sobota, 4 kwietnia 2020

ZNAKI

Pan daje znaki jako widzialne przejawy swojego niewidzialnego działania. Czasem działanie to jest przystępne i upewnia nas, że Bóg jest naprawdę bliski i stoi za nami murem. Ale czasami nasze odczucia mogą być inne: Opatrzność przestaje nam się kojarzyć z miłością, Bóg wydaje się  surowy, jego działania są nie całkiem po naszej myśli. Czy to Bóg się zmienił? Na pewno nie. Raczej  zmieniło się nasze postrzeganie znaków i rozumienie ich. 

Dzisiejszy świat w ogóle nie patrzy na znaki. Obserwując dobre rzeczy nie łączy ich z Bogiem, ani tym bardziej nieszczęść ze złym duchem. Niektórzy uważają, że świat patrzy „naukowo”, ale świat patrzy po prostu powierzchownie. W powszechnym obiegu są materialne wyjaśnienia tego, co obserwujemy. I nawet gdyby wydarzyło się coś niezwykłego, na przykład rano nie wzeszłoby słońce, świat i tak poprzestałby na fizykalnym wytłumaczeniu i nawet nie próbowałby szukać sensu nadprzyrodzonego. Ludzie zostali oduczeni refleksji nad faktami. Fakty dziś nie mówią - fakty są. Świat stał się programowo hermetyczny na wartości i na sens wydarzeń. W świecie nie ma rzeczy niezwykłych, wszystko jest zwykłe z zasady. A co, gdyby nagle wydarzyło się coś zaskakującego? Na niebie zapłonęłaby gwiazda jaśniejsza od słońca? Czy też nie byłby to znak od Boga? A to dlaczego? Chyba tylko przez założenie, że Bóg nie istnieje.

A jednak wbrew światu ludzie szukają znaków. Nic ich nie powstrzyma. Chcą, by życie miało sens. Bez sensu i bez systemu wartości istnienie jest na dłuższą metę nie do zniesienia. Nie można wytrzymać, gdy wszystko jest lodowate i nie zna ojcowskiego przytulenia. Ludzie boją się śmierci i chcieliby wiedzieć, jaki jest sens tego, że chorują albo umierają tysiącami czy milionami. Czy nikt na ziemi nie potrafi wyjaśnić im prawdy? Wielu jakoś nie znajduje jej więc szuka winnego na własną rękę - obwinia Boga. Tymczasem zły duch śmieje się z nas, ponieważ prawie nikt z nas go nie widzi, a wielu nie uznaje. W ogólnym zamęcie sensu i wartości pozostają zupełnie sami.  

Bóg się Objawił i przyszedł do nas osobiście, by między innymi pokazać nam to, że na świecie jest dobro i zło, ale nie On pragnie zła i śmierci tylko szatan i jego zwolennicy. Dziś znowu po latach dechrystianizacji ludzie mają zamieszanie w głowach, gdyż tak naprawdę nie znają Bożego Objawienia. Wielu każdej niedzieli słucha fragmentu Starego i fragmentu Nowego Testamentu. Ale do rozumienia zwłaszcza Starego Testamentu bywamy nieprzygotowani. Pamiętam, jak w pierwszych latach po reformie soborowej uczono ludzi, że prawdziwa nauka jest od Pana Jezusa, zawarta w Nowym Testamencie. Co do Starego Testamentu, to należy go czytać PREZEZ PRYZMAT Nowego, bo był on do niego przygotowaniem. Mimo tego wielu ludzi do dziś gubi się biorąc wskazania starotestamentalne dosłownie i tak jakby obowiązywały na równi z nauką Pana Jezusa, a one przecież były nauką podstaw na których Bóg zbudował pełnię Objawienia przez swoje przyjście na świat w ciele. To tak jakby ktoś napisał do nas list a po nim przybył osobiście. Lecz my nie chcemy rozmawiać z naszym gościem tylko zamykamy się i czytamy ów list. On był ważny ale pełnego sensu nabrał w świetle tego co nasz gość mówi nam osobiście. 
  
I tak jest z rozumieniem znaków i obrazem Boga, jaki mamy w sercu. Pan Jezus pokazał nam już samym swoim wcieleniem, a także nauką, że Bóg nas kocha i przyszedł by nas zbawić. W tym celu pokazuje i piętnuje zło ale nie chce nas potępić lecz ocalić. Nie sprowadza zła, które ma nas zmusić do nawrócenia, ale dobro, które ma nas zachęcić.  Dlatego kary, pomsty i surowość Boga należy już tylko do języka Starego Testamentu. Plagi i nieszczęścia, które tam Bóg zsyłał, w pełni Objawienia jawią się tylko jako dopuszczone na krótki czas. Ktoś powie, że to na to samo wychodzi, ale tak nie jest. Przypowieść o zbożu i chwaście pokazuje, że Bóg dla dobra zboża pozwala na wzrost chwastu, ale tylko do żniwa. Do tego, żeby dopuszczając cierpienie w naszym życiu, przeprowadzić nas przez tę ciemną dolinę, Bóg przychodzi na świat do wielkiej bliskości z nami. Umarł, zmartwychwstał i nie odszedł, ale jest z nami jako Najbliższy. I będąc z nami najpierw otwiera nasze oczy a potem prostuje przekonania.       

Mówi wyraźnie o tym, co przynosi na ziemię: przyszedłem na ten świat, aby przepro­wadzić sąd, żeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi. (J 9,39) Przynosi dar otwartych oczu, z którego jednak nie wszyscy korzystają. Jezus chce dać nam, jak powie św. Paweł, światłe oczy serca, byśmy widzieli czym jest nadzieja naszego powołania, czyli po co tak naprawdę żyjemy i na co czekamy. Problemem naszym jest jednak to, że na znaki, które powinny nam otworzyć oczy, reagujemy różnie, często odwrotnie do zamierzeń Bożych.   

Aby odczytać znaki trzeba spojrzeć na nie bynajmniej nie oczami świata, ale oczami Boga. Dostrzec, co słuszne jest nie po ludzku, ale w oczach Bożych. Uzdrowienie niewidomego przez Jezusa oznacza to, że człowiek zyskuje od Jezusa nowe oczy i zaczyna patrzeć nimi na życie – są to oczy Boże, perspektywa Boża. I łatwiej jest zacząć widzieć po Bożemu, gdy najpierw straci się widzenie po ludzku - przyzna się do tego, że jest się niewidomym. Niewidomemu, który wie, że nie widzi, łatwiej jest poddać się jezusowemu uzdrowieniu, niż człowiekowi, który upiera się, że wszystko widzi i nie potrzebuje żadnej łaski od Boga. Dlatego Jezus wypowiada słowa groźne – gdybyście byli niewidomi nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie : widzimy, grzech wasz trwa nadal. (J 9,41)
  
Gdy Bóg nam coś pokazuje, coś w nas otwiera, a my nie upieramy się, że Go nie potrzebujemy, bo wszystko świetnie wiemy, widzimy i robimy, wtedy spotykamy się z Bogiem, a przeciwko nam  zaczyna działać zły duch. Znakami jego działania są gwałtowne przeciwności, niepokój w sercu i strach, które mają nas doprowadzić do tego, byśmy tylko nie zobaczyli mocy Boga. Zły atakuje najsłabsze ogniwa w łańcuchu naszego życia. Gdy Jezus uzdrowił niewidomego, zły nie zaatakował Jezusa, bo Ten był dla niego za silny, nie zaatakował Żydów, bo ich miał po swojej stronie, tylko zaatakował uzdrowionego biedaka i jego rodzinę, i maltretował ich przesłuchaniami i zarzutami. Tak samo jest, gdy idziemy bezkompromisowo za Bogiem. Wtedy zły sprowadza cierpienie, szarpie sumienie, stawia między młotem a kowadłem. Dzieje się tak, jak stary jest świat.  

Dziś stoimy w obliczu rekolekcji, które prowadzi osobiście sam Bóg. Ich sednem jest zatrzymanie świata w biegu. Bezpośrednio dokonało tego zło: choroba i strach, ale ich dopuszczenie akurat w dzisiejszych czasach przez Boga ma znamiona majstersztyku. Zatrzymanie miażdżących trybów. Ogołocenie z dóbr. Upokorzenie. Rzucenie zdecydowanego – sprawdzam – wszystkim, którzy są przekonani o swej wielkości. Jest czas, którego niewykorzystanie może pozbawić szansy na skorzystania tylko z upom­nienia. Mamy pierwszą plagę, następne  mogą być mocniejsze. 
  
Wielu mówi: czas jest nienormalny, wszystko jest inaczej, trzeba czekać na powrót normal­ności. Jednak obecny czas to nie przerwa w czymś, po której wrócimy do tego co było. Nic nie będzie już takie jak było. Zmieni się nie tylko układ sił i polityka, zmieni się nie tylko sytuacja materialna i organizacja pracy, zmieni się także sytuacja moralna, spojrzenie na życie i jego wartość, zmieni się dlatego, że zły dalej będzie próbował zniszczyć świat, a Bóg dalej będzie nas ratował by zbawić. Będzie to wojna o człowieka na śmierć i życie. Zbawienie będzie o wiele bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy byli jak niefrasobliwe dzieci.  

Wielu mówi: czas jest okropny i nie ma się czego od niego uczyć. A jednak jest to chwila unikalna, kiedy zostało nam pokazane, jak krucha jest nasza egzystencja. I rodzi się pytanie, czy nauczymy się, gdzie tkwi jedyne prawdziwe oparcie dla ludzkości, czy też dalej będziemy budować na własnej samowystarczalności i potrzebne będą kolejne plagi, nim pojmiemy, że natura zawsze będzie silniejsza od nas. Nim pojmiemy, że nie jesteśmy na przegranych pozycjach tylko dlatego, iż mamy Kogoś, kto panuje nad naturą, jak Jezus nad burzą na morzu.
  
Wielu boi kary Boskiej i nie wie, że to szatan, nie Bóg zsyła strach i  śmierć. Bóg mówi, by się nie bać w żadnym położeniu, nawet w tym najbardziej zagrażającym życiu. Tak naprawdę jesteśmy w ręku Boga, a nasza Ojczyzna jest nie na tym wątłym świecie, ale u Ojca. Dlatego Jezus mówi - nie bójcie się chorób, które zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą. Większość z nas nawet nie wie, jak bardzo w tym czasie Bóg zajmuje się nami, jak intensywnie toczy się teraz walka, a Pan robi wszystko, by nikt nie zginął, ale został zbawiony. Jezus teraz walczy, byśmy jednak odkryli Go i zajmowali się Nim bardziej niż swoim życiem. Bo nasze życie właśnie przemija, a miłość gorąca z Bogiem zaczyna trwać na wieki.
 
dk. Jan