środa, 7 kwietnia 2021

5 Niedziela Wielkiego Postu – rekolekcje bielańskie

Oto link do tej konferencji na facebooku

https://www.facebook.com/Lasbielanski/videos/1152416568516936/

JEZUS WYWYŻSZONY

DAREM MIŁOSIERDZIA

Ziemska chwała. Zbliża się święto Paschy. W mieście charakterystyczny ruch. Do Jerozolimy napłynęli pątnicy. Żydzi kochają te święta, cieszą się celebracją w Świątyni. Pascha to czas rodzinny, czas spotkań z kuzynami. Ewangelista Łukasz opowiadając o zgubieniu się dwunastoletniego Pana Jezusa dobrze oddał atmosferę żydowskich świąt - wspólnego pielgrzymowania, przepychania się przez zatłoczone uliczki, gdzie łatwo stracić kogoś z oczu, ale też pewności, że wszędzie można spotkać osoby znajome, życzliwe i znaleźć pomoc. Pielgrzymka do Jerozolimy na Święto była wydarzeniem jakże ważnym, ubogacającym wewnętrznie i przysparzającym nowych doświadczeń. Tak było w życiu Jezusa i tak przeżywał to święto każdy pobożny Żyd.

Na święta pielgrzymowali także prozelici – nawróceni na judaizm poganie. Wielu z nich było pochodzenia greckiego. Prozelici mieszkający w miasteczkach Galilei i w dalszych okolicach  wykazywali się nieraz wielką gorliwością, bacznie obserwując życie religijne swoich żydowskich braci. Niektórzy z nich słyszeli o Jezusie, o znakach i cudach jakie czynił Rabbi z Nazaretu. Przebywając w Jerozolimie mieli okazję Go zobaczyć, lecz nie było to proste zbliżyć się do otoczonego wielką atencją Nauczyciela. Św. Jan opisał, jak kilku Greków nieśmiało rozpytywało o uczniów Jezusa, aż w końcu dotarli do Filipa pochodzącego z Betsaidy, potem do Andrzeja, wreszcie do Piotra, aby zaprowadził ich do Rabbiego. Tak wielkim szacunkiem i uwielbieniem cieszył się Jezus u wielu ludzi. Radość paschalna i tęsknota za wolnością, które znalazły swój wyraz w owacji Niedzieli Palmowej, wszystko to świadczyło o tym, że Jezus naprawdę miał na czym budować – gdyby chciał ziemskiego sukcesu Królestwa Bożego.

Jednak Jezus daleki był od tego. Paschę przeżywał zupełnie inaczej, a tego roku szczególnie trudno i  ciężko. Tego roku radość tłumów i uwielbienie ludzkie były Mu szczególnie dalekie i nie poruszały Jego serca. Szacunek i zainteresowanie jakie okazywali Mu pobożni Grecy tym razem były dla Niego niczym ironia. Odbieranie ziemskiej chwały nie miało dla Niego żadnego znaczenia. Teraz Jezus chciał mówić swoim uczniom i greckim sympatykom, że dziś jest szczególny czas w jego życiu, czas, kiedy odbierze On prawdziwe, większe od ludzkiego uwielbienie i będzie otoczony najwyższą chwałą przez samego Boga, nie złudną chwałą doczesną, jaką odbierał dzięki znakom, cudom i mirowi wśród ludzi. Będzie to chwała Boska, jaką obdarzy Go Najwyższy Ojciec.

Chwała od Ojca. Aby odebrać chwałę od Ojca, trzeba się Bogu poddać, przyjąć Jego prowadzenie, jego wolę i to właśnie czynił Jezus. Odrzucał chwałę ziemską, rolę wodza, mesjasza, króla, przywódcy, a wybierał Chwałę Najwyższą, jaką będzie miał, gdy pokona zło na świecie i uwolni od niego ludzi. To jedyne w historii dzieło, dzieło, którego nikt z ludzi nie mógłby wykonać, wykona właśnie On, Jezus skutecznie i trwale. Jednak aby to się stało, aby otrzymał chwałę Zbawiciela – wykonawcy dzieła Ojca, będzie musiał bardzo cierpieć, ponieważ inaczej nie da się pokonać szatana. Dlaczego? Ponieważ szatan nie ustępuje, nie poddaje się w zacietrzewieniu szuka ludzkich popleczników i walczy do końca. Ludzie nie mogą zrobić ze złem nic, a On – Syn Boży musi dać z siebie wszystko i zmarnieć jak ziarno w ziemi. A jednak, kiedy zmarnieje, da początek nowemu życiu, i to właśnie nowe życie, wolne od grzechu i złączone z Bogiem miłością jest sprawą zasadniczą dla każdego człowieka. Dlatego nam i Bogu, któremu zależy na nas, potrzebne jest , aby dzieło Jezusa zostało dokonane, i aby każdy, któremu zależy na życiu, był naśladowcą Jezusa i trzymał się nie tyle życia doczesnego, co wiecznego, które chce dać ludziom Ojciec przez Jezusa. Dlatego w te Święta Jezus jest jak nigdy w lęku, pochłonięty dziełem Ojca i już nie może myśleć o radościach doczesności. Dziś doczesność sprowadza na Niego tylko lęk i cierpienie.

Lęk jest rzeczą ludzką, spada szczególnie wtedy, kiedy zbliża się jakieś wielkie dobro, kiedy człowiek chce się zmobilizować do jakiejś zmiany w swoim życiu, pozwolić Bogu działać przez siebie, wtedy szatan gwałtownie straszy i próbuje przeszkodzić. To jest doświadczenie powszechne ludzi dobrej woli. A dzieło Jezusa było największe i szatan rzucał Mu pod nogi najcięższe kłody. Posyłał Mu ludzi którzy Go nie rozumieli, ranili, zdradzali, osaczali, spiskowali przeciw Niemu. Ale Jezus był tym jedynym ludzkim moralnym siłaczem, który ani ludziom ani szatanowi nie ustąpił. Aby mieć do tego siłę, zwracał się do Ojca i prosił, by Ojciec nie obdarzał Go doczesną chwałą, a przeciwnie dał Mu siłę, zrezygnowania z niej i przeżycia nadchodzących dni tak, by przez jego życie Ojciec uwielbił swoje Imię, ukazał swoja chwałę i dokonał swojego zwycięstwa.

Nie Ja lecz Ojciec. Jest wielką wskazówką dla nas że w tym krytycznym czasie Jezus nie prosi o ratowanie Siebie, ale o zwycięstwo Ojca. Poddaje się całkowicie Ojcu i to nazywa otoczeniem Ojca chwałą. Jezus otacza chwałą Ojca przez to, że pragnie być narzędziem w realizacji Jego planów i zamiarów. Kiedy Jezus tak gorąco, całym sercem oddaje się Ojcu, wtedy Ojciec odpowiada Jezusowi i to w taki sposób abyśmy  i my to słyszeli, i widzieli. Ojciec odpowiada Jezusowi mówiąc o dwóch uwielbieniach Swojej chwały w Jego życiu – dwóch Swoich zwycięstwach: jedno zwycięstwo Ojca nastąpiło wtedy, gdy posłał Syna na świat, a drugie nastąpi zaraz, gdy Syn złoży za ludzi ofiarę z Siebie.  Obydwa dzieła chwały Ojca przez Jezusa  są adresowane do ludzi i są dziełem Boga dla nich, dla ich podstawowego dobra – życia wiecznego, a nie śmierci wiecznej. Oto dlaczego głos Ojca stał się słyszalny dla świadków – co prawda nie co do treści, ale co do faktu potwierdzenia przez Boga misji Jezusa. Ludzie mają z całej tej sytuacji zrozumieć, że jest to moment wyjątkowy, kiedy dokonuje się coś najważniejszego i to nie ze względu na Jezusa, by Mu ulżyć, ale ze względu na ludzi – aby wiedzieli, że   teraz oto dla nich dokonuje się coś najważniejszego w historii – zwycięstwo Boga nad szatanem. (J 12,31)

Wywyższony. Dla tego zwycięstwa Jezus staje się wywyższony.  Zostanę nad ziemię wywyższony – tak mówi o sobie Jezus. On jest Bogiem i jako Bóg zawsze był wysoko ponad ziemią. Jednak dla nas Jezus – Bóg uczynił to coś wyjątkowego – stał się człowiekiem i jako taki zniżył się do nas, do samych nizin naszego grzechu. Dlatego Ojciec zapowiada a Jezus ogłasza, że Jezusa uniżonego przez ludzki grzech  wywyższy ponad ziemię. Ma to wielorakie znaczenie:

  • Bóg wywyższy Go to znaczy przede wszystkim – pozwoli umieścić Go na Krzyżu, a słowa te zapowiadają rodzaj śmierci Jezusa – rzymskie krzyżowanie, a nie żydowskie kamienowanie.
  • Ale jest to nie tylko krzyżowanie, ale podwyższenie, by był wysoko, dobrze widoczny, jak miedziany wąż Mojżesza. W ten sposób Jezus jest wyraziście umieszczonym w historii świata i łatwo dostępnym dla ludzkości Zbawicielem. Każdy, kto na Niego spojrzy, zwróci się do niego, będzie zbawiony.
  • Dlatego wywyższenie znaczy też ukazanie nam wielkości i wyjątkowej zasługi Jezusa wobec nas. Jezus jest wywyższony jako największy dar miłości miłosiernej Boga.
  • Zbawienie przez Jezusa dokonuje się w ten sposób, że On – człowiek przez śmierć pokonawszy spoczywający na Nim grzech ludzkości wchodzi do Ojca – na Boskie wyżyny. I to jest największe Jego wywyższenie.
  • A po Jego wywyższeniu przyjdzie czas naszego wywyższenia, bo Jezus i nas prowadzi do Ojca. Prowadzi za sobą, bo On wchodzi do Ojca pierwszy, ale też trzeba powiedzieć – prowadzi ze sobą, bo On jest bardzo blisko przy nas, gdy my idziemy jego śladami.

O tym wszystkim mówi krótko pełne treści najważniejsze zdanie niniejszego fragmentu Ewangelii św. Jana. – Ja, gdy zostanę nad ziemie wywyższony pociągnę wszystkich do siebie (J 12,32).

Miłość, którą pociąga nas Jezus. Od tej chwili szatan już nie może pociągnąć nikogo, kto zwróci się do Jezusa. Będzie nas szarpał, straszył, męczył, kusił, zwodził i oszukiwał, żebyśmy zwątpili w Jezusa, ale jeśli nie będziemy słuchać szatana, a trzymać się Jezusa, na pewno nie przegramy życia. Wymaga to od nas wiary w Jezusa jako Zbawiciela. Na tym polega ogrom daru miłosierdzia Bożego, jakim jest dla nas Jezus wywyższony. Ale jak i czym Jezus nas pociąga? Pociąga nas wiążąc ze sobą i to wiążąc dwojako. Po pierwsze pociąga nas wiarą w Siebie. Kto uwierzy i [na znak tego] przyjmie chrzest , będzie zbawiony. (Mk 16,16) Ale wiara to nie cel tylko droga do więzi z Jezusem. Człowiek może związać się z Jezusem w pełni i w sposób doskonały tylko, gdy Go pokocha. Miłość Jezusa do nas i nasza odpowiedź miłością do Niego jest najdoskonalszą i pełną więzią z Nim, którą On pociąga nas do Siebie i do Ojca. Ale istnieje też drugi sposób, mniej doskonały, którym Bóg nas pociąga. Jest to wynikający z naszej słabości i grzeszności lęk o siebie. Kto daje się pociągnąć z lęku o siebie, ten również może odnaleźć Boga i to jest droga bardzo wielu, rzec można - powszechna.

Jednak droga pociągnięcia nas miłością wzajemną między nami a Jezusem jest drogą najdoskonalszą - drogą świętych. Wzorem takiej postawy są święte osoby pod Krzyżem – przede wszystkim Maryja, Jan i Maria Magdalena. Strach o siebie kazał uczniom uciekać, ale ci co szczególnie kochali Jezusa nie mogli  nie być tam gdzie On (tak powiedział Jan) i z determinacją przeciskali się przez rzymskie kordony. Jan szczególnie podkreślił dla nas postawę Marii Magdaleny, która doznała wielkiego miłosierdzia przez uwolnienie z siedmiorakiej mocy złego ducha. Uwolniona i szczęśliwa pokochała Jezusa tak, że była zdolna Go rozpoznać po zmartwychwstaniu przez miłość i to jej ukazał się Jezus najpierw, a Ona nazwała Go czule - Rabbuni. (J 20,16) Jan to podkreśla jako drogę dla Kościoła, ponieważ ostatecznym węzłem, którym Jezus pociąga nas za sobą i do siebie jest właśnie miłość. On okazuje nam miłosierdzie, a my możemy odpowiedzieć na nie miłością. Taki jest sens świętości. I taki jest sens życia. Amen

Dk Jan     

sobota, 20 marca 2021

Spotkania ze Zmartwychwstałym

 


Pierwsze spotkania z Panem Jezusem zmartwychwstałym przedstawia św. Jan w 20 rozdziale swojej Ewangelii (w. 11-18). Ich treścią jest w istocie nasze nowe życie jakie dzięki Jezusowi mamy w Bogu. Podstawowym znamieniem nowego życia w sercach uczniów jest zobaczenie Jezusa żyjącego nowym życiem z Ojcem. To Ojciec pozwala nam spotkać się z Jezusem, dostrzec Go, widzieć, że żyje, jak żyje i co robi, zobaczyć, że Zmartwychwstały to naprawdę Jezus, ten sam, ale zarazem już nowy, chwalebny, wolny od ciężaru ludzkiego grzechu, który nosił na sobie za ziemskiego życia. Takim, zwycięskim nas grzechem zobaczyli Go apostołowie i nie tylko oni – także wielu innych uczniów. Jednak najbardziej poruszające było pierwsze spotkanie, jakiego Jezus udzielił tej spośród usługujących im kobiet, która najbardziej przylgnęła do Niego czystym, uwolnionym od złego ducha, sercem – Marii Magdalenie. Ona to wraz z innymi kobietami przyszła namaścić ciało Jezusa, nie zdając sobie sprawy, że nie będzie to możliwe. Gdy kobiety zastały otwarty i pusty grób, prawie wszystkie uciekły i powiadomiły apostołów. Tylko Maria Magdalena została przy grobie. Nie mogła sobie dać rady z myślą, że zabrano Pana z grobu. Wtedy spotkała przy grobie Jezusa, ale zanim do tego doszło najpierw przekonała się jak bardzo nie jest gotowa rozpoznać Go. Odczuła to samo, co  później przeżyli apostołowie podczas spotkania z Jezusem w Wieczerniku – to że uczeń musi być specjalnie przygotowany do rozpoznawania zmartwychwstałego Mistrza. Ten sam problem mamy i dzisiaj w Kościele, ludzie odchodzą od wiary ponieważ nie rozpoznają żyjącego obecnie z nami Jezusa, a nie rozpoznają gdyż nie przygotowują się do tego.

Kiedy Pan Jezus daje człowiekowi dar poznania Siebie, z początku człowiek może tak być, że nie jest w stanie Go rozpoznać i przyjąć. Dlaczego? Z powodu stanu swojego serca. Zbyt mało o tym wiemy i nauczamy. Serce niewierzące w ogóle nie widzi niczego poza doczesnością. Widzi rzeczy tego świata i z góry odrzuca wszelkie inne - nawet nie próbuje ich zrozumieć. Serce, które zaczyna i próbuje wierzyć, napotyka na dwie podstawowe trudności, które były też udziałem apostołów i Marii Magdaleny. Jan opisał to jej spotkanie z Mistrzem, ponieważ wielu z nas ma te same trudności rozpoznania Mistrza co ona i dzięki relacji Jana może oczyścić i pogłębić swoje spojrzenie na Jezusa zmartwychwstałego. Bo Jezusa zmartwychwstałego można zobaczyć. Jednak trzeba spełnić pewne podstawowe warunki. Trzeba najpierw odwrócić się od dwóch podstawowych pokus złego ducha dotyczących życia po śmierci. Dopiero wtedy można Go dostrzec w swoim sercu. Te dwie pokusy niewiary ciążą na ludziach jak dwa przekleństwa, przez które zły zaciemnia oczy i przytłacza serce.   

Pierwsze, to przytłoczenie nas samym faktem grobu, jako znaku powszechności śmierci. Groby są wszędzie, a każdy ma w środku trupie kości, czyli pozostałości człowieka, który był ale umarł i już go nie ma. Nie ma! Tak nam się wydaje i to jest dla nas bardzo przygnębiające. Kto umarł nie żyje, nie widzimy go, gdzie więc jest to życie wieczne? Aby uwierzyć w życie wieczne trzeba odwrócić się od grobu, nie dać się mu przytłoczyć. Bo dzięki Jezusowi zmartwychwstałemu właśnie śmierć, jaką grób  oznacza, stała się czymś tymczasowym, aktualnym tylko do czasu, a u kresu czasów jej moc przestaje działać. Z naszymi grobami jest jak z grobem Jezusa, który  jeszcze stoi, a jednak Jezus już żyje gdzie indziej - życiem wiecznym z Ojcem. I takie życie z Ojcem Ojciec ma też dla nas. Zatem trzeba odwrócić się od przygnębienia grobami, ponieważ  groby przemijają, a przychodzi nowe ludzkie życie w wieczności.

Drugie przytłaczające przeżycie to zwątpienie, że Jezus naprawdę zmartwychwstał. Nęka nas pokusa, która dzisiaj jest powszechna - że zniknięcie Jego ciała można wytłumaczyć inaczej – wykradnięciem, oszustwem, legendą. Im dłużej funkcjonuje świat, tym łatwiej nie dawać wiary przekazom z przeszłości. Zły duch mocno pracował od początku, by podkopać w nas wiarę w zmartwychwstanie. Zbudował w sercach wielu całą teologię opartą na przekonaniu o tylko mitycznym charakterze wiary w Jego powrót do życia. Dzisiaj mamy na świecie owoce tych wysiłków – wszędzie ludzie przekazują sobie i coraz młodszym pokoleniom niewiarę w zmartwychwstałego Mistrza i realność życia wiecznego.  Aby zobaczyć Mistrza realnego, tak jak Maria Magdalena i apostołowie, też potrzebujemy odwrócić się od tego drugiego zwątpienia – od ogrodnika, który, jak się zdawało Marii Magdalenie, zabrał i ukrył Jego ciało.

Zatem dopiero kiedy odwrócimy się dwa razy, mamy szansę spotkać Jezusa w sercu i usłyszeć jego czuły głos wołający nas po imieniu i w tym głosie usłyszeć ciepło Jego miłości do nas. Wtedy nie tylko odczytamy to, co zapisano w Ewangelii św. Jana: tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…, ale przede wszystkim spotkamy Bożego Syna osobiście i poczujemy w sercu jego miłość tak gorącą, że nikt już nie będzie mógł nam wmówić, że Go nie ma. A u kresu czasów Jezus i tak stanie po prostu przed każdym i każdy Go zobaczy.

Później, kiedy Jezus przyszedł do apostołów, do Wieczernika, oni także wtedy, w pierwszej chwili nie poznali Go. Aby Go rozpoznać potrzebowali też dwóch doświadczeń podobnych do przeżycia Marii Magdaleny. Jest to ich indywidualna droga poznania Jezusa. Po pierwsze, trzeba było, aby usłyszeli od Jezusa słowa Pokoju – Pokój wam i aby wpuścili jego Pokój do swoich serc. Zmartwychwstały Jezus zawsze daje uczniom Pokój, a ten Pokój jest w sercach rozpoznawalny jako Boży, ponieważ jest stanem ducha zupełnie nie z tego świata. Tylko Jezus mówi o nim: Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam, nie tak jak świat daje ja wam daję (J 14,27). Świat daje namiastki Pokoju, chwilowe uspokojenie, obietnice, pozorne dobro. Jeżeli ktoś pragnie takiego Pokoju o jakim mówi Jezus i nie szuka namiastek Pokoju, wtedy może zobaczyć Jezusa. Bo On jest Pokojem.

A drugi dar jaki trzeba przyjąć od Jezusa, by Go ujrzeć, to powrót do Jego Męki. On był przybity do Krzyża i umarł, i to jest pewne ponad wszelką wątpliwość. Specjalnie po to na krzyż patrzył Jan i dla nas to zapisał w Ewangelii, byśmy mieli jego świadectwo, że włócznią przebito Mu serce, a z niego wypłynęła krew i woda (rozwarstwiona krew świeżo umarłego).  Jan utwierdza nas w fakcie Jego śmierci, bo jeśli umarł a teraz widzimy Go to musiał zmartwychwstać. Bo jeśli nie zmartwychwstał, to czcimy tylko legendy o Jego życiu. Dlatego miażdżącym dowodem zmartwychwstania jest tylko nasze doświadczenie spotkania z nim. Jeżeli tak jak apostołowie odkryjemy w Jezusie Pokój Boży i będziemy świadomi Jego śmiertelnych ran z Krzyża, a potem doświadczymy Go w sercu, wtedy jak apostołowie będziemy wiedzieli, że On żyje i my z Nim żyjemy. A jeśli jeszcze, jak Tomasz dotkniemy jego ciała w Eucharystii, wtedy spotkamy Go także tak, jak św. Łukasz napisał o uczniach idących do Emaus. Jeśli jednak zaniedbamy spotykanie z Nim, wtedy przyznajemy rację złemu duchowi, że Jezus daremnie przelał Krew.

Diakon Jan

2 NIedziela Wielkiego Postu - rekolekcja bielańskie

Konferencja II z 28.02.2021 

https://www.facebook.com/pg/Lasbielanski/posts/

BÓG MIŁOSIERNY - A CO MY NA TO?

Jest w nas skrzętnie skrywana słabość i niepewność. Mamy lęki, boimy się świata i tylu spraw  na świecie. Nawet jeżeli słabo wierzymy w Boga, i mamy liczne uprzedzenia do Kościoła, to mimo wszystko jest w głębi naszych serc jakieś niejasne przekonanie, że Ktoś powinien być, że świat od Kogoś zapewne pochodzi. Takie przekonanie tkwi na ogół na dnie naszych serc, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, nawet jeśli w ogóle z tego przekonania nie korzystamy. Nawet jeśli uważamy Boga za kogoś niepotrzebnego.

Inna jest sytuacja, jeśli uważamy, że Boga nie zupełnie ma. Wtedy trzeba całkowicie odrzucić refleksję nad Nim, bo jeśli tylko ją dopuścimy niepokój o to, że może On jednak jest, czai się by dopaść nas w każdej chwili. Dlatego na ogół filozoficzna wiara ateistyczna w czystej postaci bardzo trudno się broni przez złem w świecie. Bóg bowiem czasem bywa nam potrzebny niezależnie od naszych przekonań. Taką sytuację przed laty przedstawił nam Krzysztof Kieślowski w filmie Dekalog I. Bohater filmu był niewierzący do czasu, kiedy jego mały, ukochany synek nie utopił się jeżdżąc na łyżwach. Wtedy zdesperowany ojciec tak długo szukał ratunku, dopóki nie poszedł do kościoła z wielkim kamieniem i nie rzucił go w ołtarz.

My możemy w Boga nie wierzyć, ale On powinien nas chronić. Bo jeśli coś się nie wiedzie, to musi być jego wina. W głębi serca czujemy, że powinniśmy być bezpieczni i Ktoś powinien nas bronić. Potrzebujemy Ojca. Dobrze, że tak myślimy, ale czy nie jest to myślenie trzyletniego dziecka? Ale ono ma rodziców i nie ma żadnych wrogów. Jeżeli jednak dorośli myślą o Bogu tak samo, to dlatego, że nie wiedzą w jak bardzo innej są sytuacji. Dorośli mają wrogów i to bardzo potężnych – złego ducha, który poprzysiągł im potępienie. I jeżeli nam się coś nie wiedzie, to nie jest to wina Boga, ale nasza, bo nie dopuszczamy do siebie Boga, by nas bronił. Skoro żyjemy w przekonaniu, że Bóg jest nam niepotrzebny i nie szukamy Go, nie pozwalamy Mu nas bronić. Wystarczy zapytać tych, którzy żyją blisko Boga, jak bardzo inne mają doświadczenie. Dopiero jeżeli odkryjemy, że Boga potrzebujemy i wyciągniemy rękę po jego pomoc, możemy być pewni, że nam pomoże i powtórzyć za św. Pawłem - Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8,31) Gdy człowiek ma Boga ze sobą, okazuje się że owi potężni wrogowie nasi – sprawcy całego napędzania ludzi do zła – są bezradni. Wiara i bliskość Boga stawia wokół nas ochronę jak mur.

Bóg bardzo chce zajmować się nami i nas ratować przed złym duchem. To głębokie pragnienie naszego dobra jest największym wyrazem Jego miłosierdzia wobec nas. On nie chce, aby nasze własne grzechy nas zjadały. On da z siebie wszystko, by tak się nie stało. Ojciec posłał do nas Syna, na pokancerowany grzechem świat i zgodził się, że Syn będzie cierpiał – Bóg wydał Go na pastwę naszych grzechów, abyśmy zostali ocaleni, oczyszczeni ze zła. On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? (Rz 8,32) Chrystus cierpi z powodu czynionego przez nas zła, a dzięki temu całe to zło zostaje nam darowane. Chrystus dlatego cierpi, że całe nasze zło bierze na siebie, zły duch atakuje Go mając nadzieję, że gdy On, nasz Zbawiciel, zginie to i my także będziemy potępieni. Jednak Bóg całe zło nam darowuje, bo Jezus nie ginie a przeciwnie zmartwychwstaje i daje nam przebaczenie i życie wieczne.

Po tym wszystkim zostajemy całkowicie oczyszczenie z grzechu, gdy przyjmujemy Chrystusa jako Zbawiciela przez wiarę i wyrażający ją chrzest. Od tej chwili jesteśmy pod całkowitą ochroną Boga, jak pisze św. Paweł: Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? (Rz 8,33) W Bogu nie ma ani cienia oskarżycielstwa wobec nas, On nie szuka naszych grzechów, by je nam wytknąć, ale zaprasza nas do siebie, by je nam przebaczyć. Jeśli myślimy inaczej, mamy zupełnie mylny pogląd na temat Boga. Jeśli czujemy się winni, wewnętrznie oskarżani, to nie Bóg nas oskarża. Okazuje się, że paradoksalnie stale i z zapamiętaniem oskarża nas zły duch. Tak samo oskarżał przed Bogiem Hioba. Bóg nie chce nikogo potępić, chce, aby piekło było puste, a czy jest, to zależy tylko od nas. Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? (Rz 8,34) Tym, który chce nas potępić jest wyłącznie zły duch, a Jezus robi ze swej strony wszystko, by ataki złego nie odniosły skutku. On je wszystkie sprowadza na siebie i bierze w siebie cały ciężar ataków złego ducha na nas.

A że mamy tak potężną ochronę ze strony Jezusa i że tak wielka, pełna miłosierdzia miłość Boga nas otoczyła, dlatego możemy z zachwytem wyrazić za św. Pawłem swoją pewność, że wierząc i ufając Mu jesteśmy bezpieczni: Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? (Rz 8,35) Miłosierdzie Boga zasadza się w istocie na tym, że Jezus przyjmuje zamiast nas całe cierpienie od złego ducha. Dzięki Jezusowi żyjemy, a nie widzimy jak piękną, miłosierną miłością jesteśmy otoczeni i jak z jej powodu możemy być szczęśliwi, gdyż daje nam ona wielkie bezpieczeństwo od Jezusa. Jeśli ktoś to odkryje, jego serce może zadrżeć z powodu myśli, na co zasługuje Jezus, który nam okazał tak wielkie miłosierdzie.

Wielkim przykładem odwzajemnienia miłosierdzia Jezusa jest oprócz jednego z dziesięciu trędowatych także Maria Magdalena. Była to kobieta, która z początku czyniła w swoim życiu bardzo wiele zła. Pisze o niej św. Łukasz, że Jezus ją wyzwolił od siedmiu złych duchów (Łk 8,2) Siedem to w Biblii liczba oznaczająca pełnię, jak stworzenie całego świata w siedem dni. Tak samo Maria Magdalena była pełna zła. Ale Pan Jezus ją całkowicie uwolnił i to uwolnienie było dla tej nieszczęśliwej kobiety tak wielkim szokiem, że zrodziła się w niej wielka, przeogromna czysta miłość do Jezusa. Święty Jan Apostoł tak był zafascynowany jej czystą miłością, że poświęcił jej uwagę w najważniejszym momencie życia Jezusa. Maria Magdalena należała do wąskiego grona najbardziej kochających Jezusa osób, które miały odwagę przebić się przez kordony rzymskie i stanąć pod Krzyżem a potem iść w nocy do strzeżonego przez rzymian grobu. To właśnie jej Jezus ukazał się jako pierwszej i powiedział z miłością – Mario, a ona odparła - Rabbuni. Odpowiedzią Marii Magdaleny na wielkie miłosierdzie Jezusa była wielka  miłość do Niego, miłość, która przetrwała wszystkie przeszkody i połączyła ją z Mistrzem w wieczności.

O niej to napisał Jan, że odwróciła się do Jezusa zmartwychwstałego dwa razy – raz od grobu i wielkiego ludzkiego zwątpienia, że śmierć kończy wszystko. A drugi raz od pokusy, że Jezusa ciało wykradziono i nie było żadnego zmartwychwstania. Dopiero, gdy się przyjmie Boże miłosierdzie i odrzuci pokusy zwątpienia można Jezusa pokochać czystą i piękną miłością jak Maria Magdalena. Amen

Diakon Jan