niedziela, 27 maja 2018

EUCHARYSTIA DAREM NIEZNANYM

Wprowadzenie w Eucharystię. Od początku dziejów biblijnych Bóg chciał uświadomić nam przede wszystkim to, co jest dla nas kluczowe: że stan naszego życia jest nieodłącznie związany ze stanem relacji między nami a Nim. Życie mamy od Niego. Dane jest nie raz na zawsze, ale przez Niego podtrzymywane. Im jesteśmy bliżej Niego, tym żyjemy w większym pokoju. Kiedy oddalamy się, nasze życie pogrąża się w niedostatku, lękach, niepokoju i jest coraz bardziej zagrożone. Zło przede wszystkim uderza w nasze życie, sprowadza zabójstwa, choroby, śmierć, głód, pragnienie, ciężką pracę dla zdobycia środków do życia. Uderza w nasze życie fizyczne, psychiczne i duchowe. Skutkiem odejścia od Boga jest śmierć w najogólniejszym znaczeniu tego słowa. 

Bóg broni nas przed śmiercią karmiąc i zaspakajając pragnienie. Pokarmy materialne zapowiadają pokarm duchowy, który niweczy grzeszność, niepokój, lęk, niskie poczucie wartości, samotność i głód miłości. Bóg najpierw objawił się jako ten, który zaspokaja głody fizyczne, potem coraz bardziej pokazywał, że największym naszym problemem jest głód duchowy, przejawiający się także w sferze psychicznej i somatycznej. Słowa Pana Jezusa - Nie samym chlebem żyje człowiek – są zasadnicze dla zrozumienia życia. Jezus przyszedł, by ratować nasze życie teraz i na wieczność. Dokonywał uzdrowień, wskrzeszeń i pokazywał, że może dać niezbędne pokarmy – chleb, ryby, wino. Robił to tak skutecznie, że chętnie uczyniliby go ziemskim władcą. Jednak Jezus miał dla ludzi znacznie większe dary niż te doczesne. Uwalniał ich od wpływu złych mocy, przebaczał, wlewał w serca pokój, sprowadzał pojednanie, miłość, dobro, świętość. Chciał im uświadomić, że jest dawcą tego wszystkiego, że mają to, kiedy mają Jego. 

Dary duchowe i fizyczne nie są czymś odrębnym od Jezusa, czymś od Niego. Biorą się w nas z łączności z Nim, mówimy - zjednoczenia. Jeżeli On daje nam Chleb utrzymujący nas przy życiu to nie jest to Chleb od Niego, ale to On sam jest tym Chlebem: Ja jestem Chlebem, który zstąpił z Nieba. Gdy spożywamy ten Chleb, sam Jezus zmartwychwstały wnika w nas. Bowiem jako ludzie jesteśmy jakby naczyniem pustym w środku, niejako domem, którego wnętrze powinno zostać zajęte przez kogoś. Kiedy w wyniku śmierci i zmartwychwstania Jezusa zostaje dam dany do tego wnętrza Duch Święty, sprawia On, że stajemy się Bożą świątynią, jednością z Jezusem, gałązkami krzewu, częściami Jego ciała. Nasze życie staje się życiem Chrystusa: On żyje w nas, wcielony w nasze życie. 

To jest rzeczywistość, ale my nie widzimy jej i mało odczuwamy w sobie i innych, dopóki nie dokona się w nas pełniejsze oczyszczenie i złączenie z Bogiem. On mieszka w nas, a nie gdzieś poza czy ponad nami. Przyjmując Eucharystię umożliwiamy Bogu coraz bardziej wnikanie w nasze życie, przemienianie i uświęcanie go, budowanie w nim jedność z Jezusem. Dokonuje się to w nas opornie, ponieważ Bóg nie może zrobić niczego bez nas, potrzebuje naszej współpracy z Nim. Każde przyjście Boga do nas, zwłaszcza w Eucharystii, jest nie wzięciem daru od Boga, ale wzięciem samego Boga - spotkaniem z Nim, nawiązaniem relacji, którą da się przeżywać, ale można też zachować się w niej jak martwa kłoda. Bóg wchodzi w nasze serca i chce by były one z ciała, a nie kamienne. 

Kontakt z Eucharystią. Kontakt z Eucharystią jest kontaktem z Jezusem. Mimo, że zewnętrznie jest to kontakt z suchym opłatkiem, w istocie jest kontaktem z żywą Osobą, Boską i ludzką - cielesną. Dopóki nie spotkamy osobiście Chrystusa w sercu i nie nawiążemy relacji z Nim, dopóty zobaczenie Go za postaciami chleba i wina jest dla nas wielką trudnością wiary. Często nie mamy poczucia obcowania z Kimś żywym. Droga do przeżywania spotkania z Jezusem w Eucharystii jest drogą rozwoju duchowego. Kościół ułatwia nam tę drogę podkreślając, że Eucharystia to najpierw pokarm i przyjmujemy go jak pokarm z rąk kapłana. Spożywamy go, a przeżywanie spotkania z Osobą Jezusa zaczyna się dopiero potem w sercu. Zaczyna On owocować. Po Komunii jest najlepszy czas na przeżycie osobistego spotkania z Jezusem w modlitwie. Należy, jeśli tylko można, znaleźć czas na wejrzenie we własne serce i rozmowę z Jezusem w nim. Najlepiej mieć taki dzień, kiedy po Mszy można pozostać w kościele na przedłużoną modlitwę. Modlitwa po Komunii jest najlepszą szkołą modlitwy. 

Jednak Eucharystia to nie tylko pokarm. To osobiście Jezus. Tę wiarę musimy pogodzić z zewnętrznym kontaktem z chlebem i winem. Dla wielu jest to ogromną trudnością. Do tego Kościół, co jest oczywiste, mocno chroni Eucharystię przed dostępnością i profanacją. Wiemy, jak z trudem torowało sobie ponownie drogę, praktykowane w pierwszych wiekach przyjmowania Komunii ręką. Jedni walczyli gorąco o to, jako o bardziej czytelny znak tego, co Jezus uczynił w Wieczerniku. No bo Jezus daje nam Siebie, a my mamy Go przyjąć. Ręka jest tu naturalnym odbiorcą, ale i usta też są drogą przyjmowania. Inni uważali, że ręka nie jest godna, ale w sumie usta też nie są godne. Istotą sprawy jest to, że dotykając Eucharystii, naprawdę dotykamy Jezusa. Czy umiemy sobie wyobrazić, jak czulibyśmy się, gdyby stanął przed nami i powiedział byśmy Go dotknęli jak Tomasz, albo pogłaskali po twarzy, pocałowali. Ten, kto Go kocha dotknąłby Go z radością, ba z rozkoszą, ze szczęściem, jak oblubienica Oblubieńca. Kto Go tak nie kocha, dotknął by Go beznamiętnie, jak dłoń obcej osoby. 

A przecież dotknięcie Jezusa ustami, przyjęcie Go do ust jest jeszcze bardziej intymnym spotkaniem z Nim niż przyjęcie ręką, jest pocałunkiem usta w usta oblubienicy z Oblubieńcem. Jest dokładnie tym, ale tylko jeżeli żyjemy miłością do Niego. Jeśli jeszcze nie, jest zwykłym spożyciem chleba. Co więcej, łamanie chleba na ołtarzu czy w ustach jest znakiem Jego śmierci, którą to my – grzesznicy na Niego sprowadziliśmy. Jednak dla kogoś taka myśl może być zbyt drastyczna i trudna do przyjęcia. W sposobie, w jaki przeżywamy kontakt fizyczny z Eucharystią, odbija się nasz stosunek do Chrystusa. Eucharystia daje osobiste spotkanie z Nim, zadatek osobistego spotkania z Nim w wieczności, w ciele po zmartwychwstaniu, a to nie jest to samo, co spotkanie abstrakcyjne w duchowym przeżyciu w sercu. 

W kontakcie z Ciałem Pańskim mamy możliwość przeżywania wielkiej, duchowej ale i cielesnej bliskości z Nim. Jezus mimo, że ukryty, daje pod postaciami eucharystycznymi przeżycie miłości, ale stanie się to tylko wtedy, gdy przeżyjemy najpierw wcześniejsze etapy relacji z Nim. Nie wolno jednak po zewnętrznych przejawach kontaktu z Eucharystią oceniać zażyłości z Jezusem. Ład w liturgii może, ale nie musi być wyrazem miłości do Boga. Zachowanie swobodniejsze w Jej obecności może ale nie musi być przejawem lekceważenia. Wszystko zależy od tego, czego nie widać, od zażyłości z Jezusem w sercu. Złożone co do milimetra ręce same w sobie niczego nie załatwiają, ani brak przyklęknięcia przed Najświętszym Sakramentem też o niczym nie świadczy. Oczywiście, nie wolno nikogo gorszyć, ale i ci, którzy się gorszą, powinni się zreflektować. Ktoś, kto ma wielką miłość do Jezusa i czuje potrzebę przytulenia Go, nie będzie oczywiście tego robił na oczach ludzi. A jednocześnie przecież sposób w jaki trzymam puszkę odnosząc ją do tabernakulum, też jakoś świadczy o tym, co mam w sercu. Pewien ksiądz chodził ukradkiem wieczorami do kaplicy, otwierał sobie tabernakulum, patrzył i dotykał Jezusa i rozkoszował się Nim. Przy świadkach nigdy by tego nie zrobił. Dziś już rozkoszuje się Nim twarzą w twarz. O. Pio przeżywał spotkanie z Jezusem we Mszy Św. tak osobiście, że władze kościelne okresowo zabraniały mu odprawiać publicznie. A jednak prywatnie mamy prawo do wielkiej bliskości z Eucharystią. We wczesnym Kościele, gdy zanoszono Komunię do domów, pozostawała Ona tam przez pewien czas. Jezus dziś też chce być coraz bliżej z ludźmi, którzy Go kochają i kiedyś będzie na pewno coraz więcej możliwość coraz bliższego z Nim przebywania. 

Jezus przez Eucharystię chce być kochany. Adoracja jest jednym z najdonioślejszych sposobów przeżywania spotkania z Chrystusem. Wtedy On stoi przed nami w kościele, ale nie wszyscy widzą, że podchodzi też do każdego. Wielu przytula, niektórym też pozwala się samemu przytulić. On pragnie miłości, dlatego przyszedł na świat, dlatego umarł i zmartwychwstał, i dlatego pozostał w Eucharystii. W Niej mamy Go w bliskości, mamy fizyczną możliwość obcowania z Nim, kontakt tak ścisły jak oblubienicy z Oblubieńcem. Dzięki Eucharystii mamy nieograniczone możliwości okazywania Mu miłości. Przeszkadza nam w tym tylko czasem zły. A jednak i on niewiele może. Wszystko w relacji z Eucharystią zależy od tego, co mamy w sercu. Warto o tym pomyśleć w kontekście uroczystości Bożego Ciała.
Dk. Jan

poniedziałek, 14 maja 2018

DRABINA DO NIEBA


Najważniejszy obraz kontaktu między Bogiem a człowiekiem został pokazany jeszcze w Starym Testamencie. Jakubowi, gdy zatrzymał się na nocleg w Betel, przyśniło się, że widzi stopnie, niby schody, niby drabinę sięgającą z miejsca, gdzie spał aż do samego nieba. Po tej przepastnej drodze chodzili aniołowie i zapewniali ludziom kontakt z Bogiem (Rdz 28,12). Jakub poczuł się w obecności Bożej, stwierdził, że Bóg jest na tym miejscu, mimo że Bóg przebywa w niebie, a człowiek na ziemi. Jest to podstawowy, biblijny obraz oddalenia między Bogiem a światem, i zarazem ich bliskości dzięki istnieniu specjalnej drogi, po której mogą poruszać się aniołowie - istoty pośredniczące. Tekst objawia z jednej strony nieprzezwyciężoną trudność pokonania przepaści między Bogiem najwyższym a stworzeniem, i z drugiej wielką potrzebę takiej drogi. Później w teologii będzie się mówiło o budowaniu (łac. facere) mostu (łac. pontus), a wykonawcą mostu jest pontifex – kapłan. Tym kapłanem w sensie ścisłym jest oczywiście Chrystus.

W jaki sposób powstaje owa drabina – bliskość Boga z ludźmi. Ukazują to wydarzenia Wielkanocy, Wniebowstąpienia i Zesłania Ducha Świętego. Chrystus przyszedł od Ojca, by przywrócić przerwaną łączność nieba z ziemią, postawić drabinę, zbudować most. Dokonał tego w ludzkim ciele, nie bez wysiłku, ale z trudem, za cenę Krwi. Z powodu walki o łączność nieba z ziemią Jezus utracił ludzkie życie, ale odzyskał je mocą Boga zmartwychwstając. Wtedy jego ludzkie życie znalazło się u Ojca razem z Boskim i powstał trwały związek nieba z ziemią, będący dla nas solidną drogą do Boga. W Ewangelii św. Jana mamy słowa mówiące o tym, jak sen Jakuba spełnił w życiu Chrystusa: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego (J 1,51). Nie ma już drabiny, jest Syn Człowieczy i to On zapewnia komunikację nieba i ziemi, jest drogą od Ojca i do Ojca. Nie trzeba szukać innych dróg, bo się nie znajdzie. Jest Jezus i nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, przez które moglibyśmy być zbawieni (Dz 4,12).

Istotą połączenia z niebem, o którym śnił Jakub, jest ścisła więź serca ludzkiego z Bogiem. Zapewniło ją zmartwychwstanie Pana Jezusa, który wracając do życia w ciele chwalebnym zaraz posyła nam Trzecią Osobę Boską, Ducha Świętego. Kto uwierzy, otrzymuje Ducha, a Ten zstępuje na nas nie na chwilę, ale aby zamieszkać w nas, w Kościele. Dzięki Duchowi tworzone jest owe ścisłe połączenia człowieka z Bogiem, otwiera się droga, most nad odrębnością zbudowany przez Jezusa w sercach współpracujących z Duchem Bożym. Boga nie szuka się w górze ani w dole, ale w sobie. Gdy się jest z Nim zjednoczonym, rozpoznaje się Go jak uczniowie w Wieczerniku, czy w Emaus, mimo że On przychodzi do nas z drugiej strony przepaści. Nie trzeba szukać drabiny do nieba gdzie indziej, jak tylko w Duchu Świętym. On jednoczy nas z Bogiem, czyni nasze życie częścią Boskiego życia, daje nam przeżywać Bożą Świętość.

Droga do spotkania ze świętością Boga biegnie przez oczyszczenie, którego doświadczamy współpracując z Duchem Świętym, poddając się Jego mocy. Skutki mocy Ducha w nas są ogromne: przebaczenie grzechów, usuwanie wad, przemiana złych skłonności w dobre, rozwój świętości i bliskość z Bogiem. Przeżywanie tego to już nowe życie. Ono nie zaczyna się od śmierci, ale od przyjęcia Ducha Świętego i po czasie oczyszczenia zaczyna już jaśnieć Bogiem. Wtedy dokonuje się Wniebowstąpienie: Jezus odchodząc po zmartwychwstaniu, zabiera nas ze sobą. Scena Wniebowstąpienia akcentuje jeszcze jedno: Jezus zmartwychwstał i odszedł tylko po to, by wkrótce wrócić powtórnie i odsłonić wobec całego świata zjednoczenie z Bogiem tych wszystkich, którzy Go miłują.

dk. Jan


sobota, 12 maja 2018

JAK MNIE UMIŁOWAŁ OJCIEC TAK I JA WAS UMIŁOWAŁEM

Słowa Pana Jezusa z 19 rozdziału Ewangelii według św. Jana są Boskim wyznaniem czegoś najbardziej osobistego: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was… Ojciec kocha Syna miłością Boską, z głębi tajemnicy Boga. Jest to miłość nie z ludzkiego porządku i możemy o niej myśleć tylko, że jest zupełnie inna, najwyższa i najdoskonalsza, jakiej nie ma między nikim z ludzi. Tak wierną, doskonałą, bliską i pełną rozkoszy miłością kochają się w łonie Trójcy Świętej Ojciec i Syn. Jest między nimi wyjątkowa Boska zażyłość. Dla Ojca Syn jest najbliższy, a dla Syna Ojciec... Nie ma dla Nich poza Sobą większej bliskości, nie ma w ich życiu pierwszeństwa innych relacji. Jezus mówi o tym odsłaniając tajniki Boskich Serc, ale odsłania je przed nami dlatego, że mają pierwszorzędne znaczenie również dla nas, bo zwiastują w naszym życiu przełom w poznaniu Boga. Jezus zwiastuje, że tak jak kochają się na Bożych wysokościach Ojciec i Syn, taką też miłością chce połączyć się z nami Bóg przez Jezusa. Istotą naszego zbawienia będzie właśnie wejście w tę miłość, nie powierzchowną, jak na ziemi, ale dogłębną, prawdziwą i do dna jednoczącą, podobnie jak w łonie Najświętszej Trójcy. Miłość Ojca i Syna jednoczy Ich w ten sposób, że są przeniknięci tym samym Duchem Świętym. W tym Duchu są najszczęśliwszym związkiem Osób. Ale Jezus podobna jedność i szczęście życia w jednym Duchu oferuje też nam, jako treść naszego życia. Otrzymujemy dar ukształtowania i oczyszczenia do zjednoczenia z Bogiem, do rozkosznej więzi z Nim. Na wyżynach Nieba Boskie Osoby, a tu, wśród stworzenia też najintymniejsza jedność – Bóg w ciele i my, możliwa dzięki naszemu, ludzkiemu pokrewieństwu z Jezusem. 

Bóg nie chciał być sam, jak samotne małżeństwo, ale zapragnął mieć dzieci. Zawsze było w Nim to odwieczne pragnienie stworzenia dla Siebie najbliższych i najukochańszych istot, z którymi też będzie mógł się zjednoczyć: napełnić się nimi, a je napełnić Sobą. To jest Jego zamysł odwieczny. Dla niego, żeby nas mieć, żeby przeżywać rozkosz miłości męża i żony, podjął wysiłek Krzyża i ofiarował Swoje życie. Oddał się najdroższym osobom, broni je przed grzechem i posuwa się do końca, do śmierci i zmartwychwstania. Najważniejszą treścią Objawienia stało się właśnie pokazanie, wyjaśnienie i uzmysłowienie nam, jak bardzo o nas walczy przeciw szatanowi. Bóg chce nas mieć w sercu, bo szaleje z miłości do nas, tymczasem szatan robi wszystko, żeby nam wydawało się odwrotnie, że Bóg jest wielki i mało Go obchodzimy, wymaga od nas posłuszeństwa i skazuje za grzechy na potępienie. Wyjątkowa to przewrotność złego, który poznał Boga od strony Jego najczulszego punktu – miłości do nas - i dlatego chce nas oszukać, wmówić nam, że jesteśmy źli i przez nikogo nie kochani. Oto najokrutniejsza przewrotność obrzydliwego Bożego wroga. Myśli, że jej nie zauważymy i damy się zwieść. 

Tymczasem Jezus pozostawił nam w Kościele dar najwyższy, straszliwie niedoceniany i niezauważany. Wystarczy zobaczyć z jakim lekceważeniem młodzież szkolna traktuje Bierzmowanie. Nic nie widzą. A tymczasem za cenę Swojej Krwi Jezus pozostawił nam możliwość – jeśli uwierzysz, możesz otrzymać Ducha Świętego, Tego samego, który łączy Mnie z Ojcem. On połączy was ze Mną. Po to umarł i zmartwychwstał, by wylać nam Ducha, byśmy żyli z Nim już teraz, a potem w wieczności. Mocą Ducha Świętego dokonuje się nasze zjednoczenie z Jezusem i wchodzimy na drogę wiodącą do najwyższej miłości i rozkoszy, ale jest to droga oczyszczenia. Oczyszczenie może odbyć się już teraz u tych, którzy współpracują z Duchem Świętym w pełni zaangażowania. Kluczem do tego zaangażowania jest postawienie Jezusa naprawdę na pierwszym miejscu. Nie na pozór. Kiedy zaczynamy drogę do Niego, jesteśmy jeszcze bardzo mało dojrzali i niegotowi chociaż czasem sprawni i nieźle wykształceni. Duch Święty zaczyna od naszego oczyszczenia, poddawania się Mu, by nas uwalniał od grzechu, uświęcał i czynił kimś bliskim Bogu. Przeszedłszy oczyszczenie zaczynamy mieć żywą jedność z Jezusem, to może się dokonać jeszcze tu, albo dopiero w czyśćcu. Niektórzy myślą, że zakochanie w Jezusie, o jakim czytają u św. Faustyny jest tylko wyjątkowym darem dla niektórych. Nieprawda. Jest to cel dla każdego. Każdy ma doznać napełnienia Duchem i oczyszczenia aż do zjednoczenia z Bogiem, bo każdy, kto wierzy będzie zbawiony, ale wchodzi do Ojca dopiero oczyszczony, gdy Duch Święty uczyni jego serce bez skazy. - W czyśćcu wszyscy będziemy mistykami – jak powiedział Yves Congar, teolog Soboru Watykańskiego II. 

Jezus mówi w pismach janowych o swoich przykazaniach albo nauce. Chodzi o to samo. Przykazania Jezusa to nie kazuistyka dekalogu. To jest Jego nauka, której rdzeniem jest to, o czym powiedzieliśmy. Umarłem a potem zmartwychwstałem – mówi Jezus - by dać wam Ducha, a gdy Go otrzymacie, On was przemieni i sprawi w waszych sercach wielkie zjednoczenie w miłości ze Mną. Ja będę kochał was, a wy Mnie tak, jak Mnie miłuje Ojciec a Ja miłuję Ojca.
Dk. Jan

wtorek, 8 maja 2018

CO CZYNI DLA NAS MATKA BOŻA


Ewangelia ukazuje nam zaledwie kilka epizodów z życia Matki Bożej, a jednak są one wielce wymowne. Pokazują one Jej miejsce w Bożym dziele. Ogromnie ważne jest właściwe odczytanie ewangelicznego przekazu o Niej, o tym, co może dla nas uczynić, a czego nie może. Matka Boża jest największą ze świętych. Do świętości powołani są wszyscy, ale Ona zawsze będzie wśród nich tą jedyną, wyjątkową. Bóg stworzył nas dla Siebie, byśmy byli święci i nieskalani jak On. Tylko On może sprawić naszą świętość, uwolnić od zła, przemienić serce. Sami nie mamy mocy napełniać się Jego świętością, ale napełnieni, mający od Niego Ducha Świętego, możemy udzielać Go innym i tak mieć udział w Jego Boskim dziele uświęcającym. Na tym polega nasze powołanie do współdziałania z Bogiem, którego moc mamy w sobie. Ludzie ludziom czynią dobro nie sami z siebie, ale mocą Boga, którego mają i silą własnej dobrej woli. Matka Boża, największa ze świętych, dysponuje mocą Bożą w największym stopniu i najpotężniej niesie nam pomoc. Protestanci odrzucili możliwość kontaktu ze świętymi, a przecież święci chcą pomagać nam tak samo, jak dobrzy ludzie na tym świecie chcący wzajemnie sobie pomagać. To Bóg sprawia, że świeci słyszą nasze potrzeby i wtedy odpowiadają na nie, posyłając nam nie swoje siły, ale moc Boga, którą mają dzięki zjednoczeniu z Nim. Matka Boża wśród świętych jest tą pierwszą i może uczynić dla nas najwięcej. Jest wzorem świętości, Królową Wszystkich Świętych. Może posługiwać mocą Boga w sposób najpełniejszy i najczystszy.

Święci wiele mogą uczynić dla nas, ale nie wszystko. Czego nie mogą święci i czego nie może nawet Matka Boża? Nie mogą otworzyć nam dostępu do Boga. Jedyną Osobą, która otwiera przed nami Boga, sprawia zjednoczenie z Nim i uświęcenie nas, która napełnia nas Duchem Świętym, jest Jezus. Nasz związek z Bogiem zawiązuje się tylko za sprawą Jezusa. On po to właśnie cierpiał i zmartwychwstał. My sami możemy mieć tylko udział w tym cierpieniu i zmartwychwstaniu. Świeci współcierpią z Jezusem i mają swoją cząstkę w Jego dziele odkupienia. Matka Boża ma w tym dziele cząstkę największą, ale nadal źródłem odkupienia jest tylko Bóg w ludzkim ciele - Jezus. Nasze osobiste zbawienie dokonuje się wtedy, gdy odkrywamy Jezusa dla siebie, jako źródło zbawczej mocy. Możemy to zrobić w ciągu całego życia, w najgorszym razie w ostatniej chwili, w chwili śmierci. Musimy sami dokonać aktu wiary i zwrócić się do Jezusa: wejrzyj na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus jest Zbawicielem, ponieważ jest w naszym zasięgu jako człowiek i ma moc pokonania zła i uświęcenia ludzkiego serca jako Bóg. Jedyny ma sam z siebie władzę nad złymi mocami, usiłującymi wtrącić nas do piekła. Tylko On może nas wprowadzić do Nieba, uwolnić od zła. Nie mogą tego święci, nawet Matka Boża.

A jednak świeci, a zwłaszcza Matka Boża, mogą posiadaną od Boga mocą podprowadzić ludzi ku Zbawicielowi, osłonić przed złymi duchami i wbrew nim pomóc nam wybrać Jezusa jako jedyny ratunek. Mogą to zrobić dla nas aniołowie, może Matka Boża, mogą święci, mogą nawet ludzie na ziemi, mający bliską więź z Bogiem.

Matka Najświętsza wskazuje nam najwyraźniej, gdzie jest Zbawienie, zachęca, by iść do Niego i słuchać tego, co Zbawiciel mówi. To zostało pokazane na weselu w Kanie Galilejskiej. Przedtem, w dniu zwiastowania Maryja pokazała, jak poddawać się mocy Bożej. Zwiastowanie było Bożą zapowiedzią tego, jaki jest plan Boga wobec Niej. Maryja pokazała, że w chwili powołania dla naszego uświęcenia najlepiej jest oddawać się Bogu całkowicie, bezwarunkowo do dyspozycji. Ewangelia pokazała też scenę, kiedy Jezus nauczał w domu, a Matka Boża stała na zewnątrz i czekała. Wtedy Jezus powiedział o słuchających Słowa Bożego uczniach, że są mu tak samo bliscy jak Jego Matka. Jej chwałą jest poddanie się woli Jezusa, który dopuszcza uczniów do Siebie tak samo jak Ją. W ten sposób Bóg czyni z Matki Bożej wzór ucznia, zasłuchanego i przyjmującego Słowo. Po Niej widzimy, że uświęcenia doznajemy najpełniej, gdy czekamy na Jezusa na zewnątrz, a On wzywa nas i zaprasza. Poddanie się Jezusowi w gotowości serca i pokorze jest najskuteczniejszym sposobem zjednoczenia z Nim. Wreszcie mamy w Ewangelii towarzyszenie Jezusowi pod Krzyżem. Wierność Mu w bólu jest najpotężniejszą drogą do przyjęcia Jego bliskości w triumfie. Stojąc pod Krzyżem Matka Najświętsza otrzymała najwięcej – Jezus dał jej powołanie do opieki i miłości, i udzielania mocy Bożej wszystkim uczniom, całemu Kościołowi.

Ona jest największą pomocą dla Kościoła, ponieważ jest blisko Jezusa. Nasze życie może też się odmienić właśnie przez to, że będziemy, jak Ona, blisko Jezusa: i w życiu, i w śmierci należąc do Niego. Jezus zbawia, Maryja do tego zbawienia, do Jezusowej mocy najskuteczniej nas przyprowadza. Niektórzy wyobrażają sobie, że gdy zwracają się do Maryi, Ona załatwia pewne rzeczy za nich. Otóż nie. Musimy osobiście spotkać się z Bogiem, połączyć się z Nim, zjednoczyć się w winnym krzewie, bo zbawienie polega na zjednoczeniu z Jezusem. A Matka Boża pomaga nam dojść do tego zjednoczenia. Zatem spotkanie z Matką Bożą, czy innymi świętymi nie zastępuje spotkania z Jezusem i uwierzenia Jemu, ale jest wielką pomocą w dążeniu do spotkania z Jezusem. Maryja pomaga znaleźć Jezusa, pomaga uwierzyć Mu, pomaga osobiście zwrócić się do Niego i zaczerpnąć od Niego zbawienie i uświęcenie. Maryja mocą Bożą przyprowadza nas, podsuwa nam słowa i myśli, wzmacnia nasze serca do zaufania, do odwagi, ale za nas aktu wiary i miłości nie dokona. Nikt za nas tego nie dokona. Nikt nie uchwyci się ręki Jezusa za nas, by przejść z Nim na drugi brzeg. Nikt, nawet Matka Boża. 
Diakon Jan

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

MIŁOŚCI PRAGNĘ

Czy Bóg potrzebuje miłości? Bóg zaproponował nam Przymierze. Jest to szczególna umowa, dwustronno-jednostronna. Dlaczego? Otóż dlatego, że zobowiązując się do opieki nad nami i stawiając nam wymagania Bóg wcale nie mówi: jeżeli wy Mnie, to i Ja wam. On daje nam dobro nawet, gdy my Mu czynimy zło. Nie zakazuje niczego, tylko ostrzega: jeżeli będziesz postępował nie tak jak Ja, wyrządzisz szkodę przede wszystkim sobie. Ty czynisz zło, a Ja i tak będę czynił ci dobro. Słowem Bóg ratuje nas przed samymi sobą. Postępuje tak, ponieważ jesteśmy dla Niego wyjątkowi, ważniejsi niż reszta świata. W tym przejawia się Jego miłość i jest to najbardziej bezinteresowna postawa w kosmosie. Bóg daje i niczego w zamian nie żąda. Ale, czy naprawdę niczego nie pragnie w głębi serca?

Ktoś powie, pragnie dla nas dobra i dlatego namawia do korzystania z Jego darów. W tym pragnieniu przejawia się Jego miłość do nas. Zgoda. Tego Bóg pragnie dla nas, ale czy pragnie czegoś dla siebie? Powiesz – nie, bo On jest Najwyższym i niczego nie potrzebuje! Otóż błąd! Już w Starym Testamencie Bóg powiedział wyraźnie coś, co nazwał najważniejszym przykazaniem: Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. (Pwt 6,5) Powiesz – nie, to przykazanie jest nie dla Boga ale dla nas. Bo kochać Boga tak naprawdę potrzebujemy my, On naszej miłości nie potrzebuje. Otóż nie! To stwierdzenie jest nieuczciwe wobec Boga i krzywdzące. Syn Boży stał się częścią ludzkiej historii, dlatego pragnie miłości na równi z ludźmi, a nawet więcej niż oni, bo jest ich Głową. Od Ojca ma miłość Ducha Świętego, ale potrzebuje też miłości od nas. Bez tego cierpi, co widać na Krzyżu. Pragnie być kochany jak człowiek, bo jest także człowiekiem.

Jak kochać Boga? My zastanawiamy się, jak kochać Boga. Najstarsza starotestamentalna recepta była proste – chodzić Jego drogami to znaczy postępować zgodnie z Jego wolą: Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego i chodzić Jego drogami, zachowywać Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. (Pwt 30,16) A więc tylko zachowywać Prawo (Oz 12,6)? Właśnie tak. Jednak już wtedy ten formalny sposób okazywania miłości prorok nazywa przylgnięciem (Joz 22.5) do Boga. To słowo zapowiada, że miłość będzie czymś znacznie większym niż tylko praworządność. Przylgnięcie bowiem oznacza wyjątkowe przywiązanie, wręcz miłość erotyczną. Bóg pragnie miłości w posłuszeństwie Jego woli, ale też w czymś znacznie większym, w miłości żony do męża, bo sam kocha nas jak swoją żonę. I to jest początek prawdziwej rewolucji w naszych relacjach z Bogiem.

On jest naszym Mężem. My kochając Go możemy się poczuć wręcz chorzy z miłości. (Pnp 2,5.8.) Związek miłosny z Bogiem przeżywają prorocy i mistycy. To oni mówią o nim. Jeremiasz początki Przymierza na Synaju nazywa miłością narzeczeństwa: Tak mówi Pan: Pamiętam wierność twej młodości, miłość twego narzeczeństwa, kiedy chodziłaś za Mną na pustyni (Jr 2,2). To było prawdziwe zakochanie, a jednak co zostało z niego po latach? Zaledwie zewnętrzne formy. Nie ma wierności i miłości ani poznania Boga na ziemi (Oz 4,1) – skarży się Bóg. On pragnie być poznawany, a poznanie wyraża miłosną bliskość. Maryja nie znając męża dziwiła się, jak może zostać matką. Bóg pragnie miłości nie formalności. Woła: cóż ci mogę uczynić, Efraimie, co pocznę z tobą, Judo? Miłość wasza podobna do chmur o świtaniu albo do rosy, która prędko znika. Dlatego ciosałem cię przez proroków, słowami ust mych pouczałem, a Prawo moje zabłysło jak światło. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń. (Oz 6,4-6)

Zachowanie Prawa to jeszcze nie miłość, ale ono uczy miłości, której pragnie Bóg – związku oblubienicy z Oblubieńcem. Przypomina o tym Jezus: Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mt 9,13; 12,7). I Jezus podkreśla też, że najważniejszym przykazaniem jest: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem (Mt 22,37; Mk 12,30; Łk 10,27). Ostro potępiony jest formalizm religijny w słowach: dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz zaniedbaliście to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie zaniedbywać (Mt 23,23; Łk 11,42). Formalizm to pobożne czyny, które nie płyną z miłującego serca, ale są uspokojeniem sumienia. Czy my dzisiaj nie tkwimy w tym formalizmie po uszy? Zobaczmy jak tym, którzy pełni lękliwego dystansu do Boga i fałszywej pokory nazywają swą relację z Nim służbą, Jezus mówi: Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie! (Łk 16,13) Służyć Bogu można tylko na jeden sposób – miłując Go.

Kochanie Jezusa. Pan Jezus w swoim nauczaniu stawia za wzór Ojca. Mówi, byśmy dawali miłość tak, jak On (Łk 6,36). Naśladowanie Ojca wyraźnie wskazuje czego oczekuje Bóg – miłości do ludzi i do Jezusa, Jego Syna i tu otwiera się najważniejszy dla nas obszar oczekiwań Bożych – miłowanie Jezusa. Gdyby Bóg był waszym Ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem sam od siebie, lecz On Mnie posłał. (J 8,42) Z miłowaniem Jezusa podobnie jest jak z miłością Boga. Polega na życiu według Jego nauki (1J 4,20-21; 5,3), ale nie może ograniczać się do takiego formalizmu. Ma doprowadzić nas do objawienia się nam Jezusa i do poznanie Go. (J 14,21) Przed śmiercią Jezus mówił, że oczekuje wierności Jego nauce, zaś po Zmartwychwstaniu stawia nam jeden cel – miłowanie Go. Nie tylko zaprzyjaźnienie się ale głębokie miłosne zjednoczenie. A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? (J 21,15) Ten, który na Krzyżu wylał na nas całą swoją miłość, po Zmartwychwstaniu pyta o miłość nas. Taka ma być treść życia Kościoła do końca czasów – miłosny związek z Jezusem, czyli świętość. Z tym związkiem będzie najbardziej walczył Szatan: ponieważ wzmoże się nieprawość, ostygnie miłość wielu (Mt 24,12) - zapowiada Jezus i mówi jeszcze: mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. (Ap 2,4).

Wolność bycia z Jezusem czy targowisko?. Wzorem relacji człowieka z Bogiem jest relacja Jezusa z Ojcem. Jak ma wyglądać ta idealna relacja? Rozwija się ona stopniowo. Zaczyna od uwierzenia Bogu, potem obcujemy z Nim na dystans, w lękliwym szacunku, potem pojawia się przywiązanie – Bóg staje się ważny, myślimy o Nim, chcemy Go poznawać, rozmawiać z Nim, czuć obecność, słyszeć głos, doświadczać mocy. Tak Bóg staje się dla nas konkretną i pierwszą Osobą. Jezus oburzył się, że Żydzi w Świątyni, gdzie się czci Ojca, urządzili handel zwierzyną ofiarną. Zdenerwował się, bo Ojciec był dla Niego tak ważny, że pozwolił sobie nawet na gwałtowność wobec ludzi. Zresztą, tych, którzy stawiali praktyki religijne ponad osobistą relację z Ojcem też piętnował ostro. Czynił tak, bo Sam miał osobistą relację z Ojcem i przyszedł zaszczepić tę relację ludziom. Gdzie leży zatem granica między szacunkiem dla Najwyższego, a możliwością bezpośredniej i bliskiej relacji z Nim. Wyznacza ją miłość i nic innego. Jeżeli ktoś jest dla ciebie wielki i nieznajomy, jesteś spięty, usztywniony, ale gdy ktoś jest twoją najukochańszą osobą, możesz go mieć w najintymniejszej bliskości. To właśnie znaczy: chcę być z wami w miłości, a nie przyjmować wasze formalne zobowiązania i wasze składanie rąk co do milimetra. To właśnie to znaczy! Właśnie to! 

Diakon Jan Ogrodzki

piątek, 23 marca 2018

ZMARTWYCHWSTAŁY SPRAGNIONY MIŁOŚCI

Dekalog
. Dziesięć przykazań, z których trzy pierwsze są poświęcone Bogu a siedem ludziom. Tylko trzy i aż siedem. Ktoś może sobie pomyśleć: no pewnie, bo i czego może potrzebować Bóg? Wiary, że jest. Modlitwy rano i wieczorem. No i chodzenia do kościoła w niedzielę. Znacznie więcej potrzebują ludzie. Wokół konflikty, złodziejstwo, zakłamanie, każdy myśli o końcu własnego nosa. Ludzie cierpią, bo zasady moralne leżą odłogiem. Trzeba przede wszystkim pomyśleć o nich. Czy nie tak?

Humanizm. Podkreślenie wartości istoty ludzkiej i troska o nią jako pierwszy i zasadniczy cel życia pojawiło się w Europie w XV w. wraz z prądem zwanym humanizmem. Wcześniej więcej zajmowano się Bogiem, teraz bardziej zajmijmy się człowiekiem, jego pięknem i doczesnymi potrzebami. Od tamtego czasu stopniowo zajmowaliśmy się sobą coraz więcej, a Bogiem coraz mniej. Bo czy Bogu coś potrzeba? Wątpi o tym nawet teologia, która mówi że On jest doskonały i człowiek nie może Mu niczego dać. Wybuch tej afirmacji człowieka przypadł na wiek XVIII, kiedy to prądy oświeceniowe poczęły głosić coraz większe możliwości człowieka i zachwyt tym, ile może on zrobić sam. A jeśli człowiek działa sam, to Bóg jest mniej istotny. Tak nadchodzi wiek XIX z jego pozytywizmem i ateizmem. Skutki nie każą na siebie długo czekać. Wiek XX przynosi pierwsze konflikty ogólnoludzkie. A teraz mamy wiek XXI i jesteśmy obudowywani ideami mającymi zapewnić bez Boga prawa człowieka, pokój i dobrobyt, a życie nasze jest i tak coraz bardziej zagrożone. Decydenci szukają coraz lepszych rozwiązań i nie znajdują niczego poza coraz większą niechęcią do chrześcijaństwa, jedynego, które tak naprawdę ma lekarstwo na śmiertelne choroby ludzkości. To lekarstwo ma tylko trzyliterową nazwę – Bóg, po angielsku God.

1111/365=3,04. Popatrzmy więc na prawo moralne, od którego wszystko się zaczęło w judaizmie a potem chrześcijaństwie. Bóg dał przykazania. Tekst z Księgi Wyjścia (20,1-17) jest zastanawiający nawet w polskim tłumaczeniu. Wersety poświęcone trzem przykazaniom regulującym stosunki z Bogiem stanowią 1111 znaków drukarskich, gdy tymczasem siedem przykazań poświęconych relacjom z ludźmi stanowią tylko 365 znaków. Trzy razy mniej. To stosunek liczby liter, a jednak wiele mówiący. Trzy razy więcej Biblia mówi o relacji z Bogiem niż o relacjach ludzi między sobą. Dlaczego? Pismo Święte mówi tylko o jednym motywie – Bóg wyzwolił ludzi z niewoli. Wyzwolenie oznacza w istocie stworzenie, związanie ze Sobą Przymierzem, danie Prawa, ziemi, świątyni, odcięcie od morza pogaństwa i zaprowadzenie zupełnie nowego porządku relacji między człowiekiem a Bogiem - relacji bliskiej, bycie szczególną własnością. Przymierze jest wyrazem Bożej miłości, a Bóg oczekuje odwzajemnienia. Wobec takiego Dobroczyńcy i takiego daru nie można przejść obojętnie i dlatego autor biblijny tak obszernie opisuje sposoby odwzajemniania się Bogu. Zachowanie Przymierza jest sposobem okazywania Mu miłości.

Uczynki. Miłowanie Boga jest w Księdze Wyjścia ubrane w konkret: zwracamy się tylko do Niego, nie do bóstw pogańskich, eliminujemy ich posążki, mówimy o Bogu tylko z największą czcią, świętujemy uroczyście szabat, a także postępujemy właściwie wobec ludzi, co określają dalsze przykazania. Także później, w nauczaniu Chrystusa, miłość do Boga polegać będzie na konkretnych dobrych czynach wobec Boga, ale i (przede wszystkim?) wobec ludzi. Takie myślenie jest ugruntowane w chrześcijaństwie, w kościołach protestanckich zaczęto wręcz podkreślać, że praca dla ludzi, czynienie sobie ziemi poddaną jest pierwszym, co można zrobić także dla Boga, bo właściwie Bóg sam niczego nie potrzebuje. Tak niepostrzeżenie coraz mniejszy nacisk kładziemy na relację z Bogiem, a coraz większy na czyny dla ludzi.

Tymczasem Nowy Testament mówi z jednej strony o tym, że nie da się miłować Boga nie czyniąc dobra ludziom, ale z drugiej także, że Jezusa należy kochać bardziej niż ojca i matkę, czyli osoby w tradycji biblijnej godne najwyższego szacunku. O wzajemnej zależności tych dwóch relacji mówią dwa ważne teksty Ewangelii: przypowieść o owcach i kozłach oraz opowieść o Marii i Marcie. Ta ostatnia pokazuje, że Maria ma prawo do relacji z Jezusem, popychającej nade wszystko do słuchania i uczenia się Go, co było domeną mężczyzn i do pozostawienia na jakiś czas Marty i prac domowych, które były obowiązkiem kobiet. Jezus pokazuje, że najwyższą wartością w życiu, ponad prace, obowiązki, obyczaje jest posiadanie relacji z Nim. Zdobycie relacji nie jest równoznaczne z zaniedbaniem ludzi, a znaczy jedynie, że jeśli jej nie posiądziemy, staranie o ludzi nic nam nie pomoże. Należy to dokładniej wyjaśnić, gdyż przypowieść o owcach i kozłach zdaje się stawiać miłość do ludzi na pierwszym miejscu. Czy nie tak? Otóż nie. Pan Jezus mówi, że, to co uczyniliśmy człowiekowi, uczyniliśmy Jemu. Więc wchodząc w relację z osobą potrzebującą pomocy, wchodzę w relację z Nim. Wykonując dobre czyny ludziom, wykonuję je dla Boga. Człowiek jest drogą do Boga. Jeśli mam dogłębną relację z ludźmi, w których widzę Boga, to kochając ich, uczę się kochać Boga. Jeżeli mam dogłębną relację z Bogiem, nie wypalam się, daję radę udźwignąć najcięższe relacje z ludźmi.

A wypalenie może wyglądać tak. Kiedyś zaprosiłem pewną osobę na rekolekcję, a ta osoba odpowiedziała mi, że nie może, ponieważ ma „chorego ojca i będzie mieć rekolekcje przy ojcu”. Ale czy rzeczywiście miała rekolekcja przy ojcu? Czy w ojcu spotkała Boga, jeśli nie miała przedtem w sobie gruntu dla Boga? Często odsuwamy Boga, pracujemy dla ludzi, ale bynajmniej nie spotykamy w nich Boga. Dlaczego? Bo idziemy do ludzi nie po to, by spotkać w nich Boga, ale dlatego że tak się powinno, bo to „mój cholerny obowiązek”. Jesteśmy wypaleni „miłowaniem” ludzi, bo nie mamy z nimi relacji jak Bóg. Nie patrzymy na nich oczami Boga ale własnymi i mamy ich dosyć. Jest tak, ponieważ najpierw nie weszliśmy w relację z Bogiem, nie miłujemy najpierw Jego, a potem z Nim innych.

Relacja. Jak zatem możemy kochać najpierw Boga? Przede wszystkim trzeba odkryć, że On jest najważniejszy w życiu, stawiamy Go wyżej niż rodziców, współmałżonka, dzieci. To pierwsza zasada, którą się mamy kierować. Dostęp do Boga otrzymujemy przez Chrystusa. On jest dla nas, jak pisze św. Paweł, mocą i mądrością Bożą. Zaczynamy więc od tego, co Maria z Betanii, siadamy i poznajemy tę mądrość, doceniamy jej potrzebę i znajdujemy na to czas mimo trudności. Tak jesteśmy z Nim coraz bliżej, wchodzimy w relację i zaczynamy odczuwać, że w Nim jest moc. Ta moc zaczyna oddziaływać na nas. Jeżeli nie przywiążemy wagi do Jezusa, źródła mocy i mądrości, nie wejdziemy w relację z Bogiem. A czym jest ta relacja? Nie pojawia się od razu, rozwija się stopniowo. Jest przywiązaniem do Jezusa odczuwalnym w sercu, przywiązaniem do Osoby. Ta Osoba staje się ważna, myślimy o niej, chcemy ją poznawać, uczyć się od niej, słyszeć Jej głos. Bóg jest kimś żywym i konkretnym. Zobaczcie jak Pan Jezus oburzył się, że Żydzi ze Świątyni, gdzie się czci Jego Ojca robią sobie targowisko. Oburzył się, bo Ojciec był dla Niego tak bardzo ważny, że pozwolił sobie nawet na bycie gwałtownym wobec ludzi. Zresztą, tych, którzy stawiali praktyki religijne ponad osobistą relacją piętnował ostro. Czynił tak, bo Sam miał osobistą relację z Ojcem i przyszedł zaszczepić tę relację ludziom.

Piotrze, czy ty mnie miłujesz? To nie dobre czyny są sposobem miłości Boga. One są jej skutkiem. Zaś miłość Boga przejawia się w relacji z Nim: poznawaniu, wierze, coraz większym przywiązaniu. Więź z Nim może być najsilniejsza z więzi, którymi żyję. Czynienie dobra ludziom może być tylko z Jego inspiracji. On jest mocą do kochania. Po Zmartwychwstaniu Ten, który wylał na nas całą swoją miłość, zaczyna teraz pytać o miłość nas. Do tej pory nie mieliśmy do tego podstaw i mocy, teraz mamy, bo jesteśmy zjednoczeni z Nim. Jego przebywanie we mnie daje mi siłę i cierpliwość do miłości. Moja miłość staje się owocem Jego miłości, skutkiem Jego mocy. Jezus jest zakochany w nas i naprawdę pragnie być kochany. Już do proroków mówił, że pragnie miłości, nie krwawych ofiar, poznania Boga bardziej niż całopaleń. A poznawanie znaczy miłość jak u Matki Najświętszej, która nie znała męża. A więc do dziś nie mieliśmy mocy by kochać, ale dziś jest dzień zbawienia – Wielkanoc i Pan Jezus zapyta cię: Piotrze, czy ty mnie miłujesz?
Diakon Jan

środa, 28 lutego 2018

BÓG WYSTAWIŁ ABRAHAMA NA PRÓBĘ



W życiu dotykają nas doświadczenia. Patrząc w skali globalnej trzeba powiedzieć, że rozmiar zła jest znaczny, żeby nie powiedzieć ogromny. Ludzie od zawsze mają pytania, kto jest za zło odpowiedzialny. Na ogół wszyscy, nawet ci mniej wierzący, mają przekonanie, że Bóg, jeśli jest, to musi być Istotą wszechmocną, więc mógłby zło powstrzymać. Skoro nie powstrzymuje w wielu wypadkach, to jest za nie jakoś odpowiedzialny, jest ono akceptowane przez Jego wolę. Dlaczego? Wywołuje to u wielu niezadowolenie, wręcz bunt. Dawni poganie mieli z tym problemem mniej trudności, ponieważ ich bogowie jednymi się opiekowali, a innym wyrządzali zło. Często zło było rozumiane i akceptowane jako zasłużona kara. Bóg Izraela był inny, choć pod pewnymi względami podobny. Był wszechmocnym sprawcą wszystkiego, więc od Niego musiało pochodzić wszystko – i to miłe i to bolesne. Co więcej był sprawiedliwym wychowawcą ludzi, zajmował się nimi jak synami, a więc, co było w owych czasach oczywiste, mógł stosować kary i nagrody, kary nieraz bardzo dotkliwe. Nie były to jeszcze czasy, kiedy Bóg Objawił się głębiej, tak jak w Ewangelii. Bóg Starego Testamentu opiekował się Izraelem, ale i sprowadzał na niego cierpienie.

Jak to cierpienie zrozumieć? Najprościej jako karę za grzechy, nawet karę zbiorową za grzechy indywidualne. Takie było przekonanie aż do czasów Ezechiela, do V wieku p. Chr. Ezechiel  sprostował, że cierpienie jest karą osobistą tylko za osobiste grzechy. Ale i to nie było jeszcze całą prawda o tej kwestii. Dopiero później takie teksty jak Księga Hioba, pokazywały, że rozmiar cierpienia może jednak wykraczać poza rozmiar grzechu, a nawet spadać na człowieka zupełnie niewinnego. Tę prawdę wyjaśnił ostatecznie Pan Jezus mówiąc, że cierpienie jest zbiorowym skutkiem odejścia świata od Boga na początku, jest skutkiem grzechu pierworodnego. Każdy grzech osobisty dodaje się do sumy zła jakie istnieje w świecie, a ta suma zła sprowadza na ludzi sumę cierpienia. Cierpią więc winni i niewinni z powodu zła panoszącego się wszędzie. Skrajnym tego przejawem jest cierpienie Chrystusa, potężne uderzenie zła w człowieka zupełnie czystego, będącego Bożym Synem.

Choć prawdą jest, że Bóg panuje nad szatanem, złymi ludźmi i uderzeniami zła w ludzi, to jednak przeciwdziałanie złu, będące w mocy Boga, nie dokonuje się natychmiast, ale stopniowo. Bóg prowadzi systematycznie całe dzieło zbawienia, by zło usunąć. Stoi po stronie dobra i pracuje nad usuwaniem zła, zaś szatan stoi po stronie zła i pracuje nad kuszeniem ludzi, by porzucali dobro. Stopniowe usuwanie zła z serc ludzkich jest główną treścią Objawienia. Jest to okres przejściowy, kiedy wolno obojgu rosnąć aż do żniwa – jak mówi Jezus w przypowieści o zbożu i chwaście. Bóg zatem czasowo toleruje zło, dopuszcza je nawet na Swego Syna i używa je jako specyficzne narzędzie zbawienia. Jezus poddaje się straszliwemu cierpieniu od szatana, po to byśmy to nie my ucierpieli od niego i to ponad miarę, przede wszystkim byśmy nie doznali potępienia. Dlatego na nas też dopuszczone jest cierpienie, w pewnym relatywnie małym w stosunku do Jezusa zakresie, bo ono też jest nam potrzebne do zbawienia. Należy podkreślić, że rozmiar cierpienia Chrystusa, przewyższający największe ludzkie cierpienia, nie sprowadza się do cierpienia tylko fizycznego i lęku przed nim. Jest to cierpienie wynikające z konfrontacji z szatanem, z groźbą potępienia. Szatan potrafi sprowadzić na człowieka udręki największe. Kto nie doświadczył spotkania z takimi udrękami, ze skalą nienawiści jaką zły kieruje do człowieka, ze skalą prześladowań, jakie on potrafi sprowadzić, ten nie wie jak straszliwe są udręki związane z oddaleniem od Boga i osaczeniem przez zło. To właśnie za nas, za miliardy ludzi wszystkich czasów, wziął Jezus na siebie tę agresję złego i pod tym ciężarem umierał cierpiąc w ciele i w duszy. I zwyciężył. Dzięki temu zwycięstwu mamy życie wieczne.

Od Jezusa więc mamy potężny dar wolności od zła przerastającego nasze możliwości przeżycia, ale mamy też dar przejściowego udziału w znacznie mniejszym cierpieniu. Ono okazuje się dla nas pożyteczne. Uczy pokornego oddawania bólu Bogu wraz z Jezusem, by potem odzyskać od Jezusa zmartwychwstałego życie wolne od bólu, odmienione, gotowe do wieczności z Bogiem. Jest to wymiana – oddajemy Bogu nasze obolałości, a odzyskujemy je uzdrowione, częściowo już teraz, a w pełni w wieczności. Bóg zatem nie zdejmuje z nas ciężaru do końca, tylko tę część dla nas nie do udźwignięcia. I tymczasowo trochę na nas ciężaru dopuszcza. To dopuszczenie jest dla nas pożyteczne i Biblia nazywa je próbą. Mówi, że Bóg wystawia na próbę. To właśnie odkryli już autorzy starotestamentowi i od takiego stwierdzenia zaczyna się omawiana perykopa o ofierze Abrahama (Rdz 22, 1-18): Bóg wystawił Abrahama na próbę.

Na czym polega próba? Prześledźmy losy Abrahama i Izaaka. W starożytności ludzkie życie nie było cenne, częste było składanie ofiar pogańskich z ludzi a nawet dzieci. Czytany tekst jest wyjaśnieniem, że Bóg Izraela nie życzy sobie takich ofiar i do ofiary z Izaaka nie dopuści. Myśl o tym, by złożyć z niego ofiarę, pochodzi niewątpliwie nie od Boga, a od złego ducha, jednak zanim Abraham to odkryje odbędzie drogę na górę, będzie cierpiał strach, że straci syna i jeszcze większy ból duchowy, że obietnica Boża, jest zagrożona. Warto sobie wyobrazić przerażenie Abrahama. Ma zabić syna nożem na ołtarzu, jego krew wylać na ołtarz, a potem co robić? Co z obietnicą daną przez Boga? Co z przyszłością, co z obiecanym wielkim narodem, z obiecaną ziemią? Bóg dopuścił na Abrahama to cierpienie duchowe, zanim powstrzymał go od złożenia ofiary. To jest właśnie próba. 

Ale czy to nie jest okrucieństwo? Na tamte czasy scena nie była to tak szokująca jak jest dziś, gdyż były to czasy brutalne. Dziś jednak jesteśmy oburzeni: jak Bóg mógł tak postępować. Otóż tym, który zamiast Izaaka ostatecznie wycierpiał, był baranek, a więc Jezus. I wycierpiał nie z kaprysu Boga, ale z powodu grzechów świata, które wziął na siebie. Izaak, jak my wszyscy, musiałby zginąć z powodu grzechu, gdyby Bóg nie dał Zbawiciela. Abraham jeszcze o tym nie wiedział, ale nawet dziś, kiedy my już wiemy, że mamy Zbawiciela, cierpienia życia są dla nas nadal ciężarem. Jezus bierze nasze oddalenie od Boga, zagrożenie potępieniem, wiele strachu i bólu na Siebie, ale nam i tak pozostaje wiele bolesnych trosk, udręk serca i ciała, nawet, gdy je składamy na Jezusa, o co apeluje św. Piotr w swoim Drugim Liście: wszystkie swoje troski przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was. I te przejściowe utrapienia to jest próba. Wiemy, że ostatecznie jesteśmy zwycięzcy, ale nim dojdzie do zwycięstwa, trochę bólu musimy udźwignąć. 
Do czego ten ból służy? Jest to ból sytuacji, gdy już (nie tak jak Abraham) mamy nadzieję, że Izaak nie zginie, ale nim w naszym życiu pojawi się Baranek i zdejmie z Izaaka śmierć, a z nas groźbę potępienia, mamy do odbycia z Abrahamem drogę na górę w strasznym lęku. Jest próba, która woła o wiarę, właśnie o jak największe zaufanie, że na górze czeka Baranek, że Bóg nie dopuści w naszym życiu do rozwiązań, jakie podsuwa szatan. Nim nie dopuści, jest czas próby, trwania w maksymalnym zaufaniu: wierzę, że nie dopuścisz, by święty twój, który ci wierzy uległ skażeniu, jak mówi Psalm 16. Wierzę mocno, a i tak nie znikają niepewności, obawy, zachwiania, smutki i inne przejściowe próby, które mają nas czegoś uczyć.

Ale czego mają uczyć? Mają uczyć wchodzenia w próbę: przyjmowania pokornie ciężaru i składania go maksymalnie na Jezusa, by po czasie próby odzyskać swoje życie przemienione, w wieczności wolne od cierpienia, a teraz już trochę przed nim ochronione. Bóg dopuszcza ciężar życia jako próbę. Gdy złożymy życie wraz z Chrystusem, najlepiej na ołtarzu Mszy Świętej, tak jak Abraham na ołtarzu Moria, wtedy odzyskamy je na tym ołtarzu nowe, wolne, przemienione - w tym życiu tylko częściowo, ale w wieczności całkowicie. W wieczności bowiem czeka nas nowe życie, takie jak ukazuje wizja Przemienienia (Mk 9,2-10). Zyskujmy nowe życie, gdy stare przyjmujemy jako czas próby. Bez tej próby i woli jej przejścia z zaufaniem do Chrystusa, nie zyskujemy życia nowego, bo stare nie jest przemieniane w nowe. Ta przemiana bowiem dokonuje się tylko na ołtarzu ofiarnym. Dlatego Jezus zapowiedzi swej Męki na Krzyżu wygłasza właśnie w kontekście Przemienienia. Właśnie tak.
Diakon Jan