sobota, 19 stycznia 2019

STWORZENI ABY POKOCHAĆ PANA JEZUSA




I my z pastuszkami dziś się radujmy,
Chwałę z Aniołami wraz wyśpiewujmy!
Bo ten Jezus, z nieba dany,
Weźmie nas między niebiany,
Tylko Go z całego serca miłujmy!



Z kolędy: Z Narodzenia Pana


Bezgraniczny dawca. Syn Boży pochodzi od Ojca w wieczności. To właśnie przez Niego, za Jego sprawą stało się wszystko. Niczego nie było, a wszystko, co widzimy zaistniało, choć nie musiało zaistnieć. Syn Boży dał Wszechświatu istnienie i różne formy życia, a w tym wszystkim zapisało się podobieństwo do Niego. Nie ma niczego, co by nie zawdzięczało istnienia Synowi, nie nosiło pokrewieństwa z Nim. Wszystkiemu Syn dał swoją moc i wyznaczył podobne do swoich cele. Sam oddał się Ojcu, aby Ojciec napełnił Nim powstające stworzenie. Jan pisze o tym tak: Na początku było Słowo, a słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga a bez niego nic się nie stało co się stało. (J 1) Dalej Jan pisze, że Syn jest światłością świata, która oświeca każdego człowieka: wydobywa go z ciemności grzechu, oczyszcza i zbawia. Syn dał z siebie wszystko, abyśmy nie tylko zaistnieli, ale także mieli czystość serca niezbędną do życia z Bogiem. Wszystko to uczynił Syn Boży z bezinteresownej, Boskiej miłości do nas. On jest owym jedynym, najwyższym źródłem Miłości jakie mamy na ziemi od Boga. Tylko przez Niego miłość Boga jest na nas wylewana. Nie ma innego, większego daru Boga, jak Boży Syn. Dzięki Niemu mamy przystęp do Boga. On jest jedynym, najwyższym źródłem Miłości dla świata.


Nie przyjęty. Największym paradoksem i tragedią dla świata, ale i też dla Boga, jest to, że ów najbliższy światu i najbardziej go kochający Syn Boga przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Bóg jest odrzucany, gdy przychodzi blisko. Świat nie chce Go mieć blisko, woli, by nie oświetlał go swoją Światłością, bo złe są jego uczynki. Mimo tego, że nie przyjęli Go wszyscy, przyjęli niektórzy. I właśnie tych, którzy Go przyjęli, Bóg uczynił swoimi dziećmi. Mimo, że ludzie odrzucają Syna Bożego, On się tym nie zraża, zamieszkuje między nami jako człowiek. W ten najpełniejszy i najdoskonalszy sposób Bóg wcielony pozostaje ze wszystkimi, jest żywy pośród świata i zwraca do każdego człowieka swoje pełne miłości serce. Czyni to bezwarunkowo, a tymczasem człowiek, wedle swej woli i umiejętności, może zachowywać wobec Niego mniejszą lub większą niewiarę i dystans.


Kochany przez Ojca. Tak więc Jezus dał z Siebie światu wszystko, całe swoje zakochane serce. Ale, czy człowiek, nawet Jezus, może dawać wszystko a niczego nie potrzebować? Jezus, przede wszystkim potrzebuje miłości. Ponieważ nie może liczyć na ludzi, bierze miłość najpierw od Ojca. Na Ojcu się wzoruje i dzięki Jego miłości żyje: Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co sam czyni. (J 5,19-20) Ojciec daje Synowi miłość największą i najdoskonalszą. Jednak Ojciec chce, by także ludzie dawali Synowi miłość i cześć. Ojciec łączy dwie więzi w jedną, nierozerwalną: kto czci Ojca, ma oddawać cześć Synowi, a kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. (J 5, 23) Taka jest najważniejsza myśl Ewangelii Jana, że celem do jakiego dąży Ojciec jest doprowadzenie nas do pokochania Syna. Okazuje się bowiem, że na tym będzie polegać zbawienie, iż wejdziemy z Synem w związek miłości. Bóg stworzył nas dla siebie to znaczy, po to, by móc przez Syna – Człowieka zjednoczyć się z nami w miłości, jak w małżeństwie. Dlatego zostaliśmy stworzeni, że Bóg zechciał dać nam miłość i przyjąć miłość naszą. To jest najwyższy cel Jego i nasz.  


Wezwani przez Ojca do miłości Jezusa. Ojciec uzależnia dary Ducha Świętego dla nas właśnie od tego, że będziemy kochać Jezusa: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze. (J 14,15-16) Taki sposób obdarowywania nas to konsekwencja tego, że jesteśmy w duszy tak skonstruowani, iż kochanie Jezusa otwiera nasze serca na Ducha Świętego. Najpełniej otwiera nas, gdy już poznamy i pokochamy Syna. Miłość do Syna jest bramą otwierającą wszystko, chociaż do przyjmowania pierwszych darów Ducha, mimo nieznajomości Trójcy, wystarcza szczera miłość do Jednego Boga.


Jak pokochać? Czyny. Rodzi się zatem pytanie, jak pokochać Jezusa, jak dojść do tego etapu życia duchowego? Droga ta zaczyna się od uwierzenia w Boga i Pana Jezusa. Potem potrzebne jest uwierzenie Bogu i Panu Jezusowi, to znaczy zaufanie Mu, że nas prowadzi do Ojca. Kiedy tak zwiążemy się z Jezusem w życiu i stale będziemy poddawać się Jemu, żeby nas prowadził, wtedy będzie się budzić stopniowo coraz silniejsza więź miłości z Nim. To jest droga do miłości Jezusa. Ale na tej drodze zasadnicze znaczenie ma to, co mówi Jezus o miłowaniu Siebie: Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. (J 14,21) Zaczynamy zatem od tego, by mieć (w sercu) jego przykazania, czyli według języka Jana - jego naukę, całokształt Ewangelii i by zachowywać ją, czyli żyć według niej. To jest jakby pierwsza klasa w szkole miłości Jezusa. Gdy żyjemy według jego nauki, wtedy tym mocniej otrzymujemy miłość Ojca i Pana Jezusa, i Jezus objawia nam siebie, czyli rośnie nasze poznanie Jezusa i Ewangelii. Tak temu, kto coś ma, jest dodawane. Jeśli jednak nie wzrasta w nas zażyłość z Jezusem, najprawdopodobniej mało żyjemy według Ewangelii i nie stawiamy jej na pierwszym miejscu w życiu.


Naśladowanie. Drugą klasą w szkole miłości Jezusa jest życie według Jego słów: Moje owce słuchają głosu Mego, Ja znam je, a one idą za Mną (10,27). Jest to już nie tylko patrzenie w lustro, na siebie, by widzieć własne błędy i starać się je korygować, ale jest to patrzenie na Jezusa, osobistego Pasterza i przewodnika, i kroczenie za Nim, czyli naśladowanie Go. Sprowadza się to do stawiania sobie pytania: co Jezus by zrobił na moim miejscu. To pytanie, potraktowane poważnie, jest bardzo inspirujące. Stawianie go swemu sumieniu jest wyjątkowo owocne. Kiedy czuję się owieczką, która wszędzie i zawsze idzie za Jezusem, choćby to było bolesne i wymagało krzyża, znaczy to, że wszedłem na kolejny etap zakochania się w Jezusie i zachwycenia się Nim, jaki jest silny, jak nas prowadzi, jakim jest Przewodnikiem.


Nowe narodzenie. Trzecią klasą w szkole miłości Jezusa jest odkrycie wszystkich konsekwencji tego, co powiedział do Nikodema: Trzeba się wam powtórnie narodzić […] z wody i Ducha Świętego. (J 3,3). Ewangelię warto traktować tak radykalnie, by zmieniała nas do głębi. Stan grzechu pierworodnego jest życiem w mentalności bojącego się Boga służącego. Chrzest z wody i Ducha zmienia nas w głębi i stopniowo prowadzi do zmiany mentalności, do nabywania mentalności dziecka Bożego. To jest przemiana niezbędna, aby poznać, że Bóg jest nie tylko najwyższy, ale przede wszystkim najbliższy, ukochany. To doświadczenie związku miłości z Bogiem i z Jezusem jest pierwszym doświadczeniem kroczenia ku świętości. Ja jestem grzeszny, ale On święty, bliski i kochany.


Zachwyt. W czwartej klasie może wzbudzić nasz zachwyt sam Jezus: kimże On jest. Ludzie małej wiary, kiedy widzą czyny Jezusa, pytają z niedowierzaniem – kimże Ty jesteś? Ludzie zakochani w Jezusie będą się zachwycać Nim i kontemplować jego wspaniałość – Jezu, kimże Ty jesteś!

Dopiero w piątej klasie będziemy zachwycać się Jezusem jako zwycięskim Królem. Jezus łączy w sobie cierpienie na Krzyżu i zwycięskie zmartwychwstanie (J 19,14). Cierpi w świecie i w nas - cierpiących, i to często wzbudza w ludziach bunt i oburzenie. Ale Jezus nie tylko cierpi, ale także zwycięża, zarówno na ziemi, jak i w ludzkich sercach. To może budzić nasz zachwyt i miłość. Kiedy Piłat ukazuje Jezusa ubiczowanego, mówi: oto wasz król. Jezus mimo, że został po ludzku ośmieszony, nadal jest królem, choć nie z tego świata. Patrząc na cierpienie, możemy Bogiem wzgardzić, ale możemy też zachwycić się Nim, że biorąc na Siebie cierpienie jest ostatecznie królem zwycięskim i tym bardziej potrzebuje miłości. Nie możemy Go odciążyć w cierpieniu, ale możemy umiłować. I możemy zakochać się w Jego sposobie królowania: uniżonym, łagodnym, wzbudzającym zachwyt, w tym jaki ofiarny jest nasz Umiłowany.


Stworzeni by umiłować. Ewangelia Janowa kończy się wielkim podsumowaniem w rozdz. 21, gdzie Jezus zmartwychwstały prosi Kościół, w osobie Piotra, o miłość. Pyta: Piotrze czy ty mnie miłujesz? Piotr czuje, że z czystym sumieniem nie może swego miłowania potwierdzić, bo się Pana zaparł i zaledwie Go kocha - darzy przyjaźnią. Jednak Jezus zapowiada, że w przyszłości Piotr i Kościół zostanie doprowadzony do Miłości Jezusa i odda za Niego swoje życie. Takie są i nasze perspektywy – pokochać Jezusa aż do końca, nie tylko Mu uwierzyć.



Diakon Jan

sobota, 15 grudnia 2018

„On raz się narodził, a teraz wy potrzebujecie się narodzić dla Niego”

Dziwi was to stwierdzenie? Podaję je w cudzysłowie, bo pochodzi ono od księdza Feliksa Folejewskiego. Życie doczesne człowieka zaczyna się od narodzin i kończy narodzinami i całe też obraca się wokół narodzin. Pan Jezus także się narodził - dwa tysiące lat temu w Betlejem, a teraz Jego Narodzenie wzywa nas do narodzin. Z Ducha Świętego.

Był wśród faryzeuszów pewien człowiek, imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Niego nocą i powiedział Mu: Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim. W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego. Nikodem powiedział do Niego: Jakżeż może się człowiek narodzić, będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się? Jezus odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. (J 3,1-7)

Czy widzicie ową przepaść między myśleniem i sposobem rozumienia rzeczy przez Nikodema i przez Jezusa. Nikodem wikła się w dociekania, czy można ponownie wejść do łona matki, a zasadniczą dla niego sprawą staje się, czy w ogóle Jezus przyszedł od Boga i co może świadczyć o Jego Boskiej misji. Czy dowodzą jej znaki, które czyni? Czy możliwe są twarde materialne dowody, że przez Jezusa działa Bóg? A Pan Jezus patrzy na Nikodema z miłością i jakby chciał powiedzieć – Nikodemie, co ty mówisz? Trzeba ci się powtórnie narodzić z Ducha, a wszystko zobaczysz inaczej, nie po ziemsku. Wtedy nie będą ci potrzebne znaki. Sam zachwycisz się tym co tkwi w mojej Ewangelii.

My dziś mamy podobny problem. Jesteśmy ludźmi twardo stąpającymi po ziemi i twardo chcemy na niej pozostać, a jednocześnie przekonać się do głębi o prawdzie i o Bogu. Sprowadzamy Jezusa ziemskich pytań i z ziemskich odpowiedzi chcemy się dowiedzieć wszystkiego o nieziemskiej głębi. A przecież to jest niemożliwe. Trzeba się głęboko, wewnętrznie przemienić, narodzić do nowego życia i zupełnie odmienić mentalność, by się dowiedzieć choć trochę o Bogu, by nieco dotknąć Jego tajemnicy. Jeżeli wam mówię o tym, co ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich? (J 3,12) Boga nie da się zrozumieć. Można tylko Go spotkać i z Nim przeżyć swoje życie. Każde spotkanie z Bogiem dotyka nas i zmienia, każde jest odnowieniem, narodzinami, przemianą.

I nie da się zrozu­mieć, jak to będzie po przemianie. Nie da się wytłumaczyć dziecku w łonie matki, jaki będzie świat, na który się wkrótce narodzi. Nie da się wytłumaczyć niewierzącemu, jak to będzie wtedy gdy uwierzy. Nie da się wytłumaczyć człowiekowi doczesnemu, jak to będzie, kiedy umrze, narodzi się dla Nieba i spotka Boga. Nie da się! Niemowlę nie ma dojrzałości do świata. Człowiek świata nie ma dojrzałości do Nieba. A niewie­rzą­cy nie ma dojrzałości do relacji z Bogiem. Pewien niewierzący, mający bardzo zaniedbane życie, powiedział mi – może i jestem niedojrzały, ale wypraszam sobie, by ktokolwiek mi coś takiego mówił. Może uznacie, że nie powinienem był mu tego tak mówić?

Drogi do Boga nie można zastąpić wyjaśnieniem, o co chodzi w tych nowych narodzinach, w przejściu od starego do nowego. Ta droga wymaga przeżycia narodzin. Nie zrozumienia narodzin. Póki nie przeżyjemy narodzin, często jesteśmy wręcz źle nastawieni do myśli, że jeszcze nam czegoś brakuje i, że jeszcze czegoś więcej potrzebujemy. Boimy się zbyt wymagających rekolekcji, zbyt dogłębnej spowiedzi, choroby, próby, bezradności. Ale kiedy coś takiego przeżyjemy i popatrzymy wstecz za siebie, zdziwimy się, ile się w nas pozytywnie zmieniło. I to nie wiadomo kiedy i jak. Warto mieć mądrość takiego patrzenia wstecz i zgody na coraz to nowe, kolejne narodziny. A one na pewno są jeszcze przed nami.

Najważniejsze nowe narodziny dokonują się podczas Chrztu. Otrzymujemy oczyszczenie i prawdziwe zamieszkanie w sercu Boga. Ale Sakrament wymaga, byśmy przez całe życie dojrzewali do przyswajania związanej z Nim łaski i związanej z tą łaską nowej mentalności. Ona to sprawia, że już nie boimy się Najwyższego, nie trzymamy się od Niego na dystans, ale miłujemy Go jak dzieci i tulimy się do Niego, jak do Kogoś Najbliższego - do Ojca, do Oblubieńca. Tak to stajemy się nowymi ludźmi, którzy widzą Boga zupełnie po nowemu, zupełnie inaczej i którzy żyją z Nim w zachwycie. To życie z Nim ma nam zakorzenić się w sercach i pozostać na wieczność.

Diakon Jan