bardzo niedoskonałego przestrzegania przykazań.

Wynika stąd fundamentalna strategia życia duchowego: Potrzebuję skupiać się w życiu nie na przykazaniach, nie na analizowaniu grzechów, nie na smuceniu się, że wciąż tak bardzo jestem niedoskonały, nie na sobie, czy mi się coś udaje, czy zgoła nic, ale na Bogu w Chrystusie, który przyjaźni się z grzesznikiem, na Ojcu, który chce odsłonić mi grzech, odpuścić go i puścić w niepamięć: odpuszczę im występki, a o grzechach ich nie będę już wspominał. Odsłania, odpuszcza i zapomina, abym ja zajmował się, poświęcał czas i myśl głównie Bogu, nie sobie i nie złu, ale Temu, który kocha, przychodzi blisko i bierze w ra­miona.

Nawrócenie wymaga wysiłku. Ale niech to nie będzie wysiłek kręcenia się wokół siebie, niech to będzie skupienie się na Ojcu, wysiłek wyciągania rąk do Niego po miłość. 

Diakon Jan, kwiecień 2006



ŚWIĄTYNIA BOGA Z LUDŹMI

Świątynia. Bóg jest transcendentny, to znaczy przekracza cały nasz świat, jest od niego nieporównanie większy. Człowiek, żyjąc w świecie, sam z siebie, nie jest w stanie nie tylko Boga spotkać, ale nawet o Nim myśleć, ująć Go w dostępnych mu kategoriach i poznać. Między Bogiem i światem rozciąga się przepaść odrębności. I właśnie ten Bóg, tak nieskończenie większy od świata, z własnej inicjatywy zniża się do nas, sprawia, że możliwe będzie nasze z Nim obcowanie. A czyni to bez utraty własnej Boskiej tożsamości, w ten sposób, że Siebie, całą prawdę o Sobie umieszcza w łonie świata, w dniu kiedy go stwarza. To zniżenie jest możliwe dlatego, że świat i człowiek zostaje stworzony na podobieństwo Stwórcy, jest odbiciem Boga, jak odcisk na papierze - odbiciem pieczęci. Odbicie to jakościowo coś innego, niż pieczęć, ale nosi w sobie jej wyraźne podobieństwo. Zniżenie się Boga do nas idzie tak daleko, że Bóg umieszcza w świecie swoją obecność, sprawia że powstają specjalne „miejsca” służące naszemu spotkaniu z Nim. Bogu właśnie chodzi o spotkanie, ponieważ stworzył człowieka po to, by w życiu wiecznym właśnie spotkał się z Nim i głęboko się z Nim zjednoczył. Do osiągnięcia tego celu potrzebne są środki, by Bóg stawał się nam dostępny, poznawalny. Biblia od początku wprowadza takie środki, a są nimi świątynie, miejsca na tym świecie, a jednak mające ten wyjątkowy przywilej, że Bóg jest jakoś obecny na tych miejscach. Świątynia jest na świecie, Bóg mieszka w transcendencji, a jednak w jakiś wyjątkowy, niezrozumiały dla człowieka sposób, owa transcendencja pochyla się w tym miejscu nad światem i buduje z nim więź. Symbolem tej więzi, właściwej tylko dla świątyni, są we śnie Jakuba w Betel schody, po których mogą schodzić i wchodzić aniołowie – wysłańcy Boży.

Ponieważ Bóg jest jeden, w Starym Testamencie włożony będzie ogromny wysiłek, by przekonać człowieka, że świątynia może być tylko jedna. Taką jedyną świątynią będzie świątynia w Jerozolimie. Stanowi ona proroczą zapowiedź prawdziwej świątyni Boga z ludźmi, którą jest, objawiony w Nowym Testamencie, Syn Boży, Jezus Chrystus, który stał się człowiekiem i zamieszkał miedzy nami. On jeden jest Tym, przez którego transcendentny Bóg staje się nam bliski, z Kim możemy obcować, a w ten sposób osiągać spotkanie z samym Bogiem. Chrystus jest jedyną Świątynią Boga. Dlaczego? Ponieważ On w łonie Trójcy Świętej jest prawzorem stworzenia, na jego obraz zostało ono powołane do istnienia i jeżeli w stworzeniu Bóg zapragnął mieć swoje dzieci, to być dzieckiem Boga znaczy tyle, co być podobnym do Jego Syna Chrystusa, a nawet mieć z Nim więź pokrewieństwa. Dzięki temu pokrewieństwu od dnia Wcielenia i Narodzenia Bóg mieszkający w Chrystusie może zamieszkać miedzy nami.

Grzech burzy świątynię. Jak pokazuje Biblia, gdzie w świecie pojawia się Bóg w swojej świątyni, tam zaczynają się koncentrować siły zła, dążące do tego, by świątynię zburzyć i w ten sposób usunąć Boga ze świata. Bóg, aby być w świecie, potrzebuje pośrednictwa świątyni, jakby swojego ciała, a zło, wiedząc to, próbuje niszczyć to ciało. Bóg wtedy przeciwdziała siłom zła i stale odbudowuje świątynię. Tak działo się ze świątynią w Jerozolimie, burzoną kilkakrotnie, tak samo stało się z Jezusem Chrystusem, który został ukrzyżowany i zabity. Jednak jak Bóg doprowadzał do odbudowy swoich świątyń, tak samo ocalił człowieczeństwo Jezusa, trwale chroniąc Go przed śmiercią przez doprowadzenie do zmartwychwstania. Przez Zmartwychwstanie Bóg w kulminacyjnym momencie dał wreszcie człowiekowi świątynię, która nie będzie mogła zostać więcej zburzona. Wreszcie znalazło się na tym świecie miejsce dla Boga trwałe i niezniszczalne. 

Gdy Bóg wprowadza w świat swego Zmartwychwstałego Syna, dając ludziom możliwość jednoczenia się z Nim, przestają być potrzebne wszelkie inne świątynie. Dlatego Bóg przestaje ich bronić, odbudowywać je, pozwala by zło je zniszczyło, jak niszczy i unicestwia w przemijaniu cały świat. Tak oto zburzenie świątyni jerozolimskiej staje się znakiem czasów ostatecznych. Bóg mieszka już tylko w Chrystusie Zmartwychwstałym, żywym w Kościele i w ludziach, a inne ziemskie świątynie, budowane tylko rękami ludzkimi, ulegają wcześniej czy później zagładzie. Zagładzie przez zło ulega wszystko, co nie jednoczy się ze Zmartwychwstałym, by razem z Nim, być Bożą świątynią. 

Czasy Kościoła. Przyjściem Chrystusa na świat, co świętujemy w Boże Narodzenie, a potem Jego nowym narodzeniem, w dniu zmartwychwstania, została zapoczątkowana pełnia czasów, kiedy Kościół i każdy człowiek ma możliwość stać się wraz ze Zmartwychwstałym świątynią Boga. Zmartwychwstały, wcielając się, tworzy z nami ową jedyną na czasy ostateczne świątynię Boga. Bóg od tej pory nie ma i nie chce mieć innego miejsca w świecie, jak ludzkie serca, w których znajduje sobie świątynię. Co zechce być Jego świątynią, wpuści Chrystusa do siebie, pozwoli się Bogu przeniknąć, stać się Jego tabernakulum, to będzie chronione przez Boga, jako Jego świątynia na tym świecie. A to, co w nas i w świecie odetnie się od Boga, nie zechce stać się Jego sanktuarium, będzie ulegało zagładzie. I nie chodzi tu o to, że człowiek żyjący w więzi z Bogiem, będzie chroniony przed złem i cierpieniem. Przeciwnie, będzie atakowany. Jednak w nim, w jego sercu, to co przeniknięte Bogiem, zostanie odnowione, ochronione i ostatecznie przejdzie przez bramę śmierci do życia. Natomiast obszary nie przeniknięte nowym życiem Zmartwychwstałego: cała postać tego świata, nasze ciało i zasklepione w nas obszary, będą przemijać i ulegać zagładzie. Tylko to, w co wszedł Bóg, gdzie zamieszkał jako w świątyni, staje się mocne i opiera się złu i przemijaniu. 

Tę prawdę widać w opisach czasów ostatecznych. Mamy tam z jednej strony podtrzymującą na duchu zachętę do nabrania ducha i podnoszenia głowy, odnoszące się do tego wszystkiego, co jest świątynią, weszło w więź z Chrystusem, i gorzkie słowa o nie pozostawaniu kamienia na kamieniu, dotyczące rzeczy, w które nie wpuszczono Boga.
Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią? 

Tylko to, co jest świątynią, nie ulega zagładzie.

Diakon Jan, 2007 




                                                      

POST

Wziąłem do ręki plik kartek. To moje zapiski powstałe na przestrzeni lat. Ileż to razy w tym czasie sięgałem po Słowo, nachylałem się nad nim, osłaniałem je dłońmi przed wiatrem, jak płomień lampy, a potem wdychałem unoszące się nad nim wonie i notowałem skrzętnie. Ileż to razy szedłem na targ po oliwę, a gdy świeciła dyskretnie, uczestniczyłem w bliskości, niosłem na rękach płomień kochany. Lecz zimny wiatr owiewał mnie, dawałem się mu wchłonąć, lampa bladła, płomień przygasał, a zapach zażyłości ulatywał. Mizernym kagankiem usiłowałem oświetlić drogę, by nie przeoczyć, gdy On będzie szedł. Gdzie jesteś mój Mężu. On chodzi tak cicho. Doszedłem do drzwi i stoję zziębnięty, czekając aż otworzą. Rozwiewają się moje kartki, deszcz rozmazuje na nich litery. Gdy zamykam oczy wszystko jest czytelne, gdy znów je otwieram – stają się niezrozumiałe, jakbym nigdy ich nie dotykał. 

Pismo Święte na przestrzeni ośmiu wieków, poczynając od Ozeasza (VIII p.n.e.) pokazuje Boże starania o poślubienie swojej oblubienicy. Objawia się jako zakochany Oblubieniec, który zabiega o swoją kobietę, niezmiennie ją kocha i pragnie się z nią połączyć. Tymczasem Oblubienica jest zmienna, kapryśna i niewierna w swojej postawie, gdzie indziej lokuje swoje serce, a jednak, mimo tego, stale w oczach Bożych jest piękna i warta miłości. (...) chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca. (...) i będzie Mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju. I stanie się w owym dniu - wyrocznia Pana - że nazwie Mnie: Mąż mój, a już nie powie: Mój Baal. Usunę z jej ust imiona Baalów i już nie będzie wymawiać ich imion. (Oz 2,16-19) 

Jak wiadomo związki mężczyzn i kobiet chodzą w naszym życiu nieraz bardzo krętymi drogami i bardziej niż inne relacje międzyludzkie nie chcą się poddawać zamysłom Bożym. I właśnie nie tylko wtedy, gdy w domu panuje harmonijna miłość, ale przede wszystkim, gdy jedno pragnie wykorzystać drugie, gdy je rani albo zatruwa jego życie, wówczas związek dwojga szczególnie nabiera cech związku każdego z nas – ludzi z Bogiem. Więź dwojga może być piękna, porywać radością świadczenia drugiemu dobra, tak samo jak piękne może być życie wiary, z Oblubieńcem, na którego się czeka, mając płonącą lampę, pełną oliwy. Wtedy wydaje się, że już się prawie Go ma. Ale więź dwojga może być chora a nawet toksyczna i wtedy przychodzi pytanie, czy można przestać kochać. Ludziom się to zdarza, ale Bogu nie – On nie odstępuje nigdy swojej Oblubienicy, bo taka jest istota Miłości. Zdewaluowało się nam słowo miłość. Zdaje się ograniczać tylko do czerpania z siebie wzajemnej przyjemności, albo do wzajemnego towarzyszenia sobie jako zapłaty za inne wzajemnie świadczone sobie usługi. Dlatego przywołajmy słowo przyjaźń, bo ona bardziej kojarzy się z bezinteresownością. Miłość zatem to przyjaźń, w której następuje zjednoczenie w jedno ciało, dla wspólnego życia. I życie wiary jest taką właśnie miłością – łączącą mnie z Bogiem. 

Wszystkim, co dla mnie ważne tu i co przechodzi tam, jest to, żeby Pan Młody był ze mną. Potrzebuję do tego celu oliwy, która rozświetli mrok drogi, gdzie idzie Oblubieniec, rozświetli mi, bym Go nie przeoczył. A Oblubieniec chodzi cicho. Dlatego bez względu na to kim jestem, co mam i czym się zajmuje, zabiegam i próbuję dać z siebie wszystko, by Pan Młody był ze mną. Wtedy jestem silny i szczęśliwy, nawet w cierpieniu. Czy goście weselni mogą pościć, dopóki Pan Młody jest z nimi? (Mk 2,19) Nie jest to pobożne gadanie, ale potwierdza się w życiu duchowym świętych. Spotkanie z Oblubieńcem, doznanie jego silnych ramion to stan upragniony, już teraz wyczuwalny i możliwy do cząstkowego przeżycia, mimo mojej mizerii, ale przede wszystkim to początek zaślubin, wielkiego zjednoczenia, do którego zmierzam. Jego szkołą jest moje małżeństwo. Niedoskonałe zjednoczenie osób przygotowuje mnie do najdoskonalszego spełnienia w akcie wiecznotrwałej, jednoczącej miłości. I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana. (Oz 2, 21-22) 

Lecz w Ewangelii, w kontekście godów weselnych Chrystus mówi o poście. Dlaczego? Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? Nie mogą pościć, jak długo pana młodego mają u siebie. Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy, w ów dzień, będą pościć. (Mk 2,19-20) Jest to dla nas ważne i pełne znaczenia, zwłaszcza, gdy chcemy podjąć post i zadajemy sobie pytanie, czym on jest. Tyle bowiem razy przeżywaliśmy okres Wielkiego Postu i tyle razy czyniliśmy różne postanowienia, a życie nasze niewiele się zmieniało. Czym więc jest post? Znaczenie potoczne tego terminu jest stosunkowo wąskie i dla życia duchowego niewystarczające. 

Jestem szczęśliwy w zażyłości z moim Oblubieńcem, ale nie zawsze Go mam. Przychodzi dzień cierpienia, strapienia, kiedy zabierają mi Go, a wtedy przeżywam post. Czym jest zatem post? Post to czas smutnej rozłąki z Bogiem, to sposób życia w tym stanie rozłąki. A ta rozłąka jest częścią mojego życia, podobnie jak zażyłość, obie stanowią dwie strony tego samego medalu. Zażyłość i rozłąka czyli post. To właśnie chcę poddać dalszej refleksji
Taki duchowy post ma trojakie oblicze. 

Jest to po pierwsze asceza, czyli wysiłek, staranie, by panować nad przeszkodami we mnie samym, utrudniającymi spotykania z Oblubieńcem. Zatem to czujność nad organizacją mojego czasu, nad sposobem odżywiania się, nad posiadaniem dóbr, nad zbytnim skoncentrowaniem na sobie, przywiązywaniem wagi do wygód i przyjemności. Potocznie właśnie to rozumiemy pod pojęciem postu. Ascezę. Jest ona przydatna, zaleca ją Gospa w Medjugorje, warto ją stosować i powinna być dobierana indywidualnie dla człowieka. Jest ważna, ale nie najważniejsza. 

Po drugie post, to wysiłek szukania i poznawania Oblubieńca. Odbywa się on przez dary dostępne w Kościele: modlitwę, wsłuchanie w Słowo i karmienie się Sakramentem. Ktoś powie, przecież to robię od lat i co w tym wyjątkowego? Otóż nie! Chodzi o to, by zacząć nie od praktyk w ogóle, ale od nastawienia: mam Oblubieńca, który mnie pragnie i którego chcę pragnąć i ja. Świadomie i z determinacją skupiam się na tym pragnieniu i staraniu o spotkanie Upragnionego. On jest Kimś moim, osobistym... On chce mnie mieć, a ja oddaję Mu siebie. Jeszcze teraz nie umiem się oddać Mu do końca, ale już cały jestem o to staraniem. Wtedy zaczyna się post. 

I po trzecie post to głód Oblubieńca, tęsknota za Nim, cierpienie duszy z powodu tego, że jeszcze nie mogę mieć Go całkowicie. Ten post spływa z góry, jest chorobą z powodu braku zjednoczenia z Bogiem, z powodu przemijalności obecnych spotkań z Nim, jest skargą: chora jestem z miłości. Ten post znamy z życia duchowego świętych: Faustyny, Katarzyny ze Sieny, może być nam dawany po cząsteczce, jako darmowy dar Oblubieńca. 

Post zatem trzeba pojmować szeroko, bo jest to duch postu, czyli duch życia na tym świecie już razem z moim Oblubieńcem, życia w sposób nieunikniony niepełnego. Post to czas i miejsce wychowania Oblubienicy. Post zatem to pustynia, przez którą szli Izraelici z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Na tę pustynię Oblubienica zostaje wyprowadzona przez Oblubieńca, tu doznaje różnych przykrości i niedostatków: brak jej jedzenia, wody, boi się, napadają ją Amalekici... Dzięki tym trudnościom przeżywa potrójny post: ćwiczy ciało i duszę, szuka Boga i tęskni za Jego Ziemią Obiecaną. Wreszcie napotkała warunki, w których może przeżywać głęboką sensowność i szczęście uległości Oblubieńcowi. Jej serce roztapia się jak wosk, a Oblubieniec mówi do niego czule. Przynęcona na pustynię staje po raz pierwszy w życiu w perspektywie nieznanego dotąd mistycznego zjednoczenia, pustynia to w jej życiu tego zjednoczenia zadatek. Wita dzień, w którym przez jej dumne gardło zaczyna przechodzić wyznanie: Mąż mój, następują zaślubiny... 

I pozna Boga! 

Diakon Jan, 3 marca 2006