poniedziałek, 3 września 2018

POBOŻNA OBŁUDA

Wyobraźmy sobie Żydów czasów współczesnych Jezusowi, żyjących w prawie dwutysiącletniej tradycji wiary w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, w ustalonym kulcie ofiarniczym w świątyni, żyjących od szabatu do szabatu, od święta Paschy do święta Paschy, by wspominać wyjście z Egiptu, czytać Prawo i Proroków i tęsknić za Mesjaszem. Tęsknić! Ale gdyby przyszedł czy umieliby Go przyjąć? No bo gdzie mógłby się On zmieścić pomiędzy żelaznymi tradycjami, świętami i przepisami? Gdzie?

Kiedy nagle pojawia się Jezus, pojawia się poza oficjalnym nurtem funkcjonowania kapłanów, uczonych w Piśmie, Sanhedrynu. Naucza nie z ich katedry, ale spomiędzy ludzi. Głosi rzeczy trochę podobne do nauki rabinów, a jednak różne. Mówi o bliskości Królestwa Bożego, wzywa do pogłębionego, bardziej duchowego rozumienia Prawa i pokazuje moc Boga na potwierdzenie swojego nauczania. Jego słuchacze dziwili się: cóż to jest, jakaś nowa nauka z mocą nad chorobami, złymi duchami i grzechem, nawet zdolną przywracać do życia? Prorocy kiedyś też działali z mocą, ale nie taką i nie tak intensywnie, no i ileż to już lat nie było w Izraelu proroków – kilka wieków. Przez to Izrael zatracił gotowość świeżego i bezpośredniego obcowania z mocą Boga. Trzymał się od Niego na dystans, zachowywał przepisy, składał ofiary. Boga miał wielkiego, wspaniałego, nie zniżającego się zbytnio do ludzi, a w miejscu Najświętszym świątyni spotykał się z Nim tylko Najwyższy Kapłan i to raz do roku.

Tymczasem Jezus ogłasza bliskie i bezpośrednie działanie Boga w ludziach. A przecież Żydzi nawet nie wymawiali Jego Imienia, mówili Pan – Adonai, a stopniowo nawet i to zastępowali eufemizmami – Anioł, Niebiosa. Jezus piętnuje takie postępowanie jako obłudę, ponieważ z jednej strony miało ono służyć szacunkowi i czci dla Boga, ale z drugiej towarzyszyło mu całkowite zaniedbywanie stanu moralnego serc. Te serca na zewnątrz były niby czyste dzięki dbałości o formy zewnętrzne, ale w środku brudne z powodu złego postępowania i braku duchowej więzi z Bogiem. Jezus wzywa do tego, by formy zewnętrzne harmonizowały z życiem wewnętrznym. Jeżeli wewnątrz Bóg jest daleki, a na zewnątrz pokazuję Jego wielką bliskość, to jest to obłuda. (Mt 23) Zagrożenie obłudą występuje nie tylko u Żydów z Ewangelii, ale jest jak najbardziej problemem chrześcijan. Nauczyliśmy się czytając Ewangelię, traktować ostre potępienia postawy faryzeuszów ze strony Jezusa jako historyczne, dziś nieaktualne, a przecież one dotyczą tak samo nas w Kościele.

Cały świat ma być zbawiony, dlatego Jezus wzywa do nawrócenia wszystkich, poczynając od tych, co są najbliżej – od nas w Kościele. Nawrócenie takie nie jest możliwe siłami człowieka, ale wymaga właśnie mocy Bożej zaczerpniętej od Jezusa, mocy, która ma być przez nas wpuszczona do serc i przyjęta. A przyjęcie Boga w Jego mocy wymaga od nas kontaktu z Nim. Kontaktu, więc obcowania, styczności, bezpośredniości! Dlatego pierwszą jest rzeczą, byśmy wyzbywali się dystansu do Boga i chodzenia wokół Niego na bezpieczną odległość. Robimy to niby z szacunku, a w istocie przez fałszywy szacunek, fałszywą pokorę. Nie korzystamy z Bożej mocy, bo trzymamy ją na odległość. Jest to powszechne w naszym pobożnym życiu. Jezus wzywał, by być prostolinijnym, mówić - tak albo nie, być radykalnym, gorącym, nigdy letnim. I by nie ukrywać Jego samego za pojęciami, których ludzie nie rozumieją i które Go im zasłaniają. By mówić wprost o Jezusie i o rzeczywistej Jego obecności z nami po zmartwychwstaniu.

W naszej religijności oraz w teologii posługujemy się różnymi zastępczymi określeniami o rodowodzie z Biblii i tradycji, ale ludzie ich dziś nie rozumieją: chleb życia, kielich zbawienia. Dziś Bóg chce, aby mówić po prostu o Jezusie obecnym w tych znakach. W modlitwie eucharystycznej kapłan modli się: składamy Ci Ojcze chleb życia i kielich zbawienia, i dziękujemy, że nas wybrałeś abyśmy stali przed Tobą i Tobie służyli. Jednak lepiej jest i Bóg tego pragnie, by powiedzieć: składamy Ci Ojcze Twojego Syna Jezusa Chrystusa w chlebie życia i kielichu zbawienia, i dziękujemy Ci, że nas wybrałeś, abyśmy żyli z Tobą i Ciebie kochali.

Ludzie coraz mniej rozumieją język, który często pochodzi z zamierzchłej tradycji i ma rodowód starotestamentalny. Powszechnie używana modlitwa za zmarłych : „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki wieków. Amen.” zawiera anachronizmy oddalające ludzi od rozumienia Boga i życia wiecznego. Życie wieczne nie ma nic wspólnego z „wiecznym odpoczynkiem”. Żydzi wierzyli, że po śmierci czeka ich Szeol, czyli przebywanie w jakimś miejscu pół-życia, jakby snu i braku działania Boga. Jezus daje nam życie wieczne, które jest kontynuacją i udoskonaleniem (przez uwolnienie od zła, w szczególności śmierci i oddalenia od Boga) obecnego życia. Będzie w nim miłość, wyjątkowo intymna bliskość z Bogiem i bliskość ludzi między sobą, czynienie dobra, obdarowywanie się wzajemne, twórczość, kreatywność, wszystko czego człowiek w głębi serca pragnie na tym świecie, a zło, zmęczenie, słabość fizyczna i duchowa, mu przeszkadzają. Nazywanie tego „odpoczynkiem wiecznym” jest mijaniem się z istotą darów Bożych opisanych np. w Ewangelii wg. św. Jana. A co do „światłości wiekuistej” to oczywiście chodzi o Boga i nazywanie w ten sposób Jego działania na nas, Jego miłości, uświecania nas przez całą wieczność jest eufemizmem, który niczego nie mówi ludziom o tym, kim Bóg jest i kim będzie dla nas przez całą wieczność. Bóg jest światłością na tym świecie, która rozświetla mroki grzechu, ale na tamtym świecie będzie dla nas kimś znacznie więcej. Potrzebne jest wyrażenie myśli tej modlitwy inaczej, może tak: „Życie na wieczność z Tobą daj im, prosimy cię Panie, a Miłość Twoja najwyższa niech ich ogarnie na wieki wieków. Amen.”

Najważniejsze jest, aby czytelna i owocna dla uczestników była Msza święta. W odczytanej Ewangelii (Mt 23) Jezus mówi, że nie ważny jest przybytek tylko Ten, kto w nim mieszka – Bóg, nie ważny jest tron tylko Ten, kto na nim zasiada – Bóg. I, że ważniejszy od ofiary jest ołtarz i – dodajmy – od ołtarza Ten, którego ołtarz oznacza. Wróćmy zatem do Mszy. Jest w niej złożone w ręce Kościoła poświecenie się Jezusa dla nas, by nas zbawić, czyli otworzyć nam drogę do Ojca. Jezus - Bóg, umierając i zmartwychwstając jako człowiek przeszedł od nas do Ojca, unicestwił nasz grzech, bo wziął nas w siebie grzesznych, a oddał Ojcu czystych. Msza jest drogą naszego oczyszczenia: oddajemy się Jezusowi brudni, a po konsekracji i komunii odzyskujemy siebie czystymi w sercu. Tak więc Jezus jest dla nas ołtarzem do składania naszego chorego życia, a potem odbierania z niego naszego życia już zdrowym. W międzyczasie jest konsekracja czyli śmierć Jezusa i zmartwychwstanie. Msza uobecnia je dla nas w każdym pokoleniu aż do skończenia świata. Tak więc najważniejszy we Mszy jest ołtarz, czyli Pan Jezus, który zabiera nas do Ojca, a Ojciec uświęca ofiarę, czyli nas. Jeśli to rozumiemy, rozumiemy też, że trzeba we Mszy nie być biernym, ale wykonać pracę – złożyć się na ołtarzu podczas ofiarowania i odebrać siebie odnowionego podczas komunii. To przejście Pana Jezusa z ziemi do Ojca jest naszą windą, wartą wszelkiej ceny z naszej strony.


Diakon Jan

piątek, 10 sierpnia 2018

CZAS WIARY - CZAS MIŁOŚCI

Kto we mnie wierzy nigdy nie będzie pragnął, kto do Mnie przychodzi nigdy łaknąć nie będzie. (J 6,34) Pan Jezus mówi i jest to od początku mocno głoszone w Kościele, że pierwszą i zasadniczą sprawą dla człowieka, by mógł skorzystać ze zbawienia od Pana Jezusa, jest uwierzenie w Niego, co dopiero pociąga za sobą przemianę życia wyrażającą się w postępowaniu. 

Jezus mówił do Żydów: wierzycie w Boga i we Mnie wierzcie. Dla każdego, zwłaszcza dla Żyda, jest istotna różnica między wiarą w Boga a wiarą w Jezusa. W Boga się wierzy, że jest, że opiekuje się, kocha i daje życie wieczne. To jest wiara w Boga. Ale wiara chrześcijańska to więcej niż wiara w Boga, to wiara w to, że wszystkie te dobra Bóg daje ludziom wyłącznie poprzez swojego Syna. Inaczej ich nie daje, bo nie ma możliwości innego kontaktu między duchowym Bogiem a nami – istotami cielesnymi. Od Boga możemy coś otrzymać tylko przez Jezusa – Boga wcielonego. Zatem otrzymujemy od Boga życie wieczne, kiedy wierzymy w Jezusa. Każdy, by być zbawionym, będzie musiał uwierzyć w Jezusa. Jeżeli nie podczas doczesnego życia, to w ostateczności w chwili śmierci. Wtedy spotka Jezusa dosłownie w ostatniej chwili i będzie mógł jeszcze błagać Go o ratunek od złego ducha, który jednocześnie będzie się starał za wszelką cenę człowieka potępić. Dlaczego trzeba zwracać się do Jezusa, nie ogólnie do Boga? Dlatego, że to Jezus - Bóg wcielony pokonał dla nas złego ducha w ciele umierając i zmartwychwstając. Dlatego każdy człowiek, by ocaleć przed atakami złego, musi zwracać się właśnie do Jezusa i odkryć, że to Jezus pokonuje dla nas złego. Bogiem dla nas jest właśnie Jezus i wcześniej czy później będziemy mieli okazję Go spotkać i o tym się przekonać. Kto wierzy w Jezusa ten ma pewność wstępu do Nieba i spotkania z Bogiem, choć nie koniecznie od razu. Bowiem, by spotkanie z Bogiem doszło do skutku, człowiek musi nie tylko uwierzyć w Jezusa, ale także stać się podobnym do Niego przez odpowiednie oczyszczenie. Każdy wierzący, a jeszcze niegotowy pod względem moralnym do spotkania z Bogiem, bo niepodobny do Niego najpierw będzie potrzebowała oczyszczenia.

Kościół katolicki głosi, że ludziom potrzebny jest czyściec. Z czyśćcem jest tak jak z nowym garniturem, w który się ubraliśmy by iść na przyjęcie. Kiedy szliśmy, nagle spadła wichura i burza, a zamieć i kurz wybrudziły nasze piękne ubranie. Dlatego po wejściu do domu gospodarza będziemy potrzebowali zatrzymać się w przedpokoju, skorzystać z łazienki, by się uporządkować i znowu być jak spod igły. A więc czyściec jest i musi korzystać z niego bardzo wielu ludzi. Kościół przez wieki przyzwyczaił nas, że raczej prawie wszyscy potrzebują czyśćca i stąd tak powszechne jest przekonanie, że trzeba się modlić za naszych zmarłych, a nie do nich z prośbą o wstawiennictwo, bo prawie na pewno większość z nich jest poddawana oczyszczeniu. Łatwo nam myśleć, że każdy potrzebuje czyśćca, bo sami widzimy, jak jesteśmy dalecy od ideału, mocno przywiązani do świata i niechętni, by iść do Boga i do Jego świata. Czy odchodzący do Boga jak na ścięcie, możemy uważać się za gotowych do spotkania z Nim? Chyba nie. Pazurami trzymamy się świata, a życie z Bogiem jest nam raczej dalekie, dziwne i obce. W Boga wierzymy, ale spotkanie z Nim jest dla nas jakby złem koniecznym. Daleko nam do upodobnienia się do Niego.

Ale co z tymi, którzy sercem i duszą czekają na spotkanie z Bogiem. Chcą poznać Go, rozumieją jak jest wspaniały i tęsknią za Nim. Czy i oni muszą iść przez czyściec, uznać, że są niegodni, a Bóg jest wielki i w żadnym razie nie mogą liczyć na spotkanie z Nim od razu po śmierci? Przecież oni bardzo kochają Jezusa i naprawdę chcieliby spotkać się z Nim jak najprędzej. Otóż trzeba powiedzieć, że Bóg chciałby, by każdy myślał o Nim właśnie tak jak ci. Żeby uwierzywszy w Niego przeżyli swoje życie tak, by już w nim doznać koniecznego oczyszczenia, poznania Boga i przywiązania się do Niego. Żeby już teraz stać się naprawdę przygotowanym do spotkania z Nim od razu po śmierci. Właśnie to przywiązanie do Jezusa, powiedzmy mocniej - miłość do Niego, sprawi, że Jezus stanie się upragniony, a miłość do Niego przeprowadzi nas przez oczyszczenie. Pragnienie Boga jest siłą oczyszczającą, ćwiczącą w pokorze, skłaniającą do ofiarowania cierpienia i radości życia razem z Jezusem. Dzięki tym oczyszczającym doznaniom człowiek nabiera pewności, że Bóg nas chce dla Siebie i to nie tylko niektórych, wyjątkowych, ale wszystkich. Jezus chce wszystkich mieć świętymi i doskonałymi jak Ojciec.

Niestety praktyka w Kościele była taka, że w każdych czasach istniały ogromne rzesze ludzi niby wierzących, ale żyjących tak, że Bóg nie był dla nich ani bardzo ważny, ani bardzo bliski. Dlatego nie starali się wcale Go naśladować i do Niego się upodabniać. Tacy ludzie nie mogą spotkać się z Bogiem bez czyśćca i o takiej dla nich drodze przez czyściec mówi Kościół. Czyściec jest wielkim gestem Bożego miłosierdzie, ale jednocześnie niestety jego istnienie świadczy on o tym, że ludzie przebywający w czyśćcu zadali Jezusowi wiele ran, ponieważ za życia okazywali Mu chłodną połowiczność. I niestety dotyczy to większości tak zwanych wierzących.

Bóg chce, byśmy byli zimni albo gorący, nigdy letni. Dlatego na czasy ostateczne Pan Jezus przygotował dla ludzkości specjalne wezwanie do przejrzenia na oczy i zobaczenia, że sensowne jest jedynie naśladowanie tego, jak żył Jezus i oczyszczenie serca ze skutków grzechu już w tym życiu, a nie dopiero w czyśćcu. Tylko przeobrażenie się i stanięcie się podobnym do Jezusa daje satysfakcję z życia, a po śmierci zapewnia od razu wpadnięcie w Jego ramiona. Dlatego Jezus w dzisiejszych czasach zaczyna nowe wylanie Ducha, który woła: Dotąd myśleliście tak - kto uwierzy, będzie zbawiony, ewentualnie przez czyściec. Ale teraz powiadam wam - przyjdźcie do Mnie i poddajcie się oczyszczeniu już teraz, zdobywajcie świętość jak ludzie gwałtowni, nie liczcie na przyszłość i na czyściec. Bądźcie gorący, a nie letni.

Ktoś powie: jak to zrobić? To niemożliwe. Człowiek nie potrafi pokonać lenistwa duchowego, strachu przez oczyszczeniem, oporu przed świętością. Otóż nieprawda! Do świętości jest pewna prosta droga. Jezus pokochał nas, z miłości obmył nas z grzechu i dał prawo wejścia do Nieba jako dziecko Boże. Jeśli tylko w odpowiedzi na to my sami poznamy Go osobiście, przywiążemy się do Niego, pokochamy Go i będziemy chodzić po drogach naszego życia razem z Nim, wtedy zostaniemy przemienieni w Niego prawie nie wiedząc kiedy i jak. Bowiem człowieka przemienia i uświęca miłość do Jezusa – uwierzenie, spotkanie, więź bliskości, a w końcu miłość i zjednoczenie swojego życia z Nim. Miłość do Jezusa przemienia nas i upodabnia do Niego, a tym samym czyni gotowymi do pełni zbawienia. Kto najpierw uwierzy, potem przyjdzie do Jezusa, pozna Go i pokocha, stanie się przez miłość gotowy do zbawienia. Oto wielka tajemnica i wezwanie, jakie Jezus kieruje dziś do ludzi: pokochajcie Mnie, a otrzymacie wszystko, nigdy niczego nie będziecie łaknąć ani pragnąć, będziecie nasyceni waszym Bogiem, nie Bogiem dalekim i groźnym, ale bliskim i czułym, czułym nawet po ludzku. Po ludzku!
dk Jan

czwartek, 2 sierpnia 2018

ŻEBY PAN JEZUS NIE UCIEKAŁ OD NAS

Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło. Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, pozostałymi po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ludzie spostrzegli, jaki znak uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który ma przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę. (J 6,11-15)

Pan Jezus, kiedy nauczał, czuł się odpowiedzialny za swoich podopiecznych, nie tylko za ich przyszłe zbawienie, ale i teraźniejsze życie. Bóg nie dzieli życia ludzkiego na to, co teraz i to, co w wieczności. Od pierwszych kart Biblii pokazuje, że zasadniczą dla Niego sprawą jest nasze życie i ocalenie nas od śmierci w horyzoncie doczesności jak i wieczności. Dlatego przyszedł na świat, nauczał i czynił takie znaki jak rozmnożenie chleba. W znakach działania Jezusa widać rozmach właściwy Bogu. Nie tylko chce nas karmić, nie tylko nie stanowi to dla Niego problemu, ale także daje nam nadmiar, znacznie więcej niż potrzebujemy, ponieważ jest najlepszy i najhojniejszy. On nie daje ale sieje i to nie tylko tam, gdzie ziarno wzejdzie ale i tam gdzie zmarnieje. Nie żal mu resztek. Nie żałuje starania także dla ludzi, którzy nie umieją przyjąć Jego dobroci.

A zatem zapytajmy, po co Jezus rozmnaża chleb. Przede wszystkim, by pokazać, że zamierza ocalić nas od śmierci i że ma moc to uczynić, że jest Zbawicielem. A jednak, jak pokazuje opis wydarzenia po drugiej stronie Jeziora, Jezus nie będzie chciał rozmarzać chleba zawsze i bez ograniczeń. Uczynił znak i chce być zrozumiany, a zrozumiany nie jest. On oczekuje zrozumienia znaku. A więc czego? Po pierwsze wiary, że jest Panem życia i zbawcą od śmieci wiecznej i doczesnej. To po pierwsze.

Ale jest i drugie. Po drugie Pan Jezus chce być tak zrozumianym i przyjętym przez uczniów, żeby mógł dalej być z nimi, dalej ich karmić, a NIE MUSIAŁ UCIEKAĆ. W przedstawionym opisie w odpowiedzi na dar Jezusa ludzie potraktowali Go tak, że nie mógł już dłużej przebywać z nimi, ponieważ byłoby to wciąganiem Go do działania wbrew woli Bożej i wbrew misji od Ojca. A my tak właśnie bardzo często robimy: próbujemy wciągać Boga do naszych planów, zmuszać, by wykonywał naszą wolę i wyręczał w tym czego nie robimy z powodu grzechu i zaniedbań. On nam pokazuje, że jest dawcą życia wiecznego i chce stale z nami przebywać jak drzewo życia w raju, a my w odpowiedzi chcemy zrobić sobie z Niego kogoś do zaspokajania własnego wygodnictwa i egoizmu, które są skutkiem grzechu.

Jest to wyraźnie widoczne w dzisiejszych czasach, gdzie z jednej strony panuje na ziemi wielki głód, a z drugiej jest nadmiar żywności, który ulega zmarnowaniu. Niektórzy obwiniają Boga, a tymczasem jest to skutek daleko idącej wadliwości nastawionego na zysk systemu ekonomii i prawa, w którym troska o człowieka występuje czysto deklaratywnie.

Jezus karmiąc okazuje miłość, a my w efekcie chcemy Go wykorzystać do swoich egoistycznych celów. Nie zależy nam na tym, by był z nami, tylko zależy nam na sobie samych, żebyśmy mieli zaspokojone własne potrzeby. Jezus w takich sytuacjach odsuwa się od nas, a my ani nie mamy zaspokojonych naszych potrzeb, ani nie mammy Jego bliskości. Takie to są skutki, gdy na Jego Miłość odpowiadamy nie miłością a egoizmem.

Czy zatem chodzi o to, że nie godzi się i nie należy prosić Boga o zaspakajanie naszych doczesnych potrzeb? Bynajmniej! Jednak przede wszystkim chodzi o to, by On był przez nas kochany. Im bardziej Go kochamy tym o więcej godzi się Go prosić. A jeśli nie kochany, to czy w ogóle możemy o cokolwiek go prosić i czegokolwiek oczekiwać? By za nas, wbrew nam rozwiązywał nasze problemy?                                                   
                                                             Dk Jan

niedziela, 27 maja 2018

EUCHARYSTIA DAREM NIEZNANYM

Wprowadzenie w Eucharystię. Od początku dziejów biblijnych Bóg chciał uświadomić nam przede wszystkim to, co jest dla nas kluczowe: że stan naszego życia jest nieodłącznie związany ze stanem relacji między nami a Nim. Życie mamy od Niego. Dane jest nie raz na zawsze, ale przez Niego podtrzymywane. Im jesteśmy bliżej Niego, tym żyjemy w większym pokoju. Kiedy oddalamy się, nasze życie pogrąża się w niedostatku, lękach, niepokoju i jest coraz bardziej zagrożone. Zło przede wszystkim uderza w nasze życie, sprowadza zabójstwa, choroby, śmierć, głód, pragnienie, ciężką pracę dla zdobycia środków do życia. Uderza w nasze życie fizyczne, psychiczne i duchowe. Skutkiem odejścia od Boga jest śmierć w najogólniejszym znaczeniu tego słowa. 

Bóg broni nas przed śmiercią karmiąc i zaspakajając pragnienie. Pokarmy materialne zapowiadają pokarm duchowy, który niweczy grzeszność, niepokój, lęk, niskie poczucie wartości, samotność i głód miłości. Bóg najpierw objawił się jako ten, który zaspokaja głody fizyczne, potem coraz bardziej pokazywał, że największym naszym problemem jest głód duchowy, przejawiający się także w sferze psychicznej i somatycznej. Słowa Pana Jezusa - Nie samym chlebem żyje człowiek – są zasadnicze dla zrozumienia życia. Jezus przyszedł, by ratować nasze życie teraz i na wieczność. Dokonywał uzdrowień, wskrzeszeń i pokazywał, że może dać niezbędne pokarmy – chleb, ryby, wino. Robił to tak skutecznie, że chętnie uczyniliby go ziemskim władcą. Jednak Jezus miał dla ludzi znacznie większe dary niż te doczesne. Uwalniał ich od wpływu złych mocy, przebaczał, wlewał w serca pokój, sprowadzał pojednanie, miłość, dobro, świętość. Chciał im uświadomić, że jest dawcą tego wszystkiego, że mają to, kiedy mają Jego. 

Dary duchowe i fizyczne nie są czymś odrębnym od Jezusa, czymś od Niego. Biorą się w nas z łączności z Nim, mówimy - zjednoczenia. Jeżeli On daje nam Chleb utrzymujący nas przy życiu to nie jest to Chleb od Niego, ale to On sam jest tym Chlebem: Ja jestem Chlebem, który zstąpił z Nieba. Gdy spożywamy ten Chleb, sam Jezus zmartwychwstały wnika w nas. Bowiem jako ludzie jesteśmy jakby naczyniem pustym w środku, niejako domem, którego wnętrze powinno zostać zajęte przez kogoś. Kiedy w wyniku śmierci i zmartwychwstania Jezusa zostaje dam dany do tego wnętrza Duch Święty, sprawia On, że stajemy się Bożą świątynią, jednością z Jezusem, gałązkami krzewu, częściami Jego ciała. Nasze życie staje się życiem Chrystusa: On żyje w nas, wcielony w nasze życie. 

To jest rzeczywistość, ale my nie widzimy jej i mało odczuwamy w sobie i innych, dopóki nie dokona się w nas pełniejsze oczyszczenie i złączenie z Bogiem. On mieszka w nas, a nie gdzieś poza czy ponad nami. Przyjmując Eucharystię umożliwiamy Bogu coraz bardziej wnikanie w nasze życie, przemienianie i uświęcanie go, budowanie w nim jedność z Jezusem. Dokonuje się to w nas opornie, ponieważ Bóg nie może zrobić niczego bez nas, potrzebuje naszej współpracy z Nim. Każde przyjście Boga do nas, zwłaszcza w Eucharystii, jest nie wzięciem daru od Boga, ale wzięciem samego Boga - spotkaniem z Nim, nawiązaniem relacji, którą da się przeżywać, ale można też zachować się w niej jak martwa kłoda. Bóg wchodzi w nasze serca i chce by były one z ciała, a nie kamienne. 

Kontakt z Eucharystią. Kontakt z Eucharystią jest kontaktem z Jezusem. Mimo, że zewnętrznie jest to kontakt z suchym opłatkiem, w istocie jest kontaktem z żywą Osobą, Boską i ludzką - cielesną. Dopóki nie spotkamy osobiście Chrystusa w sercu i nie nawiążemy relacji z Nim, dopóty zobaczenie Go za postaciami chleba i wina jest dla nas wielką trudnością wiary. Często nie mamy poczucia obcowania z Kimś żywym. Droga do przeżywania spotkania z Jezusem w Eucharystii jest drogą rozwoju duchowego. Kościół ułatwia nam tę drogę podkreślając, że Eucharystia to najpierw pokarm i przyjmujemy go jak pokarm z rąk kapłana. Spożywamy go, a przeżywanie spotkania z Osobą Jezusa zaczyna się dopiero potem w sercu. Zaczyna On owocować. Po Komunii jest najlepszy czas na przeżycie osobistego spotkania z Jezusem w modlitwie. Należy, jeśli tylko można, znaleźć czas na wejrzenie we własne serce i rozmowę z Jezusem w nim. Najlepiej mieć taki dzień, kiedy po Mszy można pozostać w kościele na przedłużoną modlitwę. Modlitwa po Komunii jest najlepszą szkołą modlitwy. 

Jednak Eucharystia to nie tylko pokarm. To osobiście Jezus. Tę wiarę musimy pogodzić z zewnętrznym kontaktem z chlebem i winem. Dla wielu jest to ogromną trudnością. Do tego Kościół, co jest oczywiste, mocno chroni Eucharystię przed dostępnością i profanacją. Wiemy, jak z trudem torowało sobie ponownie drogę, praktykowane w pierwszych wiekach przyjmowania Komunii ręką. Jedni walczyli gorąco o to, jako o bardziej czytelny znak tego, co Jezus uczynił w Wieczerniku. No bo Jezus daje nam Siebie, a my mamy Go przyjąć. Ręka jest tu naturalnym odbiorcą, ale i usta też są drogą przyjmowania. Inni uważali, że ręka nie jest godna, ale w sumie usta też nie są godne. Istotą sprawy jest to, że dotykając Eucharystii, naprawdę dotykamy Jezusa. Czy umiemy sobie wyobrazić, jak czulibyśmy się, gdyby stanął przed nami i powiedział byśmy Go dotknęli jak Tomasz, albo pogłaskali po twarzy, pocałowali. Ten, kto Go kocha dotknąłby Go z radością, ba z rozkoszą, ze szczęściem, jak oblubienica Oblubieńca. Kto Go tak nie kocha, dotknął by Go beznamiętnie, jak dłoń obcej osoby. 

A przecież dotknięcie Jezusa ustami, przyjęcie Go do ust jest jeszcze bardziej intymnym spotkaniem z Nim niż przyjęcie ręką, jest pocałunkiem usta w usta oblubienicy z Oblubieńcem. Jest dokładnie tym, ale tylko jeżeli żyjemy miłością do Niego. Jeśli jeszcze nie, jest zwykłym spożyciem chleba. Co więcej, łamanie chleba na ołtarzu czy w ustach jest znakiem Jego śmierci, którą to my – grzesznicy na Niego sprowadziliśmy. Jednak dla kogoś taka myśl może być zbyt drastyczna i trudna do przyjęcia. W sposobie, w jaki przeżywamy kontakt fizyczny z Eucharystią, odbija się nasz stosunek do Chrystusa. Eucharystia daje osobiste spotkanie z Nim, zadatek osobistego spotkania z Nim w wieczności, w ciele po zmartwychwstaniu, a to nie jest to samo, co spotkanie abstrakcyjne w duchowym przeżyciu w sercu. 

W kontakcie z Ciałem Pańskim mamy możliwość przeżywania wielkiej, duchowej ale i cielesnej bliskości z Nim. Jezus mimo, że ukryty, daje pod postaciami eucharystycznymi przeżycie miłości, ale stanie się to tylko wtedy, gdy przeżyjemy najpierw wcześniejsze etapy relacji z Nim. Nie wolno jednak po zewnętrznych przejawach kontaktu z Eucharystią oceniać zażyłości z Jezusem. Ład w liturgii może, ale nie musi być wyrazem miłości do Boga. Zachowanie swobodniejsze w Jej obecności może ale nie musi być przejawem lekceważenia. Wszystko zależy od tego, czego nie widać, od zażyłości z Jezusem w sercu. Złożone co do milimetra ręce same w sobie niczego nie załatwiają, ani brak przyklęknięcia przed Najświętszym Sakramentem też o niczym nie świadczy. Oczywiście, nie wolno nikogo gorszyć, ale i ci, którzy się gorszą, powinni się zreflektować. Ktoś, kto ma wielką miłość do Jezusa i czuje potrzebę przytulenia Go, nie będzie oczywiście tego robił na oczach ludzi. A jednocześnie przecież sposób w jaki trzymam puszkę odnosząc ją do tabernakulum, też jakoś świadczy o tym, co mam w sercu. Pewien ksiądz chodził ukradkiem wieczorami do kaplicy, otwierał sobie tabernakulum, patrzył i dotykał Jezusa i rozkoszował się Nim. Przy świadkach nigdy by tego nie zrobił. Dziś już rozkoszuje się Nim twarzą w twarz. O. Pio przeżywał spotkanie z Jezusem we Mszy Św. tak osobiście, że władze kościelne okresowo zabraniały mu odprawiać publicznie. A jednak prywatnie mamy prawo do wielkiej bliskości z Eucharystią. We wczesnym Kościele, gdy zanoszono Komunię do domów, pozostawała Ona tam przez pewien czas. Jezus dziś też chce być coraz bliżej z ludźmi, którzy Go kochają i kiedyś będzie na pewno coraz więcej możliwość coraz bliższego z Nim przebywania. 

Jezus przez Eucharystię chce być kochany. Adoracja jest jednym z najdonioślejszych sposobów przeżywania spotkania z Chrystusem. Wtedy On stoi przed nami w kościele, ale nie wszyscy widzą, że podchodzi też do każdego. Wielu przytula, niektórym też pozwala się samemu przytulić. On pragnie miłości, dlatego przyszedł na świat, dlatego umarł i zmartwychwstał, i dlatego pozostał w Eucharystii. W Niej mamy Go w bliskości, mamy fizyczną możliwość obcowania z Nim, kontakt tak ścisły jak oblubienicy z Oblubieńcem. Dzięki Eucharystii mamy nieograniczone możliwości okazywania Mu miłości. Przeszkadza nam w tym tylko czasem zły. A jednak i on niewiele może. Wszystko w relacji z Eucharystią zależy od tego, co mamy w sercu. Warto o tym pomyśleć w kontekście uroczystości Bożego Ciała.
Dk. Jan