wtorek, 14 stycznia 2020

NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONY BÓG I OJCIEC...


Prolog Listu do Efezjan (Ef 1) w błyskotliwym skrócie ujmuje istotę tego, co Bóg przygotował dla ludzi na wieczność. Jego dar jest zupełnie wyjątkowy, nieoczekiwany dla pogan, nieoczekiwany dla Izraela Starego Testamentu, ale także nieoczekiwany dla wyznawców większości współczesnych religii. Ten wyjątkowy dar Boga św. Paweł nazywa wszelkim błogosławieństwem duchowym (Ef 1,3). To błogosławieństwo pokazuje, jak bardzo nasz los leży Bogu na sercu i jak my sami lekceważymy własny los. Dar Boży dla nas zrodził się w sercu Ojca i gdybyśmy go w swoim sercu odkryli, ze łzami radości śpiewalibyśmy ze św. Pawłem: Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa (Ef 1,3)…
Dar z miłości. O darze Ojca trzeba przede wszystkim powiedzieć to, że otrzymujemy go z miłości Ojca (Ef 1,4) oraz to, że jest on nam dawany w Chrystusie (gr. en Christo) (Ef 1,3). Co  znaczy, że coś otrzymujemy z miłości Ojca? Słowo miłość niestety nam się wytarło. Wiemy, czym powinno być dla małżonków, czym dla rodziców i ich dzieci, widzimy też jak wiele znaczy ono w życiu świętych. Niestety obracamy się zbyt często wśród jakże ułomnej ludzkiej miłości. Pomyślmy jednak, co może oznaczać miłość dla Istoty tak ogromnej i tak doskonałej jak Bóg. Dopiero Miłość Boga Ojca nie jest ułomna, świeci pełnym blaskiem. Gdy Bóg obdarowuje nas z miłości, udziela nam czegoś z niczym nieporównywalnego. Kto poznał jego dar, nie może go nie docenić. Jednak łatwo jest na Bożym darze w ogóle się nie poznać. Dlatego Pawłowi tak bardzo będzie zależało na tym, żeby Efezjanie mieli światłe oczy serca (Ef 1,18), dzięki którym zaczną dostrzegać Boże dary i do nich dorosną. Zachwycą się tym, do czego zostali zaproszeni.
Dar w Chrystusie. O darach Miłości Ojca Paweł mówi, że ludzie otrzymują je en Christo. Po polsku powiemy w Chrystusie albo przez Chrystusa, a tak naprawdę trzeba powiedzieć w i przez Chrystusa. Przyimek en ma te dwa znaczenia. Dar miłości Ojca otrzymujemy przez, to znaczy za pośrednictwem Chrystusa: Ojciec okazuje miłość Chrystusowi, a Chrystus przekazuje ją nam. Ale to nie wszystko. Ojciec okazuje miłość Chrystusowi, a miłość przeznaczona dla Chrystusa trafia też do nas, ponieważ jesteśmy zanurzeni w Chrystusie, stanowimy z Nim jedność, jesteśmy z Nim złączeni, zjednoczeni. Jest to związek, który się przeżywa, ale można go trochę zrozumieć za pomocą obrazów. Według św. Jana jest on podobny do krzewu: Chrystus jest krzewem, my jego latoroślami. Według św. Pawła Chrystus to jakby cały organizm, a my stanowimy poszczególne jego członki. Wreszcie według nauki Starego i Nowego Testamentu Chrystus i ludzie są jako mąż i żona. Ten ostatni obraz najwymowniej pokazuje nierozerwalną jedność i do głębi miłosny charakter wspólnego życia Chrystusa i nas. Jesteśmy zespoleni z Nim w jedno bardziej niż w najidealniejszym małżeństwie. Żyjemy z Niego jak roślina z wody.
Św. Paweł powie, że Ojciec wybrał nas w Nim (Ef 1,4): wybrał już wtedy, kiedy wybierał Jego – czyli przed założeniem świata. Kiedy niczego jeszcze nie było, Ojciec zrodził Syna Pierworodnego, a patrząc na Niego już widział w Nim nas. Widział, że my zaistniejemy i będziemy podobni do Syna. Ojciec ukształtował w swoim Synu koncepcję nas – by przedłużyć Jego życie życiem naszym – synów przybranych w Nim (Ef 1,5). Przedwieczne zrodzenie Chrystusa zapoczątkowało świat, który będzie Jego obrazem i będzie do Niego podobny. Przygotowany do wejścia w miłosną jedność z Nim.
Dzieci - nie służba. Bóg przeznaczył nas dla siebie, zapragnął mieć w nas nie służbę, jak w aniołach, ale dzieci, takie jak Chrystus i mające żyć z Nim jako jego oblubienice. Takie było postanowienie jego woli (Ef 1,5). Nie był to pomysł nasz. Udzielenie nam łaski życia dla Boga, w miłosnym zjednoczeniu jest miłe Bogu. Co więcej, przysparza ono chwały i majestatu Bożej Miłości. Gdy Ojciec miłuje Syna a Syn Ojca, jest to już pełnia Bożej Miłości. Ale, gdy Ojciec miłuje Syna i w Synu ma do miłowania nas albo, gdy Syn miłuje Ojca i my miłujemy Ojca wraz z Nim, wtedy Boska miłość sięga szerzej. Większa jest Boża Chwała, że Bóg doprowadził do tak szerokiego rozlewu swojej Miłości (Ef 1,6).
Nasza doskonałość? Czy to możliwe? Stwarzając nas Ojciec zaplanował, że mamy być podobni do Syna w doskonałości - święci i nieskalani przed Jego obliczem (Ef 1,4). Ktoś powie – ależ to niemożliwe! Ktoś może nawet uzna, że to pycha. Rzecz w tym, że nie my taki plan wymyśliliśmy i prawdą jest, że na niego nie zasługujemy. A jednak Bóg tak postanowił. Stworzył ludzi do świętości i doskonałości. Właśnie z wielkiej Miłości zapragnął podzielić się z nami Sobą, byśmy harmonijnie żyli razem jako Najczystszy z czystymi. Kiedy w dniu stworzenia chcieliśmy Bogu wyrwać doskonałość rajskiego drzewa poznania dobra i zła, to był nasz grzech i przejaw wielkiej pychy. Ale, gdy po Zmartwychwstaniu Chrystusa, Bóg sam chce nam dać daleko idące podobieństwo do Siebie, uczynić świętymi i nieskalanymi, i takimi stawi przed swoim obliczem, to jest to jego wola, jego dzieło, przerastające nasze najśmielsze oczekiwania.
Przebaczenie i oczyszczenie stworzenia. Czy nie budzi powątpiewania tak wielki rozmiar daru, jaki otrzymujemy? Bóg nas oczyszcza, byśmy stawali się świętymi i nieskalanymi. Sam Pan Jezus mówi: doskonałymi bądźcie, jak Ojciec wasz Niebieski doskonały jest. Jak to możliwe? Niektórym wciąż się wydaje, że zbawienie następuje już przez samo uwierzenie i wtedy człowiek jest gotów do stanięcia przed obliczem Boga. Śmierć Chrystusa na Krzyżu dokonuje naszego odkupienia. Kto przyjmuje Odkupiciela z wiarą, ten otrzymuje odpuszczenie grzechów i jest już zbawiony. Ale nie jest to kompletna nauka Chrystusa o zbawieniu.
Rzeczywiście przez wiarę mamy gwarancję wejścia do życia wiecznego z Bogiem. Tylko że to jeszcze nie znaczy, iż od razu do tego życia wejdziemy. Dlaczego? Ponieważ do Nieba nie może wejść nic nieczystego i niedoskonałego. Mając wiarę i łaskę uświęcającą na ogół jeszcze nie jesteśmy święci i nieskalani, gotowi do stanięcia przed Boskim obliczem. Pamiętamy jak Mojżesz zasłaniał twarz, bo nie mogła ona znieść światłości Bożej, tak jak człowiek nie może znieść zbyt intensywnego słońca. Człowiek nie tyle nie może, ile nie umiałby odnaleźć się w obliczu Chwały Bożej. Św. Jan upadł na twarz z przerażenia, gdy na Patmos ujrzał Chrystusa w postaci, w jakiej przyjdzie On przy końcu czasów - w lśniącej szacie, włosach i przepasanego złotym pasem. Nic, co nie jest przez Ducha Świętego do końca oczyszczone, nie zniesie spotkania z Bogiem w Niebie, bo ma wryte w serce wady, rany po grzechach, skłonność do zła, mentalność niewolnika a nie syna, uleganie negatywnym emocjom i pokusom. Wszystkie te skutki grzechu wymagają oczyszczającej formacji. Dokonuje się ona przez działanie Ducha Świętego, często w cierpieniu. Gdy oczyszczenie całkowicie dokona się na ziemi, wtedy umiera się jako święty. Jeśli oczyszczenie nie dokona się w pełni, jego ciąg dalszy musi wypełnić się w  czyśćcu. Dopiero po całkowitym oczyszczeniu jesteśmy gotowi do zjednoczenia z Bogiem.
Światłe oczy serca. Św. Paweł powie, że potrzebujemy Ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Boga (Ef 1,17). Potrzebujemy też światłych oczu serca – by dostrzec Boga, jego Miłość i działanie wobec nas (Ef 1,18), by dostrzec dary, które On daje. Potrzebujemy oczu by widzieć. Jezus uzdrawiał wzrok na znak przygotowania nas do widzenia Boga, dostrzegania, jak wielkie są dary, do których On wzywa. Jak wielkie jest bogactwo chwały, która płonie w sercu uświęconym przez Ducha Świętego (Ef 1,18). Jak ogromne! Amen.

dk. Jan Ogrodzki

sobota, 2 listopada 2019

ŚWIĘCI


Jakimi Bóg nas stworzył wskazuje też do czego nas stworzył. Językiem Starego Testamentu powiemy, że stworzył nas na swój obraz, a dokładniej - na obraz swojego Syna. Za księgą Rodzaju powiemy też, że Bóg stworzył nas podobnymi do siebie. Ten obraz i podobieństwo bardziej się przyjęły  w nauczaniu Kościoła niż język janowy, według którego obraz Boży w nas bierze się z tego, że zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi, lepiej powiedzieć - mianowani dziećmi Bożymi, podniesieni do godności dzieci Boga i rzeczywiście nimi jesteśmy. Dziecko jest odbiciem rodziców, jest z tej samej rodziny, nosi w sobie rodziców i dziś kiedy wiemy o dziedzictwie genetycznym i kulturowym rozumiemy to nawet lepiej niż starożytni. I dalej Jan mówi, że zostaliśmy mianowani dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie objawiło kim będziemy. Wiemy, że kiedy się to objawi, będziemy do Niego podobni. Istotnie, w opisie stworzenia powiedziano, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, lecz niestety podobieństwo to utraciliśmy ulegając grzechowi. Po  grzechu nie jesteśmy już podobni do Boga. Jednak  Pan Jezus nas odkupił z grzechu i zostawił nam dar Ducha Świętego, byśmy mocą Bożą byli przemieniani na Boże podobieństwo – inaczej powiemy oczyszczani z wszelkich wad, by stać się podobnym do Boga. Człowiek najpierw otrzymuje od Chrystusa na Krzyżu zgładzenie grzechu i przebaczenie, a potem ma życie doczesne, by Łaską Ducha Świętego być oczyszczanym i upodobnianym do Boga. Dlatego, jeszcze się nie objawiło, kim będziemy, jacy będziemy jako w pełni oczyszczeni i podobni do Boga, mogący stanąć przed Nim twarzą w twarz.Na oczyszczenie mamy doczesność i czyściec. Kiedy oczyszczenie się dokona, staniemy się ludźmi czystego serca, którzy Boga oglądać będą
Kim więc są święci? Święci są ludźmi czystego serca, którzy przeszli drogę oczyszczenia. Niektórzy dali radę przejść to oczyszczenie za życia doczesnego i w chwili  śmierci mają już serce gotowe do zamieszkania w domu Ojca. Ich nazywamy świętymi. Niektórych z nich Kościół beatyfikuje czy kanonizuje, stawiając innym jako heroiczny wzór. Ale wielu ludzi wierząc w Boga nie daje rady za tego życia oczyścić się i zyskać do Niego podobieństwo. Ci potrzebują czyśćca. Czyściec to stan czy „czas” na przyjmowanie od Ducha Świętego uświęcenia i poddawanie serca kształtowaniu na Boże podobieństwo. W czyśćcu wszyscy wierzą w Boga jako zbawiciela (uwaga, jest to możliwe także dla ludzi w dobrej wierze żyjących w innych religiach i nie znających Chrystusa), ale od wiary często jest im jeszcze bardzo daleko do podobieństwa do Boga. Na to trzeba poznać prawdę o Bogu, jaki On jest i wejść w relację z Nim przez przyjęcie ducha Ewangelii. Niektórzy ludzie, na przykład protestanci, nie wierzą w czyściec, ale jest to wielka bieda, ponieważ bez czyśćca tylko bardzo niewielu ludzi byłoby zbawionych, bo jedynie czyste serca są zdolne do wejścia w relację z Bogiem.


Bóg zatem wylewa Ducha na wszystkich, aby najpierw uwierzyli, a potem mogli być poddani oczyszczeniu i w efekcie zbawieni. Duch sprawia, że ludzie poznają Boga, poznają życie według ducha Ewangelii. Potem przywiązują się do Boga i zaczynają Go kochać. Pełnia świętości polega na podobieństwie do Boga, które najbardziej przejawia się w gorącej miłości ludzkiego serca do Serca Bożego. Bóg kocha ludzi odwiecznie, ale, gdy ich stworzył, najpierw wprowadza ich na drogę uwierzenia, a potem uświęcenia i pokochania Boga. Pokazuje to Ewangelia. Jezus za życia ziemskiego pytał Piotra, za kogo Go uważa, czy wierzy w Niego jako Mesjasza i Zbawiciela. Natomiast po Zmartwychwstaniu Jezus pyta,  czy Piotr Go miłuje, a Piotr sam przyznaje, że jeszcze nie dorósł do tego i nie bardzo potrafi miłować. Potrafi zaledwie darzyć przyjaźnią. Jednak tak jak Piotr, Kościół ma całą doczesność, by zostać oczyszczonym i pokochać Pana. Wśród apostołów mistrzem kochania Pana jest święty Jan, umiłowany uczeń, drugi obok Piotra filar duchowy Kościoła. Jan jest obok Matki Bożej największym patronem świętych, czyli miłujących Boga. To oni w czasach ostatecznych patronują świętym powoływanym przez Boga (J 21). 


Apokalipsa w rozdziale 7 mówi, że nim nastaną czasy ostateczne, Bóg na pewien czas powstrzyma niszczące dzieło złego ducha, by najpierw zebrać świętych, opieczętowanych na czołach, czyli naznaczonych Duchem. Świętych. Jest ich symboliczna liczba 144000 i oni są tymi, którzy w przypowieści o wezwanych na ucztę, ochoczo idą pierwsi na samo zaproszenie. Pozostali są przymuszani do wejścia. To przymuszanie oznacza nie tylko śmierć, jako konieczność przejścia na tamten świat, ale oznacza także to, co pisze Jan w Apokalipsie: że gdy Duch zbierze tych kochających Boga i idących do niego z zapałem, wtedy dopuści na świat cierpienie, które będzie ludzi nakłaniało do pójścia za Nim wedle starej zasady „jak trwoga to do Boga”. Jednak to nie Bóg straszy człowieka złem, to zły duch czyni zło by ludzi odwieść od Boga. Bóg na to pozwala, gdy ludzie przestają reagować na miłość i miłosierdzie, i gdy już nic ich nie obchodzi, że Bóg tyle razy pytał – czy Mnie miłujesz. Niestety dziś wielu ludzi nawet nie chce słyszeć o Bogu. Świat stał się scenerią masowego odchodzenia. Odwracają się nie tylko niewierzący, którzy myślą o wygodnym życiu doczesnym i negują życie wieczne. Odwracają się także chrześcijanie, którzy „w zasadzie” wierzą, ale myślą o Bogu w kategoriach – ktoś, coś, kiedyś, a teraz mamy życie doczesne i to jest ważne. Młodzi, aktywni dziś niechętnie myślą o wieczności, wolą myśleć o urządzaniu się w doczesności.


Kościół co roku wspomina rzeczy ostateczne na przełomie listopada i grudnia, ale nikt nie traktuje tych spraw poważnie, jako coś bliskiego, ważnego i przynaglającego. Owszem czasem kaznodzieje nauczają, że należy żyć tak, jakby jutro miał nadejść koniec świata, ale nikt tak naprawdę nie myśli o tym poważnie. Ludzie nie chcą, żeby on nastąpił i większość wolałaby, żeby tylko było im dobrze na tym świecie. Tymczasem koniec świata oznacza przyjście Pana Jezusa, spotkanie z Nim, spotkanie z Umiłowanym, który kocha i chce być kochany. A tymczasem Boga kochają tylko nieliczni, ci święci i tylko oni Jego na serio pragną. Inni myślą sobie – oj, lepiej żeby jeszcze nie przychodził, żeby jeszcze trwał ten doczesny świat, mimo że jest taki wyniszczony i panoszy się na nim tyle zła. Wolimy świat od kochania Pana Jezusa i spotkania z Nim. Ale Jezus to przewidywał i zapytał w Ewangelii - czy, kiedy przyjdzie w chwale, zastanie na ziemi wiarę i pragnienie Boga. Czy ludzie będą czekali na Niego z podniesioną głową i miłością w sercu, czy ze strachem i niechęcią? Tylko święci prawdziwie czekają na Jezusa. Pozostali są zbierani z dróg i opłotków na siłę i idą do Boga z konieczności, ze strachu, są rozżaleni śmiercią, zagubieni na progach wieczności i zupełnie nie przygotowani do życia z Bogiem. A Jezus prosi - doskonałymi (świętymi) bądźcie, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest.

Dk. Jan

poniedziałek, 7 października 2019

WIARA JAK ZIARNKO GORCZYCY


Apostołowie prosili Pana: Dodaj nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź zaraz i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. (Łk 17,5-10)


Ziarnko gorczycy pojawia się w Ewangelii według św. Łukasza dwa razy. Zawsze jest znakiem dysproporcji między maleńkim zaczątkiem, a ogromnym drzewem jakie wyrasta w klimacie Palestyny. W ziarnku gorczycy ukryta jest niewidzialna moc. Człowiek otrzymuje od Boga dar pozornie  maleńki ale potencjalnie rozwijający się. Darem tym jest wiara – więź duchowa z Bogiem i idąca  za tym nasza potęga i siła. Bóg zasiewa niepozorne dary chrztu i one stają się zaczątkiem wielkiej przygody. W chwili chrztu człowiek prawie się nie zmienia, pozostaje jaki był, a jednak nasionko odpowiednio podlewane całkowicie przekształca nas od wewnątrz. Odmienia nas gdy jest podlewane naszą współpracą z Łaską. Jakie są najważniejsze sposoby naszego podlewania Łaski Bożej i budowania wiary? Po pierwsze odpowiednio przeżywane życie, takie w którym zwracamy uwagę na ludzi, na dobro, na nasze wobec ludzi postępowanie. Po drugie takie życie, w którym poznajemy Boga przez Pismo Święte, sakramenty i modlitwę. Wreszcie po trzecie - modlitwa, modlitwa, modlitwa. Te trzy wielkie sprawy stopniowo odmieniają nasze życie.

Ale jak to działa? Działa tak, że najpierw Bóg daje tylko ziarnko gorczycy. Ale człowiek dokłada do tego ziarnka ziarnko od siebie. Wtedy Bóg znów daje trochę więcej. A gdy człowiek ma więcej, wtedy może jeszcze więcej dołożyć. W ten sposób rośnie życie wiary. Niektórzy jednak skarżą się, że w nich nic nie rośnie, że nic nie czują. Może zaniedbują współpracę? Może to lenistwo? Może nieumiejętność? Może kompleks, że nie jestem w stanie? Może zwodzi zły duch? Często jednak jest też tak, że Bóg ma wobec nas plan i dary przygotowane pod kątem tego planu. Cóż, kiedy my nie chcemy tego co On. My wolimy po naszemu. Dlatego nie współpracujemy i nie  rozwijamy się. Jednak święci się rozwijają. Mamy więc Bogu za złe, że nie zrobił nas świętymi. Tylko oni współpracowali, a my nie współpracujemy.


Czasem, kiedy mówi się ludziom o współpracy z Łaską oni nie rozumieją. Widać, że ich serca nie współpracują, ale nie można im tego powiedzieć, bo stałoby się kamieniem obrazy i tym bardziej zniechęciło do współpracy. Jak to? – wybuchamy - ja nie współpracuję? Wtedy próbujemy dawać ludziom przykłady, gdzie nie współpracują i dlaczego stoją w miejscu. Ale wówczas słyszymy jeszcze głośniejsze oburzenie. Jak to? To nie mam prawa do  wypoczynku, sportu, rozrywki, komputera, przyjemności, wyjazdów, weekendów na działce. Do ciekawej pracy, zarabiania pieniędzy dla rodziny? 

Doba ma dwadzieścia cztery godziny. Trzeba trochę pospać, trzeba pracować, trzeba poświęcić czas rodzinie i niewiele tego czasu zostaje. Co z tym czasem robię? W ogóle, co robię z moim czasem? Otóż,  jeżeli Bóg jest nam bliski i ważny zawsze mamy dla Niego czas. Jest to właśnie czas by współpracować z Jego Łaską: czas na Mszę, na modlitwę, na Biblię, na rekolekcje. Nie czas wymuszony, bo wtedy zawsze nie będzie nam się chciało go wygospodarować, ale czas, który przeznaczymy chętnie. Nawrócenie, spotkanie Boga, odkrycie Jego miłości sprawia, że właśnie mamy ochotę szukać Boga. I to jest początek wzrostu tego gorczycznego drzewa. Początek jest niepozorny, a potem coraz silniejsza jest wiara, a z tej wiary wyłania się coś jeszcze większego - miłość do Tego, do kogo nauczyłem się wiary – bezgranicznego zaufania. 

W końcu wiara wraz z miłością zaczynają przenosić góry. Naprawdę tak jest. Proszę o to i mam. Ale proszę o to na czym mi bardzo zależy, a będzie to tym samym, na czym bardzo zależy Bogu. Góry przenosi się nie na kontynentach, bo byłoby to bezsensowne, ale w sercach ludzkich. Wiara prowadzi do miłości, a miłość do świętości, czyli zjednoczenia z Bogiem. Wtedy człowiek ma Boga w sercu i najbardziej chce tego, czego chce Bóg. Tego, co Bóg szykuje dla nas i co jest też dla Niego najważniejsze - zbawienie ludzi. Jeżeli nam też zaczyna zależeć na tym, by ludzie byli szczęśliwi, to warto się całkowicie poddać Bożej woli i Bożej mocy, zdać się na Niego, by to On zaczął działać w nas i przez nas. Warto zaprzeć się siebie, to znaczy nie chcieć niczego tak bardzo, jak przeniesienia całej Ziemi do Nieba i uczynienia tego dla każdego człowieka. Jest to możliwe, bo Pan umarł i zmartwychwstał za wszystkich. Teraz trzeba tylko poddać się mocy Pana, zdać się na Niego i zacząć czynić to, co On pokazuje, o czym mówi, że to właśnie warto robić. Wtedy stajemy się sługami pokornymi, którzy robią wszystko, co im powierzono. I nie oznacza to wcale rezygnacji ze swoich wymarzonych planów i zgody na to, by jak niewolnik robić to, co Bóg każe. Byłby to zupełnie skrzywiony obraz Boga. Naprawdę Bóg chce dać najpiękniejsze dobra każdemu. Kto to widzi, ten staje osłupiały, zdumiony, jak pięknie jest uszczęśliwiać ludzi razem z Bogiem – pomagać im by doszli do zbawienia. Taka służba nie umywa się do żadnego dzieła: do budowania wielkich budowli, projektowania szybkich komputerów. Nawet do prowadzenia najskuteczniejszych terapii. 

Jeśli weźmiesz od Boga Łaskę i będziesz ją dawać ludziom, to teraz nikt tego nie doceni i ci nie podziękuje, ale przyjdzie czas i miejsce – po tamtej stronie, że będą ci dziękować wszyscy ze łzami w oczach.
Diakon Jan