Eseje - Najwyższy-Najbliższy





ZA CO WDZIĘCZNI JEZUSOWI?


Czytamy, że niektórzy Grecy chcieli poznać Jezusa i szukali pośrednictwa Apostołów (J 12,20-33). Dlaczego? Ponieważ przed chwilą Jezus wjechał do Jerozolimy owacyjnie witany przez jej mieszkańców. Jego popularność sięgnęła zenitu. Wszyscy byli przekonani, że wreszcie zatriumfuje, pociągając za sobą tłumy do walki o sprawy ziemskie. Takiego przywódcę chcieli znać wszyscy, chcieli być przy nim i uzyskać jakieś wymierne korzyści. A jednak… 

Chrystus w odpowiedzi skierowanej do Apostołów stwierdza, że mamy większy powód by Go wielbić, niż wjazd do Jerozolimy. Mamy większy powód. Dlaczego, wiec, szukamy Jezusa? Czy rozumiemy, co jest największym jego dziełem dla nas?

Kiedy Jezus daje nam najwięcej powodu do uwielbienia i wdzięczności? Okazuje się, że największym Jego dziełem jest to, czego dokonuje w swojej godzinie, w przełomowym momencie życia. Wydarzenie, jakie się wówczas dokonało było nieefektowne, pełne śmierci, bólu i żalu, ale wtedy Jezus oddał swoje życie za nas, a owoce tej Jego ofiary są dla Niego i dla nas przeobfite. Jeżeli odkryjemy te owoce, zobaczymy je, będziemy wiedzieli, że najlepsze, co możemy zrobić to być wdzięczni i wielbić Jezusa. Owoce, jakie Jezus wysłużył w godzinie śmierci są tak ogromnym szczęściem człowieka, że ze wszech miar warto, by człowiekowi bardziej zależało na nich niż na tym życiu. Jezusowi właśnie bardziej zależało na Ojcu, dawcy życia, niż na swym doczesnym życiu i tę zasadę umierania ziarna poleca również nam. Kto chce zachować swoje życie (na tym świecie) straci je. Lecz, kto nienawidzi (mniej ceni sobie) życie na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Ta zasada jest wyzwaniem dla człowieka, ale jeszcze większym dla szatana, który robi wszystko, by człowiek nie uwierzył i nie doświadczył tego, że naprawdę warto najwyżej cenić sobie Boga i bardziej przykładać się do zabiegów o życie tamto, niż o to.

Chodzi tylko o to, by nie przywiązywać się do tego życia tak, jakby to ono było największą wartością. Jeżeli zdystansuję się do niego, zobaczę, że nieporównanie większy, wspanialszy, uszczęśliwiający jest owoc ofiary Chrystusa. Jeżeli nastawię się na dary Chrystusa, jako na coś najwspanialszego i będę gotów dać z siebie wszystko, by je pozyskać, nie będę żałować. Warto nawet stracić życie, a co dopiero przyjemności tego świata, by mieć Boga i żyć z Nim, bo On jest rozkoszą niepomierną, trwającą na wieki. Nasze życie doczesne jest wielką wartością, ale nie zasługuje aż na taką cenę jak bliskość z Bogiem, którą otworzył Jezus. W tej bliskości zyskujemy nie tylko coś dla siebie - życie na wieczność, ale także odkrywamy, że Bóg jest Kimś wyjątkowym, oszałamiająco pięknym, Jego miłość jest doznaniem, które przewyższa wszelkie doznania. I jeśli odkryjemy to, nie będziemy chcieli już niczego, a nawet nikogo innego. To poznanie owoców ofiary Chrystusa jest rewolucją dla człowieka.

W jaki sposób Jezus otworzył nam drogę do tego najpiękniejszego z pięknych świata? Do Boga? Przyszedł do nas dla tej jednej godziny konfrontacji ze złym duchem, by wyrwać mu władzę nad człowiekiem i utorować ludziom przejście z tego świata do Ojca. Utorował je idąc pierwszy. To jest Jego misja. Nikt nie może Go w niej zastąpić. Dlatego musiał wiele wycierpieć, bo szatan zaciekle się bronił, żeby nie wypuścić z rąk człowieka. Nikt z nas nie wygrałby tej walki, którą wygrał On. Dlatego jesteśmy niezmiernie obdarowani. Droga ze świata do Boga była szczelnie zamknięta i nikt nie mógł być zbawiony. Plany Boże leżały w gruzach. A jednak Jezus podniósł je z gruzów jednym aktem ofiary, cierpliwości w bólu i wierności Ojcu. Czego Ojciec pragnął? Nie tego, by Syn koniecznie umarł w mękach, ale tego, by kłaniał się tylko Ojcu, a nie złemu duchowi. I to właśnie zwycięstwo moralne zostało odniesione, bo Jezus pozostał do końca wierny Ojcu. Nie zgrzeszył nawet w ekstremalnej sytuacji. To stanowi wielką chwałę Boga i Jezusa. Straszony cierpieniem, zbolały, w chwili słabości ciała i duszy, stojący oko w oko z księciem ciemności nie ustępuje, nie idzie na kompromis, nie popełnia grzechu, zachowuje wierność Bogu. Szatan w swej zuchwałości liczył, że wcielony w człowieka Bóg zgrzeszy, jak inni ludzie, ale się przeliczył. Nie docenił mocy Boga i Jego miłości. Jezus pod pręgierzem grzechu świata pozostał Synem zjednoczonym z Ojcem.

W ten sposób sam stał się w grzesznym świecie jedyną łącznością z Ojcem. Tej drogi do Ojca, jaką jest Jezus, szatan już nie pokona, ani nie zamknie. Nas ludzi może zwodzić, byśmy nie weszli na tę drogę, ale droga ta, pełna miłości i miłosierdzia, pozostanie już na zawsze dla grzeszników otwarta, póki istnieje świat i w każdej chwili będziemy mogli nawrócić się, zyskać przebaczenie i pójść tą drogą do pełni szczęścia. Czy rozumiemy, jaki to kosmicznie wielki dar? Dlaczego nie wierzymy i nie cenimy go bardziej niż złudzeń doczesności?

Jezus stał się mojżeszowym wężem, zawieszonym na wysokim palu. Kto zwróci się do węża, staje się zdrowy, ma przywrócony stan łaski i wskazaną drogę do zbawienia. Związek z Jezusem daje nam wiec wszystko. Przedtem nie mieliśmy nic, bo tylko trochę złudzeń, a potem ciemność. Teraz mamy wszystko: warto żyć docześnie choćby krótko, bo jest to tylko wstęp, a cała istota życia to poznanie Kogoś najpiękniejszego, niezwykłego, wspaniałego i zyskanie w Nim osobistego spełnienia.

Jezus wzywa nas do pójścia za Nim, naśladowania Go i zapowiada, że tam, gdzie On będzie, będziemy i my. Ale bynajmniej nie znaczy to, że On skazuje nas na podobne do swojego cierpienie. Jezus największe cierpienie, jakim jest umieranie w ciemności, ze złym duchem wyciągającym zębiska, by pożreć umierające dziecko Boże, wziął na Siebie. Odtąd to On, a nie szatan towarzyszy nam w chwilach trudnych, w momencie nieuniknionej śmierci. Jezus prowadzi nas tymi samymi etapami, którymi szedł On, ale na tych etapach odciąża nas od tego, co za trudne. Doświadczamy niewielkich cierpień obecnego czasu, jako ocalenie przed marnością tego życia i preludium do wielkiego szczęścia.

Ktoś spyta, dlaczego teraz cierpienie, a szczęście dopiero kiedyś, w niepewnej przyszłości. Otóż nie. To też jest kłamstwo złego. Szczęście wieczne, owoc śmierci i zmartwychwstania Jezusa zaczyna się dla nas już teraz. Już je mamy w sercu razem z Chrystusem. On zdjął z nas największy ciężar, a pozostawił tylko tyle, ile potrzeba, by samemu też móc się poświęcić, ofiarowywać i osobiście pokonywać złego ducha. Bez tej naszej osobistej walki w zakresie nam dostępnym, nie odmienilibyśmy się od wewnątrz. Obok Krzyża Jezusa człowiek potrzebuje też małego krzyża swojego.

Jednak istotą sprawy jest, byśmy się skupili nie na krzyżu, nawet na Krzyżu Jezusa, ale na owocach, którym ten Krzyż służy. Dlatego, gdy przeżyjemy Wielki Piątek spróbujmy jakby „zapomnieć” o nim, on nie jest celem, jest drogą do celu, jakim są owoce. A owocami tymi jest Zmartwychwstanie Jezusa, a dla nas (na razie) nasze zmartwychwstanie wewnętrzne – życie łaski, poznanie osobiste Boga, zżycie się z Nim, przylgniecie do Jego miłości i karmienie się Jego szczęściem. Skupmy się nie piątkowym bólu, który jest etapem, ale na niedzielnym blasku, który jest rozkoszą posiadania ze sobą najpiękniejszego Boga. 

Diakon Jan, marzec 2017







OTO BARANEK BOŻY

On jest Synem Bożym - daje świadectwo o Jezusie Jan Chrzciciel. (J 1,29-34) Gdy Ojciec przedwiecznie rodzi Syna, obdarza Go swoją Miłością - Duchem Świętym. To jest owo najwyższe, jedyne, naprawdę istniejące szczęście - Ojciec i Syn złączeni pełnią osobowej Miłości. Syn ma przedwiecznie od Ojca Ducha Świętego i nie może Go nie mieć, dlatego, kiedy staje się człowiekiem, pociąga za sobą Ducha Świętego na świat. Ma Go, więc, Jezus od samego początku, kiedy to Duch zstępuje w łono Maryi i potem, kiedy ten sam Duch namaszcza Jezusa na progu publicznej działalności. To, co dzieje się w świecie, ma swe odbicie w Synu, ponieważ Syn jest żywym wzorcem świata. Kiedy Bóg stwarza świat, stwarza go dobrym na wzór Syna i wtedy też po raz pierwszy obdarza go swym Duchem. Ale, skoro świat przez grzech traci więź z Bogiem, traci tym samym Ducha, a zadaniem Syna staje się tego Ducha mu przywrócić. Jak to się dokonuje? Przede wszystkim zauważmy, że Syn chociaż jest w ciele, jest jednak prawdziwym Synem i Ducha utracić nie może. Może jednak być groźnie atakowany, bo dla szatana nie jest jasne, czy jest możliwe skusić Jezusa. Gdyby tak się stało, gdyby zgrzeszył, zostałby Ducha pozbawiony. Jednak Jezus mając w sobie, po ludzku Ducha, nadal okazuje się mocny i nie tylko Ducha nie traci, ale przeciwnie ugruntowuje Jego obecność w świecie. Misja Jezusa zostaje wypełniona, gdy Jezus zmartwychwstaje i Duch zamieszkuje w świecie na stałe, staje się dla świata darem, który mogą otrzymać wszyscy ludzie. Jedynym warunkiem jest, że uwierzą w Jezusa.

Zatem udzielanie chrztu Duchem jest główną misją Jezusa. Do wypełnienia tej misji wiedzie specjalna droga, dostępna tylko dla Niego. Jezus staje się Barankiem Bożym, najpierw zabitym, a potem żyjącym na wieki. Misja Baranka była przygotowywana w dziejach Izraela. (Wj 12,13) Baranek był tam barankiem ofiarnym. Musiał on być doskonały, bez skazy i właśnie takiego trzeba było zabić w noc wyjścia z Egiptu. Jego mięso było spożywane po upieczeniu, a krew służyła do oznaczenia domu, aby ocalał on przed śmiercią. Życie w Egipcie było obrazem życia w stanie grzechu. Istotą i esencją zła było nie to, że Izraelici byli męczeni i zabijani, ale to, że nie było możliwości ucieczki z niewoli. Jednak zło niszczyło nie tylko Izraela, ale także Egipt i to właśnie wykorzystał Bóg. Zacietrzewieni Egipcjanie nie chcieli wypuścić Izraelitów, przez co uporczywie trwali w złu, a to zło w postaci plag, niszczyło i zabijało wszystko, poczynając od najcenniejszej cząstki, od synów pierworodnych. Dopiero zabicie baranka i wylanie jego krwi na drzwi domów uwalniało od zła i pozwalało ujść z niewoli.

A jednak śmierć zwierzęcia może być skuteczna tylko w sensie symbolicznym. Prawdziwym źródłem życia w wolności jest prawdziwy Baranek, Syn Boży, który umiera w ciele, osłaniając nas przed ciosami zła. Chrystus jest naszym obrońcą, ratunkiem, ochroną, niczym mąż dla własnej żony. I to jest największą dumą Jezusa, że jest Barankiem zabitym zamiast nas, a potem na powrót żyjącym dla nas i z nami. Umiera, jak my, grzeszni na skutek wzięcia na siebie naszych grzechów, a potem żyje na wieki z nami, dzięki objęciu nas tym samym Duchem, którego ma od Ojca. Tak więc ratuje nas od śmierci Baranek walczący o nas do ostatniej kropli krwi, umiera zamiast nas, a potem odzyskuje od Ojca wszystko, co poświęcił dla nas i dzieli się tym z nami. Czym? Nowym życiem, Bożym Duchem i świętością.

Baranek jest dumny z tego, że może nas ocalić. Chętnie staje w naszej obronie do walki ze złem. Umiera, ponieważ obciążony naszym grzechem nie może, jak my, ludzie, ludzkimi siłami zwyciężyć. Ale przez to że nadal jest Synem Bożym nie może też umrzeć, więc Ojciec walczy za Niego, a On wraca do życia w nowej, zmartwychwstałej ludzkiej postaci. Pamiętajmy, że w walce dobra ze złem, tylko zło niszczy i zabija. Bóg zawsze ratuje, na zło odpowiada dobrem. Człowiek, nawet gdy czyni na ziemi dobro, umiera, ale dzięki związkowi ze Zmartwychwstałym i tak zwycięża, i otrzymuje nowe życie w Bożym świecie. Chrystus umiera, bo zasłania nas przed ciosami zła, jak tarcza, jak kokosz swe pisklęta. Chrystus podkłada się złu za nas, w naszej obronie, bo nas kocha. Nikt inny tak nas nie kocha jak On.

Bóg jest dumny z tego, że broni nas i pozwala się za nas zabić. Dzięki temu szatan zostaje zwiedziony, bo Boga nawet w ciele nie da się zabić, a przez to człowiek zostaje uratowany. Bóg ma wobec nas ogromne plany i dla tych planów zdobywa się na największe poświęcenie. A z pozoru zadanie, jakie stoi przed Bogiem, jest niewykonalne. Oto człowiek odstąpił od Niego, cały jest po stronie złego ducha i masowo czyni zło. Łatwo ulega podszeptom szatana, bo jest słaby i kruchy. Cała jego siła była z Boga, a on się od Boga odciął. A jednak Bóg czyni rzecz niewykonalną, staje się jednym z nas i obciąża się naszym grzechem, umiera z jego powodu, a my nadal żyjemy, bo grzech nasz już nas nie obciąża. Wtedy Jezus daje nam Ducha i uświęca, a my mamy możliwość znaleźć się całkowicie się pod wpływem tego Ducha i się odmienić. A kiedy się zmienimy, Bóg weźmie nas do siebie i rozciągnie swój namiot nad nami, czyli wraz z Ojcem i Synem ogranie nas jednym Duchem Świetym, zaprosi do wnętrza Trójcy Świętej. (Ap 7,17). Dla takich zaszczytów, dla zjednoczenia nas ze Sobą, Bóg się poświęca aż do końca i wykazuje najwyższe samozaparcie. 
Diakon Jan, luty 2017

 

 

WIELKIE PRAGNIENIA

Masowy pochód do Boga.

I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu. Rzuć okiem dokoła i zobacz: Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie. Twoi synowie przychodzą z daleka, na rękach niesione twe córki. (Iz 60,3-4) Wielka rzesza repatriantów podąża z Babilonu do Jerozolimy. Wielu przez lata wysiedlenia utraciło więź emocjonalną z ojczyzną, wielu związało się z obcymi kobietami, ale po Edykcie Cyrusa Jerozolima na powrót staje się miejscem dostępnym do rozbudowy i zamieszkania. Znowu tam obecny jest Bóg, a Żydzi mogą iść do Niego, by stać się Jego Ludem. Wizję wielkiego powrotu ujrzał Prorok Izajasz i zapisał na kartach swojej Księgi. Ale czy w owym czasie powrót istotnie był tak entuzjastyczny i masowy, jak wynika ze słów Proroka. Wysiedleni przez Nabuchodonozora byli ludźmi wykształconymi, fachowymi, w większości znajdowali oni w Babilonie pracę i niezłe warunki życia. Dlatego nie zawsze wracali. Nie wszyscy na tyle mocno pragnęli Jerozolimy, by porzucić dorobek życia i zacząć od nowa. Ale ci, co porzucili Babilon, znaleźli się w szczególnej więzi z Nim. O jakiej masowości dążenia do Boga mówił zatem Izajasz? Jeśli nie w piątym wieku, to może odnajdziemy ją w czasach Jezusa? 

Masowy pochód czy strach? 
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon. (Mt 2,1-2) Do Jezusa przybyli przedstawiciele obcych narodów, tak jak zapowiedział Izajasz. Historia trzech mędrców przepowiada, że do Jezusa niebawem zwrócą się poganie: Grecy, Rzymianie i cały świat. Jednocześnie jednak Żydzi postąpią przeciwnie, w większości odwrócą się. Znów dążenie do Boga nie jest masowe. Ewangelista mówi, że skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. (Mt 2,3) Dlaczego się przeraził? Otóż z tego samego powodu, co Żydzi w Babilonie. Ponieważ trzeba będzie porzucić wszystko: król swoją władzę, kapłani swoje prerogatywy, a faryzeusze swój autorytet religijny. I wszyscy będą musieli uznać nad sobą władzę i autorytet Mesjasza. Poddać się Jego panowaniu. Przyjęcie Jezusa, to wyrzeczenie się siebie, a to jest bardzo trudne, dzieje się wbrew własnym grzechom, przywiązaniom do świata i słabościom. Prorok Izajasz widzi, zatem całą przyszłość: rzeszę ludzi na przestrzeni historii mających wielkie pragnienia, porzucających to, co małe i idących ku większemu. Tak dzieje się przez wszystkie pokolenia, ale z wielkim trudem. Mesjaszowi poddadzą się ci, co mają większe pragnienia, niż tego, co się posiada na ziemi. Herod przyjmie Mesjasza, gdy będzie miał większe pragnienia, niż być królem. Wysiedleńcy pójdą do Jerozolimy, gdy będą mieli większe pragnienia, niż dobrze prosperować w Babilonie. Człowiek współczesny pójdzie za Jezusem, gdy będzie miał większe pragnienia, niż dobrze zarabiać, mieć rodzinę i święty spokój.

Między Jezusem a Ojcem. 
Bóg ma dla nas zbawienie, to znaczy rzeczy najpiękniejsze z pięknych, życie w swoim domu, który przed nami otwiera. Jak to czyni? Budując most! Most do Ojca. Nasze zbawienie najpierw jest przygotowywane tylko między Jezusem a Ojcem. Jezus otwiera drogę przez most. Reszta należy do nas i zależy od naszych pragnień, by na ten most wejść i przezeń przejść. Jezus pyta niewidomego: co chcesz, abym ci uczynił? (Mk 10,51), a ten odpowiedział, że chce przejrzeć. Po co przejrzeć? Żeby co zobaczyć? Że rosną drzewa, czy że droga do Boga jest gotowa i miejsce na uczcie niebiańskiej czeka? Tak naprawdę najbardziej potrzebujemy jednego – by obudziło się w nas pragnienie Boga, pragnienie większe niż widzenia świata, niż ciepłego warsztaciku w Babilonie, posadki króla w Jerozolimie i świętego spokoju w moralnych kompromisach. Pragnienie słuchania Boga bardziej aniżeli ludzi.

Jezus z Ojcem ocala nas od grzechu, czyni swoimi dziećmi i przygotowuje mieszkanie w swoim domu. Jak to robi? Bierze na siebie nas z naszymi grzechami. Pokazuje to, gdy u progu działalności publicznej przychodzi do Jana Chrzciciela razem z pielgrzymami wyznającymi swe grzechy i wyrażającymi pragnienie nawrócenia. On czuje się grzeszny przez nas i chce nasz grzech usunąć. Nie jest to Jego osobisty grzech, ale grzech nasz, tym bardziej dojmujący, że niewinnie dźwigany ciężki Krzyż. Jezus ma w sobie nasz grzech i Ojciec patrząc na Jezusa widzi w Nim ten grzech, widzi jak ten grzech Go oddala od Niego i zabija, jak Jezus jest katowany przez nieswoje zło, przez szatana i ludzi, zatem nie z własnej winy. Będąc czystym czuje obciążenie złem przychodzącym ze świata. Umiera, ponieważ grzech jest odcięciem człowieka od Boga, a to zabija, jak pozbawienie rośliny wody. Jezus zostaje zabity przez zło zamiast nas, a dzięki temu my jesteśmy ocaleni. W Jezusie umiera nasza stara, grzeszna natura i jej przewinienia, a ze zmartwychwstaniem Jezusa rodzi się nasze nowe życie zdolne do łączności z Ojcem. Jak to się dzieje? Tak, że nasz grzech, spadając na Jezusa próbuje oderwać Go od Ojca, ale nie jest w stanie tego zrobić. Jego synostwo Boże jest silniejsze od szatańskiego zła. Jezus grzeszny naszym grzechem nie traci Ojca, a gdy zmartwychwstaje, na powrót w pełni jest z Nim i odzyskuje Go dla nas. 

Tyle Jezus osiągnął dla nas. Osiągnął to zupełnie sam, tylko przed Ojcem. Od tej chwili nasza wolność i czyste serce jest faktem i czeka w gotowości. Na co czeka? Na to, aż faktem się staną nasze pragnienia. Aż zapragniemy zaczerpnąć z Jezusa, a wyrzec się starego siebie. Zaiste wielka jest mądrość i charyzma w słowach Czepca w Weselu Stanisława Wyspiańskiego: „A, ja myślę, ze panowie duża by już mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” Chcieć „chcieć”, pragnąć tego, co jest gotowe, wykochane Krwią Jezusa i tylko czeka na naszą wolę, żebyśmy chcieli to wziąć, albo przynajmniej chcieli „chcieć” to wziąć.

Praca nad pragnieniami. 
Poddajmy ocenie nasze pragnienia. Popracujmy nad nimi. Jakie mamy pragnienia? W dzieciństwie pragniemy mamy, taty i zabawek. Potem pragniemy coraz więcej „zabawek”, albo coraz więcej ludzi. Albo skupiamy się na dobrach materialnych, albo na ludziach, albo po części na każdej z tych rzeczy. Bardzo lubimy rządzić. Jedni autorytarnie rządzą dobrami mater­ialnymi i masami ludzkimi, manipulują, wyżywają się, naginają prawo, tworzą złe prawo. Inni rządzą tylko swoimi podwładnymi w pracy, swoimi dziećmi, swoim mężem, swoja żoną. Największe szczęście wewnętrzne spotyka jednak tych, którzy odkrywają, że lepsze jest dawanie niż branie, czynienie dobra, służenie innym, nie kierowanie nimi, nie narzucanie im swej woli, nie stosowanie wobec nich nacisku, przemocy. Są jeszcze ci najbardziej pobożni, którzy pragną kierować się wolą Bożą, by szczęśliwie przechodzić przez życie, które ich otacza, pragną szczęścia, a Bóg im w tym „pomaga”, tak myślą, tylko pomaga, pokazuje jak wybierać, decydować, mieć najtrafniejsze pragnienia. Czy nie tak?

A jednak taka postawa to nie pełnia pragnień. Brakuje w niej pragnień największych, najbardziej uszczęśliwiających, a tych pragnień Bóg chce w nas najbardziej, ponieważ ich spełnień ma dla nas najwięcej. Są to pragnienia, które miał Jezus. Jego pragnieniami było przebywanie z Ojcem i to, żeby ludzie też przebywali z Ojcem. Tego pragnął mówiąc z Krzyża: „pragnę” i za razem nie chcąc pić z gąbki. Pragnął więcej niż ziemskiego picia. Największym pragnieniem dostępnym ludziom nie jest pragnienie pomyślności innych, ale pragnienie Boga dla nich. Spełnienie tego pragnienia spełnia wszystkie mniejsze pragnienia. Dlatego Bóg chce, byśmy mieli jak największe pragnienia, nie te małe, tymczasowe, przemijające. Kiedy Ci źle i pragniesz czegoś, pragnij Jezusa. Ucz się mówić – nie proszę Cię, Boże o nic konkretnie, proszę Cię o wszystko. Pragnę nie czegoś ze świata, pragnę Ciebie. Można wypowiadać takie pragnienia, ale jeszcze nie z głębi serca, tylko powierzchownie, nie do końca szczerze, więc jeśli nie umiesz jeszcze pragnąć Największego, nastaw się na dążenie w tym kierunku – by najbardziej ze wszystkiego pragnąć Boga, dla siebie i innych. Pragnąć Go szczerze, z serca, uczciwie. Chcieć Go „chcieć” ponad wszystko, a nie swoich małych "pragnionek". 

Diakon Jan, styczeń 2017    





CZEGO PRAGNIE DLA NAS MATKA BOŻA?

Bóg powołał Matkę Najświętszą do swego dzieła zbawienia ludzi. Wszyscy, których Bóg powołuje, są prorokami, sługami Boga. Maryja jest pierwszą ze sług, wzorem sługi. Podkreśla to wydarzenie zwiastowania, gdzie Maryja przyjmuje powołanie służebnicy Pańskiej. Za Nią, według kolejności i proporcji sługami Bożymi stajemy się my wszyscy - sługami to znaczy narzędziami służącymi do tego, by Bóg wykonywał swoje zbawcze dzieło w świecie. Wszystkich ludzi, tak jak Maryję, zaprasza Bóg do współdziałania w tym dziele, ale Maryja jest służebnicą specjalną, wyjątkowo czystą, świętą i Bogu wierną. 

Wszystkie sługi i narzędzia Boże spotyka podobny los. Ich powołania mają podobny przebieg w zależności od stopnia zaangażowania i czystości serca. Prorocy, apostołowie i święci tak jak Maryja doświadczają zawsze szczęścia obcowania z Bogiem, ale przy tym także cierpienia, ataków złego ducha i prześladowań. 

Istotą działania Boga jest zamieszkanie wśród ludzi. Bóg zamieszkuje w Jezusie człowieku. Jezus zamieszkuje w domu Maryi i Józefa, a potem, gdy wędruje i nie ma gdzie mieszkać, mieszka pośród uczniów. Jego los dzieli Maryja. Po zmartwychwstaniu Jezus zamieszkuje w uczniach, czyli w Kościele, a Maryja do odejścia ze świata zamieszkuje u św. Jana. Te mieszkania dla Boga zawsze są mieszkaniami ubogimi. Bóg je wybiera, ponieważ narzędzia Boże muszą się umniejszać, aby Bóg w Jezusie mógł wzrastać (jak mówi św. Jan Chrzciciel). Maryja w Ewangelii też się umniejsza i to radykalnie, aby w centrum Słowa Bożego zawsze pozostawał Jezus. 

Maryja wolna od grzechu jest narzędziem Bożym doskonale uniżonym i pokornym. Najważniejszym wymaganiem stawianym słudze Boga jest to, by pozwalał, a nie przeszkadzał Bogu działać. Narzędzie nie może przywłaszczać sobie mocy Bożej, ani uważać się za jakąkolwiek moc. Nam wszystkim niezbyt to się udaje, za to Maryja jest przezroczysta w sposób doskonały. Dlatego jest Ona dla nas wszystkich wzorem sługi Bożego. Misji narzędzia Boga możemy znakomicie uczyć się od Maryi, a wtedy Bóg będzie mieszkał i działał w nas tak jak w Niej. Wtedy, jak Ona, będziemy pozwalać Bogu działać, a nie ograniczać Go własną samowolą. Mamy uczyć się od Maryi być pokornie nieobec­nymi, bo przecież, jak pisze św. Paweł: to Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania. Maryja najlepiej uczy nas poddawać się Jego mocy sprawczej. 

Zadaniem Maryi, służebnicy Pańskiej, jest dzielenie się z nami Jej własną misją. Zresztą tak jest ze wszystkimi powołanymi, że chodzi w nich o dzielenie się tym, co Bóg nam powie­rza. Maryja otrzymała od Boga Jezusa, aby stał się Jej Najbliższym, Jej Synem. I tą misją bliskości z Jezusem Maryja dzieli się z nami – daje nam Jezusa. Ona jest dla nas wzorem, jak związać się z Jezusem, poznać Go, żyć Nim i zżyć się z Nim, wreszcie jak pokochać Go i wejść z Nim w intymną więź. Największym skarbem, jaki ma Maryja, jest miłość Jezusa i miłość do Jezusa. Jezus jest Jej największym i jedynym skarbem. Maryja poko­chała Go od dnia poczęcia a potem narodzenia, z czasem kochała Go coraz dojrzalej, uwielbiała przez całe życie i na wieczność. 

Wielu artystów fascynowała więź miłości Maryi i Jezusa. Z okazji Światowych Dni Młodzieży nie­które cenne dzieła zebrano w Muzeum Naro­dowym w Krakowie na wystawie „Maria Mater Misericor­diae”. Pokazano między innymi pełne miłosnej wymowy piętnastowieczne płótno „Ma­tka Boża czuła na tle ruin antycznych” oraz rzeźbę „Matka Boża z Dzieciątkiem”. Kolosalny ładunek miłości ma także eksponowana w kopii pieta watykańska Michała Anioła, gdzie Maryja trzyma martwego Jezusa cierpiąc z miłości. 

Można patrzeć na takie działa i przeżywać ich emocjonal­ną wymową, ale nie czuć, że przez nie Maryja wzywa nas swoim życiem nie tyle do siebie ile do miłości do Jezusa. Zakochanie w Jezusie jest sednem Jej misji, a my mamy od Boga zadanie przejmować tę Jej miłość. Matka Najświętsza mó­wi: zróbcie wszystko cokolwiek wam powie, a Bóg mówi więcej: pokochajcie mojego Syna, tak jak macie tego wzór w Jego Matce. Matka Najświętsza jest posłana przez Boga, by dzieliła się z nami swą miłością do Jezusa. To jest Jej misja. Jezus ma stać się naszą Rodziną, tak jak stał się Jej Rodziną. Do tego wzywa Bóg i tego uczy Maryja. 

Wielu ma ogromną miłość do Maryi. Dlatego Maryja bardzo chce, byśmy w swej pobożności nie zatrzymywali się na miłości do Niej, ale z Nią szli dalej. Maryja jest w najgłębszym związku miłości z Jezusem i tego związku chce dla nas najbardziej ze wszystkiego. Chce, byśmy, tak jak Ona, zakochali się w Jezusie, bo Jezus jest naszą Rodziną daną od Boga i przez Maryję.

Diakon Jan, wrzesień 2016




   

CÓŻ TO ZA KRÓL!

Po zawierzeniu życia Chrystusowi Królowi


Jakiego Króla objawia Jezus w Ewangelii?
Przypowieść z rozdziału 22 Ewangelii według św. Mateusza ukazuje Boga, jako Króla wszystkich ludzi, poczynając od Żydów. Jezus postawił Żydom zarzut, że pierwsi zostali przez Boga powołani i pierwsi też Bogu odmówili. Faryzeusze jasno odczytali tę aluzję. Jak to, my, naród wybrany mamy być odłączeni od uczty mesjańskiej? I naradzali się, jak by Jezusa podchwycić w mowie (Mt 22,15). Inaczej odbieramy przypowieść Jezusa my, ludzie Nowego Testamentu. Dla nas ważne jest, że Bóg nie zrezygnował z zapraszania i po Żydach na ucztę zaprosił wszystkich. Jednak słuchając słów Jezusa koncentrujemy się na ogół na tym, kogo Król przyjął, a kogo odrzucił i na jakich dokonało się to warunkach. Tymczasem ważniejsze jest, by zagłębić się w postawę Króla: jakim jest królem i o co Mu chodzi, kiedy zaprasza gości.

Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i odeszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali.

Przede wszystkim zauważmy, że Król zaprasza na wesele syna, czyli na swoją wielką, osobistą uroczystość. Na taką uroczystość zaprasza się tylko najważniejsze i najbliższe osoby. Król ma takie osoby, wybrał je na początku i są nimi potomkowie Abrahama. Bardzo Mu na nich zależy, mimo że jest Królem i ponawia ich zapraszanie aż dwa razy. Zależy Mu nie, dlatego że są najdoskonalsi czy najwspanialsi, ale mimo tego - z powodu swojej wielkiej miłości. Jest to najważniejsza prawda objawiona o tym Królu w Starym Testamencie. Król ma wśród stworzenia osoby tak bliskie i tak ważne, że zaprasza je na najważniejszą swoją rodzinną uroczystość, niczym największych dostojników.

W świetle tej miłości zadziwić musi jeszcze coś: Król zaprasza z wielkim uporem, a zaproszeni z równie wielkim uporem odmawiają. I pytamy, czy można tak odmawiać królowi? Cóż to za król, któremu da się tak odmawiać? Bo i z jakiego powodu się odmawia? Ze zwykłej, egoistycznej intere­sowności. Poddani zamiast dać się ugościć Królowi, wolą zająć się własnymi korzyściami. Cóż to za Król, któremu można odmawiać z takiego powodu?

Tych, którzy zlekceważyli Króla, spotkała sroga kara, ale ich odmowa bynajmniej Króla nie zniechęciła. Wprawdzie uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić, ale zaraz po tym uczynił rzecz niesłychaną: ponowił zaproszenie i zaprosił… wszystkich. Rzekł swoim sługom: Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się biesiadnikami. I znowu zapytajmy: co to za król, który na wesele syna zaprasza wszystkich poddanych? Co to za król, któremu tak bardzo zależy na każdym człowieku w Królestwie?

Król na wesele syna zaprosił wszystkich i wymagał od nich tak niewiele, zaledwie zaopatrzenia się w szatę weselną. I nie postawił przy wejściu sług, którzy sprawdzaliby posiadanie szaty, ale wpuszczał wszystkich, ufając, że każdy wymaganą szatę ma. Co to za Król, który tak ufnie otwiera swój dom przed każdym? Jednak Król nie jest naiwny. Zaufał, a potem, gdy spotkał się osobiście z gośćmi, przekonał się osobiście, kto nie zawiódł Jego zaufania. Na szczęście zawiedli nieliczni, ale i to dziwi, bo przecież szata musiała być dostępna przed wejściem i przywdziali ją prawie wszyscy. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka nieubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych (Mt 22,2-14). I znowu pytamy, co to za król, który wstęp na wesele syna czyni tak prostym i za razem sprawiedliwym.

Na koniec zauważmy jeszcze jeden szczegół. Królowi zależało na wszystkich i udało Mu się ugościć prawie wszystkich, bez jednego. Czy ta minimalna liczba odrzuconych nie świadczy o tym, że Król włożył naprawdę ogromne starania i zaangażował swe najwyższe miłosierdzie, by doprowadzić wszystkich swoich poddanych na ucztę Królestwa. W swojej potędze, na przekór całemu złu, był w stanie osiągnąć upragniony cel niemal stuprocentowo. Czy to nie mówi, że Król użył całej swojej potęgi nie do ujarzmiania poddanych, ale do tego, by stali się Mu bliscy i z własnej chęci przyszli na uroczystości? Pytamy, co to za Król, któremu tak bardzo i tak serdecznie zależy na nas.

Z przypowieści bije niesamowita wyjątkowość Króla. Jest to niezaprzeczalnie Król potężny i najwyższy, ale zarazem niepodobny do władców tej ziemi. W Nim jest całkowite skupienie się nie na władzy, ale na osobistej relacji z poddanymi, na miłości i na tym, by ugościć każdego, jako najbliższego sercu.

Jak Król przybywa do swoich poddanych?
Miłość Króla do poddanych widzimy jeszcze w tekstach Starego Testamentu. W szczególności u Sofoniasza czytamy: Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem! Oddalił Pan wyroki na ciebie, usunął twego nieprzyjaciela; Król Izraela, Pan, jest pośród ciebie, nie będziesz już bała się złego. Owego dnia powiedzą Jerozolimie: Nie bój się, Syjonie! Niech nie słabną twe ręce! Pan, twój Bóg, jest pośród ciebie, Mocarz, który zbawia, uniesie się weselem nad tobą, odnowi [cię] swoją miłością, wzniesie okrzyk radości (So 3,14-17).

Prorok wzywa do radości, ponieważ Król jest pośród ciebie, oddalił skazujące za grzech wyroki, wyzwolił od szatańskiego nieprzyjaciela, od lęku przed złem, a wszystko to zrobił, dlatego że jest Mocarzem i naprawdę skutecznie przynosi zbawienie. Co więcej Król cieszy się, unosi się weselem nad nami i aż krzyczy z radości, kiedy obdarza nas miłością, a miłość ta odnawia nas, czyli oczyszcza ze zła i czyni nowymi ludźmi.

To przyjście Króla do swego ludu jeszcze mocniej i bardziej szokująco przedstawia prorok Zachariasz: Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny - jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy (Za 9,9). Król wkracza do Jerozolimy po odniesieniu sprawiedliwego zwycięstwa, wkracza w triumfie, jak starożytni władcy, jak Tytus wjeżdżający do Rzymu po zwycięstwie nad Żydami w roku 70, wiodąc w trumfie jeńców skutych łańcuchami i zdobyczne w świątyni drogocenności. Tymczasem Bóg triumfuje nie tak. On wkracza nawet nie na koniu, ale na osiołku, jak biedak - tak bardzo po zwycięstwie nad złem nie chce nam pokazywać swej druzgocącej siły, ale sprawiedliwość, służbę i dobroć, abyśmy się nawrócili.
Król zakochany w swej królowej.

Psalm 45 jest duchowo bliski przypowieści o uczcie weselnej. Widać w nim, kogo poślubia syn królewski. Kontekstem historycznym są tu zaślubiny Salomona z księżniczką egipską. Autor wychwala syna królewskiego za męskość, błogosławieństwo Boże i rycerską potęgę: Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich, wdzięk rozlał się na twoich wargach, przeto tobie pobłogosławił Bóg na wieki. Bohaterze, przypasz do biodra swój miecz, swą chlubę i ozdobę! Szczęśliwie wstąp na rydwan w obronie wierności i łagodnej sprawiedliwości, a prawica twoja niech ci wskaże wielkie czyny! Strzały twoje są ostre - ludy poddają się tobie - [trafiają] w serce wrogów króla (Ps 45,3-6). Syn Króla, Mesjasz - Pomazaniec jest wychwalany za obronę wiary i sprawiedliwości, którą w odróżnieniu od ziemskich władców zaprowadza nie siłą, lecz łagodnie. Tron Twój, o Panie, trwa wiecznie, berło Twego królestwa - berłem sprawie­dliwym. Miłujesz sprawiedliwość, wstrętna ci nieprawość, dlatego Bóg, twój Bóg, namaścił ciebie olejkiem radości hojniej niż równych ci losem; wszystkie twoje szaty pachną mirrą, aloesem; płynący z pałaców z kości słoniowej dźwięk lutni raduje ciebie (Ps 45, 7-9). Władza królewskiego Syna będzie długo­wieczna, praworządna, opływająca majesta­tem i dostatkiem. Tak niesamowity jest Syn królewski, Mesjasz sprawujący władzę w imieniu Boga.

I ten Syn poślubia, jako swoją oblubienicę, piękną, przystrojoną w złoto królową. Przyjmuje ją do siebie z wielką łaskawością, a dla niej jest ogromnym zaszczytem stać się żoną takiego władcy. Córki królewskie wychodzą ci na spotkanie, królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy. Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha, zapomnij o twym narodzie, o domu twego ojca! Król pragnie twojej piękności; on jest twym panem, oddaj mu pokłon! I córa Tyru [nadchodzi] z darami; możni narodu szukają twych względów. W całej pełni chwały wchodzi córa królewska; złotogłów jej odzieniem. W szacie wzorzystej wiodą ją do króla; za nią dziewice, jej druhny, wprowadzają do ciebie. Przywodzą je z radością i z uniesieniem, przyprowadzają do pałacu króla. Niech twoi synowie zajmą miejsce twych ojców; ustanów ich książętami po całej ziemi! We wszystkich pokoleniach upamiętnię twe imię; dlatego po wiek wieków sławić cię będą narody (Ps 45,10-18).

W świetle tego psalmu pytamy, kto jest oblubienicą syna królewskiego z odczytanej na początku przypowieści? Obca księżniczka? Lecz jeśli Królestwem jest cała ziemia, to, kto jest obcy? Królem jest Bóg, synem Króla, Chrystus, któremu Bóg przekazał władzę nad światem i wyprawił zaślubiny. Chrystus jest piękny, potężny i godny najwspanialszej oblubienicy, ale ona nie jest nikim obcym, ją też stworzył Bóg i to stworzył dla siebie. Ona jest ludem Bożym i każdym z nas – tego Ludu członków. To na nasze osobiste wesele Bóg nas zaprasza. Dlatego najbardziej wstrząsające jest to, że z takiego wesela się wymigujemy i wolimy iść do swojego kupiectwa. Jak może oblubienica Chrystusa tak lekceważyć swój własny ślub? Syn Króla pokochał ją i wybrał za oblubienicę, a więc do najwyższej bliskości, a my ten Jego wybór mamy „w nosie”.

Powołana do godności oblubienicy jest każda stworzona osoba. Warunkiem zaślubin jest całkowite jej uświęcenie. Jezus przychodząc na świat je zapoczątkował. Tradycja Kościoła zawsze w pierwszej kolejności widziała w oblubienicy doskonałą przedstawicielkę Ludu Bożego – Maryję. Jednak za Maryją Chrystus poślubia kolejno wszystkich świętych w miarę jak uwierzą, przyjmą chrzest i doznają oczyszczenia. Św. Paweł pisze o tym wyraźnie: poślubiłem was jednemu mężowi, by was przedstawić Chrystusowi jako czystą dziewicę (2 Kor 11,2). 

Król, który rządzi, troszcząc się.
Przez większą część publicznej działalności Jezus odcinał się od godności Mesjańskiej, by nie przypisy­wano Mu tytułów królewskich. Jednak sytuacja zmieniła się u kresu trzeciego roku działalności publicznej, gdy przywódcy żydowscy otwarcie zwrócili się przeciw Niemu i aresztowali go. Na dręczące wszystkich pytanie, czy On jest Mesjaszem, Królem Izraela Jezus zaczyna odpowiadać twierdząco i aż do śmierci będzie przyznawał się do królewskiej godności wobec Sanhedrynu, Piłata i na Krzyżu.

Do Piłata Jezus trafia w okolicznościach iście kuriozalnych. Żydzi przychodzą do Namiestnika z gotowym wyrokiem śmierci na Jezusa, nie próbując nawet wyjaśnić, o co Go oskarżają, bo nie mają w istocie, o co Go przed władzą rzymską oskarżyć. Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać i móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i zapytał: Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi? W odpowiedzi rzekli do niego: Gdyby to nie był złoczyńca, nie wydalibyśmy go tobie. Piłat więc rzekł do nich: Weźcie go sobie i osądźcie według swojego prawa. Odpowiedzieli mu Żydzi: Nam nie wolno nikogo zabić. Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć. (J 18,28-32). Dla Rzymian i Żydów było jasne, że Jezus nie jest przywódcą politycznym, a jednak dla Żydów był On „złoczyńcą”, bo kwestionował ich religijny autorytet i sam przedstawiał się jako autorytet pochodzący wprost od Boga. Żydzi oczekiwali Mesjasza, ale, gdy się okazało, że Jego pojawienie się pozbawia znaczenia wszystkie ziemskie autorytety i wywołuje napięcia, autorytety wolą bronić własnych interesów niż przyjąć Mesjasza. Dlatego walczą z Nim wszelkimi sposobami i odrzucają prawdziwość Jego królewskiej władzy.

Piłata mogło interesować tylko jedno: czy Jezus jest przywódcą politycznym? Widząc człowieka ubogiego, o którym słyszał, jako o wędrownym nauczycielu, pytanie o godność królewską zadał czysto retorycznie. Wtedy Piłat powtórnie wszedł do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: Czy ty jesteś Królem żydowskim? (J 18,33) Słysząc to pytanie Jezus spróbował postawić Piłata w prawdzie: czyżby jego naprawdę niepokoiło, że Jezus zagraża rzymskiemu cesarstwu? Nie. Jego pytanie było skutkiem nacisku Żydów, ich manipulacji. Piłat był pod naciskiem Sanhedrynu i nie potrafił się mu przeciwstawić. Dlatego Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? (J 18,34). Rozmawiał z Piłatem nie tak, by bronić siebie, ale by ratować Piłata przed grzechem, w który Żydzi go wmanewrowują. Piłat skazuje Jezusa, a Jezus troszczy się o niego.

Piłat był szczery i przyznał zgodnie z prawdą, że to Żydzi wydali mu Jezusa. Odpowiada więc: Czy ja jestem Żydem? Naród twój i arcykapłani wydali mi ciebie. Co uczyniłeś? (J18,35) Prawdomówność Piłata nie idzie na marne. Dzięki dobrej woli słyszy od Jezusa to, czego nie usłyszał od Niego nikt inny. Takie są owoce dobrej woli Piłata i troski Jezusa nie o Siebie, ale o niego. Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. (J 18,36) Piłat zrozumiał, że Jezus jest królem, ale co to za Królestwo zrozumieć nie umiał. Wtedy Jezus wyjaśnia mu to dokładniej. Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,37) Jezus mówi Piłatowi, że istnienie tego innego królestwa i Jezusowe królowanie w nim jest największą prawdą, o której On przyszedł dać świadectwo. Jednak ta sprawa jest poza zasięgiem umysłu Piłata. Zrozumiał jednak, że Jezus nie działa przeciwko Rzymowi i zrozumiał to tak wyraźnie, że próbuje Jezusa zdecydowanie bronić. Rzekł do Niego Piłat: Cóż to jest prawda? To powiedziawszy, wyszedł ponownie do Żydów i rzekł do nich: Ja nie znajduję w nim żadnej winy. (J 18,38) Niestety obrona ze strony Piłata jest daremna. Jest bowiem siła większa niż Rzym, która chce Jezusa zabić. Jest nią szatan. A Jezus się nie broni, bynajmniej nie korzysta z zastępów wojsk anielskich.

Dlaczego Król nie broni się przed śmiercią, to wyjaśni się dopiero później. Dzięki świadectwu Jego śmierci ludzie zaczną się nawracać i wchodzić na ucztę Królestwa. Pierwszym z nich będzie „dobry łotr”. Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: To jest Król żydowski. (Łk 23,38) Piłat napisał tytuł winy, za którą skazał Jezusa, a tym samym, mimo woli, ogłosił, kim On jest, że jest Królem Królestwa nie z tego świata i umarł, za swoich poddanych, by ich ratować i pociągnąć do Siebie. Pierwszy w prawdę tę uwierzył powieszony obok skazaniec i prosił, aby mu przebaczono i aby mógł dostać się do Królestwa Jezusa. Wiara ta wystarczyła, by natychmiast grzesznika zbawić, bo Król na Krzyżu nie ratuje siebie, a innych.

Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czyż ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze Mną w raju. (Łk 23,39-43)

Król, który walczy o poddanych

Jezus jest Królem swojego Królestwa i na razie nie jest ono bynajmniej królestwem pokoju. Toczy się, bowiem, w nim walka, walka na śmierć i życie. Jest ktoś, kto z mocą i zawziętością stara się niszczyć każdego z mieszkańców Królestwa, żeby nie dotarł na królewskie wesele. Złemu udaje się to dopóty dopóki poddani mają nieprawdziwy, zniekształcony obraz swojego Króla. Jednak, gdy Syn osobiście przychodzi i umiera za prawdę, by ją pokazać wyraźnie, że wielki Bóg do szaleństwa kocha swoich poddanych i chce być przez nich nie tylko szanowany i czczony, ale także kochany, wówczas prawda przebija się przez pokłady fałszu i skłania wszystkich do poznania Króla i pokochania Go.

Najpierw tylko czcimy Go, potem zaczynamy kochać jak dzieci Ojca, a w końcu odkrywamy, że to dla nas jest to wesele, że na nim to my mamy poślubić Go, wielkiego Króla, a za razem osobistego Oblubieńca.

Diakon Jan, grudzień 2016









RADOŚĆ BOGA




Fundamentalną zasadą naszego życia jest prawda, że pochodzimy od Boga, który stworzył nas dla siebie. Zostaliśmy uformowani na miarę Boga, dostosowani do życia z Nim i żaden inny cel poza nim nas nie satysfakcjonuje. Przekonujemy się o tym przez całe życie, niemal każdego dnia, kiedy nie zadowala nas to, co mamy, kiedy pragniemy o wiele więcej, niż dostajemy i często jesteśmy sfrustrowani tym, co nas spotyka. Mamy potrzebę aktywności i wielkie ambicje, które realizujemy, jak potrafimy, rzucając się z wielką zachłannością na świat.



A świat też jest dziełem Bożym. Bóg dał go nam. W jakim celu? Tylko w jednym. Byśmy mieli środowisko, w którym żyjąc będziemy dążyć do Boga. Świat ma nam pomagać dążyć do naszego celu, jakim jest Bóg. Świat jest dobry i potrzebny nam, bo może służyć pomocą w dojściu do Boga, ale świat też bywa przez nas źle używany i wtedy przeszkadza w dojściu do Boga. Taka jest podstawowa prawda o świecie.



Jeżeli człowiek zaczyna używać świata, jako celu, wtedy uzależnia się od niego, staje się niewolnikiem rzeczy. Na tym polega grzech, że postępujemy w sposób, który nie zbliża, ale oddala nas od Boga. Wtedy stajemy się niewolnikami świata. Grzech zniewala. Jedyną „rzeczą”, która postawiona za cel, nie zniewala nas, jest Bóg. Tak zostaliśmy stworzeni. Jako partnerzy Boga. Stojący niżej Niego tak, że On, jako nieskończony, nie da się nam posiąść, ale tak bardzo blisko, że stale nas ubogaca i czyni szczęśliwymi. Rzeczy, które dają się posiąść, nie satysfakcjonują i pozostawiają za sobą pustkę, która nas frustruje. On nigdy się nam nie znudzi ani nas nie sfrustruje.



Kiedy zło wkradło się w świat, oderwało ludzi od Boga, ograniczyło ich horyzont do rzeczy i uzależniło od nich. Grzech zniewolił nas wewnętrznie i tylko Bóg może nas wyswobodzić do wolności. W tym celu posyła nam swojego Syna. Dokonuje tego, o czym pisze Sofoniasz: Oddalił Pan wyroki na ciebie, usunął twego nieprzyjaciela; Król Izraela, Pan, jest pośród ciebie, nie będziesz już bała się złego. Owego dnia powiedzą Jerozolimie: Nie bój się, Syjonie! Niech nie słabną twe ręce! Pan, twój Bóg, jest pośród ciebie, Mocarz, który zbawia (So 3,15-17). Bóg, który stworzył nas dla siebie, chce mieć nas i dlatego jest pochłonięty naszym zbawieniem, jest Mocarzem, który potrafi dotrzeć do naszych serc i zmienić niewolników w dzieci. Jest nastawiony na służenie nam, ratowanie nas, tak zależy mu na nas, tak jesteśmy dla Niego ważni.



Tym, który jest przez Boga dany światu jako wzór, przewodnik i ratunek jest Syn Boży. Jego zapowiadały teksty Starego Testamentu. Zostaliśmy stworzeni na Jego podobieństwo i od początku Jemu powierzeni. Mówi o tym w Księdze Przysłów Mądrość, która jest obrazem proroczym Chrystusa: Pan mnie zrodził, jako początek swej mocy, przed dziełami swymi, od pradawna. Od wieków zostałam ustanowiona, od początku, przed pradziejami ziemi.[…] Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód; gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy źródła wielkiej Otchłani umacniał, gdy morzu ustawiał granice, by wody z brzegów nie wystąpiły; gdy ustalił fundamenty ziemi. Ja byłam przy Nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed Nim. Igrając na okręgu ziemi (Prz 8,22-31). Syn Boży jest darem Ojca dla nas. Ten, który jest rozkoszą Ojca, stał się z Jego woli opiekunem stworzenia, towarzyszy mu od początku, poprzez zapaść grzechową aż do celu, jakim jest zbawienie.



Syn, a przez Syna Ojciec, nie tylko stale jest w nas i przy nas, ale także, o czym mówi jasno Słowo Boże, znajduje radość przy synach ludzkich (Prz 8,31). On cieszy się nie tylko Ojcem, ale także światem, nami, przy nas igra na okręgu ziemi. Tak cieszy się Chrystus, a z Chrystusem Ojciec. W Bogu jest ogromna radość ze stworzenia, dochodzi ona do szczytu, gdy stworzenie poddaje się zbawieniu, zaś kiedy ludzie nie korzystają ze zbawienia i duchowo giną, Bóg cierpi i smuci się, co pokazuje męka Chrystusa i Jego wyznanie: smutna jest dusza moja aż do śmierci. Pamiętajmy, że to, co dzieje się z Chrystusem, przeżywa Jeden Bóg w Trójcy Świętej. Gdy ludzie korzystają z odkupienia, Bóg jest uradowany: On uniesie się weselem nad tobą, odnowi [cię] swoją miłością, wzniesie okrzyk radości (So 3,17). 



Bóg kocha nas tak, jak swojego Syna i kocha z radością. Kiedy poddajemy się jego miłości, ta miłość przemienia nas i uszczęśliwia. Dlatego Sofoniasz woła: Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem! (So 3,14) Zbawiająca, miłosierna miłość Boga jest dla nas powodem do wielkiej radości, ale pierwszym, który ma radość, którego ta radość wypełnia i uszczęśliwia jest Bóg, Jezus Chrystus. Chodzi o to, byśmy zarażali się Jego radością, patrzyli, jak On jest szczęśliwy, kiedy Go kochamy i byśmy sami odkrywali swoje szczęście. Na to Chrystus przyszedł na świat, żeby okazać nam swoją radość, pragnienie naszego szczęścia, gotowość cierpienia za nas i piękno Boga. Nie na próżno Chrystus mówił wielokrotnie o radości dobrego pasterza ze swoich owiec, a szczególnie z tej jednej, która zaginęła, o radości z drachmy, która się odnalazła i z syna marnotrawnego, który powrócił.



Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia (Łk 15,7).



Tak samo, powiadam wam, radość nastaje wśród aniołów Bożych (czyli u Boga - mój przypis) z powodu jednego grzesznika, który się nawraca (Łk 15,10).



Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się weselić (Łk 15, 23-24). A trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się (Łk 15, 32). 



Diakon Jan, grudzień 2015








CZY MOŻECIE PIĆ KIELICH, KTÓRY JA MAM PIĆ

Wtedy podeszli do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli: Nauczycielu, pragniemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy. On ich zapytał: Co chcecie, żebym wam uczynił? Rzekli Mu: Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie. Jezus im odparł: Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony? Odpowiedzieli Mu: Możemy. Lecz Jezus rzekł do nich: Kielich, który Ja mam pić, wprawdzie pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane. Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu. [Mk 10,35-45] 

Prośba synów Zebedeusza odsłania coś bardzo typowego w naszym, ludzkim zachowaniu. Jesteśmy przywiązani do świata i mocno zatroskani o nasze życie. Zajmowanie się przede wszystkim tym życiem i sobą jest w nas odruchowe. Urządzanie się na świecie mamy głęboko we krwi. I nie chodzi o to, że w słabości niepokoimy się o siebie, ale o to, że niepokoimy się w sposób jednostronny. Najbardziej nam zależy, by zapewnić sobie pomyślność w tym życiu. 

Do tego niepokoju dochodzi jeszcze przekonanie, że wiemy, czego nam potrzeba, wiemy, jak zorganizować sobie życie i co sobie zapewnić, by było najlepiej. No i przede wszystkim bardzo ufamy własnym swoim możliwościom. W tym, co piszemy, nie chodzi, by wyrzec się pragnień i planów, ale by zobaczyć, że poza nimi mamy do dyspozycji Kogoś, kto o wiele, wiele lepiej prowadzi nas, niż my sami to potrafimy. Synowie Zebedeusza powiedzieli Jezusowi wyraźnie, jakiego miejsca w życiu oczekują. Co więcej, było to miejsce, o którym myśleli egoistycznie, z pominięciem współbraci Apostołów, którzy stali obok nich. 

Sytuacja przedstawiona w Ewangelii ujawnia jeszcze jeden problem. Z paralelnych opisów wiemy, że była to zapewne inicjatywa matki, która chciała zapewnić synom karierę. Ileż u nas w rodzinach jest właśnie takich postaw rodzicielskiego egoizmu. Matki i ojcowie daliby się posiekać, żeby tylko urządzić życie swoim dzieciom i to najczęściej zgodnie z własną wizją, czasem bez refleksji, czego ich dzieci chcą i czego najbardziej potrzebują. 

Na wszystkie nasze nieuporządkowane pragnienia i działania dla tak zwanego, rozumianego po swojemu dobra innych i na nasze zaborcze zajmowanie pierwszych miejsc, także przy Jezusie, Syn Boży ma jedną wskazówkę: nie do mnie należy dać miejsce… Jest to najodpowiedniejsza postawa, postawa, jaką przyjmował Jezus. Postępował On zgodnie ze swoim powołaniem, misją, otrzymanymi zadaniami i posiadanymi predyspozycjami i wcale nie myślał o tym, jakie wyniknie z tego dla Niego miejsce w życiu. Miejsce da Mu Ojciec. To Ojciec w swojej opatrzności prowadzi przez życie i dba o to, byśmy byli przywiązani do tego, dla kogo robimy to, co robimy, i do Tego, kto nas do działania inspiruje. Myślenie o ewentualnych korzyściach, o miejscu, jakie dzięki nim zajmę, jest zgubne. Skoro mamy skłonność do urządzania się i moszczenia, Jezus proponuje, by w ogóle nie myśleć w ten sposób, nie tworzyć projektu na własne życie. Zachęca, by skupić się na służeniu, czyli bezinteresownym obdarowywaniu, na projekcie zorientowanym ku innym. Dobro można dawać tylko w taki sposób, jak czyni to Bóg, z pozycji redukowania siebie, ale nastawienia się na drugiego. 

Jednak i na gruncie służby można zabrnąć w ślepą uliczkę realizowania siebie. Potrzebujemy całkowitego wyzbycia się przekonania, że wszystko mogę sam. Jest krąg potrzeb, których nie potrafimy w żaden sposób zaspokoić. Potrzebujemy Kogoś, kogo nikt nie może przy nas zastąpić, Kogoś, kto ma do wykonania misję, której nikt z nas nie potrafiłby wypełnić, Kogoś, kto ma związany z tą swoją misją los – kielich, który tylko On sam może wypić. Potrzebujemy Kogoś takiego i na szczęście Go mamy: arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego […] Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz poddanego próbie pod każdym względem podobnie, jak my - z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy doznali miłosierdzia i znaleźli łaskę pomocy w stosownej chwili [Hbr 4,14-16]. 

Potrzebujemy Boga naprawdę i dlatego przyjąć to jest nam najtrudniej. Najtrudniej uznać, że są rzeczy, których niezbędnie potrzebujemy, a zupełnie nie jesteśmy w stanie sobie zapewnić: czyste serce, wolność, pokój, miłość,… Dlatego Jezus apeluje o pokorę, która zgadza się na to, że potrzebuje nie miejsca po prawej stronie, ale Jezusa, gdyż On będzie pił za nią gorzki kielich, a jej udzieli owoców poświęcenia, apeluje o zgodę na to, że Jezusowi nie jestem w stanie się odwdzięczyć, ani nawet porządnie podziękować. Pozostaje, więc, poddać się z wdzięcznością Jego służbie. Ucieszyć się tym, że nie wszystko mogę, ale mam Kogoś, kto z oddaniem zajmie się wszystkim. Poczuć się szczęśliwym, jako mała istota w rękach wielkiej Miłości. 

Jezus pragnie pić kielich za nas, a my walczymy jak synowie Zebedeusza, że też musimy pić, wykręcamy się, że nie wypada tak „wykorzystywać” Jezusa, trzeba robić jak najwięcej samemu. Zgoda, trzeba, ale i tak będzie to wysiłek mieszczący się w zakresie, który jest mały, w porównaniu z wysiłkiem Jezusa, dotyczącym naszego zbawienia. Jezus daje nam rzeczy inaczej dla nas nieosiągane, a jakże ogromne: zbliża nas do Boga, daje nam zażyłość z Nim, otacza nas miłością jak dziecko i jak oblubienicę. W kwestiach, w których sami jesteśmy bezradni, z Nim możemy cieszyć się zupełnie niezasłużoną szczęśliwością. Możemy czerpać z tej szczęśliwości bez oporu. Jezus jest dumny, że daje nam Siebie, że jest naszym Zbawicielem. Chce nim być i zajmować się nami. Nie tylko kocha to, ale i lubi. Z pasją wypełnia dzieło Zbawcy, mając z tego radość, której nikt Mu nie zdoła odebrać. 

A naszą radością może być poddawanie się miłości Jezusa. Nie pchanie się samemu do przodu i chwalenie, ile to możemy, tylko pokorne przyjmowanie wszystkiego od Jezusa. Przyjmowanie! A co z odwzajemnieniem? Owszem, ono jest możliwe, ale zawsze będzie małe, dostosowane do możliwości, będzie pokojem z pełnienia woli Tego, który najpierw sam, z najwyższym entuzjazmem zajmuje się nami. Nie wynosi się nad nas, nie eksponuje Najwyższej Godności, ale stale mamy Go przy sobie, służy nam, by nas ratować. 

Diakon Jan, listopad 2015







GORLIWOŚĆ O DOM PAŃSKI

Gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego (1Kor 1,22-25). W myśleniu Greków, z którego dzisiaj wiele zostało w nas, godne ludzkiej aktywności jest tylko zrozumienie czegoś, nabycie wiedzy o czymś. Przede wszystkim tak pojmowane jest poznawanie świata, ale także i Boga. Kościół przejął bardzo wiele z takiego rozumowego podejścia. Wielcy ojcowie Kościoła, którzy w pierwszych wiekach kładli podwaliny pod jego teologię, w oparciu o Biblię starali się jak najlepiej zrozumieć Boga i wyjaśnić Go innym – przekazać wiedzę o Nim. I tak jest do dziś. Dziś jednak wiedza ta, wraz z wiedzą przyrodniczą, doszły do takiego etapu, że zauważono, iż nie da się myśleć o Bogu tak samo, jak myśli się o świecie. Ponieważ myślenie o świecie zdominowało myślenie w ogóle, nastąpił też kryzys myślenia o Bogu. Ludzie czują, że Boga nie rozumieją, a nie umieją zbliżyć się do Niego inaczej jak tylko próbując zrozumieć. 

Inaczej pojmowali poznawanie Żydzi. W ich mentalności, z której wyrosła Biblia, wiedza bierze się z doświadczenia, z obserwacji tego, co się dzieje. Tak samo wiedza o Bogu wypływa z obserwacji wydarzeń, tego, co Bóg działa w życiu i z wyjaśnienia tego przez Słowo Boże. Dlatego, kiedy Chrystus głosił naukę i czynił znaki, oni dopominali się kolejnych znaków na potwierdzenie tych, które już widzieli i ich nie przekonywały. Chrystus starał się im pokazać, że problem jest nie w znakach, ale w nich jako ludziach, bo znaków tych nie przyjmują.

A więc, jak podsumowuje sposób poznawania Boga św. Paweł, nie da się Boga poznać greckim zrozumieniem, ani żydowskim mnożeniem znaków i cudów. Konieczne jest przyjmowanie tego, co jest głoszone - więc nie wiedzy o Chrystusie, ani cudów Chrystusa, których pokazał już dokładnie tyle, ile było potrzeba, ale poznanie Chrystusa osobiście i to umarłego, i zmartwychwstałego. Jest istotna różnica między głoszeniem o Chrystusie, a głoszeniem samego Chrystusa, co robi Kościół, czyli pokazywaniem Chrystusa w działaniu. Chrystus też nie nauczał o Ojcu, ale głosił Ojca, pokazywał Go w działaniu, a mógł to robić, bo był jedno z Ojcem i był człowiekiem. Jego ludzkie działanie było działaniem Ojca wobec nas po ludzku. A po Chrystusie Kościół też głosi, nie o Chrystusie, ale Chrystusa, a przez to pośrednio także Ojca.

Zatem naszym problemem jest trudność przejścia z greckiego myślenia o Bogu i żydowskiego czekania na Jego kolejne potwierdzenia, w przeżywanie tego, co mamy, bo już zostało wobec nas wygłoszone, czyli dane nam i jest w nas od dnia chrztu. Tylko, że my tym nie żyjemy, nie kontemplujemy. Tymczasem możemy nie tylko coś wiedzieć o Chrystusie, ale również obcować z Nim, bo już Go mamy, a On jest z nami. Jesteśmy, zatem, nie tylko coś wiedzącymi o Bogu, ale bardziej świadkami widzącymi Go. Dlaczego? Ponieważ Boga mamy w sobie i możemy w każdej chwili stykać się z Nim w bliskości. Jesteśmy Jego świątynią. 

Tu właśnie tkwi istota sprawy. Chrystus zatroskany był o świątynię Ojca w Jerozolimie, nie mógł się od niej oderwać już jak miał dwanaście lat. Szanował ją, bo była miejscem spotkania z Bogiem wszystkich Żydów. Jednak miał też świadomość, że On sam jest jeszcze pełniejszą świątynią Boga, że w Jego ciele mieszka Bóg i wszędzie tam, gdzie On się pojawia na świecie, pojawia się też osobiście Bóg. Dlatego też Chrystus z miłości do Ojca jest zatroskany o godność świątyni Ojca. Nie pozwala jej brukać handlującym w niej Żydom i dba też o godność Ojca w Sobie. Jak pożera Go miłość do Ojca, tak pożera Go gorliwość o Ojca i gorliwość o Jego dom – świątynię, w Jerozolimie i w Sobie. (J 2,13-25) Dlatego fakt, że pozwolił się zabić dla nas, zburzyć świątynię Ojca, którą jest On sam, jest tak niesamowicie doniosłym przejawem Jego miłości (i miłości Ojca) do nas. To dla nas odbudował świątynię swego Ciała nadając jej kształt jeszcze doskonalszy, kształt zmartwychwstania, byśmy mogli zjednoczyć się z Nim i sami też być z Nim jedną świątynią Ojca. 
Dzięki Jego ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu jesteśmy świątynią Boga. Od dnia chrztu nosimy Go w sobie i możemy w niej stale przebywać z Nim w najściślejszej bliskości. Dlatego naszym problemem jest to, że nie żyjemy jak świątynia, nie czujemy się świątynią, nie kontemplujemy Boga w sobie, nie przeżywamy Go. Trzymamy w głowie myśl o Nim, a świątynię pozostawiamy w zapomnieniu. Nasze serce (i skarb) jest w głowie, a nie w świątyni. Mamy Go, a narzekamy, że jest tak daleko, bo nie żyjemy Nim, nie kontemplujemy Go. Gorliwość o Jego dom, który mamy w sobie, nie pożera nas, a raczej usypia. 
W Dekalogu (Wj 20,1-17) jest pierwsze przykazanie, by traktować Boga, jako najważniejszego. Jest On bliski, bo noszę Go w sobie, a przez to też jestem Jego odbiciem, obrazem. Żydzi nie mieli sporządzać posągów Boga, bo Boga nie da się sportretować w kamieniu. Bóg sam się doskonale sportretował tylko w ludzkiej istocie, Jego jedynym wiernym wizerunkiem jest Jezus, a z Nim podobnymi do Jezusa wizerunkami jesteśmy my wszyscy. Każdy ma w sobie osobistą, personalną obecność Boga, a przez to zewnętrze każdego upodabnia się stopniowo do tego, co ma we wnętrzu. Jakże zaszczytna to rola i jakże mało nią żyjemy. Rekolekcje są wezwaniem, by ją podjąć… 

Z gorliwością.

Bo przecież inaczej nie można potraktować tak wspaniałego Boga.

Diakon Jan, marzec 2015







OJCZE PRZEDWIECZYNY, OFIARUJĘ CI…

W Starym Testamencie ludzie składali Bogu całopalne ofiary ze zwierząt, które miały znaczenie symboliczne i niejako zastępcze. Ofiary te wyrażały prawdę, że człowiek, który popadł w grzechy i jest oddalony od Boga nie ma szans żyć, ani mieć dostępu do Niego. Powinien umrzeć. Jednak, Bóg nie pozwala na śmierć człowieka ani na ofiary z ludzi (por. Abraham z synem Izaakiem w krainie Moria), wyznacza natomiast ofiarę zastępczą. W zastępstwie człowieka umierają zwierzęta, przede wszystkim baranki. Człowiek daje Bogu swoje zwierzęta jako cenę za swoje życie. Tak było na początku. Prędko jednak prorocy zaczynają głosić, że tak naprawdę Bogu nie jest potrzebna krwawa ofiara, ma ona natomiast uzmysłowić człowiekowi, że Bóg oczekuje czegoś od niego samego, czegoś dużo bardziej wymagającego, płynącego z serca – miłości i poznania Boga. Tego Bóg oczekuje od nas, a my nie jesteśmy w stanie Mu tego dać, bo ciągle powracamy do grzechu. Miłość i bliskość z Bogiem nam się nie udaje. Dlatego nie jesteśmy w stanie odmienić naszego losu. Składając swoje ofiary i podejmując duchowy wysiłek, mamy oczekiwać na coś, co ma dopiero nadejść. Ofiara z baranków to coś dopiero swoją symboliką zapowiada. Tak było w Starym Testamencie. A co mamy w Nowym? 

W Nowym Testamencie św. Paweł pisze: dajcie swoje serca na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej (Rz 12,1-2). Czy rozumiemy, co pisze Paweł? Świętą, Bogu przyjemną ofiarą mogą być nasze serca. Rozumnym, a więc rozsądnym sposobem służenia Bogu mogą być nasze duchowe ofiary. W Starym Testamencie były one niewystarczające, a teraz są znakomitym darem ofiarnym, jaki możemy złożyć Bogu. Co się stało? Co się zmieniło, że chrześcijanie mogą już składać wewnętrznie siebie i jest to miłe Bogu i owocne? 

Przeczuwamy, co się zmieniło. Wiemy, że przyszedł Chrystus i to On tak radykalnie odmienił nasze położenie. Św. Jan notuje w Ewangelii Jego słowa: W owym dniu będziecie prosić w Imię moje , i nie mówię, że Ja będę musiał prosić Ojca za wami. Albowiem Ojciec sam was miłuje, bo wyście mnie umiłowali i uwierzyli, że wyszedłem od Boga (J 16,26-27). Chrystus mówi, że sami możemy prosić Ojca i będzie to skuteczne, ponieważ jesteśmy teraz w nowym położeniu, zupełnie nie takim, bezradnym, jak w Starym Testamencie. Na czym to polega? Na czym polega nowość naszej sytuacji wobec Boga?

Nowość polega na tym, że Bóg tak umiłował świat, że dał nam Swego Syna (J 3,16). To, co zrobił Bóg dla nas ma właśnie przełomowe znaczenie – Bóg autentycznie dał, podarował nam Swego Syna, aby Ten był przy nas. Jak Chrystus jest przy nas? Najpierw tak, że Bóg stworzył świat na obraz Syna, według podobieństwa do Niego i Syn jest w naszym świecie już na podstawie aktu stworzenia, niezależnie od tego, czy przyjmiemy dalsze etapy Jego zbliżania się do nas. A kolejnym etapem dawania Syna nam przez Ojca jest przyjście Jezusa w ludzkim ciele. W tym ciele wziął On na Siebie nasz grzech i oddał zamiast nas życie pod tym ciężarem. W ciele też wrócił do życia, mając nową, zmartwychwstałą ludzką duszę i nowe, chwalebne ludzkie ciało. Znowu ma je nie tylko dla Siebie, ale i jako dar Ojca dla nas. I to jest największy dar, który dał nam Bóg – dar Zmartwychwstałego żyjącego w nas i zjednoczonego z nami od dnia chrztu, także dar Chrystusa żyjącego w całym Kościele i w Jego Sakramentach, zwłaszcza Eucharystii. Zatem i Kościół jako całość, i my jako jego członkowie, mamy Chrystusa, On jest w bezpośredniej bliskości z nami i z tej bliskości kocha nas, i służy nam do zbawienia. Jest największym skarbem, jaki posiadamy. Mamy Go wszyscy, a w największym stopniu chrześcijanie. Posiadanie tego skarbu decyduje o naszej ludzkiej wartości, bo to, co mamy, z czym jesteśmy zjednoczeni nie jest ludzkie, ale boskie. Mamy Chrystusa w naszym życiu i, zrozumiejmy to dobrze, do naszej dyspozycji. 

On naprawdę jest do naszej dyspozycji i służy nam. Pozostawił Siebie w Kościele i możemy Nim dysponować: udzielać sobie i innym w Słowie i Sakramentach, karmić Nim siebie i innych. Ale nie tylko to, posługujemy się Nim także w relacjach z Ojcem. Zwracając się do Ojca korzystamy z Chrystusa, bo mamy Go w sobie i On dociera do Ojca. On, jedno z Ojcem jest w nas, do naszej dyspozycji i dzięki temu mamy otwartą drogę do Ojca. Wiążemy i rozwiązujemy, a Bóg w niebie wiąże i rozwiązuje tak samo jak my, bo mamy Jego Syna. Dotyczy to nie tylko władzy, jaką ma Kościół, ale także władz duchowych jakie mamy my. Prosimy Boga o coś i wtedy Syn prosi o to Ojca w nas. Moja prośba staje się Jego prośbą. Głosimy Słowo Boże i tym samym głosi je Syn w nas, co nadaje naszemu głoszeniu moc. Czynimy dobre czyny i tym samym Syn czyni to przed Ojcem, co nadaje naszemu działaniu nadprzyrodzoną i trwałą wartość, nawet jeśli po ludzku jest ono małym, ziemskim dziełem. 

Tak jest ze wszystkim w naszym życiu, a wynika to z jednego, podstawowego daru Ojca: ofiara, którą złożył za nasze życie Chrystus, a Ojciec przyjął ją z miłością i odwzajemnił nie pozostała tylko ofiarą Chrystusa. Chrystus i Ojciec dali ją Kościołowi, nam wszystkim do dyspozycji, byśmy korzystali z niej, składali ją Ojcu od siebie jako ofiarę Bogu przyjemną. Dzięki posiadaniu Chrystusa i Jego ofiary mamy coś, co możemy zanosić Ojcu i składać od siebie, a będzie to dar bliski Ojcu i miły. Czy rozumiemy, jaką mamy władzę? Naprawdę Bóg tak nas umiłował, że dał nam ofiarę Syna, byśmy za jej pomocą odwoływali się do Niego i otrzymywali, co potrzebujemy, bo Ojciec Synowi niczego nie odmawia. 

Tym właśnie jest Msza św. którą mamy, niejako, w naszych rękach. I ma ją nie tylko kapłan, który ją odprawia, ale także uczestnik, który się w nią włącza i jako kapłan powszechny składa za siebie i innych, tak jak sam chce. Może naprawdę w niej „dysponować” Chrystusem, jako (proszę się nie gorszyć) kartą przetargową: składam na Chrystusa moje ofiary i zanoszę Chrystusa do Ciebie Ojcze. On jest moją ofiara, którą wymieniam z Ojcem – oddaję Mu ją, a On daje mi moje życie i moje zbawienie. Chrystus pozostawił więc nam na tym świecie Siebie jako otwarty ołtarz, na którym możemy kłaść wszystko, co potrzebujemy, pewni, że trafi to do Ojca, bo Chrystus jest z Ojcem, a Ojciec, któremu miła jest ofiara Chrystusa, odwzajemnia nam ją także przez Chrystusa. To odwzajemnienie otrzymujemy w Komunii św. Tym jest Msza św., Jego boską, ale i w całej pełni naszą - ludzką ofiarą. 

Tę ofiarę możemy składać każdorazowo, gdy uczestniczymy we Mszy św., ale nie tylko wtedy. Została ona zawarta w pewnej modlitwie, którą otrzymaliśmy od Boga przez Anioła, dzięki wstawiennictwu Matki Bożej objawiającej się w Fatimie. Anioł jak kapłan przyniósł Chrystusa w Eucharystii i oddał Go Ojcu w słowach: Ojcze Przedwieczny ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najświętszego Syna Twojego, Pana naszego Jezusa Chrystusa [składane na ołtarzach całego świata] na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej Męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego. Tą modlitwą jest Koronka do Miłosierdzia Bożego. Jest ona potężna mocą właśnie ofiary Chrystusa, którą w niej składamy Ojcu w błaganiu o miłość i ratunek. Jest to nasza ofiara, ale składana nie z naszych, ludzkich zasobów, a z Chrystusa, który żyje w nas i chce się z nami Ojcu ofiarowywać, a zarazem jest tą Osobą Ojcu najmilszą i najbliższą. 

Chrystus jest tak naprawdę jedynym darem, jaki możemy złożyć Bogu jako wyraz rozumniej służby, a będzie on darem nie tylko Chrystusa, ale obejmie także nas, ciała, dusze i sprawy, które staną się święte i godne Ojca dopiero przez zespolenie z Synem i składane Ojcu razem z Synem. Taki cudowny owoc miłości Chrystusa do nas mamy w rękach. Został on nam dany i możemy z niego korzystać dla zbawienia siebie i innych. Możemy chodzić z Nim do Ojca, oddawać Go Ojcu i modlić się tak, jak modlił się ks. Aleksander Fedorowicz: Ojcze, ja mam twojego Syna, a Ty możesz uzdrowić tego człowieka [za którego ofiarowana była Msza św.] . Zamieńmy się. Ja Ci dam Syna, a Ty daj mi tamtego człowieka. I po takiej modlitwie chory człowiek został uzdrowiony. 

Diakon Jan, maj 2015



 


WIELKA MIŁOŚĆ, KTÓRA OBDAROWAŁA NAS CZŁOWIECZEŃSTWEM

Ten dar Boży jest bardzo podstawowy, otrzymaliśmy go wszyscy i wszyscy kompletnie go nie doceniamy. Nie zdajemy sobie sprawy z jak zawrotnych głębin duchowych Boga on wypływa i ile mówi o ogromie Jego miłości do nas. Istotą tego daru jest to, że jako ludzie zostaliśmy stworzeni w świecie materialnym, przygotowanym dla nas jako miejsce do życia. Jesteśmy w ciele, a świat jest spójny z nami, jakby z tego samego kruszcu. I cóż w tym nadzwyczajnego – zapyta ktoś. Tym gorzej, materia jest ograniczona i podatna na zło, i ciąży ona nam często. Toć manichejczycy nie bez powodu woleliby uciec od ciała i żyć po śmierci jako duchy. 

A jednak Objawienie Boże idzie w zupełnie innym kierunku. Niesamowite jest w nim to, że Bóg stworzył świat materialny i nas w nim po to, by samemu posłać do niego Swojego Syna i w ten sposób zamieszkać w nim razem z człowiekiem. Co więcej po zmartwychwstaniu Syn (a potem i świat) pozostają materialne i tak będziemy żyli na wieczność z Bogiem W CIELE, a nie jako duchy. To jest niesamowita prawda, która wynosi materialne stworzenie na wyżyny Boskości, a my tej prawdy nie rozumiemy ani nie cenimy. Poniżej spróbujemy wyjaśnić ów Boży plan i jego zaszczytny dla świata charakter. 

Rozważanie rozpocznijmy od zrozumienia tego, jakimi Bóg nas stworzył. Mówi o tym Księga Rodzaju. Autor podaje, że Bóg stworzył nas na Swój obraz i Swoje podobieństwo. Czyjś obraz w czasach starożytnych mógł być jeden - rzeźba, posąg. Poganie sporządzali posągi bóstw, które dawały im wyobrażenie, jak ich bóstwo wygląda. Bóg Izraela obrazów swoich rzeźbić zabraniał, a Jego obraz był pośród stworzenia jeden – człowiek. Bóg sam siebie sportretował w człowieku, a człowiekowi innych Jego portretów robić nie było wolno, bo człowiek nie miał najmniejszych podstaw, by objawić wiernie, jak wygląda Bóg. Człowiek jest więc odbiciem Boga, a przez to ma w sobie podobieństwo do Niego, obejmujące nie tylko wygląd, ale także postępowanie i rolę w świecie. Bóg jest Królem i człowiek ma w sobie królewską krew, nosi w sobie godność i majestat dziecka Boga, a także ma talenty Boga, które pozwalają mu panować nad stworzeniem i rządzić nim na wzór Boga. Człowiek ma więc w sobie przeogromny potencjał wzięty od samego Boga i to wszystko mieści się w ludzkiej istocie wykonanej ze stworzonej materii przenikniętej Bożym Duchem. Materialny porządek stworzony jest więc w niezwykle zaawansowany sposób i to nie tylko przez wyrafinowane prawa przyrody, które w nim dostrzegamy, ale przede wszystkim przez to, że może się w nim zmieścić i wyrazić najwyższy Bóg. Dlatego porządek świata jest arcydziełem, dumą Boga. 

W świetle tego, co powiedzieliśmy, rozumiemy już, być może, dlaczego św. Jan w swoim Pierwszym Liście (1 J 4,2-3.9) pisze, że każdy, kto nie uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele jest Antychrystem. Decydujące znaczenie dla nas ma właśnie to, że Syn Boży stał się prawdziwym człowiekiem i po zmartwychwstaniu takim człowiekiem pozostał. Kto odrzuca to, kwestionuje samą istotę planu Bożego i najważniejszy dar, jaki Bóg ma dla nas. Jest to dar trwałego zamieszkania Syna w materialnym (a potem chwalebnym) świecie, a przez Syna dar trwałego wniesienia w ten materialny świat Boga Ojca i Ducha Świętego. Bóg zamieszkuje na świecie, z nami i pośród nas. Mamy Go na wyciągnięcie ręki. Dlatego fakt, że Bóg stworzył i dał nam porządek cielesny jest najwyższym wyrazem Jego miłości. Darem tym jest fakt, że mamy takie cało, iż Syn Boży może zmieścić się w nim, ba – nasza ludzka istota może zmieścić Boga w Trójcy. Jest najwyższą naszą godnością, że mamy takie samo ciało jak Syn Boży i ta cielesna jedność z Synem absolutnie otwiera nas na Pełnię Boga. 

Zatem stworzenie zostało uhonorowane tym, że Syn Boży należy do niego, i że odtąd Bóg żyje już nie w transcendencji ale w stworzeniu, które powołał do istnienia dla Siebie, żeby w nim zamieszkać. Niepozorny opis raju mimochodem tylko wspomina, że Bóg się w nim przechadza. Teraz już rozumiemy, że Bóg stworzył raj dla Siebie, by w nim zamieszkać z człowiekiem i w człowieku. Bóg stworzył nas takimi, że odtąd z Bogiem będą nas łączyć związki materialne, wręcz cielesne – miłość dziecięco-ojcowska i miłość oblubieńcza. 
Ale Bóg stworzył najpierw Aniołów. Są oni duchami obdarzonymi wielkimi darami ducha i intelektu, otrzymali wiele, a jednak jednego nie otrzymali, nie otrzymali ciała i przynależności do świata ludzkiego. A właśnie świat ludzki stał się tym, co obrał Bóg jako środowisko życia dla Swojego Syna. Aniołowie więc nie otrzymali tej bliskości z Bogiem, jaką otrzymał człowiek. Oni mają za zadanie służyć Bogu, my mamy za Chrystusem powołanie dzieci Ojca i oblubienicy Syna. Do którego z Aniołów Bóg powiedział: Tyś moim Synem (Hbr 1,5-6). Człowiek nie jest sługą Boga ale dzieckiem, współdziedzicem Chrystusa i Jego oblubienicą. To zawrotna godność. Dlatego Aniołowie służąc Bogu służą i nam. 

Jednak to niebotyczne obdarowanie nas stało się też zarzewiem wielkiego dramatu. Oto część Aniołów powiedziała – Nie! Człowiekowi i światu materialnemu służyć nie będziemy. Mówi o tym fragment księgi Hioba (Hb 1,6-11). W tekście tym słyszymy z jaka dumą mówi Bóg o Hiobie suto obdarowanym dobrobytem. Chwali się nim przed Aniołami. Ale szatanowi nie jest miło słuchać takich pochwał dla ludzi. On nie ma takich dóbr materialnych jak Hiob i zazdrości, nie chce podziwiać człowieka, a raczej pozbawić go darów Bożych i opieki Bożej. Bóg widzi w Hiobie dobre serce i umiejętność posługiwania się życiem ludzkim na chwałę Bożą, natomiast szatan podejrzewa Hioba o interesowność, że czci Boga za to, co otrzymał. Bowiem tego akurat szatan nie otrzymał. Zazdrość szatana jest powodem, dla którego chce on wpędzić człowieka w tę samą pychę, w którą sam wpadł i pozbawić go godności dziecka Bożego, której nie ma ani on, ani nikt z Aniołów. 

Zatem walka dobra ze złem w świecie to w istocie walka, którą prowadzi Bóg (i my w miarę naszych możliwości) o ocalenie człowieka i świata materialnego jako miejsca przeznaczonego do bardzo bliskiego spotkania, wręcz zjednoczenia z Bogiem. Bóg chce się ulokować w świecie, w nas i przy nas, i to jest dla nas dar przeogromny, nie dającego się opisać rozmiaru. Jest to nasze szczęście, że my materialni i nauczeni żyć w tym świecie, właśnie w nim znajdziemy po oczyszczającej z grzechu przemianie, miejsce wspólnego życia z Bogiem, kochania Go, przeżywania rozkoszy obcowania z Nim i w Nim osobistego rozwoju. Porządek zmartwychwstały, w którym będziemy żyć z Bogiem, będzie bowiem nie porządkiem dziwnych, genetycznie obcych nam duchów, ale porządek chwalebny, przemieniony materialny, w którym będziemy podobni do zmartwychwstałego Chrystusa i doskonali jak Ojciec Niebieski doskonały jest.
Diakon Jan, listopad 2014








NASZA MIŁOŚĆ, NASZ WZÓR 

Chcę wam opowiedzieć o naszym Ukochanym, który wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność za nas wszystkich. Bóg stworzył nas tak, by On nie był sam, by znalazł w nas odpowiednią dla Siebie pomoc, byśmy byli Jego rodziną. Objął nas całkowicie opieką w ten sposób, że odpowiedzialność za nas powierzył Jemu, Swojemu Synowi. Syn Boży jest Boskim wzorem tego, kim jesteśmy my i czym jest świat - materialnym odbiciem Boskości. To dzięki Synowi w świecie jest tyle podobieństwa do Boga, jakby świat był odciskiem Boskiej pieczęci. Podobieństwo do Syna to jeden cel: byśmy, nie będąc Bogiem, stali się „jak Bóg”, rozumieli się z Bogiem, mogli Go naśladować, żyli w Nim i byli szczęśliwi Jego szczęściem. To życie z Bogiem zaczyna się już teraz, ale przede wszystkim trwać będzie na wieczność. Tym właśnie dziełem obdarowywania nas Bogiem teraz, zawsze i na wieki zajął się Syn Boży. Dzieło to wymaga z Jego strony pełnego zaangażowania się w doczesny proces naszego rozwoju – rozwoju od nieistnienia po świętość. Na tej naszej drodze, która też jest po części drogą błądzenia, nawet na niej towarzyszy nam On, Syn Boży, kochający nas na dobre i na złe z wielkim poświęceniem. Jego odpowiedzialność za nas polega na tym, że oddaje się nam, byśmy stale byli z Nim złączeni: w sukcesach i w cierpieniach. On to z własnej woli towarzyszy nam teraz, w życiu bolesnym i później, w życiu doskonałym. Swoją obecnością przy nas i w nas wprowadza nas w szczęście, które jest w Bogu.

Ponieważ Bóg, jako jeden ze swoich atrybutów dał nam wolność, tym samym dopuścił w świecie grzech. Ten grzech obciąża nas cierpieniem i słabością, a nawet całkowitym brakiem więzi z Bogiem. Jednak dzięki owemu zrośnięciu Syna Bożego z nami, nasz grzech obciąża także i Jego, odbija się na Nim, choć osobiście jest wolny od grzechu i sprowadza na Niego cierpienie. Stało się to widoczne w życiu Syna Bożego, kiedy stał się człowiekiem - Jezusem. Był bowiem przez ludzi prześladowany, a w końcu zabity na Krzyżu. Przyjął ludzką naturę i nasz grzech, które wystawiły Go na słabość i kuszenie. Najpierw na pustyni, u początku swej misji, a potem w Ogrójcu i na Krzyżu, był namawiany, by zdradził Ojca i spróbował porozumieć się z szatanem. A jednak zły duch poniósł klęskę, bo Jezus nawet w największym cierpieniu, jak żaden z ludzi, pozostał wierny Bogu. To dlatego zwyciężył zło i jest naszym oparciem, źródłem zwycięstwa, kiedy trwamy w zjednoczeniu z Nim.

Nasze życie, by doszło do Boga, musi przebiegać w całkowitym związaniu się z Jezusem, w napełnieniu się Nim, w zaufaniu, w głębokim zakochaniu i całkowitym poddaniu się Jego opiece. Naszą szansą na zbawienie jest zrośnięcie z Synem Bożym, jak z bratem syjamskim. Szatan to przylgniecie miłosne do Chrystusa ludziom utrudnia, a i ludzie robią mało, by się Jego trzymać. Unikają Go, bo nie rozumieją, nie czują, jaką jest On dla nich szansą i jakim szczęściem. Wszystkie nasze potrzeby: oparcia się na kimś, znalezienia zrozumienia, wyrwania z samotności, posiadania przyjaciela, bycia kochanym i zakochanym, życia w miłości, wszystkie te potrzeby zaspakaja nam On sam jeden, kiedy trwamy w Nim, jak gałązki w krzewie, kiedy tulimy się do Niego, jak oblubienica do Oblubieńca, kiedy odkrywamy, że węzeł miłości łączący z Nim jest dla nas wszystkim, czego ludzka dusza pragnie i z tęsknotą oczekuje.

A Jezus też pragnie nas, naszego szczęścia i dlatego chętnie się za nas, grzeszników ofiarowuje, nie żałuje nam swego Ciała i swojej Krwi, walczy z szatańskimi pokusami za nas i dla nas pokonuje je, byśmy mogli być z Bogiem, a nie w rozpaczliwej samotności upadłych aniołów. Oni już przepadli, ale my na szczęście nadal żyjemy, ale żyjemy kosztem Jego życia, dzięki Niemu, dzięki temu, że On, jeszcze jako grzesznikom, zapewnia nam kontakt z Bogiem. Ten kontakt grzeszników z Bogiem przez Jezusa właśnie nas ocala. Początkiem naszego ocalenia jest to, że cieleśni, upadli, oddaleni od Boga przez grzech, otrzymujemy nagle w naszym świecie dostęp do Boga. Jeszcze tacy, jacy jesteśmy, tylko na podstawie wiary, zyskujemy kontakt z Bogiem, możemy z Nim się stykać, obcować, dotykać Go, ponieważ On przyszedł do nas, do świata i zamieszkał wśród nas, na ziemi jako ludzki Jezus. Jeżeli tylko uwierzymy Mu, że jest naszym wybawieniem od grzechu, mamy możliwość uczepić się Go i pokładając w Nim nadzieję wchodzić w dalszą, głębszą jedność z Nim. Ta pogłębiająca się jedność z Nim wymaga naszego postępującego oczyszczenia, przez które łaska wiary staje się zaczynem zakwaszającym cały chleb; ledwie uczepienie się Jego kończy się pełnią zjednoczenia z Nim. Jest to droga. Człowiek, wchodząc na nią, stopniowo czuje się coraz mocniej zżyty z Jezusem, nabiera to kształtu coraz doskonalszego stapiania się z Nim w jedno. Ta jedność z Synem Bożym ma swój ziemski obraz w bliskości między małżonkami. Syn Boży jest przewidziany od początku jako Ten, który ma wejść w nas, zagłębić się do dna naszej ludzkiej istoty, przeniknąć nas od środka ku cielesnemu zewnętrzu i całkowicie przemienić. Taki jest właśnie efekt działania Eucharystii. 

W Eucharystii Jezus staje się pokarmem, by wejść w nas i pogłębić swoje wypełnienie nas, abyśmy byli coraz bardziej podobni do Niego i żyli jak On. Jezus coraz bardziej opanowuje nasze wnętrze duchowe i cielesne, rozszerza się na nas całych i staje się jednym z nami. Nie częścią nas, ale całością w nas. Nasze życie staje się udziałem w Jego życiu. On przerasta nas i zrasta się z nami jak pień z gałęziami. Staje się ośrodkiem nas, w nas kręgosłupem, trzymamy się dzięki Niemu i jesteśmy już od Niego nieoddzielni. Nie dzieje się to od razu, ale postępuje: Jezus przenika nas i wypełnia im bardziej się Mu poddajemy i pozwalamy, by Eucharystia nas oczyszczała. Niekorzystanie z Eucharystii, rezygnacja z niej, jest marnowaniem szansy na zdobywanie moralnej czystości. A w czystości staję się cały Nim i żyję ja, ale już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus i daje nam jedność z Ojcem. Taki jest proces dojrzewania i taki jego cel. Wypełnienie Jezusem daje nam, grzesznikom na razie udział w Jego cierpieniu, ale także daje już nam udział w Jego zmartwychwstaniu i umacnia nas Jego Boskim szczęściem. Eucharystia jest stopniowym przerastaniem naszego grzesznego, nieczyszczonego jeszcze człowieka Jezusem, Synem Ojca.

W Rzymie, w Galerii Borghese jest rzeźba Giovanni Lorenzo Berniniego, ukazująca genialnie w marmurze, jak Dafne, uciekająca przed Apollonem, stopniowo przemienia się w drzewo. Właśnie tak my, uciekający przez szatanem mamy przemieniać się w Chrystusa. I to dzieje się w nas przez Eucharystię. Więc nie bójmy się, że to zbyt radykalne, że nie wypada, że nie jestem godzien… 

Niegodna miłości, ale do szaleństwa umiłowana jest oblubienica Chrystusa.

Diakon Jan, czerwiec 2014

 

TY, KTÓRY MIESZKASZ NA TABORZE...


Przez wiarę. Czy to mało?
Mam problem z Tobą. Kiedy przeżywam trudniejsze chwile, zmagam się, kiedy nachodzą mnie wątpliwości w wierze, kiedy się boję, wtedy sobie myślę: jakże byłoby inaczej i o ileż łatwiej, gdybym zobaczył Ciebie, Boże choć przez chwilę, gdybyś zechciał przyjść bliżej mnie, odsłonić to, co zasłania mi Cię na Ziemi.

Na obecnym etapie mam Cię tylko za pośrednictwem znaków. „Tylko”, czy „aż”? To jest właśnie kwestia, którą chcę z Tobą omówić, zgłębić. Jaki w tym życiu mamy kontakt? Pośredni, w moich myślach, przez moją ludzką naturę. Co mówisz? Wiem, że przez Jezusa. Ale Jezus żył dwa tysiące lat temu, umarł, zmartwychwstał i odtąd znowu nieraz wydaje mi się mało dostępny. W każdym razie nie jest dostępny bezpośrednio, jest obecny w Eucharystii, w Kościele, we mnie, w drugim człowieku… I to wszystko. Taka Twoja obecność jest znowu pośrednia, znowu wydajesz się bardziej ukrywać niż objawiać.

Na czym polega mój problem z Tobą? Na tym, że w tym życiu mam przystęp do Ciebie przez wiarę, zwłaszcza przez wiarę w Jezusa. Wiem, pisze o tym św. Paweł w listach, ale czy to mało, czy dużo? A może możliwe jest inaczej, lepiej? Przecież Apostołowie, mistycy, święci, Faustyna, ojciec Pio… Czy oni nie mieli Ciebie więcej? Czy oni nie widzieli Jezusa? Czy oni musieli wierzyć, czy po prosu wiedzieli?

Przyznam się Wam, że w pewnym momencie życia odkryłem, iż klucz do wyjaśnienia tych kwestii znajduje się w doświadczeniach Piotra, Jakuba i Jana na Taborze, podczas przemienienia. To mistyczne przeżycie zostało opisane w sposób natchniony, iście arcymis­trzowski. Pokazano trzyetapowe spotkanie z Bogiem. Najpierw odsłania się wyprzedzająca wydarzenia wielkanocne wizja tkwiącej w Jezusie, ale na razie ukrytej, prawdy, że jest czysty, święty i zdolny do życia z Bogiem. Takie życie okazuje się nie tylko dla Niego, ale i dla nas najwspanialsze i upragnione, ale na razie na dłuższą metę niemożliwe. Zamiast niego Apostołowie przeżywają przez chwilę Pełnię Majestatu Boga skrytego w obłoku. Takie spotkanie z Bogiem okazuje się przerażające. A na koniec znowu mają przy sobie tylko samego, ziemskiego Jezusa. Są więc trzy alternatywy przebywania z Bogiem. Ale czy naprawdę są to alternatywy?

Trzy alternatywy
Najbardziej upragniona jest dla mnie pierwsza z możliwości – Jezus jaśniejący, pociągający potęgą i świętością. Takiego Boga pragniemy: silnego, zwycięskiego, dającego nam zupełnie bezpieczną przystań, do której chcielibyśmy zawinąć na całe ziemskie życie. O takim życiu marzymy. Nawet wielcy złoczyńcy w przypływie szczerości wyznają – o, gdyby świat był inny, ludzie byli inni, to i ja byłbym inny. Czujemy się nieomal przymuszani do zła tym, że życie nie wygląda tak, jak owo spoczywające na dnie naszych serc marzenie. I nie jest to marzenie, ale nagląca potrzeba. Tylko, że nie da się jej spełnić na ziemi, ponieważ wymagałoby to przemiany serc wszystkich ludzi. Apostołowie chcieli zatrzymać ukazującego się już teraz przyszłego, zmartwychwstałego, zbawionego Jezusa, ale było to niemożliwe. Ziemia nie jest do tego przygotowana. Niegotowi są inni ludzie. Niegotowi są oni sami. Wszyscy niecierpliwie czekamy, by zwycięski, jasny, przemieniony Jezus znalazł się z nami już teraz, zaraz, a przecież to wymaga nie tylko Jego, ale i naszej przemiany. Ale my nie chcemy się przemieniać, tylko od razu mieć przemienienie gotowe. To niemożliwe.

No dobrze, myślimy, jeżeli bez osobistej przemiany i przemiany całego świata nie można mieć Zmartwychwstałego twarzą w twarz, to może chociaż dałoby się zorganizować jakieś bezpośrednie spotkanie z Bogiem, żebyśmy wiedzieli, że Bóg jest i jaki jest. Wtedy byłoby łatwiej wierzyć i czekać na przemianę. Czy jest to możliwe? To pokazuje drugi etap widzenia na Taborze. Świetlistego Jezusa przesłania obłok. Jest on starotestamentalnym obrazem obecności na ziemi samego Boga. Obłok był na górze Synaj, szedł z Izraelitami przez pustynię, napełniał namiot spotkania, prorocy widzieli go w świątyni jerozolimskiej. Nawiązaniem do tradycji obłoku są kadzidła w liturgii. Obłok wyraża Boga, który JEST, ale nie ma postaci ani kształtu, okazuje się niewidzialny i niedostępny. Ale nie tylko to. W obłoku, we mgle nie widać nic, znika również to, co jest na ziemi, zostaje przysłonięte, bo Bóg napełnia świat całkowicie Sobą. On jest większy od wszystkiego, wystarcza za wszystko, zasłania wszystko, spala wszystko. Człowiek ogarnięty Pełnią i Majestatem Boga, nie doświadcza niczego poza tym, że prócz Boga nie ma nic. Ale doświadcza też, że i Jego samego nie ma, bo Jego JEST stanowi obecność ponad możliwości naszej percepcji. Gdy widzimy Najwyższego, nie widzimy nic, jesteśmy w absolutnej, totalnej pustce, bez świata i bez Boga, samotni, przerażeni niemożnością kontaktu i poczuciem zapomnienia w bezkresnej przestrzeni nicości. To było właśnie przerażenie Apostołów na Taborze. Jest ono bardzo ważne, dla ludzi nieoczywiste, takie przeżycia miewają mistycy. Bóg jest Istotą nieskończenie nas przewyższającą, co więcej nie mającą postaci, w której moglibyśmy go spotkać. Ten dystans Boga pozostawia nas, stworzonych jako istoty społeczne, przerażeniu bycia zupełnie samym. Jest to najwyższe przerażenie, przerażenie nocy duchowej rozszarpujące trzewia, bo człowiek nie może znieść nicości. Chciałby uciec gdzieś, ale nie ma dokąd, bo nie ma niczego, chciałby umrzeć, ale i umrzeć nie może. Chciałby się z kimś skontaktować, bo jest stworzony do kontaktu, a z Samym Bogiem skontaktować się nie jest w stanie.

Co zatem już wiemy? Że spotkanie twarzą w Twarz z Najwyższym Bogiem to nie dla nas, ludzi. Że najlepiej byłoby spotkać się z Jezusem Zmartwychwstałym, ale tego na razie nie mamy, później mamy obiecane, ale teraz nie. Więc co nam pozostaje? Pozostaje trzecia alternatywa: wstańcie, nie lękajcie się. Gdy podnoszą oczy, nikogo nie widzą tylko samego Jezusa (Mt 17, 7-8). I tak jest najlepiej, choć przedtem to wydało mi się niewystarczające.

Bliskość Jezusa
Bóg mi jawnie pokazuje to, czego nie chce przyjąć, że najlepsza dla mnie bliskość Boga, to bliskość przykryta ludzką naturą Jezusa. Owszem, pragniemy bliskości ze Zmartwychwstałym i do niej dążymy, ale na razie jej nie mamy w pełnym zakresie i na razie pełne zdobycie jej nie jest możliwe, jak postawianie przybytków na Taborze. Na razie Zmartwychwstałego też mam przez pośrednictwo ludzkiej natury i to też jest rozwiązanie najlepsze z możliwych. Dlaczego? Ze względu na grzech. Na tym świecie nie ma i na razie być nie może pełnej obecności Zmartwychwstałego, bez Krzyża, ponieważ świat nie został jeszcze z grzechu oczyszczony. Na takim świecie możliwa jest tylko ludzka obecność Jezusa, przez Kościół, przez wiarę, właśnie ta, która wydawała się nam tak niewystarczająca. Ale ona jest najlepsza. Z jednej strony nie tłamsi nas i nie przeraża, a z drugiej przybliża do upragnionego spotkania ze Zmartwychwstałym, dopóki nie powiemy wreszcie: dobrze że tu jesteśmy! (Mt 17,4).

Mądrość Boga
W tym właśnie wyraża się wielka mądrość Boga, że zaplanował dla nas taką drogę do bliskości ze Sobą: drogę przez pośrednictwo. Ona najlepiej nam służy. Nie niszczy, nie przeraża, a stwarza warunki do rozwoju. I o to właśnie chodzi, by się rozwijać pośród doczesności, w atmosferze wiary. Dlatego ważne jest, by wykorzystać wszystkie możliwości spotykania się ze Zmartwychwstałym na tej drodze. Jest ona dla nas najowocniejsza i można na niej osiągnąć najwięcej, karmiąc się znakami w Kościele: modlitwą, Eucharystią, rozmową z ludźmi, miłością… To pokazuje życie świętych, współpracujących z Bogiem właśnie na tej drodze. Nie mamy powodu czuć się zniechęceni niedosytem przystępu do Jezusa, choć na razie nie ma On szaty białej jak śnieg, ale ubiór zwykłych, współczesnych nam ludzi. Niestety konsekwencją tej zwykłości jest cierpienie z powodu grzechów: cierpienie Jezusa ziemskiego i nasze cierpienie.

Diakon Jan, kwiecień 2014












GDZIE JEST ZMARTWYCHWSTAŁY JEZUS?

Od początku dziejów Izraela, to jest od czasów Mojżesza, obecna jest w Biblii ta podstawowa myśl: że Bóg objawia się człowiekowi jako Ten, który jest blisko niego.

W ziemi Madian, stając przed Mojżeszem w postaci płonącego krzewu, Bóg, podaje mu swoje Imię, mówiąc: Ja jestem tym, który Jest. (hbr. 'ehjeh 'aszer 'ehjeh) (Wj 3,14). Kluczem do zrozumienia tego zdania jest znaczenie czasownika być (hbr. hajah), który dla ludzi tamtych czasów zawsze miał znaczenie egzystencjalne – jestem z wami, dla was, a nie abstrakcyjno-filozoficzny – jestem czystym istnieniem. Bóg zatem jest tym, który jest dla Izraela, o czym wyraźnie mówi wcześniej: dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi… Bóg więc zapewnia Mojżesza i Izraelitów, do których go posyła, że jest z nimi, podobnie jak ktoś, siedzący przy łóżku chorego, który kładzie rękę na jego dłoni i mówi – jestem z tobą. Myśl o byciu Boga blisko człowieka była pogłębiana przez proroków w nurcie proroctw mesjańskich. Izajasz powołany w roku śmierci króla Ozjasza (r. 738 p.n.e.) zapowiada nowego, opatrznościowego władcę, którego imię będzie Emmanuel, to znaczy: Bóg [jest] z nami (hbr. imanu 'el).

Prawda o Bogu, który dosłownie jest z nami w naszym świecie, najpełniej odsłoniła się, kiedy Syn Boży przyszedł do nas w ludzkim ciele. Pisze o tym z uwielbieniem św. Paweł. Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby nam wraz z Nim wszystkiego nie darować? Syn Boży przyszedł do świata w ciele, jako jeden z nas, by zdjąć z nas ciężar grzechu, biorąc go na Siebie. To bycie z nami na świecie stało się źródłem cierpienia Jezusa. Święty Bóg, żyjący wśród grzeszników staje się przedmiotem zmasowanego ataku zła. A jednak to On okazuje się mocniejszy. Bycie Jezusa z nami i wzięcie na siebie naszego i szatańskiego zła okazuje się właśnie drogą do naszego zbawienia. Zbawienie to dokonało się dzięki temu, że mimo iż Jezus uległ śmierci, którą wniósł w świat szatan, to jednak Jezus zmartwychwstał i zapoczątkował dla siebie i nas nowy etap życia – w ciele zmartwychwstałym. Kluczem do tego zbawienia okazuje się to, że Jezus zmartwychwstały nadal jest z nami, czyli mamy możliwość korzystania z BLISKOŚCI już nie tylko Jezusa w doczesnym ciele ludzkim, ale i Jezusa w nowym, zmartwychwstałym ciele ludzkim. W ten właśnie sposób człowiek ma możliwość korzystania z owoców całego życia Jezusa: doczesnego, śmierci i zmartwychwstania. Jest to unikalny dar odmieniający całkowicie ludzki los. Św. Paweł precyzuje ów dar następująco: Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie ukryte jest razem z Chrystusem w Bogu. (Kol 3,1-3)

Są dwa etapy w życiu człowieka: to życie, doczesne i nowe życie, otwarte na wieczność. Jezus przychodzi do nas i jest z nami w tym życiu, aby być z nami także w życiu nowym. Możemy wszystko przeżywać z Jezusem już w życiu doczesnym: słabości, ograniczenia, cierpienia, pragnienia, nie spełnione aspiracje i śmierć. Ale śmierć Jezusa staje się dla nas siłą do naszej śmierci dla grzechu, czyli do odrzeknięcia się grzechu, nawrócenia i chrztu. Taki jest sens stwierdzenia – umarliście bowiem [z Chrystusem]. Jezus jest więc z nami w życiu doczesnym i poświęca się za nas, ale czyni to tylko po to, by być z nami także w nowym życiu, po zmartwychwstaniu. Jeżeli umieramy z Jezusem to i zmartwychwstajemy z Jezusem. I w życiu i w śmierci należymy do Jezusa. Istotą naszego zbawienia i naszej przyszłości okazuje się BYCIE Z JEZUSEM, najpierw ziemskim, a potem zmartwychwstałym.

Co znaczy, że Jezus jest z nami, a my z Nim w tym życiu, to zrozumieć przychodzi nam łatwiej. Sprawy te są przedmiotem powszechnego głoszenia. Doświadczając cierpienia, chorób, przykrości, krzywd, łatwiej nam przychodzi powierzać je Jezusowi i szukać u Niego oparcia. Rozumiemy też, że chodzi o to, by będąc grzesznikiem, odrzekać się zła, podejmować decyzję o nawróceniu i stale, uparcie umierać dla grzechu. Jednak w tym momencie pojawia się problem. Często wydaje się nam, że owo dążenie do przemiany jest mało skuteczne – owszem chcemy się nawrócić, chcemy umierać dla grzechu i zmieniać się, ale żebyśmy żyli nowym życiem, z Jezusem zmartwychwstałym, tego nie widzimy i jakoś nie czujemy.

W niniejszym tekście chodzi przede wszystkim o to, by zrozumieć i doświadczyć, na czym polega łączność ze Zmartwychwstałym, w jaki sposób jest On z nami teraz i jak będzie w przyszłości. Chodzi więc o medytację prawdy, że nasze zbawienie zasadza się na BLISKOŚCI ze Zmartwychwstałym. Trzeba więc zobaczyć gdzie jest Zmartwychwstały. I wcale nie jest to oczywiste.

Opowiadanie Ewangeliczne o tym, co się wydarzyło wczesnym rankiem, w pierwszy dzień tygodnia po święcie Paschy, podkreśla, że gdy apostołowie Piotr i Jan przyszli do grobu, zastali go otwarty i pusty – ciało Jezusa znikło, a płótna leżały nie tak, jakby je rozwinięto i ciało zabrano, ale tak jakby ciało zdematerializowało się wewnątrz płócien. Doczesne ciało Jezusa zatem przestało istnieć i rodzi to natychmiast pytanie: dlaczego? Gdyby ciało zostało w grobie, można by powiedzieć, że jest jak dotąd - Jezus, jak wszyscy ludzie Starego Testamentu, odszedł do Szeolu i nie mamy żadnego nowego objawienia na temat losów ludzkich po śmierci. Ale jeżeli ciało doczesne Jezusa znikło ze świata, to rodzi się zasadnicze pytanie: jak teraz żyje Jezus i jaki jest nowy los Jego po śmierci. Wiadomo, że Jezus musi teraz żyć jakoś inaczej i jest to jakaś wielka nowość, rewolucyjna zmiana. W to właśnie uwierzył Jan, patrząc na nietknięte płótna i to zapisał w swojej Ewangelii. Po tamtym wydarzeniu wielokrotnie w ciągu pięćdziesięciu dni uczniowie przeżywali spotkania z Jezusem i one utwierdzały ich w pewności, że Jezus żyje po nowemu, jako Zmartwychwstały i tę właśnie prawdę przekazywali w swoim nauczaniu i w swoich pismach.

Ewangelia Jana i teksty Pawła pokazują za pomocą obrazów to nowe życie Jezusa. Najpierw Paweł napisze, że wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami (1 Kor 12, 27). Chrystus zmartwychwstały jest jeden, żywy, a każdy z ludzi stanowi część Jego ciała, współdziałającą z innymi częściami. Moje życie po Jego zmartwychwstaniu i moim nawróceniu jest życiem jako części ciała należącej do Jezusa. Zmartwychwstały żyje już nie w ciele doczesnym ale w każdym z nas i we wszystkich razem – w Kościele. Po zmartwychwstaniu znikło doczesne, martwe na skutek naszego grzechu, ciało Jezusa, a Chrystus wcielił się na nowo w cały Kościół i w każdego ucznia osobno. Od tej pory uczeń może powiedzieć: Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2,20). Bóg wybrał taką drogę zbawienia człowieka, że Syn jednoczy się z ludźmi w życiu śmiertelnym, aby potem zawrzeć jeszcze ściślejsze zjednoczenie z nimi w życiu zmartwychwstałym. Powołaniem człowieka jest więc życie z Synem Bożym, wielka bliskość, zjednoczenie, które zaczyna się tu, ale będzie trwało na wieczność. I przez to zjednoczenie człowiek pośrednio także jednoczy się z Ojcem, bo Jezus ma zjednoczenie z Ojcem. Ze względu na takie zapierające dech w piersiach ludzkie powołanie zasadniczą sprawą jest poznawanie Jezusa zmartwychwstałego i pogłębianie w sobie zjednoczenia z Nim. Zapoczątkowało się ono bowiem w chrzcie, ale nie daje pełni owoców dopóki nie dojdzie do naszego pełnego oczyszczenia i otwarcia się na Jezusa.

W Ewangelii Janowej Jezus mówi, że jest krzewem winnym, a uczniowie są jego gałązkami (J 15,1). Mamy wiec obraz podobny do Pawłowego obrazu ciała. Ale Jan przytacza wypowiedzi Jezusa jeszcze wyrazistsze. Jeśli kto mnie miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego i będziemy z nim przebywać (J 14,23). W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was (J 14,20). Duch Święty przychodząc do człowieka sprawia, że w nim zaczyna mieszkać zjednoczony z człowiekiem Chrystus, a dzięki Chrystusowi także Ojciec. Tak wspaniały jest Boży dar – człowiek żyje mając w sobie Boga – staje się Jego świątynią.

Dlatego obecności Jezusa należy szukać W SOBIE nie na zewnątrz. Nikt tego za nas nie zrobi. Chrzest zapoczątkowuje w nas Jego obecność, a modlitwa i pozostałe sakramenty ją umacniają.

Diakon Jan, kwiecień 2013

NAJWYŻSZY – NAJBLIŻSZY

Nie bój się Boga, pozwól Mu działać w swoim sercu.



U początku dziejów Bóg stworzył wszechświat, a w nim dał życie człowiekowi. Człowiek jest istotą podobną do Boga między innymi w tym, że jest rozumny, zdolny kochać i obcować z Nim jako Jego dziecko. Człowiek ma również od Boga wolność, która sprawia, że może Go przyjąć albo odrzucić. Ta możliwość wyboru jest w nas faktem, jednak nie jest ona całkiem bezproblemowa, ale wskutek grzechu pierworodnego obciążona naciskami, stale wystawiana na próbę. Spełnieni i szczęśliwi jesteśmy tylko z Bogiem, zaś bez Boga marniejemy i karłowaciejemy. Jest to prawda, a jednak często dla nas nieoczywista. Działalność zła przysłania nam ją i potrzebujemy stale jej szukać i odkrywać. Na to odkrywanie mamy czas przez całe doczesne życie.

By umożliwić i ułatwić nam ów obciążony złem "wolny" wybór, Bóg przychodzi blisko do nas. Staje się nam bliższy bardziej niż my sami sobie. Najwyższy staje się Bogiem najbliższym i dostępnym. W Jezusie pokazuje, że choć jest najwyższy i święty, nie stroni od ludzi, lecz wręcz przeciwnie, z upodobaniem obcuje z grzesznikami. I nie tylko obcuje, ale chętnie wystawia się na ryzyko ich wyborów.

Pierwszym takim ryzykiem było zdanie się na wolę ludzi w chwili Wcielenia. Bóg przychodzi do Maryi w dniach, kiedy jest ona już poślubiona Józefowi i każe obojgu decydować. Hipotetyczny brak dobrej Świętej Rodziny uniemożliwiłby Bogu działanie. Zwłaszcza odmowa Józefa naraziłaby Maryję i poczętego Jezusa na ukamienowanie. Sytuacja była dramatyczna, a jednak Bóg dopuścił do niej. Dlaczego? Ponieważ szczególnie w takiej sprawie akceptacja wolnych ludzi, Maryi i Józefa, była niezbędna. I jeszcze dlatego, że Jezus był synem Boga, nie Józefa i musiał przyjść na świat w taki sposób, by było to dla wszystkich jasne. Gdy Święta Rodzina przyjęła Jezusa do swego domu, zbawcze dzieło Boga ruszyło z miejsca.


Bóg przychodzi, by poddać się naszym wyborom, pokazać nam ich skutki i w ten sposób porządkować i uzdrawiać naszą wolność. Bóg leczy naszą wolność, gdy pokazuje nam szczęście płynące z bliskości ze Sobą oraz cierpienie płynące z oddalenia.

W czasie Adwentu Kościół przestrzega, by prostować ścieżki, wyrównywać drogi, zwłaszcza rozdroża wymagające decyzji. Po co? Czy chodzi o nasze ścieżki, by były bez grzechu? Otóż nie, bynajmniej. Prostować trzeba ścieżki dla Jezusa, ścieżki którymi Jezus przyjdzie do świata, by dotarł On także do nas osobiście, przebrnął przez wertepy, jakie są w nas i wszedł do naszych serc, naszych domów i by w nich zacząć działać. Wołanie na Adwent brzmi zatem: pozwól działać Najwyższemu. Czyżby Najwyższy prosił o pozwolenie? Otóż tak, właśnie tak, ponieważ przychodzi On do naszej wolności, szanuje ją, by zostać w sposób wolny przyjętym z miłością. Przychodzi do nas jako nam Najbliższy.


Przyjęcie Go wymaga uzdrowienia naszego myślenia o Bogu, a tylko Bóg Najbliższy jest w stanie tego uzdrowienia dokonać. Na to potrzebne jest nasze zaufanie, nasza pokora, nasze dobrowolne poddanie Bogu swojego życia. Maryja i Józef właśnie to zrobili. Nawet ona, choć wolna od grzechu, nie była zwolniona z obaw i wyborów. Też musiała zaufać i powiedzieć – niech się stanie to, co proponujesz, bo jesteś Najbliższy, Najlepszy i ufam Ci.

Nas też nikt nie zwolni z wyborów i decyzji. Na naszych rozdrożach, tak jak na rozdrożach Józefa i pewnie w jakimś stopniu Maryi, stoi kusiciel i próbuje zwodzić kłamstwami, by przez błędne wybory utrudniać Bogu działanie. Takie pokusy widać w lęku Józefa, który bał się, że może, nie daj Boże, Maryja jednak była niewierna i dlatego zamyślał, by ją potajemnie oddalić. Gdyby tak się stało Jezus nie miałby ziemskiego ojca i byłby w oczach Żydów nieślubnym dzieckiem o fatalnej reputacji. Takie wątpliwości czuć też w pytaniu Maryi, jakże się to stanie, ale ona nie cofała się przed Bogiem i nie szukała rozwiązań sama, lecz otwarcie pytała Boga i słuchała Jego wskazówek.

Właśnie sprawa tego, by się nie cofać przed Bogiem, ale trzymać się Go mocno i głęboko wsłuchiwać się w Jego Słowo, jest sprawą zasadniczą. Bóg przychodzi do świata dobrego ale i grzesznego, by z nim być jak najbliżej. A świat przyjmie Go i posłucha na tyle na ile jest dobry i cofnie się przed Nim, zabarykaduje i ucieknie na tyle, na ile jest grzeszny. Im silniej jest w nas wrośnięty grzech, tym mocniej przeszkadzamy Bogu, a Bóg próbuje nas odmienić, nie łamiąc jednak naszej wolności. Mówi o tym historia w raju (Rdz 3,1-15).

Imię hebrajskie adam znaczy człowiek i to, co dzieje się z Adamem, dzieje się także z każdym człowiekiem. Zatem Adam i każdy człowiek otrzymuje od Boga godność dziecka Bożego, podobnego do Bożego Syna. Tymczasem szatan jako anioł pozbawiony ciała i możliwości obcowania w nim ze stworzeniem, zazdrości człowiekowi jego ludzkiego powołania i godności. W godzinie próby szatan myśli, że jest gorszy od człowieka i kombinuje, jak pozbawić człowieka jego godności. Myśli, że może wtedy, gdy zmieni plan Boży, jako anioł stanie wyżej i będzie mógł rządzić światem zamiast Boga. Sprytnie przychodzi mu do głowy, że bliskość Boga i godność dziecka Bożego może uderzyć człowiekowi do głowy tak, iż uwierzy, że ma możność sięgnięcia jeszcze po coś więcej, po panowanie nad dobrem i złem. Być może człowiek pomyśli, że Bóg wcale nie dał mu wszystkiego, co jest potrzebne i będzie próbował dorównać Bogu.

A okazja do skuszenia człowieka była w zasięgu ręki, ponieważ Bóg nie odgrodził się od człowieka i zastrzeżone drzewo poznania dobra i zła umieścił tuż obok niezbędnego do życia drzewa życia. Człowiek więc uległ pokusie, podobnie jak wcześniej część aniołów, a Bóg dopuścił te pokusy i to ryzyko, ponieważ bez niego istota wolna nie miałaby szans się sprawdzić i dojrzeć. My jako wolni ludzie potrzebujemy na własnej skórze przekonać się, że choć można wybierać i dobro, i zło, to jednak warto pójść jedynie za dobrem. Za złem, za odepchnięciem Boga, nigdy iść nie warto, bo kiedy człowiek ulega złu, słabnie, traci Boga i ginie. Człowiekowi z dala od Boga jest znacznie trudniej niż w Jego bliskości. Wyraziście pokazują to losy syna marnotrawnego. Syn marnotrawny odszedł i dzięki temu przekonał się, że najlepiej jest u Boga, bo z dala od Boga jest się tylko niewolnikiem.

To samo niewolnictwo przytrafiło się szatanowi. Jako niewolnik człowiek i szatan jest zakompleksiony i przestraszony. Bóg nie kojarzy mu się z niczym dobrym, ale na Jego widok odruchowo cofa się. Szatan odrzucony jest przydeptany do ziemi i pełza po niej jak wąż. Jest już bez szans. Ale nie człowiek. Bóg przychodzi i woła człowieka po imieniu, a ten kryje się i nie pozwala zajmować sobą. Opuszcza raj, a Bóg idzie za nim. Posyła swego Syna, by ten stając się równy człowiekowi we wszystkim oprócz grzechu i godności Boskiej, mógł wejść we wszystkie zakamarki i "mysie dziury", gdzie człowiek schował się przed Nim. Tam, na wygnaniu, Syn stara się zaprzyjaźnić się z człowiekiem i skłonić go do powrotu.

Najpowszechniejszą chorobą naszego życia w grzechu jest właśnie cofanie się przed Bogiem, nie pozwalanie Mu na działanie w sobie. Szatan nieustannie nas okłamuje, że Bóg jest Najwyższy, a ty człowieku, grzeszniku nie możesz z Nim obcować, ani nawet rozmawiać. Najlepiej żyj z dala od Niego, a jeśli już próbujesz się z Nim spotkać, wiedz, że nie jesteś Go godzien, bo nie jesteś nic wart. Szatańskim dziełem jest odciąganie nas od Boga, dołowanie, wpędzanie w kompleksy, wpajanie nam, że jesteśmy w Bożych oczach i ludzkich oczach nic nie warci, że nic nam się nie uda, że świętość jest nie dla nas…Takie poniżanie ludzi jest nam dobrze znane nie tylko z obszarów życia duchowego, ale także z życia publicznego, z mechanizmów władzy i polityki. Po nich między innymi poznajemy, co jest od Boga, a co od szatana.

Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna, niż zakłamuje ją szatan. Zgnębiony człowiek się chowa przed Bogiem, a Bóg w Jezusie chodzi za nim i przywołuje go – Adamie, gdzie jesteś? Wciąga nas w dialog i próbuje za wszelką cenę uzmysłowić nam, że nie stroni od nas, mimo grzechów, że zależy Mu na nas, że chce być z nami, chce przyjść do naszych serc i domów. Bóg w Jezusie kocha nas i nie czeka aż się nawrócimy, bo sami się nie nawrócimy, ale, nim się to stanie, zaprzyjaźnia się z nami, grzesznikami. Rzecz polega na tym, że Bóg jest Najbliższy grzesznikom, a nie ludziom doskonałym, bo bez Niego doskonali nie staniemy się. On nie każe nam najpierw się wydoskonalić, zanim przyjdzie, lecz pierwszy przychodzi do grzeszników i daje im łaskę niezbędną do nawrócenia. Jak lekarz, dotyka pacjenta chorego a nie zdrowego. Świadomość, że mamy Boga Najbliższego już teraz, zanim się nawrócimy i oczyścimy, jest dla nas najważniejszą dobrą nowiną. Ta nowina stale ludziom umyka, nie biorą jej serio, bo odruchowo głupio im przyznać się do brudu i nędzy i z nimi stanąć przed Bogiem.

Najważniejsze i za razem najtrudniejsze jest, by uświadomić sobie, że Jezus jest nam Najbliższy właśnie wtedy, gdy jesteśmy niedoskonali i niegodni, że możemy bez oporów i skrępowania lgnąć do Niego brudni i składać na Niego swoją nędzę. Umiejętność przychodzenia do Jezusa w słabości, bez krycia się, udawania, czekania, aż będę w lepszym stanie, stanowi podstawę szczęśliwego życia. Świętymi stają się ci, którzy odważą się przyznać do grzechu, upokorzyć, a potem zachwycić, że Najwyższy nie wynosi się ponad nich grzesznych, ale z pozycji Najbliższego zajmuje się nimi. Jeśli to nas zachwyci, pozwolimy Mu zajmować się nami i leczyć. To jest jedyna droga. Innej nie ma.
Diakon Jan, grudzień, 2013