piątek, 2 lipca 2021

PAN ŻYCIA

Bóg uczynił człowiekowi ogromne dobro, o którym, mimo czterech tysięcy lat głoszenia Starego a potem Nowego Testamentu, mimo żywych tradycji - żydowskiej a potem chrześcijańskiej, ludzie mają wciąż słabe pojęcie. Tym dobrem jest stworzenie człowieka dla nieś­miertel­ności, uczynienie go obrazem Jego własnej wieczności (Mdr 2,23). Zasiew tej prawdy został objawiony w 1. i 2. rozdziale Księgi Rodzaju (Genesis) i jest to prawdą zarówno dla Żydów jak i dla Chrześcijan. Jest to prawda uniwersalna i fundamentalna. Wolą Bożą jest, by człowiek żył a nie umierał. Życie człowieka jest darem, który Bóg raz mu dał i nigdy tego daru mu nie cofa. Bóg jest Panem stworzenia na wieczność i wszystko, co uczynił, jest bardzo dobre. (Rdz 1,31). Zatem należy powiedzieć z naciskiem -  Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania Otchłani na tej ziemi. (Mdr 1,13-14) Bóg jest wieczny, a człowieka stworzył dla Siebie więc nie byłby nim usatysfakcjonowany, gdyby ten umierał i kończył życie. Pan życia dał nam życie i potrzebuje nas wiecznie żywymi a nie śmiertelnymi. Bóg sam nie podlega śmierci i nie chce jej dla nikogo. Jakże koszmarnie tego nie rozumiemy.

Życie i nieśmiertelność jest w Bogu i Bóg daje je tym, którym chce, których kocha i których pragnie mieć dla Siebie. Bóg ma w Sobie wieczność, ale tych, których obdarza Sobą, obdarza nieśmiertelnością. Obrazem tego obdarowania są biblijne znaki niekończącego się karmienia owocami drzewa życia (Rdz 2) oraz czerpania przez roślinę wody korzeniami (Ps. 1). W Nowym Testamencie mamy także obrazy zrośnięcia latorośli z krzewem winnym (J 15) oraz przebywania dwóch synów stale w domu ojca (Łk 15). Człowiek jest nieśmiertelny, ma życie wieczne, jeśli stale jest w relacji czerpania z Boga. Natomiast człowiek umiera - fizycznie a potem duchowo, kiedy oddali się od Boga i wyrzeknie się Go całkowicie.  Z Boga bowiem płynie życie a bliskość z Bogiem zmniejsza działanie śmierci, a ostatecznie całkowicie ją eliminuje. Sprawiedliwość nie podlega śmierci (Mdr 2,23), a sprawiedliwość to przymiot Boga. To, co Boże, nie umiera, to co podlega wpływowi Boga jest chronione przed śmiercią. Zatem, nim powiemy o tym, skąd weszła na świat śmierć, zauważymy i podkreślimy, że gdzie stworzenie jest blisko z Bogiem, tam też jest bezpieczne od śmierci. Gdzie zaś jest ono z dala od Boga, tam jest śmiertelne i wątłe. Skoro więc w świecie tak powszechna jest śmierć, cierpienia i choroby, to jedno trzeba powiedzieć jasno – światu BRAKUJE BOGA.

I światu brakuje Boga nadal, pomimo czterech tysięcy lat judaizmu i chrześcijaństwa. Zatem wyjaśnijmy, jak Bóg zaplanował ratowanie nas od śmierci. Kiedy człowiek odszedł od Niego przez grzech, Bóg podjął wyzwanie i przyszedł do nas na grzeszny świat. Przyszedł jako człowiek, w Osobie Jezusa Chrystusa i sprawił, że Jego Boska moc ożywiająca i uzdrawiająca będzie wędrowała po świecie i promieniała. Ta osobista obecność Boga wśród nas zaczęła się dwa tysiące lat temu, kiedy Bóg stał się Jezusem, człowiekiem i podjął wędrówkę drogami Palestyny. Wszędzie tam, gdzie przychodził, wystarczyło znaleźć się przy Nim: w jednej łodzi (…….), w jednym tłumie(…), dotknąć jego szat (…), zaprosić do swego domu (…). Wystarczył kontakt z Jezusem, a Bóg przywracał zdrowie, dawał życie, ratował od śmierci. Jednak kontakt z Jezusem nie jest automatyczny, ale wymaga wiary, pragnienia relacji z Nim i pragnienie otrzymania życia od Niego, a nie bez Niego. Potrzeba wierzyć Jezusowi, zwrócić się do Niego po dobro, a odżegnać się od złego ducha. To jest bardzo ważne, by zdecydowanie odrzucić złego - połowiczne otwieranie się na Boga i szatana powoduje, że Bóg uzdrawia, a szatan na powrót przychodzi i pozbawia ludzkie serce Ducha Świętego. Pan życia prawdziwie uwalnia od śmierci, jednak ludzki problem polega na tym, że człowiek nie odczepi się od złego, jeżeli nie będzie całkowicie i zdecydowanie przeciwko niemu, a po stronie Dawcy życia. Z naszej niejednoznaczności i chwiejności wiary bierze się to, że życie w nas jest słabe i chore. 

 

Na koniec wyjaśnijmy, skąd wzięło się cierpienie i śmierć. Wszystko, co wiemy na ten temat, zostało nam objawione: śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą.  (Mdr 2,24) Rozdział 3. Księgi Rodzaju pokazuje wyraźnie – zły duch od początku i po dziś dzień nakłania człowieka, by odwrócił się od Boga, bo będzie się mu lepiej żyć bez Niego. I tak właśnie żyją ludzie – bez Boga albo z zupełnie wypaczonym obrazem Boga. Jeśli nawet wierzą w Boga, to bardzo często nie kochają Go lecz boją się i rządzą się na świecie po swojemu. Wtedy Bóg się w ich życiu nie liczy, co prowadzi prostą drogą ku śmierci. No i rzeczywiście, poczynając od XX w., masowa i gwałtowna śmierć zaczęła zaglądać ludziom w oczy  bardzo zdecydowanie. Trzeba powiedzieć, że ludzkość w skali masowej ma całkowicie wypaczony obraz Boga. Jej mentalność jest mentalnością niewolnika bojącego się Boga i starającego się o nim nie myśleć. Ludzie boją się Boga bardziej niż ludzkich władców, bo rzekomo On przede wszystkim chce ich skazać na potępienie. A jest to koszmarna bzdura, którą tylko szatan mógł wymyślić. Wymowa Ewangelii i nauka Kościoła jest zupełnie inna. Bóg jest naszym Ojcem, my Jego dziećmi, a to szatan, nie Bóg, chce skazywać ludzi na potępienie. Taka jest prawda o nas, o Bogu i o złym duchu, a jednak z najwyższym trudem toruje ona sobie drogę do naszej świadomości i nawet kaznodzieje powtarzają nieraz te oddalające ludzkie serca od Boga bzdury. Mimo dwóch tysięcy lat od zmartwychwstania Chrystusa nadal jest w nas dużo więcej z niewolnika aniżeli z Bożego dziecka. To przez tę mentalność jest w nas coraz mniej wiary. A gdzie nasza miłość do Niego? Gdzie przywiązanie dziecka do Ojca? Oblubienicy do Oblubieńca? Bóg pierwszy nas umiłował, a my co z tym robimy?

dk. Jan

MAŁE I WIELKIE

Pan Jezus w nauczaniu o Królestwie Bożym posługuje się obrazem przemiany „małego” w „wielkie”. Mówi o małym ziarnie, z którego wyrasta wielkie drzewo. Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu (Mk 4,30-32). Jezus podkreśla, że ta przemiana jest tajemnicą, która przerasta obserwującego ją rolnika, który sam nie wie, jak ona się dokonuje. Oznacza to, że moc przemiany „małego” w „wielkie” nie jest ludzka, lecz przekracza człowieka i pochodzi od Boga. Oczywiście chodzi nie tylko o przemianę nasienia w roślinę, ale tego, czego nasienie jest znakiem, czyli rzeczywistości duchowych. Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie (Mk 4,26-28).

Przypowieść o nasieniu ilustruje Boże działanie w świecie. To, co ludzkie, co dajemy my ze swej strony jako współpracę z Bogiem, jest maleńkie w porównaniu z tym, co wnosi Bóg. Nie widzenie mocy Bożej a przecenianie ludzkiej siły prowadzi do pychy i stanowi przywłaszczanie sobie Bożej mocy, jakbyśmy to my mieli ją na własność i sami zapewniali nasieniu wzrost. Tymczasem moc wzrostu pochodzi od Boga, a działanie Boże nie jest odkryte, jawne, ale ukryte, tajemnicze, zamknięte jak w łupince nasienia. Dlatego dostrzeżenie działania Bożego wymaga wiary i relacji z Nim. Działanie Boże jest wewnętrzne, to znaczy od Boga wylewa się na to co w nas wewnętrzne, nie zewnętrzne, światowe, spektakularne, nie ostentacyjne ani hałaśliwe. Dlatego, kto żyje światem i jego zamętem, ten nie doświadcza w sercu działania mocy Bożej.

My niewiele możemy dać, gdy chodzi o budowanie życia wiecznego sobie i innym, dominujący jest tu udział Boga. Dlatego przede wszystkim potrzebujemy nauczyć się, żeby działaniu Boga nie przeszkadzać. Bo łatwo możemy przeszkadzać Bogu, jeśli skupiamy się na rzekomej naszej wielkości. Nasza pycha sprawia, że Bóg najchętniej posługuje się rzeczami i osobami małymi oraz słabymi, ponieważ one mają najmniej złudzeń co do własnej wielkości i najmniej stawiają przeszkód Bogu. Nasze dążenie do wielkości jest największą przeszkodą w tym, żeby wyrosło w nas duże drzewo. Pycha blokuje działanie Boże i z naszych nasion wyrastają rośliny karłowe, nie przynoszące owocu. Jeżeli jednak oswoimy się z tym, że wielkie drzewa wyrastają tylko, gdy moc Boża działa w małych ziarenkach, wtedy owoce naszego życia są największe. Chodzi o to, by nie mądrzyć się, że wiemy jak sami powinniśmy się starać i pracować, bo tego nie wiemy, Pan Jezus natomiast to wie i pokieruje nami.

Jakie więc jest owo małe ziarenko, słabe narzędzie, z którego może wyrosnąć duże Boże dzieło? Ono jest słabe jak Mojżesz, który bał się pójść do faraona, słabe jak dwunastu rybaków, którzy mieli iść na cały świat i głosić Ewangelię. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku siła posłańców Bożych wzięła się nie z nich, ale od Ducha Świętego wylanego na nich. Dlatego, jeżeli ktoś czuje się powołany przez Chrystusa do współpracy z Nim, najpierw powinien doświadczyć własnej słabości, a potem dopiero przyjąć moc Boga. Jakże wiele niepowodzeń ludzi Kościoła bierze się właśnie stąd, że próbują działać sami i często nieświadomie przywłaszczają sobie łaskę Bożą. I dziwią się, że celnicy i nierządnice wyprzedzają ich w drodze do Królestwa. Duch Święty jest jedyną Wielką Mocą i skutecznie działa tylko w sercach pokornych.

Przykładem pokornego serca jest św. Paweł, który odbył drogę rozwoju od małego ziarenka do wielkiego drzewa. Małe ziarenko samo nic nie może, zawsze czerpie z Ducha Świętego, ale kiedy staje się dużym drzewem, wtedy ma już w sobie jedność z Chrystusem i bliskość z Ojcem. Wtedy, będąc nadal na świecie, przestaje być ze świata. Zaczyna w nim płonąć wielka tęsknota za Bogiem, bo widzi, jak świat jest mały w porównaniu z Nim. Tęsknota za Bogiem staje się dużo większa od przywiązania do świata. Takie doświadczenia przemiany małego w wielkie są doświadczeniami świętych. Dzięki oczyszczeniu i pokorze zaczynają oni widzieć, jak małymi są ziarenkami i nawet jak małym ziarenkiem jest świat, a wielkim drzewem jest tylko Bóg i oni w swej małości zrośnięci z Nim. Droga przemiany nasionka w drzewo jest w ludzkim życiu ową najwęższą drogą z Jezusem do Ojca.

W naszym życiu duchowym przemiana „małego” w „wielkie” ma bardzo wyraźną treść. Niepozorne nasionko to nasza wiara. Rozwija się ona, gdy nasionko jest zasilane Duchem Świętym. Mocą Ducha Świętego sycącą nasionko, wzbudzającą naszą wiarę i zaufanie do Boga, jest Boża Miłość do nas. On bowiem pierwszy nas umiłował, stworzył i zapragnął mieć nas dla Siebie. Pod wpływem Bożej Miłości nasze nasionko systematycznie wyrasta, choć dzieje się to w ukryciu. Najpierw wyrasta wiara, a potem umacnia się ona sycona Bożą Miłością. Wtedy nasza wewnętrzna roślina staje się coraz większa. Do czego ona zmierza? Ku czemu rozwija się nasza wiara i więź z Bogiem? Rozwija się ona w drzewo obdarowane zdolnością odwzajemnienia Bogu miłości, zdolnością wypełnienia największego przykazania Starego Testamentu – Będziesz miłował Pana Boga twego (Pwt 6,5). Tylko wielkie drzewa mogą miłować Boga, bo mają gałęzie zrośnięte z Bożym pniem. Bóg prosi – Miłości pragnę (Oz 6,6), a miłować Boga to więcej niż być pobożnym.

dk. Jan      

 

 

sobota, 26 czerwca 2021

PIĘCIOPUNKTOWY PLAN OJCA

Jak pełne logicznej prostoty jest w swej istocie działanie Pana Boga. Biblia wyraźnie ukazuje, a serce ludzkie potrafi odczytać etapy, niejako kamienie milowe dzieła, które Bóg zamyślił i konsekwentnie realizuje, zmierzając do pomyślnego finału, choć nam się wydaje, że Bóg ponosi klęskę po klęsce. A jednak tak nie jest, to tylko nasze spojrzenie jest trochę wykrzywione. W niniejszym tekście chcemy te  sprawy nieco uporządkować i nadać naszemu spojrzeniu jasność.

Na wstępie uświadommy sobie nie tyle, co czyni Bóg, ale dla kogo to czyni. Czyżby dla Siebie? Bynajmniej! Ojciec żyje dla Syna, Syn żyje dla Ojca i Obaj życie swoje kierują ku nam. Bóg realizuje swoje zamysły dla nas i realizuje je z miłości do nas. Tymczasem nas na ogół to mało wzrusza.

Zatem po pierwsze trzeba powiedzieć, że dzieło Boga wobec nas jest najpierw dziełem Ojca. Ojciec jest źródłem wszystkiego – od Ojca pochodzi Syn i Duch Święty, a potem cały skierowany ku nam Boży plan. Całe dzieło Boga czynione dla nas jest przede wszystkim dziełem Ojca. On to JEST Pierwszy i wszystko w Nim ma istnienie – całe wielkie dzieło, które tu wyjaśniamy.

Po wtóre trzeba powiedzieć, że wszystko, co dla nas czyni Ojciec, czyni przez Ducha Świętego, to znaczy, że Jego niewidzialna moc i najwyższa miłość jest jedyną siłą sprawczą. Ponadto należy powiedzieć, że to, co Bóg czyni dla nas, jest wykonywane w Synu Bożym, to znaczy, że to, co Bóg sprawia zostaje włączone - zanurzone w Bożego Syna. Ewangeliczny obraz winnego krzewu ilustruje to w sposób niedościgniony. W tym krzewie soki płynące wewnątrz gałęzi ilustrują siłę żywotną Ducha Świętego, a główny pęd ilustruje Syna Bożego, z którym zrośnięci jesteśmy my - latorośle. A jednak cały krzew stanowi główny pęd razem z latoroślami i ten cały krzew jest obrazem Syna Bożego. Oznacza to, że naprawdę jesteśmy w Synu, jesteśmy Jego częścią. I to nie jest żadna przenośnia, ale prawdziwa duchowa rzeczywistość, do której Boże działanie przygotowuje nas i w którą nas wprowadza.

Widzimy wyraziście i w sposób jakże uporządkowany, że w tę całą, przeznaczoną dla nas rzeczywistość wprowadza nas cała Trójca Przenajświętsza – w swej jedności i w swej troistej odrębności. Można nawet powiedzieć, że Troistość Jedynego jest niezbędna, byśmy mogli żyć na wieczność, bo Bóg  stworzył nas właśnie dla Siebie takiego - Jedynego i Troistego. Bóg w Trójcy Jedyny JEST u podstaw wszystkiego, co zaistniało, a czym my żyjemy i możemy naprawdę się zachwycić. W tym tekście  chcę  Wam pomóc, kochani Czytelnicy zachwycić się Bogiem działającym dla naszego ogromnego dobra.

Dzieło Boże dla nas ma wyraźne etapy. Miało swój początek, dzieje się we właściwym woli Bożej tempie i zmierza do wspaniałego finału. Tych etapów, kamieni milowych Bożego dzieła jest pięć - tak to Bóg w Objawieniu dla nas ukazuje. Obecnie z pewnością żyjemy na etapie piątym, zapewne blisko jego schyłku, choć nie u samego końca. Możemy powiedzieć, że czas się dopełnia, choć pozostało go jeszcze trochę przed nami i jak zawsze Słowo Boże nie daje nam podstaw do dokładniejszych rachub.

Pierwszy etap dzieła Ojca to posłanie Ducha Świętego, aby stworzyć świat. To mocą Ducha Świętego, powstał świat, a w nim ludzie. Stworzenie stało się dzieckiem Ojca, stworzonym na obraz i podobieństwo Bożego Syna, co oznacza, że świat i ludzie stanowią odbicie Bożego Syna. Jest to odzwierciedlenie tak głębokie, że możliwe będzie dzięki niemu wcielenie Syna Bożego. Jednorodzony Syn Boży będzie mógł stać się Jezusem – człowiekiem, dzieckiem stworzonego świata. Bóg niejako „zmieści się” w stworzeniu, a to bardzo wiele mówi o godności stworzenia, będącego obrazem Boga – niejako odbiciem Pieczęci w innym, nieboskim tworzywie.

Niestety na tym etapie stworzenie odpowiedziało Stwórcy pychą i grzechem. Choć nie utraciło godności obrazu Boga, znalazło się w nieprzyjaźni z Nim i utraciło znacząco do Niego podobieństwo. To niepodobieństwo do Boga obciążyło także Bożego Syna, bo on wziął na Siebie stworzenie na dobre i na złe, jak mąż ślubuje wierność żonie. Odtąd stworzenie będzie potrzebowało Bożego przebaczenia oraz  oczyszczenia ze skutków grzechu. Dokona się to w dalszych etapach.

Drugi etap dzieła Ojca to posłanie Ducha Świętego do Maryi z Nazaretu, by On sprawił w niej poczęcie Jezusa - Syna Bożego. Od tego dnia Syn Boży staje się żywy i obecny w świecie jako człowiek, jeden z nas i tak spełnia się to, co było możliwe od dnia stworzenia.

Trzeci etap dzieła Ojca to posłanie Ducha Świętego na Jana Chrzciciela i powołanie go jako największego proroka, którego zadaniem było chrzcić ludzi wodą (Mt 3,11, Łk 3,16). Było to wyjątkowe powołanie, bo Jan Chrzciciel miał przedstawić ludzkości Mesjasza w Jezusie, a wodą swego chrztu zapowiedzieć wylanie na ludzi Ducha Świętego. Powołując Jana Chrzciciela Ojciec niejako przygotowuje miejsce, dokąd ma przyjść Jezus i zacząć swoją przełomową w dziele Ojca misję. Dlatego posłanie Ducha Świętego do Jana Chrzciciela jest kamieniem milowym eksponowanym przez ewangelistów.

Czwarty etap dzieła Ojca to przyprowadzenie Jezusa nad Jordan, by zanurzył się w wodę chrztu janowego razem z grzesznikami i otrzymał Ducha Świętego, a Ojciec ogłosił Go swoim Synem umiłowanym. Jest to przełomowy moment, kiedy Ojciec posyła swego Syna do ludzi, by wziął na siebie ich grzechy i dokonał dzieła Odkupienia jakie Mu Ojciec powierzył.

Odpowiedzią Jezusa na to posłanie przez Ojca będzie nauczanie, znoszenie od ludzi cierpienia, służenie im dobrem, śmierć z powodu ich grzechu, a wreszcie pokonanie tego grzechu i zmartwychwstanie.

I wreszcie piątym etapem dzieła Ojca jest chrzczenie Duchem Świętym ludzi, których Jezus przygotował, bo wysłużył im Boże przebaczenie i zaszczepił w nich wiarę. Ci, którzy uwierzą w Jezusa, w Jego zwycięstwo nad grzechem, mogą przyjąć obietnicę Ojca: chrzest Duchem Świętym, którego zapowiedzią był chrzest janowy nad Jordanem.

Ten etap dzieła Ojca zapoczątkowuje czasy działania Ducha Świętego w świecie i Kościele. Istotą tego czasu jest działanie Ducha Świętego w sercach, które Go z wiarą przyjmują. Przez Jezusa otrzymali oni przebaczenie Ojca i żywe dziecięctwo Boże, a teraz Duch Święty prowadzi ich drogami oczyszczenia. Dobrze ilustruje to przypowieść o dziecku, któremu mama pozwoliła wyjść na podwórko przestrzegając - trzymaj się z dala od błotnistej kałuży. Dziecko nie posłuchało i wróciło do domu zabłocone. Mama najpierw nauczyła je by przeprosiło, potem przebaczyła mu, a na koniec wzięła je do wanny i solidnie wypucowała gąbką i mydłem. Przebaczenie wysłużył nam Jezus, a gąbką z mydłem pucuje nas Duch Święty przez wszystkie dni nasze aż do końca.

Mówiąc o chrzcie Duchem Świętym zawsze w kontekście powtórnego przyjścia Pana Jezusa Ewangelia wyraźnie zapowiada, że celem oczyszczającego działania Ducha na tym etapie obejmującym czasy Kościoła jest przygotowanie wszystkich ludzi na powtórne przyjście Pana Jezusa. Pismo Święte mówi o Pięćdziesiątnicy jako o początku tego działania, a potem mówi o coraz intensywniejszym działaniu Ducha im bliżej powtórnego przyjścia Pana. Mówi się nawet o drugiej Pięćdziesiątnicy. Jak mocne będzie to działanie Ducha, aby poruszyć serca całego świata. Będzie ono zróżnicowane zależnie od stanu serc: inaczej Duch zadziała wobec wymagających niewielkiego oczyszczenia, inaczej wobec zaniedbujących się, inaczej wobec lekceważących Go, a jeszcze inaczej wobec wielkich grzeszników. O tym zróżnicowanym działaniu Boga pisze Apokalipsa.

A gdy Duch Święty przygotuje ludzi, a Ojciec uzna, że nadszedł czas, wtedy powtórnie przyjdzie Pan Jezus i jak Dobry Pasterz zbierze wszystkich przygotowanych, by poprowadzić do Ojca. W ten sposób wrócą do Ojca ci, którzy na etapie stworzenia od Niego odeszli. Tak zakończy się dzieło Ojca, a nastanie wieczność, gdzie Bóg jest wszystkim we wszystkich.

                                                                                                                             Diakon Jan

AŻ DOTĄD, NIE DALEJ - TU ZAPORA DLA TWOICH NADĘTYCH FAL

Słowa tytułu zaczerpnięte z księgi Hioba należą do tekstów mało znanych i słabo pojmowa­nych, a przecież są one fenomenalne i wyjątkowo cenne, kiedy fale stają się coraz bardziej gwałtowne, a ludzie bezradni wobec huku morza i jego nawałnicy (Łk 21,25). Słowa, o których mówimy, należą do natchnionej refleksji nad stworzeniem ziemi dokonanym przez Boga dla człowieka. Kiedy Bóg zakłada podstawy ziemi (Hi 38,4), wtedy wzburzone morze zamyka bramą (Hi 38,8). Dla starożytnych morze jest siedliskiem zła, zalewa ono wybrzeża i topi okręty, dlatego w Biblii też jest znakiem wszelkich sił wrogich człowiekowi. Co prawda autor Księgi Hioba nie zna pochodzenia zła, jednak wie, że w sumie i ono musiało jakoś pośrednio wyjść z ręki Boga. Dziś wiemy, że zło pochodzi z buntu przeciw Bogu części obdarzonych wolną wolą aniołów, ale ta wiedza też nie zmienia niczego w rozumieniu wspomnianego tekstu Księgi Hioba. Bóg stworzył aniołów, a po nich ludzi, stworzył ich wolnymi tak jak On sam jest wolny. I choć wolne istoty z pychy mogą buntować się przeciw Bogu, i tak nie ogranicza to w żaden sposób Boskiej władzy nad nimi i Boskich możliwości. Pomimo wolności i nadętej pychy złych istot, Bóg i tak panuje nad nimi, bo je stworzył i zna do głębi. Istoty nadęte i wzburzone jak morskie fale mogą się rozlewać i panoszyć, a przecież i tak nie przekroczą ram zakreślonych przez Boga. Ta prawda, znana już w Starym Testamencie, jest wspaniałą nowiną dla ludzi. Niestety ludzie bardzo mało o niej wiedzą, gdyż szatani starają się, by wiedza o słabości zła jak najsłabiej do ludzi docierała i miała w nich jak najmniejszy oddźwięk. Zły chciałby być w świecie postrzegany jako siła potężna, co najmniej równa Bogu. Wtedy ludzie będą się go bać i powątpiewać w moc i znaczenie Boga. Wtedy nikt nie będzie zważać na słowa z Księgi Hioba: Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone, gdy chmury mu dałem za ubranie, za pieluszki - ciemność pierwotną? Złamałem jego wielkość mym prawem, wprawiłem wrzeciądze i bramę. I rzekłem: Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich nadętych fal. (Hi 38,8-11)

Z przedstawionym tekstem nieodłącznie wiąże się opowieść Ewangeliczna o poskromieniu przez Jezusa burzy na Morzu Galilejskim (Mk 4,35-41). W tekście tym wybija się na pierwszy plan charakterystyczna, agresywna reakcja uczniów: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? (Mk 4,38) Oczywiście, jak większość naszych agresji, tak i ta jest podyktowana strachem. Mamy pretensję do Boga, że się nami nie opiekuje, a tymczasem jest zupełnie inaczej - Bóg się nami troskliwie zajmuje, tylko my się Jego opiece nie poddajemy. Najczęściej spod Jego opieki się wymykamy, ponieważ, jak mówi Pan Jezus brak nam wiary (Mk 4,41). Co to znaczy i na czym polega? Otóż, jak powiedzieliśmy w poprzednim akapicie, Bóg panuje nad złem i dlatego Jezus na morzu jest bezpieczny od zła. Szatan nic nie może Jezusowi zrobić, chyba że On sam mu na to pozwoli (o czym powiemy dalej). Jezus jest Bogiem, dlatego może spać podczas burzy, a ta nic Mu nie jest w stanie zrobić. O tej prawdzie wiary Starego Testamentu uczniowie powinni wiedzieć, dlatego Jezus wypomina im jej brak. Zatem Jezus jest w łodzi bezpieczny. Ale co z ludźmi - Jego uczniami? Całe wydarzenie pokazuje, że gdy uczniowie są razem z Nim, wtedy też są bezpieczni, bo sama Jego obecność przy nich zapewnia im bezpieczeństwo. Kto opiera swoje bezpieczeństwo na wierze Jezusowi, ten się nie zawiedzie. Bóg ma władzę nad złem i Jezus ma władzę nad złem, a bezpieczeństwo ludzi od zła zależy od ich relacji z Jezusem i przerwaniu relacji ze złem. Tego właśnie uczy Jezus.

Bóg może nakazać przyrodzie, a ona będzie toczyła się dokładnie tak, jak On chce. I tak właśnie przyroda się toczy. Burza zaczyna się i ustaje zgodnie z prawami przyrody, to znaczy, kiedy Bóg chce, bo prawa przyrody są częścią woli Boga. Wszystko, co naturalne, dzieje się tak, jak Bóg chce i to językiem ludzkich, nie opartych na wierze obserwacji nazywamy prawami przyrody. Gdyby uczniowie nie widzieli Jezusa i burza nagle by ustała, pomyśleli by – jakie te burze bywają kapryśne i takie właśnie gwałtownie się zmieniające burze były częste na Jeziorze Galilejskim. Ale w tym przypadku dane apostołom było widzieć Boga wtedy, gdy działał w siłach przyrody. Bóg dał im to widzenie, by uwierzyli, że Jezus jest Bogiem.

Bóg może nakazywać martwej przyrodzie, ale nie tylko jej. Bóg może nakazywać także szatanom (podobnie jak aniołom), gdyż oni są stworzeni przez Boga na Jego usługi. Dlatego Bóg bezwzględnie narzuca granice działaniu złym duchom tak samo jak morzu i kiedy dzieje się zło, Bóg je tylko dopuszcza i ma w tym swój jasno określony cel. Prawda o tym, że Bóg suwerennie określa dopuszczalne ramy działania zła, jest pewna i bardzo dla nas ważna.

Tak Bóg postępuje z przyrodą i szatanem. A jednak zupełnie inaczej postępuje On z ludźmi i o tym wiele napisał św. Paweł, na przykład w 2 Kor 5,14-17. Bóg wobec człowieka nie stosuje nakazów, nie zmusi go do niczego słowami: Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich nadętych fal. Bóg nie zmusza człowieka do pełnienia Jego woli, czynienia dobra. Bóg zachęca ludzi do tego i uczy ich także, by wzajemnie się zachęcali do dobra. Dlaczego ludzie są traktowani inaczej? Ponieważ są  istotami innymi niż przyroda i aniołowie, są obrazem Syna Bożego i jeśli nie grzeszą noszą w sobie podobieństwo do Niego. Ludzie są dziećmi Boga i są jak Bóg wolni. Mogą więc także buntować się przeciw Bogu i odwracać od Niego. A jednak nawet nad takimi wolnymi i podatnymi na grzech ludźmi Bóg potrafi zapanować. On panuje nad nimi naprawdę, choć za wielką, osobiście ponoszoną cenę – cierpienie i śmierć Syna Bożego w ciele. Właśnie dla ratowania ludzi Bóg w Jezusie pozwala złu zbliżyć się do Siebie i nawet przejściowo odnieść nad Sobą niewielkie zwycięstwo.

Św. Paweł pisze wiele o tej ofierze Jezusa. Jej to dotyczą słowa: Albowiem miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli. A właśnie za wszystkich umarł Chrystus po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał (2 Kor 5,14-15). Pan Jezus umiera z powodu naszych grzechów, bo grzeszenie jako odwracanie się od Boga sprowadza na ludzi śmierć jak na roślinę brak wody. Ale Jezus umiera za nas, bo chce, umiera zamiast nas i sprawia, że nasz grzech zabija Jego, a my pozostajemy żywi i wolni od obciążającego nas i uniemożliwiającego nam życie wieczne grzechu. Pozostajemy żywi jeżeli będziemy trzymać się Jego, jak uczniowie być z Nim i wierzyć Mu. Bo On zawsze jest bezpieczny od zła, a my tylko wtedy, gdy jesteśmy zjednoczeni z Nim w jedno.

Jednak do bycia jednym z Jezusem nie jesteśmy zmuszani, ani nie jest to nam nakazywane. Jezus proponuje nam życie ze sobą i robi bardzo wiele, byśmy Jego ofertę przyjęli. Stara się, zabiega o nas, walczy do ostatniej sekundy naszego życia, byśmy zechcieli pójść z Nim. Tłumaczy nam, jak ogromną jest wartością, zachęca nas, błaga. I cierpi, by nas przekonać. A jeżeli mimo tego stawiamy opór, wtedy On, w zupełnej, ale to zupełnej ostateczności, przełyka gorzką pigułkę naszej niechęci. Jeśli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem (2 Kor 5,17), a jeśli tego nie chce, wtedy… ech!   

Diakon Jan

czwartek, 29 kwietnia 2021

BOŻE MIŁOSIERDZIE I LUDZKA MIŁOŚĆ - O miłości okazywanej Panu Jezusowi podczas Męki (wg. św. Marka)

Katecheza na zakończenie rekolekcji wygłoszona w Uroczystość Miłosierdzia Bożego


Szczytowym momentem miłosiernej miłości, kiedy Bóg okazuje najpełniejsze miłosierdzie wszystkim ludziom jest męka i śmierć Pana Jezusa na Krzyżu. Istotą okazanego nam wtedy miłosierdzia jest to, że Bóg przelewa za nas krew i otwiera nam drogę do życia wiecznego, mimo że my od początku do końca czasów ranimy Go, lekceważymy i odrzucamy, nie słuchając Jego słowa tak ważnego dla nas. Jezus nie oszczędza Siebie, umiera zamiast nas, choć widzi, że jesteśmy grzesznikami i wielu nimi pozostanie mimo Jego ofiary. Jezusowi w Jego miłosierdziu bardzo zależy na nas, gdyś jesteśmy Bożymi dziećmi i do końca, z wielką determinacją walczy o nas, by oczyścić ze zła i doprowadzić do wieczności w domu Ojca. Dla nas Bóg niczego nie żałuje: ani poświęcenia, ani cierpienia, ani bólu odepchniętego serca. My tymczasem nie widzimy ani nie rozumiemy, jak żyjemy i jak źle Bóg jest przez nas traktowany. Wcale nie myślimy, że Bóg w Jezusie jest żywą istotą ludzką: najdelikatniejszą i najwrażliwszą, tak samo jak my potrzebującą uwagi i miłości. Nam wydaje się, że to my jesteśmy źle traktowani: przez ludzi, zły świat, a nawet Boga. Bóg wie, że tak jest: że będzie lekceważony i odrzucany, a jednak przychodzi i pozwala się tak traktować, według tego jak każdy z nas chce i potrafi. Jedni odnoszą się do Niego z wrogością prześladowców, inni z obojętnością, nawet ci, co chcą być Jego uczniami, często odnoszą się do Niego z letniością, bez entuzjazmu, traktują Go jako dodatek do najważniejszej dla nich doczesności. Ale są też ci gorący, którym zależy na Nim. Wśród nich jednak część jest takich, którzy słabo rozumieją Jego Ewangelię i pod wieloma względami błądzą. Wreszcie można znaleźć i tych świętych, którzy słuchają Go i żyją w duchu Ewangelii.

Oto cały przekrój dzieci Bożych: poczynając od najzimniejszych aż po najgorętszych. Bogu miłosiernemu zależy na wszystkich, jednak każdy potrzebuje zupełnie innych darów miłosierdzia i innych Bożych wysiłków. Ich wynikiem jest to, że ludzie oczyszczani przez Boga zmieniają się, choć każdy trochę inaczej i po innym czasie. Jedni przyjmują oczyszczenie natychmiast, inni otwierają się przed Bogiem dopiero po ciężkich doświadczeniach, jeszcze inni są gotowi poddać się Bogu dopiero w chwili śmierci. Jednak niektórzy może nigdy nie przyjmą jego miłosierdzia. Bo miłosierdzie Boże rozsiewane jest jak ziarno: napotyka różne gleby i w różnym tempie wyrastają z niego plony. Zawsze jednak ostatecznym owocem, którego Bóg oczekuje, jest to, że z Jego miłosierdzia, podlewanego wodą Ducha Świętego wyrośnie nasza do Niego miłość.

Do tej pory zbyt mało się mówiło o tym powołaniu do miłości, wszyscy mówili głównie o wierze. Dziś Bóg przypomina o naszym ostatecznym celu, by dla wszystkich był on zupełnie jasny. Kiedy nadszedł kulminacyjny moment, że Pan Jezus objawił całe swoje miłosierne poświęcenie dla nas, kiedy zbliżało się najważniejsze w naszej historii święto żydowskiej Paschy, kiedy Krzyż na Kalwarii ociekał już Jezusową Krwią, wtedy wśród świadków tych wydarzeń zaczęły się pojawiać różne odpowiedzi na Jego miłosierdzie. Jedni, już gotowi, natychmiast odpowiedzieli Miłością, inni jeszcze niegotowi dopiero później mieli odpowiedzieć Miłością. Niżej rozważymy dwa przykłady odpowiedzi na Jezusowe miłosierdzie ukazane przez ewangelistę Marka.

Miłość kobiety z flakonikiem olejku. Św. Marek rozpoczyna opis Męki Pana Jezusa od przedstawienia wizyty w Betanii, w domu Szymona Trędowatego, którego Jezus kiedyś uwolnił z trądu. W tym domu Jezus zawsze był gorąco przyjmowany. Tym razem temperatura przyjęcia Go sięgnęła zenitu, bo kiedy leżał przy stole, pewna kobieta wylała na Jego nogi cały, funtowy flakonik alabastrowego olejku nardowego. Taki olejek kosztował majątek, był wart trzysta denarów, czyli rocznej praca robotnika. Używali go jedynie ludzie bogaci w luksusowych celach kosmetycznych. Kobieta musiała mieć wiele pieniędzy i jeszcze więcej wdzięczności i miłości do Jezusa. Zapewne Jezus niedawno okazał jej wielkie miłosierdzie, uwolnił ją od wielkiego zła i całkowicie odmienił jej życie. Być może przeznaczyła dla Niego wszystko, co miała, był bowiem dla niej najważniejszy. Ta kobieta, według św. Jana to Maria, siostra Łazarza. Miała ona do Jezusa wielką wdzięczność i wzorową miłość, dokładnie taką o jakiej Jezus nauczał, gdy mówił, że nie jest Go godzien ten, kto nawet najbliższą rodzinę miłuje bardziej niż Jego. Właśnie taką swoją miłość wyraziła kobieta, miłość ponad wszystko, zupełnie nie zważając na doczesne konsekwencje oddania tak wiele.

Zdziwieni byli wszyscy świadkowie, nie wyłączając apostołów, a Judasz wręcz zaoponował – za te pieniądze lepiej było wspomóc biednych. Większość ludzi wierzących myśli tak samo – że chrześcijańska postawa powinna wyrażać się przede wszystkim miłością do bliźnich. Przecież Bóg tak naprawdę niczego nie potrzebuje. Tymczasem Pan Jezus pokazuje, że myślenie takie jest przejawem wyrachowania, małej wiary i miłości do Niego. Przypomina, że On ma zajmować w sercach miejsce pierwsze, przed ludźmi. I trzeba podkreślić, że Pan Jezus wcale nie mówi, żeby nie wspomagać biednych, ani zaniedbywać bliskich, przeciwnie piętnował tych, którzy składali ofiary w świątyni jako korban, czyli zamiast wspomagania potrzebujących. A jednak On, zwłaszcza w dniach swojej śmierci zasługuje ponad wszystko na dar miłości. Pan Jezus mówi o tej sprawie tak jak na innym miejscu, że należy to czynić a tamtego nie zaniedbywać. (Mt 23,23) Ludzi potrzebujących zawsze mamy i wszystkim nie pomożemy a Pan Jezus w naszym życiu jest Kimś wyjątkowym i gesty miłości, choć symboliczne to są Bogu miłe, jeśli dane z serca i zwłaszcza z wielkim poświęceniem jak choćby „wdowi grosz”. (Łk 21) Kobietę przeznaczającą dla Jezusa taki majątek są w stanie zrozumieć tylko święci. Oni nigdy nie żałują niczego biednym, oddają im nawet swoje ostatnie ubranie, a jednak dla Pana Jezusa zawsze mają pierwsze miejsce i najlepsze dary. Czyn uwielbiającej Pana Jezusa kobiety, upamiętnił się na wieczność, co Jezus zapowiedział w słowach skierowanych do Judasza. Był to czyn owej szalonej miłości świętych, którzy nie wątpią, że Jezus na takie szaleństwo zasługuje i tylko oni mają odwagę tak miłość Mu okazać. Bóg okazał ludziom jeszcze dużo bardziej szalone miłosierdzie puszczając w niepamięć nawet najcięższe grzechy, a przecież mówi tak delikatnie i jakby nieśmiało – że czegoś od nich oczekuje. Właśnie miłości! Takiej jaką miała ta szalona święta kobieta.

Miłość Piotra. Drugą osobą, której św. Marek, poświęca wiele uwagi podczas męki Pana Jezusa jest Piotr – apostoł, któremu Marek towarzyszył i od którego się uczył. O sobie Piotr mówił pokornie i bez ogródek, że zaparł się Pana i Marek tak to opisał. Jaki był Piotr? Niewątpliwie był całym sercem przywiązany do Mistrza. Trzymał się Go mocno, mówił o Nim z zapałem a swoje przywiązanie do Niego wyrażał właściwym sobie gwałtownym temperamentem. O tym, co myślał o Jezusie wołał głośno i z wielkim zapałem. Podczas Ostatniej Wieczerzy, słysząc, że jeden z apostołów zdradzi Mistrza, był oburzony. Zaraz zaczął zapewniać, że on nigdy by nic takiego nie uczynił. Choćby nawet wszyscy Go zdradzili, on jeden oddałby życie za Niego. I było to szczere, choć świadczyło o wielkiej nieznajomości siebie. Piotr naprawdę kochał Mistrza, był tego uczucia bardzo pewny. Jego determinację pokazuje również reakcja na widok służby świątynnej w Ogrójcu. Natychmiast sięgnął po miecz i uderzył w głowę jednego ze sług arcykapłanów. Był gwałtowny i lekkomyślny. Działał szybciej niż myślał, rozpoczynając walkę mieczem w obronie Jezusa. I nie wiadomo, jak by się ta lekkomyślność Piotra dla apostołów skończyła, gdyby Jezus nie powstrzymał go a rannego sługę nie uzdrowił. I po tym incydencie Piotr nie przestał myśleć o pomocy Jezusowi. Był naprawdę odważny. Wraz z Janem poszli za prowadzącymi Jezusa strażnikami. Piotr podobnie jak Jan nie chciał zostawić Mistrza, zbyt Go kochał i miał nadzieję, że coś się wydarzy, a on będzie wtedy w pobliżu.

A jednak Piotr był nie tylko waleczny i pewny siebie. Był słaby i nieprzygotowany do cierpienia. Podobnie jak inni apostołowie nie wyczuł zbliżającego się niebezpieczeństwa. Usnął, mimo że Jezus miał wypisane na twarzy przerażenie. Choć Jezus go przestrzegał, Piotr zupełnie nie przewidywał, co się może za chwilę stać. Gdy wchodził na dziedziniec pałacu arcykapłana, ani myślał, że sytuacja, w którą się wplącze, przerośnie go. A sytuacja, w której się znalazł, była iście szatańską pułapką, przygotowaną przez złego ducha, by zniszczyć wybraną przez Jezusa głowę apostolskiego grona. Kiedy Piotr znalazł się z Janem na dziedzińcu, gdzie paliły się ogniska i było widno, a ludzie patrzyli na siebie z bliska, Piotr zaczął się bać. Łatwo mógł zostać rozpoznany, a przecież nie był niewinny: w Ogrójcu uderzył sługę arcykapłana mieczem. Kiedy służący zaczęli wypytywać go, kim jest i czy nie był z Jezusem ogrodzie, Piotr naprawdę się przeraził. Już widział siebie aresztowanego i oskarżonego o napad na wysłańca arcykapłana. Dlatego się zaparł.

A kiedy zaparł się trzy razy, zrozumiał, jak nierozsądnie upierał się w Wieczerniku, mówiąc, że Mistrza nigdy nie zdradzi. Teraz uświadomił sobie, że Jezus wszystko wiedział, a i tak nie zmienił stosunku do niego. Dlatego mimo, że czuł się strasznie, jak ktoś zgubiony i przeklęty, liczył na miłosierdzie Jezusa, gdyż czuł, że Pan zna jego serce i mu przebaczy. Wiedział, że tak naprawdę nie ma nikogo tak bliskiego, bez którego wyobrażał sobie, życia. Przecież już kiedyś Mu powiedział: Panie do kogo pójdziemy? Ty masz słowo życia wiecznego. (J 6,68) Dlatego nie uciekał z dziedzińca, ale czekał, aż straże wyprowadzą Jezusa. Liczył, że jakoś porozumie się z Nim. A Jezus,, skoro tylko wyszedł, szukał wzrokiem Piotra. Piotr widział, że Jezus już o nim wszystko wie i już mu przebacza. Widząc tę miłość, Jezusa, a swoją nędzę, Piotr w jednej chwili rozpłakał się gorzko i wybiegł z dziedzińca. Biegł nocnymi ulicami Jerozolimy, aż ukrył się w Wieczerniku,, gdzie byli także inni apostołowie prócz Jana i Judasza.

Później, gdy Pan Jezus zmartwychwstał, Piotr nie wierzył, że jego wybranie na głowę Kościoła nadal jest aktualne. Dlatego, Pan Jezus, kiedy spotkał się jeszcze raz z apostołami w Galilei, ponowił powołanie. Wtedy udzielił Piotrowi a przez niego całemu Kościołowi ostatniego, najważniejszego pouczenia. Pisze o tym autor rozdziału 21 ewangelii wg św. Jana. Zmartwychwstały po trzykroć zapytał Piotra o miłość i po trzykroć potwierdzswój wybór Piotra na głowę Kościoła. Jest to najważniejszy tekst, zawierający wyjątkową wskazówkę dla Kościoła na wszystkie czasy, od dnia zmartwychwstania po dni ostateczne. Jezus mimo grzechu ponownie powołuje Szymona Piotra na pasterza Kościoła. Pyta go raz i drugi: czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci (gr.: αγαπας με πλεον τουτων) – w istocie pyta tak: oni wszyscy Mnie kochają, a ty, czy kochasz Mnie więcej – czy miłujesz? Piotr zaś odpowiada: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham (gr. ναι κυριε συ οιδας οτι φιλω σε). Greckie słowo filo – kocham, darzę przyjaźnią znaczy mniej niż agapas – miłujesz, o co zapytał Jezus. Miłowanie to działanie, jakim Bóg darzy ludzi i jakie Jezus okazuje im i przede wszystkim Ojcu. A jednak Bóg wzywa ludzi także do miłowania Siebie i do tego też wzywa ich Jezus. Ale ludzie pytają: czy to możliwe, czy człowiek jest w stanie miłować Boga? Tak wielkie wymaganie wydaje się niezrozumiałe, choć przykazanie i zarazem obietnica: będziesz miłował Pana Boga twego pojawia się już w Starym Testamencie. (Pwt 6,3) Ale jak człowiek może miłować Boga na miarę tego jak Bóg jego miłuje? Żydzi próbowali kochać Boga zaledwie wykonując przepisy Prawa. A Jezus dopomina się miłowania, bardziej niż ojca, matkę i cały świat. Nawet wielu chrześcijan wątpi, czy będąc człowiekiem da się miłować Boga i Jezusa.

Na odpowiedź na te wątpliwości trzeba było długo czekać. Przyniosło je dopiero Zmartwychwstanie. Powołaniu człowieka do miłości Boga jest poświęcona ewangelia według św. Jana, szczególnie jej drugi epilog. Okazuje się, że ludzka zdolność miłowania Boga stanie się dopiero owocem przyjęcia przez nich Łaski zmartwychwstania. Kiedy w pokorze oczyszczenia, poddania się prowadzeniu Jezusa i oddania się Mu całkowicie, człowiek wchodzi w wewnętrzne zjednoczenie z Jezusem – Człowiekiem i Bogiem, wtedy dopiero może otworzyć się przed nim możliwość miłowania Boga mocą Jezusa. A ponieważ to powołanie do miłowania Boga zostało dla nich przeznaczone u kresu drogi do Boga, dlatego Bóg i Pan Jezus mają prawo pragnąć od nas miłowania i stawiać je nam jako realny cel. Najważniejszy tekst na temat tego celu to 21. rozdział Janowej Ewangelii, gdzie Pan Jezus wyraźnie dopomina się od Piotra miłowania, a Piotr czuje się niegotowy i odpowiada, że na razie tylko Jezusa kocha po ludzku. Potwierdza to dwa razy.

A co z trzecim razem - Piotr bowiem został zapytany trzy razy, tyle ile razy zaparł się Go i ile potrzeba, by się ponownie w pełni zadeklarował. Bo po trzykroć znaczy w Biblii - w najwyższym stopniu. U Izajasza Bóg po trzykroć święty to najświętszy (Iz 6,3) a u Piotra trzykrotne zaparcie się znaczy pełne wyparcie się. Dlatego Jezus oczekuje od nawróconego Piotra trzykrotnej deklaracji miłości. Jak więc było za trzecim razem? Za trzecim razem Pan Jezus zapytał Piotra już tylko: czy Mnie kochasz (gr.: φιλεις με). Wtedy Piotr zasmucił się - przede wszystkim dlatego, że Jezus za trzecim razem zapytał go słabiej, jakby ustąpił z wymagań. Ale Jezus ustąpił tylko do czasu. Przyjął, że na razie Piotr nie jest w stanie miłować, jest w stanie tylko kochać, ale to się zmieni. Bo gdy Piotr był młodszy, sam się przepasywał i chodził gdzie chce. Ale przyjdzie czas dojrzały, kiedy kto inny go przepasze i poprowadzi tam, gdzie Piotr po ludzku nie chce. Wtedy dopiero Piotr odda się całkowicie Bogu i w pełni uwielbi Go męczeńską śmiercią. Niedawno w Wieczerniku złożył pustą deklarację, ponieważ wciąż tylko kocha Jezusa, nie miłuje. Ale potem umiłuje Go i wtedy dojdzie do swego kresu - dnia męczeństwa w Rzymie.

Podsumowanie. Bóg okazuje ludziom miłosierdzie i oczekuje od nich jego odwzajemnienia naszą miłością. Człowiek najpierw ma uwierzyć w Jezusa i Jezusowi jak Piotr, przewodnik wiary Kościoła. Potem ma jak Piotr nauczyć się kochać Jezusa. Ale ostatecznie, u swego kresu człowiek ma mieć w sercu pełnię miłowania Jezusa, miłowania będącego odpowiedzią na tę miłość i to miłosierdzie jakie Bóg ma dla człowieka. Ale do miłowania Jezusa trzeba dojrzewać przez całe życie przyjmując Łaskę Boga, która jest darem Ducha Świętego i owocem zmartwychwstania. Bóg chce być miłowany, a ludzie będą zdolni Go miłować, gdy skorzystają ze wszystkich owoców Jezusowego zmartwychwstania. Sami z siebie nigdy w życiu nie będziemy w stanie tego miłowania przeżywać w sercu. I oto jest droga Kościoła. Piotr staje na jego czele i prowadzi. Najpierw uczy wierzyć Jezusowi, a i to jest dla ludzi w Kościele często bardzo trudne, bo zły duch podkopuje w nas wiarę. Czyni to tym mocniej, im więcej czasu upływa od dnia zmartwychwstania i im świat staje się bardziej zakłamany, a do tego niewiarygodnego faktu wydaje się mentalnie coraz dalej. Potem tych, którzy mimo wszystko uwierzą, Piotr uczy kochać Jezusa. Chcą i potrafią to przyjąć tylko niektórzy, ci gorętszy. Ale ostatecznym naszym celem jest umiłowania Jezusa a przez Niego Boga, a do tego prowadzi Kościół już nie tylko Piotr, ale mistrzowie miłości tacy jak św. Jan.

Taka jest nauka o Bożym miłosierdziu i naszym powołaniu odpowiedzi na nie. Odpowiedź ta zaczyna się od wiary w Jezusa i w Boga. Od wiary rozwija się ona w kochanie Go. Ale ostatecznie od kochania rozwija się w miłowanie i tu dopiero znajduje swoją spokojną przystań. Taka jest wielka nauka o miłosnych owocach Zmartwychwstania będąca szczególnym darem dla Kościoła płynącym z ewangelii według Świętego Jana.

diakon Jan


czwartek, 22 kwietnia 2021

Katecheza na Poniedziałek Wielkanocny

 PAN JEZUS ZMARTWYCHWSTAŁ DLA NAS

Jezus - obciążony naszymi grzechami. Pan Jezus przychodząc do nas miał przede wszystkim piękno i duchowe bogactwo pełnego człowieczeństwa, jakie wyszło z ręki Boga. A jednak  wziął On na siebie także cały ciężar grzechu świata, ponieważ ludzie od początku do końca czasów popełniali i będą popełniać grzechy. Pytamy, co to znaczy, że Jezus wziął na siebie grzechy? Święty Paweł ujął to tak: [Bóg] dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu. (2Kor 5,21) Pan, choć sam nie znał złego postępowania i nie popełnił żadnego grzechu, to jednak z woli Boże (czyli także swojej własnej) przyjął stan, w jakim znajduje się każdy człowiek popełniający grzechy, zupełnie tak jakby to On – Jezus popełnił wszystkie grzechy świata. Innymi słowy w życiu doczesnym Jezusa odbiły się wszystkie następstwa ludzkich grzechów. One wystawiły Go na niszczące ataki szatana, sprowadziły na Niego słabość, a nade wszystko utrudniły Mu kontakt z Ojcem i po ludzku zamknęły drogę do nieba. Znalazłszy się w takiej sytuacji Jezus spadł na samo dno, obok największych grzeszników, podzielił ich los i nic co ludzkie nie było Mu obce. Dzięki temu nikt z nas nie może powiedzieć, gdy przeżywa zło i cierpienie, że Jezus-Bóg go nie zna i nie rozumie.

Jezus - jedyny pełen zasługi. A jednak będąc pod naciskiem odczuwanego w sobie i wkoło siebie zła Jezus ani przez chwilę nie uległ pokusie czynienia go i sprzeciwienia się woli Ojca, mimo że u ludzi uleganie złu jest postawą powszechną. Na tym właśnie polega wyjątkowa i jedyna w świecie ludzka zasługa Jezusa. Tylko On – człowiek żyjąc pod brzemieniem zła postępował jak Bóg, ocalając w sercu najwyższą miłość, podczas gdy cały świat pchał Go ku nienawiści. Gdy świat odwraca się od Boga, jedynie On - Syn Boży pozostaje w bliskości z Ojcem. I to jest Jego najwyższa zasługa. Tylko On potrafi tak żyć. Nikt inny na ziemi. Dlatego tylko On w całej historii jest człowiekiem czystym, nieskończenie zasłużonym wobec Ojca. I tylko ta Jego czysta postawa ma najwyższą wartość w oczach Ojca. Nasze dobro, choć istnieje, jest tylko cząstkowe w porównaniu z zasługą Jezusa. Owszem, ponieważ Ojciec nas kocha, nasze małe zasługi mają też wartość w Jego oczach, ale ta wartość staje się pełna dopiero, gdy  jesteśmy w jedności z Jezusem. On robi wszystko, by nas uczynić Sobie bliskimi i z dumą pokazywać Ojcu nasze dobre życie. Jeżeli jednak uparcie odcinamy się od Jezusa, wtedy oddalamy się także od Ojca i wartość naszego życia w oczach Ojca zmniejsza się.

Jezus – nasz przewodnik w drodze do życia wiecznego. Życie w grzechu od początku czasów oddaliło ludzi od Boga, zubożyło ich życie doczesne, a przede wszystkim pozbawiło życia wiecznego. Szatan trzymał ich na uwięzi i popychał do popełniania coraz większych grzechów, co pokazuje całą krwawa ludzka historia. Wszyscy ludzie nie znający Boga i czyniący wielkie zło kwalifikowali się na potępienie. My jednak czasem  myślimy: Ależ to niemożliwe! Czy Bóg może być tak okrutny? Czy jakoś nie daruje im tego zła? Tak myślimy, bo nawet żyjąc źle, mamy nadal ogromną potrzebę życia. Jest tak dlatego, że zostaliśmy do życia stworzeni, do wiecznego życia, a stan grzechu choć powszechny jest dla nas czymś nienormalnym. Bóg wpisał w nas bowiem nadzieję życia i grzech jej nam nie odbiera. Jest tak dlatego, że Bóg przewidział grzech i jest przygotowany do walki z nim. Chce, by człowiek, mimo czynionego zła, miał szansę na życie wieczne. Dlatego Bóg posyła ludziom Jezusa, byśmy na powrót mieli w Bogu Ojca i otwartą drogę do Niego. Właśnie zasługa Jezusa, a nie nasza, jest od początku brana w Bożą rachubę i wpisana w ludzką naturę jako jedyna podstawa naszej nadziei.

Jezus – walczy i my walczymy za Nim. Najpierw wyjaśnijmy, jak szatan walczył przeciwko Jezusowi. Zaczął od kuszenia Go, by On odstąpił od swej misji mesjańskiej. Potem dręczył Go dzień po dniu, by, jeśli to możliwe, sprzeniewierzył się Ojcu. Wreszcie kusił Go, by zatriumfował jako król Izraela i poparł swój autorytet nadzwyczajnym zejściem z Krzyża na oczach całej, świętującej Paschę Jerozolimy. Nie osiągając nic szatan w końcu doprowadził do zabicia Jezusa, licząc na to, że gdy On umrze, nic nie zostanie także z jego misji dla nas. Był przekonany, że śmierć weszła w ludzki los na stałe i nic już tego nie zmieni. Mimo nadludzkiej inteligencji zły duch nie był w stanie zrozumieć wcielenia Boga – tego, że kruchy człowiek naprawdę jest Bogiem i zabicie Go nic szatanowi nie da, przeciwnie, przekreśli jego plany. Bo, gdy Zmartwychwstały da ludziom potężne dary Ducha Świętego, wtedy zły już nie zamknie nieba przed ludźmi. Będzie mógł tylko przeszkadzać im w czerpaniu z darów Łaski i dążeniu do otwartych drzwi nieba.

Życie Jezusa było ogromną walką z szatanem podjętą w naszym imieniu i w naszej obronie. Była ona zapowiedziana w Księdze Rodzaju: Wprowadzam  nieprzyjaźń między tobą a potomstwem niewiasty. (Rdz 3,15) Walkę tę Jezus rozstrzygnął na swoją korzyść, a jej owoce uczynił najwspanialszym darem dla nas, darem, który jednak wolno nam również odrzucić. I właśnie w tym, że nam wolno jest wzgardzić krwią Jezusa, cyniczny szatan odnalazł ostatnią szansę dla siebie. Przegrawszy z Jezusem, może już tylko przeszkadzać nam.  Niestety jego działanie stawia nas wobec ciężkiej próby, bo walka z ludźmi stała się obsesją szatana. Ona to jest treścią krwawej ludzkiej historii.

Jezus, który sam przeszedł przez najcięższą próbę, dopuszcza byśmy i my przeszli do Ojca drogą niełatwą. Ale to jarzmo okazuje się lekkie i słodkie (Mt 11,30), ponieważ gdy je z ufnością przyjmujemy, natychmiast przestajemy być sami, ale mamy wyjątkowo intensywną pomoc Jezusa zmartwychwstałego. On to jest nawet w naszym słabym ręku potężnym orężem w walce z szatanem. Wierne trzymanie się Pana Jezusa daje nam wielką moc do wytrwania i dojścia do Ojca, a także wspomagania innych na tej drodze. A zatem, zdawałoby się nic prostszego. A jednak…

Korzystanie z mocy Pana Jezusa okazuje się dla nas dość trudne, gdy nie jesteśmy zdecydowani i bezkompromisowi czyli gorący. Widać, jak świat zmienia się wokół nas, a ludzie coraz mniej znają i rozumieją Jezusa. Są letni a nawet zimni, wrodzy. (Ap 3,15-16) Widzimy, jak z biegiem czasu szatan coraz bardziej miesza ludziom w głowach, co utrudnia rozumienie Objawienia, znajomość Jezusa, modlitwę, wiarę i niszczy konieczne do życia wartości, takie jak odpowiedzialność, miłość, lojalność, solidarność, poszanowanie życia i prawdy. W tym ataku zły duch jest coraz bardziej agresywny, bo wie że ma coraz mniej czasu, a przez taki frontalny atak coraz łatwiej mu oszukać nas i wykorzystać grzechy jednych ludzi przeciwko drugim i po mistrzowsku rozgrywać nasze najmniejsze błędy i słabości.

Jezus - zwycięski. Gdyby szatan zrozumiał wcielenie Syna Bożego, wiedziałby, że zabicie człowieka, który jest Bogiem w żaden sposób nie powstrzyma Boga. Złemu wydawało się, że umarły Jezus straci ciało w grobie, a dusza odejdzie tam, gdzie z powodu grzechu odchodzili wszyscy: nie do Boga lecz do Szeolu. Jednak Jezus był Bogiem i odejście do Szeolu nie pozbawiło Go Bóstwa, przeciwnie Bóg przyszedł do przebywających w Szeolu umarłych. Wtedy, dopiero po Zmartwychwstaniu Jezusa szatan przekonał się, że przegrał. Zobaczył, że Syna Bożego nie da się oddzielić od Ojca. Choć Jezus obarczony naszym grzechem wydawał się wart potępienia, to swoim Bóstwem i wiernością woli Ojca zasłużył na życie wieczne i to nie sam, jak sądził zły, ale wespół z nami. Jezus pokonał grzech i śmierć, ponieważ niemożliwe było, by ona panowała nad Nim. (Dz 2,24) A jeśli nie może ona panować nad Nim, to nie może również zapanować nad nami, kiedy jesteśmy zjednoczeni z Nim. Jezus wziął nas na siebie i zmartwychwstał razem z nami, w ten sposób zniszczył nasz grzech i dał nam swoje nowe życie. I z życiem tym prowadzi nas do Ojca. Jednak, aby to się stało, Jezus najpierw pokazuje nam, w jaki sposób skorzystać z Jego Zmartwychwstania, byśmy i my zmartwychwstawali z Nim, a nie odcinali się od Jego zmartwychwstania. Dwie postawy wobec dzieła Jezusa pokazuje przykład dwóch łotrów - złego i dobrego - umierających przy Nim na swoich krzyżach.

Owoce zwycięstwa. Pan Jezus odniósł zwycięstwo nad złym duchem uniemożliwiając mu zagarnięcie stworzenia Bożego na wieczność do piekła. Zwycięstwo to dokonało się dzięki temu, że najpierw Jezus z myślą o nas wziął na siebie nasze życie i przeżył je – tak dobro jak i zło. W ten sposób pokonał w sobie nasze zło, a wzmocnił dobro. Zwyciężył dla nas i wszystkie owoce swego zwycięstwa dla nas przeznaczył. Sprawił, że stan grzechu przestał nas oddzielać od Boga, zabity razem z Nim w chwili Jego śmierci. Dzięki Jego zwycięstwu dom Ojca staje przed nami otworem, a w nim otrzymujemy za darmo mieszkania dla siebie. Dzięki zwycięstwu Jezusa grzech może już nas nie obciążać ani w doczesności ani w wieczności, bo jeśli będziemy żyć z Nim – wewnętrznie wolni i czując się kochani. Możemy odzyskać wolne życie duchowe, w bliskości z Nim, by w końcu czasów posiąść także wolne życie w ciele. Czy to nie zbyt piękne by było prawdziwe? Tak myśli wielu, bo widzi, że nie potwierdza się to w praktyce. 

Rzeczywiście, z praktyką jest słabo, bo skuteczność darów Jezusa zmartwychwstałego zależy od tego, czy wybieramy i potwierdzamy wysiłkiem współpracę z Jezusem. A ten wybór i staranie zależy od naszej wiary i od przywiązania sercem do Pana Jezusa. Tak musi być, bo zbawienie nie może nas ogarnąć automatycznie. Nie bylibyśmy ludźmi, ale zwierzętami lub maszynami. Na szczęście nimi nie jesteśmy, lecz cena za to jest niemała - musimy sami nauczyć się wybierać Boga, a nie zło. Naprawdę musimy sami, bo Bóg, choć wszechmocny, nie może zakazać nam grzeszyć ani nakazać czynić dobro. Nie może dać nam życia wiecznego bez naszej  współpracy.

Dlatego jesteśmy przez Pana Jezusa nieustannie zachęcani do współpracy na różne sposoby, a współpraca ta zasadza się na przyjęciu Jego nauki i poddaniu się Mu sercem, by nas prowadził. Jezus daje nam Siebie, a my potrzebujemy oddać się Jemu. Na tym polega uwierzenie, które jest początkiem drogi do oddania się Mu, czyli umiłowania Go. Wiara nie jest celem, ale prowadzi do celu. A celem wiary jest umiłowanie Boga, ponieważ On pierwszy nas umiłował.

Miłość do Pana Jezusa. Zauważmy, że chodzi nie tylko o kochanie Jezusa, ale o miłowanie Go. Miłowanie jest życiem w zjednoczeniu z Jezusem a przez Niego z Ojcem i Duchem Świętym. Pełne zjednoczenie z Bogiem jest przejawem miłości między Nim a nami, podobnie jak zjednoczenie małżonków jest znakiem miłości między nimi. Miłość małżeńską Bóg stworzył właśnie na obraz miłości swojej do ludzi. Zło doprowadziło do tego, że ludzka miłość jest bardzo mało podobna do miłości miedzy Bogiem a ludźmi. Jednak ułomność  miłości małżeńskiej uzmysławia nam tylko, że ostatecznym powołaniem jest miłość z Bogiem, a doczesność jest bardzo niedoskonałą szkołą tej miłości.  Ostatecznie dopiero po naszym zmartwychwstaniu będziemy żyć pełnią miłości, prawdziwie i czysto rozmiłowani w Bogu za pośrednictwem Pana Jezusa.

Szarża szatana ku zwycięstwu. Zmartwychwstanie Pana Jezusa całkowicie zaskoczyło szatana i pokrzyżowało wszystkie jego plany. Zły liczył na to, że zabiwszy Mesjasza, pozbawi ludzi obrońcy i uniemożliwi ich wejście do Nieba. Kiedy to się nie stało, bo Mesjasz okazał się Bogiem i śmierć nie mogła zapanować nad Nim, wtedy szatan musiał zmienić taktykę. Zły działa tylko w takim zakresie, w jakim Bóg to dopuszcza. Bóg pokonał szatana i ograniczył jego swobodę, ale pozwolił mu kusić ludzi do niewiary, niekorzystania z Łaski zmartwychwstania,  do życia jak najdalej od miłości do Boga.

Niestety w dziejach świata czyni postępy to, co dzieje się także często w naszych małżeństwach: osłabienie komunikacji, nierozumienie się i nietolerancja. Tak samo dzieje się między ludzkością a Bogiem. Obraz Boga i treść Objawienia stają się ludziom coraz bardziej obce, a oni sami są coraz bardziej poranieni złem i zniechęceni do dobra otaczającymi antywzorami i nienawiścią oraz coraz bardziej przestraszeni eskalacją zła. Przez to też coraz słabiej wierzą, a słabo wierząc, coraz mniej też widzą owocność wiary. Zaś nie widząc owoców wiary, powątpiewają w możliwość dojścia do miłości. Odbija się to też na ziemskiej jakości Kościoła. Jej spadek sprawia, że ludzie odrzucają go. I nawet jeśli nadal pragną Boga, to kompletnie Go nie znają, nie widzą, nie wiedzą gdzie Go szukać i nie umieją weń uwierzyć ani tym bardziej Go pokochać. Tak jeszcze bardziej oddalają się od Niego. A wszystko to dzieje się za sprawą narastającego w historii zamieszania moralnego, zakłamania i fałszu jakie wprowadza szatan. Ludzie coraz mniej rozumieją i przestają widzieć, że jeśli się nie przebudzą, mogą pójść na rzeź. Bo wszystko wydaje się dążyć do zwycięstwa zła.

Miłość zwycięża szatana. A jednak szatanowi nie uda się doprowadzić do tego zwycięstwa. Po pierwsze dlatego, że są ludzie oczarowani miłością i zwycięstwem Boga, którzy widzą, że istotą problemu świata jest niewiara i zwątpienie w zwycięstwo Pana Jezusa. Oni widzą, że jeśli się wierzy, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odmienia się życie. Rodzi się pokój i poczucie bezpieczeństwa, pewność, że działanie Boga jest wspaniałe, głębokie i prawdziwe. Widzi się siłę dobra i rozumie, co Bóg objawił. Także miłość rozwija się powoli w sercu. To przeżywają gorący. Dla nich nawet zło ma sens, a w ich sercach nie ma tyle lęku, co w sercach powątpiewających. Moc zmartwychwstania Pana Jezusa stopniowo usuwa z serc  lęk.

Ale są także inni, letni, nie tak wolni, nie tak pozbawieni lęku. Ci obserwując, jak zło niszczy świat wokół nich, zaczynają wołać do Boga i będą wysłuchani. Nawet w letnich sercach, gdy zostaną poruszone, rozwinie się gorąca wiara. Bóg ma czas do ostatniej chwili. On nawet zdąża nas znaleźć, gdy już przechodzimy przez próg życia. Ludzie zawsze otrzymują od Niego ostatnią szansę i mogą uchwycić się jej, by pozwolić się Bogu zdobyć. I będą zbawieni, bo uwierzyli. Wtedy potrzebują jeszcze tylko oczyszczenia w czyśćcu, by zostać w pełni związani miłością z Bogiem. Tak szatan przegrywa z Bogiem.

Z nami musi się stać tak jak z Piotrem. On w ostatnim rozdziale Ewangelii wg. św. Jana ma odpowiedzieć Panu Jezusowi: Czy Mnie miłujesz? Piotr czuje, że na razie tylko wierzy i kocha, ale Pan upiera się: czy ty Mnie miłujesz? Och Panie, ty wiesz! Piotr czuje, że zawodził wielokrotnie, ale ostatecznie zostanie poprowadzony przez Jezusa przez krzyż do pełni miłowania. Taka jest też droga Kościoła i nasza droga – od wiary, przez oczyszczenie, kochanie aż do miłowania. A wtedy szatan przegrywa z kretesem.  

Diakon Jan