czwartek, 6 czerwca 2019

DUCH BLISKO JEST...


Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w Jego imię głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom. Wy jesteście świadkami tego (Łk 24, 46-48). Oto jak zaczęło się dzieło Boże wobec świata. Pan Jezus przyszedł, umarł,  zmartwychwstał i to właśnie stało się źródłem zbawienia świata. A świat był morzem pogaństwa i nieznajomości Boga, i do niego Bóg posłał swoich Dwunastu świadków.

Dziś sytuacja jest podobna. Są rzesze niewierzących, rzesze wierzących po swojemu, rzesze  żyjące doczesnością, nie widzące grzechu i nie oczekujące żadnego jego odpuszczenia. A wobec nich także, jak wtedy, staje dwunastu - garstka tych, dla których Bóg jest bliski i potrzebny, a odpuszczenie grzechów najważniejsze dla zbawienia. I cóż powiedzieć? Wtedy garstka dała radę, więc może i dziś da radę. Jest przecież potężny Kościół. 

Ale czym jest Kościół w dobie, gdy niewiara rozlewa się szeroko i wnika także w niego? Żadne środowisko Kościoła nie wychodzi obronną ręką z kryzysu. Najpierw osłabli moralnie i rozluźnili swoją przynależność do Kościoła przeciętni świeccy, których kryzys zaczął się od kryzysu rodziny. Potem kryzys począł dotykać także duchownych, ich wiarę, powołania, moralność. Jednak, czy to jest kryzys Kościoła? Owszem, jest to kryzys Kościoła masowego, kryzys który był zawsze tylko skryty i niewidoczny. Ośmielę się powiedzieć, że Kościół zawsze był społecznością letnich, wśród których jak rodzynki w cieście tkwili święci. Dlatego tak naprawdę Kościół to społeczność oparta na tych rodzynkach, na fundamencie apostołów, świętych, ludzi gorących.

Skąd się biorą owi święci, gorący, świadkowie Jezusa? Ano jest z nimi dokładnie tak samo dziś, jak było w pierwotnym Kościele. Pan Jezus po zmartwychwstaniu zesłał Ducha Świętego i ci, którzy Go przyjmowali, stawali się autentycznymi uczniami, ludźmi gorącymi. Reszta pozostawała w letniości i czekała na swoją kolej – na swoje nawrócenie, oczyszczenie, przyjęcie Ducha i podjęcie życia Ewangelią. Zawsze tak było i tak jest teraz (tyle, że jest to bardziej widoczne dzięki środkom przekazu), a jeszcze bardziej tak będzie. Kościół to ludzie, którzy otrzymali Ducha, przyjęli Go i zaczęli Nim żyć na serio, jako świadkowie, a wokół nich jest liczna, godna największego szacunku i miłości, ale jednak letnia, reszta. Ona też potrzebuje Ducha.  

Dziś wielu dziwi się, że w Kościele podkreśla się jakieś wyjątkowe działanie Ducha, że są specjalne wspólnoty charyzmatyczne, specjalne formy modlitwy. Niektórzy tego nie rozumieją, uważają za dziwną nowość to, co nowością nie jest, jest tylko przejawem życia chrześcijańskiego, które było od początku Kościoła, zanim rozmyło się w oceanie letniości. Otóż Pan Jezus dał ludziom Ducha Świętego od Ojca, aby Duch stał się siłą napędową Kościoła. Moc Ducha działa w nim tak, jak pokazano to w Ewangelii: weźmijcie Ducha i odpuszczajcie grzechy, chrzcijcie, głoście Słowo, odprawiajcie Łamanie Chleba (Eucharystię). Duch Święty działa z mocą w Kościele od początku i mocą Jego sprawowane są Sakramenty i Słowo, i strzeżony jest depozyt wiary. To Kościół zawsze podkreślał i to jest podstawą jego doktryny. 

Jednak mniej Kościół podkreślał to, co jest w Nim równie żywe i mocne, co głosili św. Jan i św. Paweł: że Duch Święty jest żywy w każdym człowieku wierzącym i to On sprawia, że człowiek ten wierzy i wypowiada imię Jezusa, czyli się modli. Aby mieć gorącą wiarę i życie modlitwy, potrzebne jest w sercu życie Duchem Świętym, który przecież w naszych sercach mieszka. Charakterystyczne dla Kościoła jest osobiste posiadanie Ducha Świętego przez każdego autentycznego Jego członka i to, że każdy taki członek jest przez Ducha wspierany i prowadzony. Tę prawdę niestety do niedawna mniej w Kościele podkreślano, co było spowodowane nieszczęsnym wydarzeniem jakim była Reformacja. Ktoś dał się zwieść złemu, mimo że chciał dobra Kościoła, a potem za jego błędami, z przyczyn czysto ludzkich, poszły masy. Niewielu umiało rozeznać moc Ducha i nią żyć. Potem Kościół, walczący z Reformacją, zaczął raczej odwodzić ludzi od słuchania Ducha Świętego w sercu, a nakazywał słuchać nauczania duchownych. Zapomniano o tym, że kiedy ktoś jest przygotowany i naucza, wówczas ci słuchający muszą też mieć w sercach Ducha, by głoszone słowo osobiście przyjąć. Ducha nie da się ominąć. Wzywanie do osobistego życia Duchem Świętym odrodziło się dzięki Soborowi Watykańskiemu II i właśnie dlatego zły duch walczy tak zajadle, by nie dopuścić, żeby Kościół oczyścił się z wielowiekowej tradycji nauczania przez elity i ślepego słuchania przez posłuszne masy. Zły walczy, by ludzie nie odkryli, że kluczem do ich więzi z Bogiem w Kościele jest poddanie siebie, swojej modlitwy i życia duchowego właśnie Duchowi Świętemu.

A Kościół cały jest „napędzany” Duchem Świętym. Jego Sakramenty, nauczanie i osobiste życie wewnętrzne ludzi wierzących i kochających Boga jest właśnie dziełem Ducha Świętego. On stanowi „duszę” Kościoła, a my jesteśmy jego ciałem. To trzeba sobie przypomnieć i do tego wrócić.

Porządek jest więc taki: najpierw Pan Jezus umarł i zmartwychwstał, potem odszedł w sposób widzialny ze świata, jakby unosił się w górę, by dać nam Ducha i by ci, co Ducha autentycznie  przyjmą, stali się świętymi jak Apostołowie. Oni to są zadatkiem wiary i oczyszczenia z grzechów, które ma się rozszerzyć na wszystkie narody. Ze wszystkich narodów Bóg chce zebrać jak najwięcej świętych, a każdy potencjalny święty zaczyna tak samo: od wiary, potem otrzymuje oczyszczenie z grzechów w chrzcie i uczy się żyć świętością czyli miłością do Boga. Za świętymi idzie część letnich, a kiedy Pan zechce, nastanie czas Jego ponownego przyjścia z nieba, tak jak po zmartwychwstaniu do nieba odszedł. 

W ten sposób począł się Kościół i tak samo ma się w Nim dokonać kulminacyjny moment przed ponownym przyjściem Pana: na Kościół ma zstąpić z mocą Duch i uświęcić tyle serc, ile się tylko da, aby zebrać wielką rzeszę świętych, którą Apokalipsa ujmuje w symbolicznej liczbie 144 000 opieczętowanych Duchem. Dlatego dziś, przed Zesłaniem Ducha Świętego, jest kierowane do nas w Kościele szczególne wezwanie, by przyjąć Ducha, zapragnąć Go gorąco i wejść do grona świętych - tych, którzy jako największej obrzydliwości wyzbywają się letniości.

Weźmijcie Ducha Świętego…
Diakon Jan Ogrodzki

czwartek, 2 maja 2019

POSŁYSZAŁEM – OBRÓCIŁEM SIĘ – UJRZAŁEM


Posłyszałem za sobą potężny głos, jak gdyby trąby mówiącej: […] I obróciłem się, by patrzeć, co to za głos do mnie mówił; a obróciwszy się, ujrzałem […] kogoś podobnego do Syna Człowieczego. (Ap 1,10-13)

W życiu człowieka z Bogiem wszystko zaczyna się od usłyszenia. Słyszymy o Bogu od rodziców, kapłanów, mistrzów duchowych, Kościoła. Słowo Boże jest głoszone, pisane, dociera do uszu i oczu, ale stamtąd powinno dotrzeć do serca. Słowo, ostatecznie, zawsze trzeba usłyszeć w sercu. Może to być skutkiem ludzkiego głoszenia, ale może też być skutkiem przeżycia wewnętrznego, słuchania myśli i serca. Przy pewnej dojrzałości człowiek zaczyna coraz więcej słyszeć sercem, a z czasem odkrywa, że pierwszym głosicielem Słowa jest Duch Święty. On głosi je przez ludzi, ale nie tylko przez nich, także osobiście działa w naszych sercach. Właśnie Jan, Apostoł i Ewangelista, posłyszał Słowo od Ducha na Patmos i zdolny był je usłyszeć, ponieważ wcześniej, przez wiele lat, od dni zmartwychwstania modlił się, rozmawiał z Jezusem w sercu i uczył się coraz bardziej słuchać Go i rozumieć. My też możemy nauczyć się słuchać Jezusa i rozumieć. Na modlitwie pytamy Go i prosimy - mów! – i stopniowo nabieramy zdolności słyszenia: z tekstu Pisma, z nauczania Kościoła i w ciszy własnego serca.

Z tego słuchania rodzi się wiara. Ona bierze się z naszej dobrej woli, pokory, czasu spędzonego na modlitwie i cierpliwych prób słyszenia. Nie usłyszy Ducha człowiek rozbiegany, zajęty codziennymi drobiazgami bardziej niż rzeczami największymi, obra­żony na Boga za postępki ludzi i zwracający bardziej uwagę na nich i na instytucje niż na własne sumienie i głos Ducha. A jeżeli przyjmujemy Ducha na co dzień, to On rychło przygotuje nas do uczynienia następnego kroku.

Kiedy Zmartwychwstały wszedł do Wieczernika pomimo drzwi zamkniętych, oni Go nie poznali. Wtedy tchnął na nich i powiedział: Weźmijcie Ducha Świętego… I pokazał im to, co znali – rany otrzymane podczas Męki. To, co znajome, łatwo rozpoznajemy i chętnie przyjmujemy do serca. Gorzej jest z nowym – do tego potrzeba Ducha. A tutaj nowe było to, że rany nie są już ranami na martwym ciele, ale na ciele nowym, żywym i nie z tego świata. Zmartwychwstały jest już Bogiem-Człowiekiem nie takim jaki chodził po ziemi, ale takim, jaki żyje z Ojcem i rozpoznać Go jest trudno. Idący do Emaus uczniowie nie poznali Go, nie poznała Maria Magdalena, ani nikt z nas nie rozpozna Go i nie odnajdzie w swoim życiu, jeśli nie weźmie najpierw Ducha Świętego do serca. Co więc zrobić, by przyjąć Ducha i ujrzeć Jezusa zmartwychwstałego? 

Obróciłem się. „Obrócenie się” to ulubiony zwrot w pismach Jana. On sam obrócił się na Patmos, gdy usłyszał potężny głos. Przedtem obróciła się przy grobie Jezusa Maria Magdalena, gdy posłyszała jak Mistrz wołał ją po imieniu. Obrócić się, znaczy mniej więcej tyle, co nawrócić się, ale sens jest głębszy. Chodzi o to, że dotąd patrzyło się na martwy grób, pusty, skalisty pejzaż wyspy, a teraz trzeba aktu woli, by oderwać się  od tego wszystkiego: przestać zachowywać się tak, jakby istniały tylko skały i groby, przestać myśleć, że już nic nowego nas nie spotka, przestać trzymać się kurczowo ziemi, a na wszystko inne patrzeć oczami powątpiewania. Trzeba zaufać, że jak się człowiek obróci i zmieni całkowicie kierunek w życiu, wtedy się zobaczy zupełnie nowe rzeczywistości. Tłum otaczający Jezusa przy grobie Łazarza myślał – gdyby On tu był Łazarz by nie umarł. A teraz przepadło. Gdyby ktoś tylko się obrócił za siebie i spojrzał w otwór grobu, ujrzałby żywą postać. 

Chodzi o to, by patrzeć tam, gdzie wskazuje Jezus. Nie upierać się, że sam wiem na co patrzeć, bo i tak niczego więcej niż dotąd nie zobaczę. Chorobą wielu mądrych, wykształconych i doświadczonych jest przekonanie, że niczego nowego już się nie dowiedzą, ani nie przeżyją. Dlatego ulubieni przez Boga są maluczcy: biedni, słabi, głupi w oczach świata. To najczęściej im Bóg pokazuje rzeczy nowe. A wtedy mędrcy są zaskoczeni i oburzeni. Dlaczego to oni widzą, a nie my? Otóż właśnie…, bo niektórzy mają oczy, ale nie widzą, mają uszy, ale nie słyszą… Tu trzeba się radykalnie obrócić zamiast się upierać, że już patrzę we właściwym kierunku.

Gdy obróciłem się, ujrzałem. Obrócenie się otwiera nową przestrzeń – ujrzenie Zmartwychwstałego i osobiste spotykanie z Nim. Od tego zaczyna się nowe życie z Nim, życie w podobnej relacji, jaką mieli Apostołowie. Kto nawiązuje tę relację, staje się świadkiem, nabiera przekonania o obecności Jezusa i jest w stanie o tym dać świadectwo nawet za cenę cierpienia. Aby być świadkiem, trzeba najpierw ujrzeć Jezusa, a potem przekonać się, że to On, żywy, stoi tam, gdzie ja Go widzę.

Tomasz chciał przekonać się namacalnie... Ależ to niemożliwe! – oburzą się niektórzy. Przecież Jezus jest nie z tego świata! Właśnie dlatego tak trudno w Niego uwierzyć! Gdyby On tu był, gdyśmy mogli Go dotknąć... Czy nie myślimy dokładnie tak, jak Tomasz: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę. (J 20,25) Jeżeli On naprawdę żyje, wtedy ja, Tomasz powinienem móc dotknąć Go, Jego ran, o które tydzień wcześniej widzieli pozostali Apostołowie. Samo widzenie, bez kontaktu z realną Osobą, bez dotknięcia śladów Męki, nie jest wiarygodnym świadectwem zmartwychwstania. Umarły, ale żyjący człowiek, musi mieć żywe, wyczuwalne ciało, inaczej jest zjawą, albo złudze­niem. Tomasz chciał być pewny tożsamości Jezusa. Kiedy upewnił się dotykając, albo inaczej upewniając się o Jego bliskości, wtedy uwierzył. A my dziś? Czy też możemy ujrzeć i dotknąć? Trzeba powiedzieć, że możemy, ale  dopiero po owym radykalnym obróceniu się - zdobyciu większej dojrzałości wiary.

Jezus ze swoim zmartwychwstałym Ciałem realnie pozostał w Kościele pod postaciami fizycznych znaków. Gdy ich dotykamy, dotykamy naprawdę Jezusa. Po pierwsze możemy Go dotknąć w ludziach, zwłaszcza bliskich oraz potrzebujących. Kochając ich możemy kochać Jego. Cielesny dotyk miłości w chrześcijańskim małżeń­stwie jest jak najbardziej miłosnym dotykiem Chrystusa, ponieważ małżeństwo zapowiada miłość Kościoła i naszą z Chrystusem. Pomoc i pielęgnacja chorych jest także dotykiem Chrystusa. Ale najbardziej dotykiem Chrystusa jest dotyk Jego Ciała w Eucharystii. W niej możemy Go nosić na rękach, dotykać ustami, całować, przeżywać Jego realną bliskość, aby Go kochać całym sobą. Stosunek nasz do Eucharystii pokazuje, jaką odbyliśmy drogę duchową. Czy Tego, którego mam, trzymam jak przedmiot, niosę na rękach jak osobę, czy też tulę jak Kogoś ukochanego. Eucharystia obnaża nasze braki, braki u kapłanów, diakonów i innych osób duchownych, braki u świeckich sza­farzy Komunii św. i u każdego wiernego. Pan Jezus w zmartwychwstałym Ciele nie chce być utrzymywany na dystans, zamykany na klucz, mijany obojetnie. Pragnie być w centrum naszej uwagi i naszego życia. Pragnie, byśmy, jak Tomasz, dotykali Jego ran, wyzbywali się niedowiarstwa i stopniowo pokochali Go całym sercem. Na to potrzeba posłuchać Jego prośmy: weźmijcie Ducha Świętego...
Diakon Jan

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

POWRÓT SYNA DO OJCA


Ewangelia przepełniona jest przypowieściami o Królestwie Bożym. W tych przypowieściach zawsze występuje Ojciec, Pan Jezus i my, powołani do Królestwa. Tak jest, kiedy Ojciec organizuje ucztę dla Syna i zaprasza nas. Tak jest, gdy podczas wesela Syna dziesięć panien stoi przed drzwiami, by z Nim wejść do domu. Tak jest też, gdy Syn dysponuje całym stworzeniem jako wielkim majątkiem Ojca i powierza to stworzenie nam, byśmy je pomnażali. Także w przypowieści o drogocennej perle człowiek odnajduje Pana Jezusa i wtedy sprzedaje wszystko, aby posiąść tylko Jego. A co powiemy o przypowieści o marnotrawnym synu? Gdzie jest w niej Pan Jezus?

Nim znajdziemy odpowiedź na to pytanie, przeczytajmy werset (5,21) z Drugiego Listu św. Pawła do Koryntian: W imię Chrystusa prosimy pojednajcie się z Bogiem. On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą. Bóg uczynił nas obrazem Syna i Jego powołał do odpowie­dzialności za nas na dobre i na złe. Oznacza to, że Syn daje nam więź z Bogiem i przez Syna mamy możliwość bycia zjednoczonymi z Nim. Znaczy to, że kiedy grze­szymy i oddalamy się od Boga, wtedy Syn, choć sam nie grzeszy, też oddala się od Ojca, ponieważ idzie za nami. Jeśli my opuszczamy Raj i schniemy na bezwodnej pustyni, On idzie tam za nami i też cierpi z pragnienia. Jak uczy Pismo Święte i Kościół, On bierze na Siebie nasze grzechy i umiera z ich powodu na Krzyżu zamiast nas. Skutkiem grzechu jest śmierć, dla nas wieczna, więc On ją bierze, bo może ją pokonać. My nie możemy. Świat jest wspaniały ale i tragicznie zły. Pan to zło bierze na Siebie, by ono nie odciągnęło nas od Boga. Pan poradził sobie z szatanem, a my nie dalibyśmy mu rady. Bóg swego Syna uczynił grzechem, czyli grzesznikiem niegodnym zbawienia nie z powodu swoich grzechów, ale z powodu naszych.

Wróćmy zatem do marnotrawnego syna i zapytajmy, kim on jest. Otóż jest on człowiekiem grzesznym, który odchodzi od Ojca, ale odkrywa, że życie bez Ojca jest nie do zniesienia, więc wraca do domu. Spróbujmy zrozumieć tę przypowieść. Jeśli człowiek odchodzi od Ojca, to Chrystus idzie za nim i razem z nim odchodzi od Ojca. Bierze na siebie jego grzechy. Ale Chrystus z powodu tych grzechów umiera i pokonuje ich potępieńczą moc, a zmartwychwstając powraca czysty do Ojca. I wtedy u Ojca rozpoczyna się wielkie święto, radość pokonania zła, ucztowanie w uroczystych szatach, z pierścieniem synowskim na palcu. Bo z ziemi do nieba wrócił Syn, a my wróciliśmy z Nim, bo został zmazany nasz grzech. Z Synem wracają do Ojca ci, co przylgnęli do Syna, skorzystali z Jego mocy i weszli do Królestwa razem z Nim. Zatem syn marnotrawny to my i On zjednoczeni w jedno w grzechu i nawróceniu. On poszedł za nami, kiedy my zgrzeszyliśmy, ale my wróciliśmy za Nim, kiedy On pokonał grzech w nas. Oto tajemnica syna marnotrawnego, znaku wszystkich co zgrzeszyli a  Chrystus przyprowadził ich z powrotem.

Ale jest jeszcze drugi syn. Ten uważa, że nigdy nie odszedł i że ciężko cały czas pracował, by zasłużyć na bycie z Ojcem. Ten syn nie potrzebuje powracającego brata, ani zmartwychwstającego Jezusa. Sam troszczy się o swoje zbawienie, jeśli w ogóle myśli o nim i go potrzebuje. Kiedy w dniu zmartwychwstania otwiera się dom Ojca, niebo, przed ewidentnie złym bratem i przed Chrystusem, który pokonał jego zło, wówczas okazuje się, że „porządny” syn, który sam pracował na swoje przebywanie z Ojcem, miejsca u Ojca po prostu nie ma. Ojciec świętuje z nawróconymi, a on wciąż nie jest nawrócony, jest sprawiedliwy własnym staraniem i nie potrzebuje usprawiedliwienia od Jezusa. Jest to dramat wielu ludzi, którzy nie rozumieją, jak bardzo są niegodni nieba. Dobrze jest być niegodnym nieba, wtedy bowiem można je otrzymać za darmo i zostać do niego wprowadzonym przez Jezusa. Kto zaś czuje się nieba godnym, bo sam z siebie żyje porządnie, ten w dniu Zmartwychwstania zauważa, że wejść tam nie może. Tak było z pięcioma głupimi pannami. Poszły szukać oliwy, nie czekały na Oblubieńca, przegapiły Jego przyjście. Potem pukały same, przekonane, że mają oliwę, więc powinny być wpuszczone. Ale nikt im nie otworzył. Bowiem nie wystarczy mieć oliwę. Oliwa była po to, by być przy drzwiach w momencie nadejścia Chrystusa. Najważniejsze jest, by wejść nie z oliwą, ale z Chrystusem i tylko z Nim. Nie samemu, choćbyśmy kilometry odbyli w poszukiwaniu oliwy. Własnym wysiłkiem do Królestwa wejść się nie da. Tylko miłosnym przylgnięciem do Tego, który nas wprowadza. Ci, których On wprowadza, cieszą się, radują, świętują z Nim, bo otrzymują Ducha Świętego. Teraz właśnie Zmartwychwstały daje Go nam, byśmy z Nim padali w ramiona Ojca, tańczyli i ucztowali w Jego domu w nieopisanej radości.
Diakon Jan