Eseje - o wierze


Polecam oparty na faktach film o wierze jako podstawie ewangelizacji. Oto film KRZYŻ I SZTYLET według książki pastora Dawida Wilkersona.








NIKT NIE WYRWIE NAS Z RĘKI JEZUSA


Pewien proboszcz małej, wiejskiej parafii opowiadał mi, jak jego parafianie masowo zaniedbują niedzielną Mszę Św. Zafrasowałem się, a wtedy on, widząc mój smutek, dodał z uśmiechem: „To nic, oni wszyscy i tak są skazani na Pana Boga. No, bo dokąd ostatecznie pójdą?” Słowa te bardzo mnie poruszyły. Pomyślałem, że w istocie tak jest. Czy nie zostaliśmy stworzeni tak, że choć tworzywo mamy ze świata, niczym glinę garncarza, to jednak mamy od Boga osobistą obecność Jego oddechu, Jego Ducha. W sercu wyryto nam przynależność do Niego i Jego podobieństwo nosimy. Dlatego ciążymy ku Bogu, jak kamień ku ziemi i w głębi pragniemy Go nawet, jeśli podobieństwo do Niego w sobie zniekształciliśmy przez grzech. Dlatego, w sumie, mimo złych czynów, wszyscy jakoś Go szukamy, zwłaszcza, gdy w oczy zajrzy nam starość i poczucie bezradności. Z czasem coraz chętniej Go słuchamy, a słuchalibyśmy jeszcze chętniej, gdyby nie przeszkody, jakie niesie życie. Jezus wyraża głęboką prawdę mówiąc: Moje owce słuchają mego głosu (J 10,27), a Apostołowie przekonali się o tym, gdy w następny szabat zebrało się niemal całe miasto, aby słuchać słowa Bożego. (Dz 13,44) Człowiek ma w sercu „to coś”, że pragnie więcej, niż ma. Stale pragnie, nie znajduje i szuka.
Walka. Ludzie łatwo poszliby masowo za Bogiem, gdyby nie zło, które ich odwodzi. Tego zła bardzo się boimy, a nasz strach ma tak wielkie oczy, że zło wydaje się nam ogromne i wszechobecne. Wtedy lekceważymy dobro, byleby obronić się przed złem. Czynimy to z lęku o siebie, z chęci zrekompensowania sobie za cierpienie. Przychodzi nam do głowy pytanie, jak liczni są zwolennicy zła. Czy zło jest równie masowe jak tłum zebrany na nauce Apostołów? Otóż nie. Widać to wyraźnie z tekstu Dziejów Apostolskich. Gdy Żydzi zobaczyli tłumy, ogarnęła ich zazdrość, i bluźniąc, sprzeciwiali się temu, co mówił Paweł. (…) Podburzyli pobożne a wpływowe niewiasty i znaczniejszych obywateli, wzniecili prześladowanie Pawła i Barnaby i wyrzucili ich ze swoich granic. (Dz 13, 45.50.) Zło zadziałało siłą mniejszości: Żydów, wpływowych niewiast i znaczniejszych obywateli. Była to mniejszość posiadająca wpływy i kierowana zazdrością. I tak jest zawsze. Taką samą mniejszością są złe duchy, które powodowane zazdrością manipulują ludźmi mającymi wpływy, by zdezorganizować szerzenie Słowa Bożego. Taką mniejszością są w każdych czasach niektóre środowiska, niektóre lobby i niektórzy przywódcy. To ich działanie stwarza wrażenie, że większość mająca przychylne nastawienie do Boga jest bezsilna. To ich działanie tę większość przeraża. To ich działanie sprawia, że Apostołowie zostają wyrzuceni z miasta i większość już nie ma do kogo pójść. Mniejszość skutecznie spowalnia szerzenie Słowa, ale także zwiększa determinację głodnej dobra większości. Toczy się walka agresywnej mniejszości przeciw łagodnej większości. 

Ojciec. 
Jezus zwraca się właśnie do owej łagodnej większości, gdyż sam jest łagodny, cichy i pokorny sercem. Przede wszystkim jest spokojny o to, że Jego owce słuchają Jego głosu, mają w sercu tę potrzebę i dlatego Jego Słowo ostatecznie w nich, nie u agresywnej mniejszości, jest skazane na zwycięstwo. Jezus umie przemawiać do swoich owiec, bo zna je, a one mają w sercu Jego potrzebę i w perspektywie całego życia idą za Nim. (J 10,27) Dlaczego za Nim? Ponieważ to Jemu powierzył nas Jego Ojciec. Ojciec zamyślił koncepcję świata, stworzył nas, uczynił podobnymi do Siebie, dał nam wolność, prawdziwe dziecięctwo Boże i zaplanował, żebyśmy na wieczność żyli z Nim, w Jego domu. Jako owce Ojca nie będziemy żyć sami, nawet zło tego nie sprawi, ponieważ Ojciec jest jedyną potęgą. Jezus zapewnia: Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. (J 10,29) Trzeba bardzo wracać do tej myśli, szczególnie w chwilach zwątpień: jesteśmy w ręku Ojca, który w pełni panuje nad światem, który zaplanował go do ostatniego szczegółu, także mając na uwadze zło. I dał nam swego Syna, by umarł za nas i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. 

Jezus. 
Ojciec, który panuje nad wszystkim i jest źródłem wszystkiego, nie uwolnił nas od zła sam, ale posłał Syna i przekazał nas w ręce Jezusa. Już nie tylko sam nas trzyma, ale dał Jezusowi, który także nas trzyma. Jezus traktuje nas jak swoje owce i prowadzi. Zna je po imieniu. Skąd? Właśnie od Ojca, ponieważ Ojciec pierwszy nas poznał, gdy zamyślił nas i stworzył. Stworzył i oddał Synowi, ponieważ Syn jest naszym wzorem, Osobą za nas odpowiedzialną przed Ojcem. Jezus jest naszym starszym bratem, a nawet Oblubieńcem. Jest odpowiedzialny za nasze życie wieczne i daje je nam skutecznie, mimo zła w świecie, przez to, że ofiarowuje się za nas na Krzyżu i zmartwychwstaje. Jedyną możliwością, byśmy nie otrzymali życia wiecznego, jest wypadniecie z Jego ręki. Dlatego najważniejsze dla nas jest stale chcieć i pilnować się, by być w Jego ręku. Odłączyć się od Niego możemy tylko sami. Nikt nas nie może do tego zmusić, jednak możemy ulec propagandzie i strachowi przed zazdrosną i agresywną mniejszością szerzącą zło. Zły duch ani źli ludzie sami nie są w stanie wyrwać nas z ręki Jezusa i o tym Jezus nas mocno zapewnia. Ma do tego siłę. Czyżby? Siła Jezusa i w ogóle chrześcijaństwa budzi często ludzkie zwątpienie. Bóg, owszem, ale inny potężny, nie Jezus cichy, pokorny, łagodny, nie używający przemocy, pozwalający się ukrzyżować. Jezus robi wrażenie słabego, a przez to łatwo bywa wzgardzany i odpychany przez ludzi. Taka bywa opinia o Ewangelii, że jest piękną nauką, ale idealistyczną, nieskuteczną. Tymczasem skuteczność Jezusa wyraża się w tym, że Słowo ciche i delikatne, wypowiadane po ludzku, dociera do serca i trafia, czasem dopiero pod koniec życia, ale w końcu zwycięża. Zwycięża, nie tak, jakby wielu chciało, spektakularnie w świecie, ale dyskretnie w sercu, by dać człowiekowi życie wieczne. O takie docieranie do ludzi i takie zwycięstwo z wewnętrznego przekonania, a nie pod przymusem, właśnie Ojcu chodziło i dlatego dał nam Jezusa w ciele.

Czy jednak Jezus łagodny człowiek ma siłę utrzymania nas tak samo jak Ojciec. Czy jednak nikt nie wyrwie nas z ręki Jezusa? Jak to możliwe? Tylko w ten sposób, że On, łagodny człowiek jest Bogiem na równi z potężnym Ojcem. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J 10, 30) 

Diakon Jan, kwiecień 2016





OD WIARY DO ŚWIĘTOŚCI

Zacheusz - początek drogi. Pewien człowiek, imieniem Zacheusz, który był zwierzchnikiem celników i był bardzo bogaty, chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest, ale sam nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. (Łk 19,2-4) Dlaczego Zacheusz chciał zobaczyć Jezusa? Czy powodowało nim zainteresowanie Jego nauką? A może chęć zmiany życia? Otóż nie! Zacheusz, chciał zobaczyć, kto to jest ten, o którym słyszał, że jest sławnym Rabbim czyniącym wiele znaków. Zacheuszem zatem powodowała ciekawość. Był po prostu żądny sensacji, jaką były wieści o Kimś tak wyjątkowym jak Jezus z Nazaretu. Niczego więcej ów bogaty człowiek nie oczekiwał. Oczywiście na dnie tej ciekawości mogło być jeszcze coś więcej. Celnicy byli poborcami, którzy zbierali daninę na rzecz rzymskiego okupanta i jako tacy byli przez Żydów znienawidzeni i otoczeni pogardą. Żaden pobożny Żyd z celnikiem się nie zadawał, ani nie utrzymywał kontaktów, jak mówi psalmista: Mojego serca nie skłaniaj do złego słowa, do popełniania czynów niegodziwych, bym nigdy z ludźmi, co czynią nieprawość, nie jadł ich potraw wybornych. (Ps 141,4) Dlatego celnicy i inni znaczni grzesznicy żyli w izolacji i na pewno wielu z nich nie czuło się z tym dobrze. Większość nie interesowała się nauką rabinów i pobożnymi praktykami, a jednak tacy jak Zacheusz, czy Lewi musieli być trochę inni. Ich zainteresował Jezus. 

To, co wydarzyło się później, wydarzyło się za sprawą wyjątkowego i zupełnie niespodziewanego zachowania Jezusa. Jezus bowiem przywołał Zacheusza po imieniu i wyraził chęć odwiedzenia go w domu: Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. (19,5) Było to niesłychane. Tego się Zacheusz nie spodziewał. Musiał być o sobie niewysokiego mniemania i niezbyt zadowolony ze swej profesji, skoro zareagował z tak wielką, pełną euforii radością na przyjazne słowa Jezusa. W najśmielszych marzeniach nie spodziewał się, że może być przez Nauczyciela potraktowany z taka otwartością. Jak mówi ewangelista: Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. (19,6) Jego euforię powiększy jeszcze fakt, że usłyszał, jak Jezus przez niego naraził się swoim ziomkom, którzy szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. (19,7) Jezus rozwiązał życiowy problem Zacheusza. Nigdy w życiu żaden Żyd nie potraktował go z takim szacunkiem i z taką życzliwością. Zachowanie Jezusa sprawiło, że i on się otworzył, poruszyło się jego sumienie. Żydów w głębi serca się bał, bo nienawidzili go, ale przed Jezusem chętnie wylał swoje serce: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. (19,8) 

W Prawie Mojżeszowym wspieranie ubogich było moralnym obowiązkiem, ale oddanie połowy majątku było już czymś wyjątkowym i heroicznym. Podobnie wynagrodzenie za krzywdy było normą, ale nie czterokrotne. Zacheusz był tego dnia szczęśliwy i rozentuzjazmowany, a spowodowała to miłość Jezusa do niego, grzesznika. Ponadto Jezus nie nazwał tego, co się stało, krótkotrwałym zapałem, ale stwierdza, że w domu Zacheusza zagościło to właśnie zbawienie, dla którego Jezus przyszedł na świat. Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło. (19,9-10) Jezus obiecuje Zacheuszowi zbawienie, a faryzeusze mu jego odmawiali. Kiedy Zacheusz z pewnej perspektywy spojrzał na swe życie, musiał zauważyć to, co uczynił z nim Jezus, że wywrócił do góry nogami jego życie. Uwierzył, że Jezus naprawdę jest kimś wyjątkowym, jest Zbawicielem Izraela.

W Zacheuszu zrodziła się wiara. Powstała ona z dwóch rzeczy: z jego małego kroczku zainteresowania Jezusem i z odpowiedzi Jezusa, który wylał na niego znacznie większe, ogromne morze łaski. Właśnie tak dzieje się na początku drogi wiary człowieka. Ma on małe pragnienie i robi wysiłek, a w odpowiedzi zaś Bóg udziela wielkiego uzdrowienia serca. Aby zrodziła się wiara, człowiek musi zrobić ten mały krok, mieć jakieś przygotowanie do nawrócenia. U Zacheusza był to wewnętrzny ból z powodu krzywdzenia ludzi i chęć wyjścia z izolacji. U Szawła była to gorliwość i świetna znajomość Biblii. Wystarczyło, że Zacheusz poczuł się wartościowy w oczach Jezusa, by natychmiast uwierzyć Mu. I wystarczyło, że Szaweł zobaczył, że Bogiem, któremu gorliwie służy, jest nie kto inny, a Jezus, którego on prześladuje, by całkowicie się zmienił i stał się gorliwym apostołem Jezusa. 

Droga nawrócenia i rozwoju. To, co przeżył Zacheusz, było początkiem drogi. Człowiek ma określone braki, głody i pragnienia, a Bóg na te pragnienia kładzie wielki, nadprzyrodzony dar. Na małą ludzką otwartość spływa wielka łaska. I tak będzie zawsze. Człowiek czyni coś na swoją miarę, a wtedy Bóg daje mu coś na Swoją miarę. Drogę tę opisuje św. Paweł w jednym zdaniu Drugiego Listu do Tesaloniczan: Dlatego modlimy się stale za was, aby Bóg nasz uczynił was godnymi swego wezwania i aby z mocą wypełnił w was wszelkie pragnienie dobra oraz czyn płynący z wiary. (2 Tes 1,11) W tym jednym wersecie mamy od końca do początku wymienione etapy drogi człowieka. 

Wszystko zaczyna się od wiary, choćby małej i niedoskonałej. Ale ze strony człowieka, z tej wiary rodzi się czyn, owoc wiary, jak rozdanie majątku przez Zacheusza. Obracanie wiary w czyn wzmacnia ją i czyni człowieka pewniejszym siebie i swojej wiary. To jest niezbędne, by człowiek wierzący ruszył do przodu. Musi się ze swoją wiarą uaktywnić. 

Drugą rzeczą, jaka rodzi się z wiary, jest pragnienie dobra. Wiara łączy człowieka z Bogiem i dlatego pobudza do dobra, do naśladowania Boga. W Zacheuszu też pojawia się pragnienie dobra, pragnienie wynagrodzenia krzywd i zapewne ich wynagrodzenie, choć nie wszystkie krzywdy można wynagrodzić materialnie. 

Na te dwie oznaki dobrej woli płynącej z wiary odpowiada Bóg, odpowiada hojnie, mianowicie Swoją Boską mocą wypełnia to, co sami uczyniliśmy. Bóg reaguje całą Swoją potęgą i napełnia łaską nasze serce, które uwierzyło i zaczęło dążyć do dobra. Znowu ogrom Jego miłości wzbogacił ponad miarę nas, którzy dzięki wierze zaczęliśmy z Nim współpracować. 

W ten sposób odbywa się nasz rozwój: my próbujemy, staramy się, a On daje wszystko. Do takiego właśnie wypełnianego przez Boga rozwoju jesteśmy powołani, stworzeni. Przez całe życie mamy się rozwijać, a rozwój następuje tak, że my siejemy i podlewamy, a Bóg daje wzrost. Brak współpracy z Bogiem, brak naszych małych kroczków, do których Bóg doda Swoją wielkość, jest częstym naszym zaniedbaniem. Nie rozwijamy się fizycznie, gdy nie ćwiczymy i przede wszystkim nie rozwijamy się duchowo, gdy nie obcujemy z Bogiem na modlitwie, nie karmimy się Jego Słowem i Jego Sakramentami, nie dążymy do tego, by Go poznawać i uczyć się kochać. Gdy się staramy, Bóg prowadzi nasz rozwój. A dokąd prowadzi? Zobaczmy. 

Bóg prowadzi nas do Swego wezwania. Czym jest to wezwanie? Bóg wezwał nas do zbawienia, które polega na spotkaniu Jego i życiu wiecznym w zjednoczeniu z Nim. Jest to ogromna godność, do której jesteśmy wezwani. Nie jesteśmy wezwani do tego, by mieszkać w Bożym przedpokoju, gdzieś obok, nawet bardzo blisko Boga, by widywać Go od czasu do czasu. Jesteśmy wezwani, by stale, bez przerwy być w ścisłym przylgnięciu do Niego, by stale żyć napełnionym Nim, stale czerpać z Niego, być przenikniętym Nim i zespolonym z Nim aktem miłości. 

Na pewno nie jesteśmy takiego życia z Bogiem, a co dopiero w Bogu, godni. A jednak pisze św. Paweł, że Bóg może uczynić nas godnymi. Jak to możliwe? Otóż jako osobni od Niego i grzeszni ludzie, na pewno nie jesteśmy tego Jego godni. Ale gdy zostaniemy napełnieni Bogiem, przeniknięci, wszczepieni w Zmartwychwstałego, stajemy się tego wezwania do zbawienia godni, bo Chrystus jest godny, a my jesteśmy nieodłączni od Niego. Na tym polega nasza godność, nasza świętość. Nie na tym, że jesteśmy święci sami z siebie, ale z mocy Boga, która zamieszkuje w nas i nazywa się Synem Bożym. Jesteśmy świeci jako dzieci Ojca, bo Chrystus jest pierwszym Dzieckiem Ojca. Oto jest kres naszej drogi, która się zaczyna niepozornie - od zainteresowania Jezusem i uwierzenia Mu. 

Droga ta ma swoje etapy, szczeble, jak wchodzenie po drabinie. Na każdym szczeblu trochę boimy się zrobić krok wyżej i nie ogarniamy całości drabiny. Czasem nie chcemy iść w górę, mówimy, że jesteśmy niegodni, albo, że nie jesteśmy w ogóle w stanie odbywać takich wspinaczek i nigdzie nie pójdziemy. Jednak pociechą w tym naszym wycofywaniu się powinno być to, że Bóg tego od nas chce. Chce, ponieważ kocha. Pociechą dla nas powinno być też to, że do każdego milimetra naszego wysiłku, Bóg dodaje Swój kilometr. Taka jest wola Boża względem nas, a jest to wola równie piękna jak względem Zacheusza, gdy Jezus pewnego dnia zechciał tylko przejść ze swymi uczniami drogą przez Jerycho. 

Diakon Jan, listopad 2016











ŻYJEMY Z WIARY

Jak długo, Panie?
Prorok Habakuk porusza jedną z najważniejszych spraw, z jaką nierzadko się borykamy. W życiu często dotyka nas mniejsze lub większe cierpienie. Wtedy wołamy do Boga o ratunek i czasem mamy wrażenie, że Bóg nie wysłuchuje. Naszym pragnieniem jest, by życie było lżejsze, a my wolni od cierpienia, a jednak cierpienie jest i będzie. Katastrofy, wojny, kłamstwa, niesprawiedliwość. Choroby, w końcu śmierć. Słowem spotykamy się ze złem i zła nie udaje się mimo próśb skierowanych do Boga wyeliminować. Wielu bardzo udręczonych tym stanem rzeczy często pyta - dlaczego tak jest. Bywa, że mamy siłę i cierpliwie znosimy cierpienie, wierząc, że czyni je szatan i źli ludzie, a Bóg jedynie je do czasu toleruje. Bywa jednak, że rozgoryczeni wpadamy w zwątpienie w dobroć Boga i wołamy jak prorok Habakuk - Jak długo, Panie, mam wzywać pomocy – a Ty nie wysłuchujesz? Wołam do Ciebie: Na pomoc! – a Ty nie wysłuchujesz. Dlaczego ukazujesz mi niegodziwość i przyglądasz się nieszczęściu? Oto ucisk i przemoc przede mną, powstają spory, wybuchają waśnie. Tak, więc straciło Prawo moc swoją, sprawiedliwego sądu już nie ma; bezbożny, bowiem gnębi uczciwego, dlatego wyrok sądowy ulega wypaczeniu. (Ha 1,2-4) Chcielibyśmy znać odpowiedź na te powszechnie stawiane pytania i Bóg przez proroka Habakuka rzeczywiście daje nam odpowiedź. Ta odpowiedź jednak też jest dla nas trudna – do zrozumienia i przyjęcia. 

I odpowiedział Pan. U Habakuka Boża odpowiedź przychodzi w formie uroczystej obietnicy. I odpo­wiedział Pan tymi słowami: Zapisz widzenie, na tablicach wyryj, by można było łatwo je odczytać. Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego niechybnie nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty go oczekuj, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierze. (Ha 2,2-4) Istotą tej odpowiedzi jest zwrócenie uwagi na to, czym jest czas oczekiwania na reakcję Boga. Jest to czas, w którym ma wykrystalizować się nasza postawa, mamy się zdeklarować, nabrać wyraźnie ducha prawego, czyli stać się sprawiedliwymi zawsze, nie tylko wtedy, gdy łatwo Bogu zaufać, ale przede wszystkim, gdy jest ciężko i trudno wierzyć. Gdy w trudzie tracimy wiarę i czynimy nieprawość, oddalamy się od Boga. Zbliżamy się do Niego i to radykalnie tylko wtedy, gdy trzymamy się dobra w trudzie, idąc pod prąd. Wiara i sprawiedliwość albo jest w cierpieniu, albo jej w ogóle nie ma. Gdy przychodzi trud, zaczynamy tracić wiarę i sprawiedliwość, wówczas może to nas oddalić od Boga, ale może też być wstrząsem i nawróceniem do wiary i sprawiedliwości. Sprawiedliwy żyje tylko dzięki wierze. Jeżeli w niesprzyjających okolicznościach nie umiemy Bogu wierzyć i trwać w sprawiedliwości, wtedy nie jesteśmy jeszcze ani wierni ani sprawiedliwi. Zatem Bóg jakby czeka i pozornie nie wysłuchuje, ponieważ daje czas na wypracowanie w modlitwie postawy wiary i sprawiedliwości. Taka jest Boża myśl. 

Czas dany nam dla tego celu jest oznaczony, to znaczy Bogu wiadomy i jednocześnie niechybny, czyli pewny. Biblia w wielu miejscach czas, o jaki odroczona jest Boska interwencja, nazywa trzema dniami. Wiele wydarzeń w Starym Testamencie kończy się trzeciego dnia, a przede wszystkim Bóg trzeciego dnia śpieszy człowiekowi z pomocą, na przykład: Po dwu dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie i żyć będziemy w Jego obecności (Oz 6,2). Podobnie spędził Jonasz we wnętrz­nościach ryby trzy dni i trzy noce (Jon 1,17), a nade wszystko tyle czasu czekał Chrystus w grobie. Te trzy dni to czas niedługi, dodający ludziom otuchy i apelujący o wytrwałość w wierze i sprawiedliwości. Prorok wzywa, by wytrwale oczekiwać tego oznaczonego i niechybnego czasu, ponieważ spełnienie słów Boga przyjdzie niezawodnie. Bóg jest wiarygodny i można Mu wierzyć. On obiecuje i apeluje o wiarę, a czas wiary jest czasem sądu. Kto mimo oczekiwania trwa w wierze, kto przez czas wiary zachowuje w sercu sprawiedliwość, ten zbliża się do zbawienia. Kto natomiast przez czas czekania traci wiarę, przestaje oczekiwać zwycięstwa Boga, ale dopuszcza do swego serca ducha nieprawego, ten od zbawienia się oddala, a zbliża do śmierci wiecznej. Zatem wiara jest na miarę życia i śmierci.

Cierpliwość Boża.
Bóg daje owe symboliczne trzy dni, byśmy uczyli się trwać w wierze i dzięki wierze pozwalali Bogu kształtować w nas ducha prawego. Podstawowym wyzwaniem jest współpraca z Bogiem nie tylko wtedy, gdy jest łatwo, ale w warunkach czekania i trudu. Symboliczne trzy dni mają znaczenie fundamentalne. To dla nich Bóg zdaje się czekać. W istocie jest, jak za dni Noego, kiedy cierpliwość Boża oczekiwała, a budowana była arka (1P 3,20). Bóg, który nienawidzi zła, przez owe trzy dni wytrzymuje je cierpliwie – to znaczy powstrzymuje jego tragiczne skutki. Przeanalizujmy sytuację potopu. Zło, które czynią ludzie niszczy świat, a Bóg podtrzymuje świat i nie pozwala mu runąć, dopóki nie powstanie arka, to znaczy nie znajdzie się miłosierne ocalenie dla tych, którzy zechcą wejść. Dziś mamy już arkę - Chrystusa, ale mamy też wielki tłum tych, którzy stoją i nie chcą wejść. Bóg trzyma sklepienia świata, wzywa i miłosiernie czeka. Ale może przyjść czas, że Bóg przestanie czekać, puści walące się sklepienia niebieskie. 

Dlatego potrzebne jest, byśmy wołali, aby Bóg miał cierpliwość i miłosierdzie. Byśmy dobrze wykorzystywali trzy dni czekania na jego interwencję. By w świecie było jak najwięcej sprawiedliwych, którzy żyć będą dzięki wierze, a najmniej tych, którzy zginą, bo zniszczy ich nie Bóg, ale ich własne zło. Bóg daje czas i interweniuje w każdym sercu osobno, gdy jest ono w jak największym stopniu gotowe i otwarte. Bóg zna najlepszy czas dla każdego. Działania Boże są dostosowane do sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Izraelici zgrzeszyli i znaleźli się w niewoli. Wtedy wołali do Boga, a Bóg kazał im czekać na najlepszy czas przyjścia Mesjasza. A kiedy przyszedł Mesjasz, wszyscy otrzymali wielki dar znowu muszą czekać. Ten czas czekania jest czasem konsumowania otrzymanych darów. 

Weź udział w trudach
Najpierw Habakuk, a potem Chrystus obiecują jednak ostateczny finał - Bóg osądzi ludzi z ducha prawego i nieprawego, ale ten duch musi się sprawdzić w czasie wiary. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii mocą Bożą! (2 Tm 1,8) - napisze św. Paweł. Istotą sprawy staje się takie przylgniecie do Boga, by więź z Nim była silniejsza od trudu, byśmy pragnęli Boga bardziej niż łatwości życia i spokoju, byśmy odkryli, jak On jest najwspanialszym darem wartym cierpienia. Nie na darmo szatan wkłada tyle starań, by nas spłoszyć, poranić i zniechęcić – on wie jak wielkie jest dobro, którego chce nas pozbawić. A Bóg pragnie, byśmy walczyli o Niego w czasie trudu i wiary, bo cena, jaką płacimy jest symbolicznie mała wobec wielkości dobra, które czeka i teraz już jest na wyciagnięcie ręki. Droga do Boga jest otwarta, potrzebujemy wykazać się wytrwałością w wierze i walce o prawość. 

Miłosierdzie. 
Bóg ciągle daje nam czas, aby w warunkach wiary kolejne pokolenia zdobyły prawość ducha. Ta oferta jest wciąż ponawiana, tym mocniej, im bardziej czas wydaje się pełen trudnych doświadczeń, a ludzie coraz bardziej wątpiący. Wtedy Bóg daje coraz więcej nowych bodźców do kształtowania prawości serca. Tak jest w dziejach Kościoła. W czasach wielkich zwątpień, odejść, pogardy dla życia, kolejnym bodźcem jest przypomnienie i danie na nowo Bożego miłosierdzia – daru miłości, który nie rezygnuje z wymagań, ale wciąż na nowo wzywa do nawrócenia i walki o ducha prawości. Wtedy Bóg ponownie, jeszcze raz w swoim miłosierdziu przebaczy grzechy i zbrodnie, nawet te największe, o tak wielkiej skali jak wojny, ludobójstwa i zabijanie nienarodzonych. Jednak w końcu nieuchronnie nadejdzie dzień, że kto nie uwierzy i nie skorzysta z owych ponawianych stale i stale oferowanych na nowo trzech dni nawrócenia, ten w końcu naprawdę zginie nie z woli Bożej, ale z powodu swego ducha nieprawego. A sprawiedliwy naprawdę będzie żył i to wyłącznie dzięki swej wierze i zaufaniu do Boga, który czeka, czeka i czeka, bo nikogo nie chce stracić. 

Sługa nieużyteczny. 
Dlatego Jezus stawia za wzór sługę, który całkowicie zapiera się siebie, nie oczekuje wynagrodzenia ani podziękowania, ale mówi: słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać (Łk 17,10). Bóg formuje przez miłość i pokój, ale także pokorę przyjmowania ucisku, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość – wypróbowaną cnotę (Rz 5,3-4).
Diakon Jan, paździrnik 2016




NIE NAPRZYKRZAJCIE SIĘ BOGU!

Nieznośne bachory naprzykrzają się rodzicom, kiedy przychodzą często z tymi samymi głupstwami: tata, kup mi to, mama, a on mnie bije… Dzieci potrafią być przykre dla rodziców czy nauczycieli. A dorośli? Oni też bywają przykrzy dla siebie, potrafią niszczyć innych. Nas dziś interesuje skarga Izajasza: nie dość wam naprzykrzać się ludziom, że naprzykrzacie się także mojemu Bogu (Iz 7,10-14). Co to znaczy naprzykrzać się Bogu? Czy wtedy Mu się naprzykrzamy, kiedy stale o coś prosimy? Bynajmniej! 

Achaz był królem Judei, żył w VIII w. p. n. Chr. Około 723 r. p. n. Chr. król syryjski sprzymierzył się z królem Samarii, by najechać i podbić Jerozolimę. Wojska syryjskie stanęły obozem przy granicy Judei. Achaz był przerażony. Z troską chodził po fortyfikacjach i oglądał mury swojej stolicy. Wtedy to zastąpił mu drogę prorok Izajasz i powiedział: Uważaj, bądź spokojny, nie bój się!... Niech twoje serce nie słabnie z powodu tych dwóch oto niedopałków dymiących głowni, z powodu zaciekłości Resina, Aramejczyków i syna Remaliasza:dlatego że Aramejczycy, Efraim i syn Remaliasza postanowili twą zgubę, mówiąc: Wtargnijmy do Judei, przeraźmy ją i podbijmy dla siebie, a królem nad nią ustanowimy syna Tabeela! Tak mówi Pan Bóg: Nic z tego - nie stanie się tak! (Iz 7, 4-7). I rzeczywiście tak się nie stało. Syria nie zdobyła Jerozolimy. 

Bóg zapowiedział i Bóg spełnił. Dał przez proroka znak królowi i dodał jeszcze: Jeżeli nie uwierzycie, nie ostoicie się (w. 11). Dał ten znak, by król uwierzył w Bożą opiekę. Brak wiary oznacza wymykanie się Bożej opiece, a to z kolei prowadzi do klęski. Achaz nie uwierzył Bogu i ze strachu przed najeźdźcą posłał po pomoc do króla Asyrii. Przez to uzależnił się od jeszcze silniejszego państwa niż Syria. A przecież Bóg powiedział - nie potrzeba ludzkiej pomocy, Ja sam zaopiekuję się Jerozolimą. Jednak król nie słuchał. Niedługo później wezwana Asyria skorzystała z pretekstu, najechała i zniszczyła Samarię. Z niewiary króla wynikło samo zło. 

Bóg, spotykając brak wiary, nie ustaje jednak, by wiarę wzbudzić. Znowu posyła Izajasza do Achaza i mówi: Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego, czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze (w. 13)! Gotów jest spełnić każdą prośbę króla, by ten wreszcie uwierzył. Ale król wierzyć nie chcę. Sprzymierzył się z Asyrią i teraz nie honor mu prosić o opiekę Boga. Wykręca się bardzo pobożnie: Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę (w. 14). W istocie nie prosi Boga, bo nie wierzy Mu, bardziej ufa koniom i orężu. Jakże uniwersalna to prawda, aktualna także w dzisiejszych czasach. 

Na takie nieszczere słowa króla Bóg się prawdziwie zdenerwował. Prorok kieruje do całej dynastii Jego mocne słowa: Słuchajcie więc, domu Dawidowy: Czyż mało wam naprzykrzać się ludziom, iż naprzykrzacie się także mojemu Bogu? (w. 15). Skoro król nie chce wierzyć i o nic prosić Boga, Bóg zatem zadziała sam i da znak swojej opieki. Tym znakiem będzie narodzenie się nowego władcy, który stanie się opatrznościowym dla Jerozolimy i zapewni jej bezpieczne egzystowanie w zgodzie z Nim. A czym naprzykrza się Bogu król i cała dynastia? Niewiarą! Na wiele sposobów człowiek rani Boga. Rani Go, gdy grzeszy, ale szczególnie przykre dla Boga jest to, że człowiek uparcie odmawia Mu wiary, czyli zaufania. Bóg raz daje znak, daje znak po raz drugi, a ludzie i tak wiary odmawiają. Bóg ostrzega: bez wiary się nie ostoicie.

Prawda o niewierze jako najbardziej przykrym dla Boga i samych ludzi ludzkim braku jest uniwersalna. Ludzie wszystkich czasów nie wierzą, a Bóg ze swej inicjatywy, na niczyją prośbę, zupełnie sam daje znaki, wiele znaków, a w końcu znak, najważniejszy: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emanuel (w.16). Prorocy działają w imieniu Boga. Ich zapowiedzi mają bliższy i dalszy horyzont czasowy. W bliższym horyzoncie znakiem Boga jest narodzenie z żony Achaza sprawiedliwego następcy tronu, Ezechiasza, dzięki któremu Jerozolima przetrwa najazd Asyrii i zachowa niezależność jeszcze na sto lat. Ale w dalszym horyzoncie inny potomek Dawida, Mesjasz będzie prawdziwym znakiem ocalenia, dzięki któremu Bóg przyjdzie i będzie przebywać z nami (immanu el znaczy Bóg z nami). Mesjaszem tym jest Chrystus, poczęty przez Ducha Świętego z Maryi poślubionej Józefowi pierwej niż zamieszkali razem (Mt 1,18-24).

W czasach po Chrystusie Bóg dalej działa według tej samej zasady. Jego Słowo, jego łaska służy budzeniu wiary, wiary, która polega na odkryciu mocy i miłości Bożej. Bóg daje znaki i znowu niektórzy wierzą, a wielu nie wierzy. Trudność kontynuatorów niewiary Achaza polega na tym, że nie znają przyszłości i boją się jej. A Bóg buduje w tej przyszłości i mówi: jestem, uwierzcie, niewiara prowadzi w ślepą uliczkę. Kiedy człowiek nie wierzy, Bóg ma ograniczone możliwości działania.

Tymczasem człowiek ma złe doświadczenia świata i jest pełen niepokoju, czy rzeczywiście Bóg zwycięża, skoro jest tyle grzechu. My zaś, jeżeli przywiążemy się do Boga, poznamy Go lepiej niż zło, wtedy możliwe stanie się dla nas uwierzyć. Trzeba mniej rozpamiętywać zło, a więcej poznawać Boga. Maryja i Józef też zostali zaskoczeni, ale oni zdobyli się na zaufanie, bo Bóg i myślenie o Nim było im bliższe niż świat i uleganie jego wizjom. Taka jest właśnie przyczyna niewiary, którą naprzykrzamy się Bogu od stworzenia świata. Nie ma pilniejszej sprawy, niż dostrzec swoje naprzykrzanie się Bogu i zawstydzić się nim.

Diakon Jan, grudzień 2013



WIARA - NADZIEJA - KRZYŻ

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. 

Odtąd zaczął Jezus wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. 
Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w królestwie swoim. (Mt 16,13-17, 21-28)

Kiedy odprawiamy nabożeństwo pokutne, przygotowuje ono nas do rachunku sumienia. Rachunek Sumienia odprawiamy typowo konfrontując swoje życie z Dekalogiem. Dziesięć Przykazań danych przez Boga w Starym Testamencie wyraża prawo naturalne w każdym z nas zapisane i w każdym trochę zniekształcone. To prawo obejmuje powinności człowieka wobec Boga, zawarte w trzech pierwszych przykazaniach i powinności wobec ludzi, zapisane w siedmiu następnych. Powinności te wypływają z miłości, co Stary Testament zamyka w dwóch przykazaniach miłości: Boga i bliźniego. Bóg wzywa do miłości, bo sam jest Miłością i potrzebę miłości zapisał w sumieniach swoich stw­o­rzeń. Dlatego u ludzi wszystkich religii, nie tylko w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, ale także w religiach wschodu, a nawet pogaństwie, istnieje pragnienie życia na odpowiednim poziomie moralnym. Niektórzy nawet nie wierząc w Boga lub żyjąc bez Niego potrafią też wyćwiczyć w sobie cnoty moralne, które uważają po prostu za cechy ludzkie.

Dlatego odpo­wiednia postawa moralna nie może być uważana za atrybut wyłącznie religijny, a już na pewno nie typowo chrześcijański. Jednak w praktyce chrześcijańskiej popularne jest myślenie w kategoriach „chrześcijaństwo to czynienie dobra” albo „chrześcijaństwo to życie miłością”. Takie myślenie o chrześ­cijaństwie jako o przestrzeganiu Dekalogu, nie stanowi wyjścia poza ramy Starego Testamentu. Jakbyśmy nie zauważyli Chrystusa i jego wkładu w Objawienie, Jego zupełnie nowego sposobu przedstawienia wymagań Bożych wo­bec człowieka. Ewangelia jest dobrą nowiną o tym, że Bóg, który wymaga od człowieka miłości zapisanej w Dekalogu, posyła na świat swojego Syna, aby dał człowiekowi jakąś radykalną pomoc do spełnienia tych wymagań. Człowiek będzie mógł wypełnić Dekalog i dojść do Ojca, gdy skorzysta z pomocy Chrystusa. Skorzystanie to wymaga odpowiedniej postawy, należytego przyjęcia Chrystusa i właśnie postawa wobec Chrystusa będzie nowym wymaganiem Boga w Nowym Testamencie.

Od postawy naszej wobec Chrystusa zależeć będzie to, czy uchwycimy się Go, zespolimy z Nim i otrzymamy pomoc, która pozwoli nam zostać oczyszczonym z grzechów i doprowadzonym do Ojca. Brak odpowiedniego zwrócenia się do Chrystusa uniemożliwi nam spotkanie Ojca i skaże nas co najwyżej na samodzielne dążenie do doskonałości bez Boga. Jak zatem zwrócić się do Chrystusa? Są trzy nowe elementy, o które wzbogacił Chrystus Objawienie Starego Testamentu: 
  • wierzyć w Niego jako Zbawiciela, nie tylko wierzyć w Boga,
  • odkryć Krzyż jako drogę do zbawienia,
  • mieć nadzieję na przyjście Chrystusa u końca czasów, na zmartwych­wstanie jak On i nowe życie w ciele.
Wiara w Chrystusa to wiara, że Ojciec daje Go jako specjalny dar i przewodnika do zbawienia, że należy Chrystusowi zaufać i się Go uchwycić jak Piotr kroczący po wodzie. Ta wiara daje człowiekowi zjednoczenie z Chrystusem, który niesie nas do Ojca.

Krzyż jako narzędzie zbawienia to nieoczekiwany, namacalny znak Bożej miłości. Cały ciężar naszych ludzkich żywotów pokaleczonych grzechem wzi­ął Chrystus na Siebie jako swój wielki Krzyż. Od tej chwili my też mamy możliwość brania swojego życia jako naszego krzyża i opierania się o Chry­s­tusa. On nie apoteozuje cierpienia, ale bierze je z miłości jako skutek zła i daje wskazówkę, by je przyjąć i zaakceptować jako krzyż. Nie dla niego samego ale ze względu na większe dobro. Nikt inny, tylko Syn Boży umie pokazać, że krzyż służy życiu. Kto go bierze, ten zyskuje życie wie­czne, kto woli myśleć bardziej o swoim życiu na tym świecie, ten traci życie z Ojcem. To jest prawda o krzyżu. Kto w nią uwierzy, ten wygrywa życie z Ojcem. Złączenie swojego życia z Krzyżem Chrystusa jest wspaniałą pomocą w dźwiganiu ciężaru. Zaś bez Chrystusa cierpi się samotnie.

I wreszcie nadzieja na zmartwychwstanie. Jest to oparcie się na obietnicy, że Chrystus przyjdzie w chwale Bożej przy końcu czasów. Ewangelia mówi o tym wydarzeniu tak, jakby miało ono nastąpić niedługo. Zachęca, by żyć tak, jakby w każ­dej chwili miał nastąpić zaszczyt spotkania z Oczekiwanym, w pewności, że przyniesie On to, co Sam posiadł jako owoc Męki - przyniesie zmartwychwstanie i nowe życie w ciele.

Tak więc wiara w Chrystusa jako Zbawiciela, w Krzyż jako drogę zbawienia i w zmartwychwstanie, jako zakończenie drogi jest sednem chrześcijaństwa. Warto zastanowić się, jak w naszych sumieniach postępujemy w stosunku do Chrystusa i do ogłoszonych przez Niego prawd, które decydują o naszym chrześcijaństwie. 

Diakon Jan, kwiecień 2011





ŻYCIE WIECZNE - PEWNOŚĆ WIARY

Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa "O krzaku", gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest [Bogiem] umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla niego żyją.
(Łk 20,34-38) 

Doświadczenie naszej egzystencji
Nasze życie jest naszym największym problemem. Egzystencjalne doświadczenie wewnętrzne pokazuje, że zastanawiamy się intensywnie nad swoim życiem, ponieważ mamy w związku z nim wiele cierpień. To doświadczenie pokazuje, że istnieje w nas pragnienie życia wiecznego, albo, inaczej mówiąc, pierwotne przystosowanie wnętrza takiego życia. Z drugiej strony życie na tym świecie nie spełnia tych pragnień i tych przystosowań, i dlatego powstaje w nas rozdarcie. Jest to zresztą jedno z wielu rozdarć jakich doświadczamy. Zanim przyjrzymy się temu, co na temat życia wiecznego mówi Chrystus, zanalizujmy to doświadczenie naszego wnętrza.

Przede wszystkim zauważam, że jest we mnie pragnienie posiadania życia wartościowego, w którym spełniłyby się moje aspiracje, nie napotykałbym przeszkód, cierpienia, byłbym szanowany, kochany i nie byłbym oszukiwany. Życie, jakie mam, nie spełnia tych pragnień: oburza mnie zło jakie przychodzi od ludzi i od kuszących sytuacji. Pułapki te mylą nas, wpadamy w nie wielokrotnie i mądrzy jesteśmy dopiero po bardzo wiele razy doznanej szkodzie. Jednak największym skandalem jest dla mnie choroba i śmierć. Nie chcę tego wszystkiego, chcę żyć chwilą obecną, planami na przyszłość i doskonale się realizować. 

Innym ważnym doświadczeniem człowieka jest proces jego przemian w życiu. Ciało, a nawet psychika, zmienia się: najpierw rozwija się, potem osiąga apogeum, a wreszcie zaczyna się starzeć. Jednak duchowe „ja” pozostaje niezmienne, pełne aspiracji, ambitne, nieustannie młode. Dusza się nie starzeje. To jakby ciało nie pasuje do duszy, jakby było za ciasnym i znoszonym ubraniem. 

I wreszcie myślenie o przyszłości. Są ludzie myślący ateistycznie, rozumujący w ten sposób, że człowiek jest tylko ciałem więc, gdy ciało umiera, umiera także świadomość, urywa się film i nie ma problemu. Jednak człowiek nie bardzo umie nawet sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby umarła i trwale zakończyła się moja świadomość. Owszem potrafię mówić „nie miałem świadomości”, gdy się obudzę ze snu, ocknę z omdlenia i wróci mi moja świadomość. Jednak nieświadomość, na którą nie można spojrzeć z pozycji zewnętrznej świadomości, nieświadomość nieodwołalna, po której nie ma już nic, staje się nie do wyobrażenia i prawie nie do przyjęcia. Trzeba mieć wielką awersję do „tamtego życia”, do patrzenia na „to życie” z pozycji „tamtego”, by pragnąć takiego absurdalnego cięcia.

Nasza gotowość do większego życia niż mamy teraz
Obserwujemy w sobie jakieś przygotowanie do czegoś więcej niż znajdujemy w tym życiu. Przede wszystkim mamy pragnienie bycia kochanym i kochania ludzi. Miłość jest dla nas czymś najbardziej pożądanym, marzymy o niej, próbujemy ją na różne sposoby realizować, przede wszystkim w małżeństwie i rodzinie, ale i w innych więziach. W miarę naszego rozwoju wewnętrznego ciepłe, życzliwe relacje z szerokim spektrum osób, wśród których się obracamy, staje się czymś normalnym, pragniemy być w dobrych, serdecznych relacjach nawet z zupełnie obcymi osobami. Życie dojrzałe staje się życiem z sercem bardzo poszerzonym, gotowym przygarnąć do bliskości wielu ludzi. Znakiem takiego życia jest celibat, który niejako od decyzji samotności dojrzewa do obejmującej coraz szerszą wspólnotę ludzi miłość. Małżeństwo zaś jest szkołą takiej miłości i wychodząc od trochę egocentrycznego modelu „my się kochamy”, ewoluuje w kierunku miłości pełniejszej, dojrzalszej, szerszej, bardziej otwartej, ale przy tym czystej, nie przywłaszczającej nikogo.

Z wiekiem i dojrzałością coraz bardziej dominująca w naszym życiu staje się sytuacja dziecka Bożego. Prawda o tym, że jednego mamy Ojca i wszyscy jesteśmy braćmi staje się modelowa dla naszego życia, w którym wszelkie inne sytuacje: hierarchia (feudalna, niewolnicza, kościelna), podległość (zawodowa, wojskowa, wynikająca z niejednakowego doświadczenia, np. nauczyciel – uczeń, rodzice – dziecko, ojciec duchowy – penitent) w miarę upływu lat słabną i zanikają. Zbliżamy się do relacji braterskich, przyjacielskich, równorzędnych. Takie relacje między sobą są naszym celem w „domu Ojca”. Chrystus mówi, że we wspólnocie ludzkiej podstawowe znaczenie ma więź dziecka Bożego : synowska z Ojcem i braterska ze sobą wzajemnie. Z tymi więziami wchodzimy do życia z Bogiem. 

Co wynika z prawdy o stworzeniu?
Najważniejszą prawdą o naszym życiu jest nasze pochodzenie i cel. Pochodzimy od Boga - On nas stworzył jako swoje dzieci i cel mamy w Bogu – On nas stworzył dla siebie. I te dwie prawdy są decydujące. 

Najpierw jesteśmy stworzeni przez Boga jako Jego pomocnicy w panowaniu nad światem, mamy działać w Jego imieniu, mieć w sobie to właśnie do Niego podobieństwo. Wybrańcy Boży Starego Testamentu: Abraham, Izaak, Jakub i inni prorocy są właśnie takimi narzędziami Boga, działającymi wśród swoich ziomków z Jego mocy i pod Jego kierunkiem. Bóg potrzebuje takich współpracowników, korzysta z nich, ale także wiąże się z nimi więziami przyjaźni. Dlatego nie może z nich zrezygnować. Odkąd ich ma, muszą oni żyć, nie mogą przeminąć, ponieważ nie są jednym z wielu elementów stworzenia, ale kimś wyjątkowym – partnerem Boga. Odzwierciedlają w sobie Jego wielkość. 

I druga prawda: Bóg stworzył nas dla siebie. Wszyscy dla niego żyją. Gdybyśmy konsekwentnie myśleli o swoim życiu, jako o życiu dla Boga, gdybyśmy zrozumieli, że Bóg nas powołał do życia ze Sobą, ponieważ zależy Mu na nas, pragnie nas, wtedy zrozumielibyśmy, że również nie może Mu nagle przestać na nas zależeć, nie może z nas zrezygnować. Bóg nas kocha i nie może przestać nas kochać, ponieważ miłość Boża jest trwała i wierna. Dlatego Bóg nie może się zgodzić na naszą śmierć, przeminięcie naszego życia, zakończenie istnienia. Miłość Boża nie tworzy niczego nietrwałego. To, co powołał, jest i będzie. Wynika to z Istoty Boga. 

Pewność wiary
Gdybyśmy poznali Boga, zrozumielibyśmy to, że tak właśnie jest. Nasze życie wieczne jest tak pewne jak pewny jest Bóg miłujący. Skoro żyję dla Niego, to żyję na wieczność, która nie jest nieskończonym czasem, ale trwałą teraźniejszością. W miarę jak narasta świadomość, że żyję coraz bardziej z Nim i dla Niego, wówczas jednocześnie wzmacnia się we mnie wiara w życie wieczne i pewność, że nie muszę bać się przemijania. Skażony świat przemija, ale stworzenie Boże wśród świata zachowuje trwałość, gdyż jest „w ręku Boga”, kochającego Ojca, który niesie je na rękach do swego domu przez bramy śmierci. Dlatego nie dosięgnie go męka śmierci i unicestwienia. Dlatego też Chrystus mówi – miejcie odwagę, Jam zwyciężył świat i dodaje - w domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Tak być musi, ponieważ Ojciec szuka pieczołowicie swoich dzieci, by mieć je już teraz i na wieki.
Diakon Jan, styczeń 2011

   
 





WIARA JAK ZIARNKO GORCZYCY




Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. 


Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. (Łk 17,5-10)



Wiara. W Ewangelii nie znajdziemy wyjaśnienia, czym jest wiara. Jej rozumienie należy do podstawowych treści Starego Testamentu. Bóg jest amen (hebr.) to znaczy prawdomówny i niezawodny, stanowiący solidne oparcie. Symbolem takiego oparcia jest skała, na której można wybudować trwałą budowlę, warownię nie do zdobycia dla wrogów. Bóg objawia się nam jako nasz, zasługujący na zaufanie obrońca, wierny danemu słowu i wierny nam, ponieważ nas kocha, a my jesteśmy Jego dziećmi. Wiara jest zatem przeżywaną w sercu pewnością, że mam Kogoś bliskiego, na kim naprawdę mogę polegać, Kogoś, kto zapewnia mi bezpieczeństwo. Tego przeżycia pewności nie można się nauczyć, nikt też nie może go drugiemu wytłumaczyć. Kiedy głosi się ludziom Boga, który zasługuje na wiarę, jedni czują się zachęceni i umocnieni, a dla drugich jest to czcza gadanina. Jeden przeżywa wiarę, a drugi nie. Wiara jest doświadczeniem, które może się pojawić w ludzkim sercu. Potrzebna jest jego gotowość i współpraca, ale to nie wystarcza. Wiara jest darem Boga. Jest Łaską 


Łaska wiary daje poczucie pewności, poczucie, że nie jestem sam, zależny od ślepego losu, ludzkich kaprysów i własnej zapobiegliwości, ale że mam Boga, któremu mogę zaufać i poddać się Jego działaniu. Pod Jego opieką jestem bezpieczny, to znaczy, że jeżeli z wiarą się Mu poddaję, to widzę, że cokolwiek by się ze mną nie działo, wyjdzie to mi na dobre. Ta pewność wiary jest tym bardziej poruszająca, im mocniej zdaję sobie sprawę, że Bóg jest Istotą Najwyższą, prawdziwym Panem, któremu nic nie wymyka się z rąk, dla którego zło nie jest czymś co się nie udało, ale świadomie dopuszczonym przejściowym doświadczeniem. Bóg panuje nad wszystkim i jest większy od wszystkiego, i taki właśnie Bóg stworzył mnie z miłości. Jemu na mnie zależy, On jest mi bliski i dlatego sensowne jest zaufanie Mu czyli wiara. 


Bóg opiekuje się nami jak ojciec i jego troska dociera do nas o tyle, o ile traktujemy Go właśnie jak ojca, a nie zamykamy się przed Nim w nieufności. Kto żyje w nieufności do Boga, ogranicza sobie kontakt z Nim, co w sposób nieunikniony odbija się na jakości jego życia. Kto wierzy Bogu i na Nim się opiera, tego życie zyskuje, ponieważ Bóg jest źródłem życia. Wiara otwiera połączenie między Bogiem a człowiekiem. Dlatego prorok Habakuk mówi, że sprawiedliwy, żyć będzie dzięki swej wierze. Człowiek wierzący Bogu zyskuje dostęp do Dawcy życia i to zapewnia mu życie, podnosi jego jakość. Życie bez wiary trwa do czasu i odchodzi w otchłań śmierci. Bóg nie chce do tego dopuścić. 



Zjednoczenie. Widzimy zatem, że wiara otwiera człowieka na więź z Bogiem. Więzią, którą Bóg dla nas przygotował, jest zjednoczenie z Nim. Wiara jednoczy nas z Bogiem. To zjednoczenie zaczyna się w chrzcie i ma swój początek na tym świecie, ale nabiera pełności w życiu wiecznym. Jednak łączność z Bogiem nie jest odłożona tylko na przyszłość, ale już teraz mam przystęp do Boga, tym szerszy im bardziej Mu wierzę, jak dziecko ojcu. 


Dostęp do Boga daje mi także dostęp do mocy Bożej. Tylko Bóg dysponuje Swoją mocą, ale ja mogę Go prosić o jej uruchomienie zawsze i we wszystkich sprawach, ponieważ On mnie kocha i zawsze mogę liczyć, że zajmie się moją sprawą. Mogę być Go pewny i kiedy mówi, że wie, co ze mną robi, mogę wszystko od Niego przyjąć: to co jasne i to co ciemne. Taka jest podstawowa treść wiary. Jeżeli jestem człowiekiem silnej wiary, widzę w sobie spokojną pewność, że w każdym położeniu jestem w dobrym ręku Boga. Ta pewność ufna staje się wtedy czymś naturalnym i oczywistym, jak to, że żyję, a nie, że nie istnieję.


Zjednoczenie z Bogiem przez wiarę prowadzącą do życia wiecznego nie jest czymś wyjątkowym, przeznaczonym dla niektórych. Jest czymś normalnym i obliczonym na każdego z nas. Każdy jest do niego powołany. Moje czyny będą miały inną jakość, gdy będę żył sam, a inną, gdy będę żył w bliskości z Bogiem. Wiara sprowadza na mnie więź z Bogiem, a ta więź daje mi dwa podstawowe owoce. Pierwszy owoc to życie wieczne, a drugi owoc to moc Boża, dzięki której mogę czynić dobro podobnie jak Bóg, naśladować Go. Tak więc życie wieczne nie jest owocem dobrych, zasługujących czynów, ale zjednoczenia z Bogiem przez wiarę, podobnie jak dobre czyny. Jest to bardzo ważna prawda o nas. Życie wieczne i czyny są dwoma skutkami wiary, prawdziwej wiary, która poddała nas oczyszczeniu i doprowadziła do zawierzenia i zjednoczenia z Nim.



Czyny. Dobre czyny nie są więc niczym nadzwyczajnym. Chrystus wzywa wszystkich do wiary, a w tej wierze do czynienia dobra. To dobro będzie normą, konsekwencją bycia człowiekiem powołanym do tego, by stać się podobnym do Boga. Każdy powinien czynić dobro, jest ono sensowne i wartościowe. Dlaczego? Dlatego, że czyni je Bóg. Dobro jest naśladowaniem Boga. Dobra nie czyni się samemu z siebie, ale z mocy Boga, którą człowiek przyjmuje dzięki zjednoczeniu z Bogiem w łasce wiary. Czynienie dobra jest współdziałaniem człowieka z Bogiem. Jezus mówi nawet, żeby nie przeceniać swojej współpracy, ponieważ proporcje między Nim a nami są tu jak między Panem a służącym. Pan daje nam zjednoczenie ze Sobą, a z tego daru płynie zdolność i siła czynienia dobra. Jest ona owocem wiary. Aby nie przywłaszczać sobie owoców wiary, Bóg prosi o pokorę. Ona najbardziej pomnaża owoce wiary. Dobre czyny i życie wieczne nie są czymś wyjątkowym, nagrodą za coś, są one darem, który Bóg przygotował dla wszystkich. Potrzeba pokory, by pragnąć, by wszyscy ten dar przyjmowali, a nie pielęgnować tylko siebie, swoją otwartość i swoją wiarę. 

Diakon Jan, 2013 






WIARA DZIECKA





Bóg pokazuje człowiekowi, że Jego królestwo zostało przygotowane na początku, kiedy powstawał świat i od tametego dnia czeka ono, aż ci, których Bóg stworzył, będą gotowi w nie wejść. Kogo zatem Bóg stworzył i kto może być gotowy do wejścia w królestwo Boże? Księga Rodzaju pokazuje, że świat kryjący się pod obrazem raju, jest miejscem, jakie Bóg specjalnie przygotował dla człowieka, by miał on tam odpowiednie warunki do życia - wodę, rośliny i drzewo życia, z którego Bóg będzie karmił człowieka, dając mu życie nieśmiertelne. Człowiek żyje w raju nie sam, ale w bliskości z Bogiem, mieszkającym w tym samym ogrodzie i dlatego może być pewien, że ma tu wszystko. Człowiek nie musi mieszkać w raju, może z niego odejść, może stracić owe bezpieczne miejsce, jeżeli straci wiarę, że otrzymał od Boga wszystko, ponieważ jest traktowany jak syn. Znakiem owego zaufania Ojca do dziecka jest wolny przystęp do drzewa poznania dobra i zła, które jest w zasięgu ludzkiej ręki. To człowiek ma rozumieć, że jest ono obecnością Tego, który jest Bogiem i dlatego nie jest ono dla człowieka. Bo człowiek jest człowiekiem, a Bóg Bogiem.


To, że Bóg jest Bogiem nie powinno spędzać snu z powiek człowieka. Może on się czuć dobrze z Boską przewagą, podobnie jak dziecko czuje się dobrze z przewagą rodziców. Adama w raju powinna zatem charakteryzować dziecięca, ufna wiara. Jednak szatanowi udaje się tę wiarę zakłócić, zasiewając wątpliwość, czy rzeczywiście Bóg kocha i dał ludziom wszystko. A może można zdobyć więcej, może można nawet zdetronizować Boga i samemu zająć jego miejsce? Adam, idąc za tym podszeptem traci mentalność szczęśliwego Bożego syna i podejmuje próbę dominacji nad Bogiem. Dlaczego? Bo wydaje mu się, że właśnie przewaga Boga nad nim, Jego dominacja jest główną cechą Boga. Nie ojcostwo. Człowiek przestaje czuć, czym jest dziecięca więź, a zaczyna szukać i pragnąć relacji zwierzchności - być kimś więcej, stać wyżej. Od tej pory, choć oczywiście nie udaje mu się zdominować Boga, zaczyna czuć się odepchniętym wasalem, pokonanym rywalem, marnym sługą u wielkiego pana, próbuje się z nim rachować, walczyć o swoje interesy, układać. Kompletnie traci mentalność dziecka w rodzinie. W ten sposób rozmija się z Bogiem. 


Nowe Przymierze będzie więc powrotem do dziecięctwa. Kto pokaże, w jakim kierunku ma iść człowiek? Pokaże to ten, który sam jest dzieckiem Ojca, dzieckiem najprawdziwszym, wzorem dziecięctwa Bożego - Chrystus, Syn Boży. Świat odszedł daleko od dziecięctwa przede wszystkim mentalnością, ale i idącym za mentalnością postępowaniem. By dokonać nawrócenia potrzeba zmienić postępowanie, ale jest to możliwe tylko przez zmianę gruntowną - zmianę mentalności. Potrzeba nabrać mentalności dziecka. Chrystus mówi zachęcając: Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie, do takich bowiem należy królestwo niebieskie (Mt 19,24). Mówi też kategorycznie: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego (Mk 10,15, Łk 18,17), albo: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. (Mt 18,3) 


Co takiego jest w postawie dziecka, co stanowi wzór relacji człowieka z Bogiem. U ludzi więzi dziecięce są krótkotrwałe, przechodzą w większą równorzędność, a później nawet odwracają się, kiedy starsi rodzice potrzebują pomocy. A jednak okres dziecięcy jest w zamyśle Bożym obrazem tego, co w nas powinno być trwałe: doświadczenia, że przychodzę na ten świat nie mając nic i otrzymuję wszystko za darmo od rodziców. Rodzice stanowią więc dla mnie jedyne i całkowite oparcie, zapewniają byt i bezpieczeństwo, stanowią niejako „łożysko” łączące moją wrażliwość i delikatność ze światem obcym i brutalnym, do którego brak mi przystosowania. Dziecko zatem nie jest niezależne od rodziców, ale charakteryzuje je zależność, która nie świadczy o jego słabości, ale przeciwnie daje siłę, nie jest dla dziecka ograniczeniem i kajdanami, ale przeciwnie otwarciem na życie i błogosławieństwem. Dziecko w zdrowej rodzinie jest szczęśliwe ze swoim dziecięctwem. Dobrzy rodzice zdejmują z niego wszystko, co mu ciąży nadmiernie i je przekracza, a przede wszystkim wspierają je w dorastaniu. Dziecko zatem nie musi robić niczego samo, może liczyć na współpracę. W tej sytuacji żyje ono w rodzinie nie w niewoli, ale w wolności. Rodzice stoją wyżej w hierarchii, ale ono nie musi się ich bać, przeciwnie, ma do nich nieograniczony przystęp. 


To co z owego idealnego dziecięctwa w życiu ludzkim miewa często ograniczone i niepełne zastosowanie, w relacji z Bogiem nabiera właśnie pełnego znaczenia. Dziecko rzadko staje w życiu wobec sytuacji tak dramatycznych jak my w życiu duchowym stajemy codziennie, mianowicie w niebezpieczeństwie od zła, którego sami zupełnie nie jesteśmy w stanie pokonać. Dlatego to, co u dzieci zdarza się zaledwie w niemowlęctwie, kiedy naprawdę gros zagrożeń je przerasta, nam dorosłym zdarza się wobec Boga naprawdę na co dzień. Bez Boga nie potrafimy oprzeć się złu, usunąć je z naszego życia i naśladować Jego świętość. Dlatego Ewangelicznym obrazem naszych potrzeb wobec Zbawiciela stała się opowieść owcy, która odłączyła się od stada, została znaleziona przez dobrego pasterza gdy już ugrzęzła w ciernistych krzakach i nie jest w stanie się wydostać i jest przez niego osobiście wyłuskiwana z cierni, brana na ramiona i wynoszona z powrotem do owczarni. Ludzie młodzi, dorośli, samodzielni nie lubią takich obrazów, nie chcą się czuć tak bezradni, ale czy chcą czy nie chcą w sprawach walki ze złem są właśnie w sytuacji owej owieczki. Potrzebują wyzwolenia z niewoli, troskliwej miłości i pełnego wyrozumiałości, miłosiernego przebaczenia. Bez tego zginęliby z wycieńczenia. 


Dlatego relacje między nami a Bogiem, które nazywamy wiarą, charakteryzuje nie tyle wiara w Niego, że jest, ale wiara Jemu, że stoi przy nas murem, jako kochający Ojciec i Dobry Pasterz. Wiarę Chrystusa i wiarę, jaką Chrystus zaszczepia nam, charakteryzuje pełne i bezgraniczne zaufanie do Boga bliskiego i zapewniającego niezawodne oparcie. To przylgnięcie do Ojca, pozwolenie Mu, żeby działał w nas, żeby nas nie tylko prowadził, ale przede wszystkim niósł, daje w życiu wyjątkową pewność. Więź wiary dziecięcej nie zdejmuje ciężaru cierpienia, ale daje pewność, że się przez nie przejdzie i dojdzie do spotkania z Ojcem, od którego się odeszło, jako syn marnotrawny. Dlatego w tej przypo­wieści o ojcu i dwóch synach można dopatrzeć się jeszcze jednej osoby, która nie jest wprost wspominana, bo kryje się pod znakiem stęsknionych, ufnych oczu wyglądającego przez okno Ojca. Można dopatrzeć się osoby, która wychodzi i idzie za synem marnotrawnym, towarzyszy mu w obcej krainie i na końcu przyprowadza z powrotem. To dlatego Ojciec jest tak w zażyłej relacji z synem po powrocie, że towrzyszył mu również na wygnaniu i tak naprawdę nigdy nie stracił z nim kontaktu, bo jednoczył się z nim i cierpiał z nim także, kiedy tamten grzeszył. Ponieważ Ojciec nigdy nie przestał czuć się Ojcem, mimo niegodziwości syna, dlatego i syn może być pewny, że nigdy nie został wyrzucony z serca. Skoro Ojciec jest tak zawzięty i tak zależy mu na synu, syn może czuć się bezpieczny nawet jeśli cierpi, pasając świnie u obcych. Możliwiość powrotu jest bliska, a dziecięca wiara otwiera wszystkie drzwi i podnosi każdą górę. Ojciec może wszystko, a dziecko ma klucz do Jego serca. 
Diakon Jan, 2013








WIARA I JEJ UZDRAWIAJĄCA MOC






Ewangelista Marek opisując publiczną działalność Jezusa akcentuje wielką moc, jaka ujawniała się w Jego czynach. Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. (Mk1,27) Nauka ta ujawnia jednak swoją moc przede wszystkim wtedy, gdy spotyka się z wiarą. Spektakularnym przejawem mocy wiary jest u Marka opowiadanie o uzdrowieniu paralityka, którego czterech niosących, pełnych determinacji ludzi z powodu tłumu, spuściło do Jezusa przez dach domu (Mk2,1-12). Ich gotowość do wysiłku i wielka pomysłowość podyktowane były pewnością, że Jezus potrafi i na pewno będzie chciał ocalić chorego. Sam paralityk miał też w sercu wiarę w Jezusa, o którym słyszał jako o wybitnym i pełnym mocy nauczycielu. Wiara, którą mieli, pozwalała im przyjąć ze zrozumieniem zachowanie i słowa Jezusa o odpuszczeniu grzechów. Raczej przez wiarę uczyli się tego, kim może być Jezus, niżby mieli uzależniać ją od tego, czy postawa Jezusa pasuje im do dotychczasowego myślenia o tym, kim On może być. 


Ich wiara zatem odstawała drastycznie od myślenia uczonych w Piśmie, którzy opierali się tylko na tym, co wiedzieli do tej pory ze swej ludzkiej mądrości i studiów Pisma. Nie było w nich wiary w Jezusa jako wysłannika od Boga, to znaczy gotowości przyjęcia czegoś nowego, uwierzenia, że Jezus jest kimś wyjątkowym i ma większą władzę niż im się dotąd wydawało. Są zasklepieni w swoim dotychczasowym myśleniu, zamknięci w swej roli jedynych autorytetów znających Pisma. Ta konfrontacja wiary prostych, nieszczęśliwych ludzi z niewiarą ludzi sytych i pewnych siebie jest charakterystyczna dla postaw ludzkich wszystkich czasów. Trzeba uwierzyć, że w Jezusie, że w Bogu jest więcej, niż mi się do tej pory wydawało, mieć gotowość zawsze być uczniem i nigdy nie czuć się tym, który już wie i nie musi słuchać i się uczyć. Tych „wiedzących” jest w każdych czasach wielu. Są tacy, którzy a priori wiedzą, że Jezus i Kościół nie może mieć racji, bo to burzyłoby stały sposób myślenia lub nie służyło żywotnym interesom. Są też tacy, którym nie chce się łamać sobie nadmiernie głowy sprawami Bożymi, a w ich życiu nie zdarzyło się dotąd nic takiego, co jak paralityka skłaniałoby do zastanowienia. Tymczasem wystarczy błysk wiary w sercu, a okazuje się, że życie zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, okazuje się, że trudności jakie ona nastręcza są do pokonania, a jasność jaka się wówczas otwiera rozświetla wszystkie ciemności paraliżu ciała i duszy. 


Wiary uczymy się stopniowo. Najpierw przyjmujemy na wiarę większość prawd tego świata. Nie sprawdzamy sami, czy Ziemia krąży wokół Słońca, a materia zbudowana jest z atomów. Wierzymy uczonym. Powstaje jednak problem, komu można uwierzyć, a komu nie należy. Tak dochodzimy do drugiego etapu wiary: odkrycia wiarygodnego autorytetu. W sprawach badań przyrodniczych dorobek nauki jest takim autorytetem, choć też zdarzają się pomyłki, a teorie bywają błędnymi hipotezami. Jednak poza nauką, we współczesnym, masowym obiegu informacji, cyrkulacja prawdy na równi z nieprawdą i niepełną prawdą stała się zjawiskiem powszechnym. Dlatego problem autorytetów i wiarygodnych źródeł informacji okazuje się krytyczny. Potrzebujemy prawdziwej prawdy i prawdziwego autorytetu, a tu każdy usiłuje nas przekonać, że ma taką prawdę i jest takim autorytetem.

W sprawach Bożych autorytet ma znaczenie szczególne. Jest nim Biblia i nauczanie Kościoła, ale także osobiste doświadczenie egzystencjalne i duchowy kontakt z Bogiem. Jego dotknięcia, które należą do faktów powszechnych, decydują w końcu o uwierzeniu autorytetowi najpierw Biblii i Kościoła, a potem stojącego za nim samego Boga. Tak wiara od zaufania nauczycielom (rodzicom, katechetom, kaznodziejom) rozwija się w spotkanie z Bogiem, doświadczenie Go i życie w zjednoczeniu duchowym z Nim. Wiara od słabej staje się coraz mocniejsza i to ona otwiera drzwi działającej w świecie mocy Boga, który przyszedł w Jezusie i niesie uzdrowienie.


Święty Jan, który sam doświadczył bardzo silnej wiary, pisze o niej pełne głębi i siły słowa. Wszystko bowiem, co z Boga zrodzone, zwycięża świat; tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara. A kto zwycięża świat, jeśli nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym? (1 J 5,4-5) Moc Boża przyszła do nas na świat i czeka. Jeśli napotka wiarę, wnika w serce i zmienia człowieka do głębi. Daje przede wszystkim pokój i pewność, że jest się dzieckiem Bożym, cokolwiek by się nie działo, w każdej sytuacji otoczonym opieką i dlatego w najgłębszym sensie bezpiecznym. Już nic mnie nie może pozbawić życia wiecznego, ani to życie ani ta śmierć. Bezpieczeństwo zaczyna się teraz, w chwili wiary i nigdy się nie kończy. Wiara jest początkiem pełnego życia. U tego początku, jako znak wiary przyjmujemy sakrament Chrztu. Jeśli przyjęliśmy go w nieświadomości dziecięcej, wiara musi się w nas ujawnić i potwierdzić w dorosłym życiu. Przez całe to życie będzie trwało niejako konsumowanie daru Chrztu, który jest darem wiary. Oznacza on spotkanie z Jezusem, uwierzenie Mu, że akurat On, nie kto inny, jest Synem Bożym i Zbawicielem. 


Od dnia Chrztu zaczynamy przeżywać swoje życie jako czas oczyszczenia i rozwoju życia duchowego opieczętowanego wiarą. Na ten czas mamy dary Jezusa, który przyszedł do nas przez wodę i krew, i Ducha, nie tylko w wodzie, lecz w wodzie i we krwi. Duch daje świadectwo, bo Duch jest prawdą.(1 J 5, 6) Tymi trzema darami Jezusa, które można przyjąć tylko przez wiarę, a które oczyszczają i rozwijają człowieka do życia wiecznego jest woda - obmycie z grzechu, krew - dar Eucharystii i Duch - dar obecności Ducha Świętego w naszym, zdolnym do modlitwy sercu i przede wszystkim w Kościele, na który został wylany. Te trzy przejawy mocy Bożej przygotowują tego, kto uwierzył, do życia wiecznego. 


Bóg dał człowiekowi życie wieczne, dał je przez złączenie nas z Jezusem, który umarł, zmartwychwstał i ma je razem z Ojcem. Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Ten, kto ma Syna, ma życie, a kto nie ma Syna Bożego, nie ma też i życia. O tym napisałem do was, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie życie wieczne. (1 J 5,11-13) Życie wieczne zaczyna się w chwili dojścia do wiary. Ta generalna decyzja jest z początku niedoskonała, słaba, wymaga oczyszczania i rozwoju duchowego. Rozwój ten jest nie własnym, osobistym triumfem, ale przyjmowaniem w pokorze mocy Boga, jak powiedzieliśmy wody, krwi i Ducha. Dzięki tym darom dojrzewamy i dorastamy do spotkania z Bogiem w wieczności. Kto uwierzy w tym życiu (na miarę swoich możliwości), ten będzie zbawiony, co nie oznacza, że już jest gotowy do spotkania z Bogiem. Potrzebny jest rozwój czerpiący z darów wody, krwi i Ducha. Schematycznie ukazuje to rysunek.










Jeżeli człowiek uwierzy, a nie dojdzie do pełnej, oczyszczającej współpracy z łaską wiary, będzie miał jeszcze możliwość dopełnienia oczyszczenia w czyśćcu. Bóg chce jednak, by maksymalnie dokonało się to obecnie. Ze względu na uświęcającą moc wiary w Kościele apostolskim wiernych już nazywano świętymi. A życie wieczne? Zaczyna się już teraz, aktem wiary, oczyszcza się i trwa na wieki. Tak na etapie oczyszczenia jak i pełni, wymaga ono zjednoczenia z Jezusem - umierającym i zmartwychwstałym. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. (J 17,3) 


Diakon Jan, 2014







WIARA INDYWIDUALNA W WIERZE KOŚCIOŁA




Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. (J 20,19-29) 




Wszystko zaczyna się owego pierwszego dnia tygodnia – w niedzielę zmartwychwstania. Tego dnia grób stał się pusty i tego dnia apostołowie zbierają się po raz pierwszy. A po ośmiu dniach znów jest pierwszy dzień tygodnia i uczniowie znów się zbierają się. Co ich pociąga? Co każe im przychodzić z taką regularnością od owego dnia aż po dzisiejszy i dalej do skończenia świata? Co jest takiego atrakcyjnego w tych zebraniach uczniów, silniejszego, niż przeciwności losu? To jedno, że zawsze, kiedy przychodzą, przychodzi do nich Zmartwychwstały Jezus. 


Na tych spotkaniach w pierwszym dniu tygodnia uczniowie, jak wiemy z innych źródeł, np. Dziejów Apostolskich, sprawują łamanie chleba - Eucharystię, doznają obdarowania Duchem Świętym, rozpoznają Zmartwychwstałego i wtedy cementuje się też ich wspólnota braterska. Grono tych, którzy znali Jezusa nauczającego, czyniącego znaki i ponoszącego haniebną śmierć na Krzyżu, teraz spotyka Go znów żyjącego. I wtedy, choć jest to sytuacja nieprawdopodobna, niespotykana, nie może być dyskusji: On żyje, mogliśmy Go zobaczyć, dotknąć, porozmawiać z Nim, usłyszeć wyjaśnienie sensu tego, co się wydarzyło. Jest to dla nich Fakt, a oni Fakt ten stwierdzili, stali się świadkami Jego życia, śmierci i znów Nowego Życia. Tak zrodził się Kościół. 



Wiara Kościoła. Decydujące dla powstania Kościoła było to, że gdy uczniowie zebrali się razem, wtedy przyszedł Ktoś, oni spojrzeli na Jego ręce i bok, które przeszły przez krzyżową śmierć i naraz rozpoznali Go z radością. A rozpoznali i doznali radości dzięki Pokojowi, którego On im udzielił. Pokój jest podstawowym darem Mesjasza, owocem Jego ofiary. I tym Pokojem Jezus obdarowuje apostołów u progu spotkania. Apostołowie mając Pokój w sercach i widząc człowieka, który nosił pięć ran na martwym ciele, doznają gwałtownego poruszenia – wiedzą, że spotkali Jezusa i czują, że przekonał ich zamysł Boży zbawiania ludzi na drodze od życia, przez śmierć do Nowego Życia. 


Odtąd wspólnota Kościoła staje się naczyniem, gdzie trwale został złożony dar Ducha Świętego – Pokój. Sięgając do szerszego kontekstu, do łukaszowego opowiadania o uczniach idących do Emaus, widzimy, że owe rozpoznanie Zmartwychwstałego dokonuje się w pierwszym dniu tygodnia, kiedy na pamiątkę Zmartwychwstania sprawowana jest uroczysta Eucharystia – dziękczynienie za to wydarzenie. To ona gromadzi uczniów i to w czasie niej, kiedy również jest głoszone Słowo, ma się dokonać owe rozpoznanie przez uczniów Zmartwychwstałego. Obdarowana Duchem Świętym wspólnota staje się silna, by zostać posłana do roznoszenia po świecie owocu Odkupienia - odpuszczenia grzechów. Taka jest wiara Kościoła, która zrodziła się w owym dniu, na spotkaniu z Żyjącym na wieki. 



Wiara indywidualna. Na tle tej wiary Kościoła, która cieszy się obecnością Zmartwychwstałego, rodzi się wiara indywidualna, Tomasza, moja wiara. Tomasz słyszy od glos wspólnoty: Widzieliśmy Pana! Pierwszym etapem budowania jego osobistej wiary jest dochodzące do niego Słowo Kościoła. Ale Tomasz nie wierzy Kościołowi, bo ten mówi rzeczy tak niewiarygodne. Tomasz sam musiałby rozpoznać, zobaczyć, dotknąć Jezusa. Zmaga się, przez cały tydzień, bo znajduje się poza radością, którą żyją jego współbracia. Potrzebuje łaski.


Wtedy przychodzi do Tomasza Jezus Zmartwychwstały. Ale Jezus nie przychodzi do niego osobno, w jakimś tajemnym miejscu, przychodzi jak zawsze do całej, zebranej w niedzielę wspólnoty. Jego przyjście do Tomasza mieści się w przyjściu do całego Kościoła, następuje niejako na oczach Kościoła, pod jego duchowym parasolem. W taki sposób właśnie, wśród Kościoła znającego już Pana, dochodzi do indywidualnego spotkania Pana ze mną, który Go jeszcze nie poznałem. To spotkanie rozradowało mnie, bo obudziło we mnie wiarę, ale z tą wiarą nie zostałem sam, ale stała się ona cząstką wiary całego Kościoła.


Jak zatem przebiega obudzenie się i wzrost mojej wiary. Po pierwsze jej źródłem jest Eucharystia, miejsce obecności Jezusa Zmartwychwstałego w Kościele. Ten Jezus obecny jest w Kościele, w jego duchowym jądrze – w Eucharystii i Słowie, ale jest On tu trudno rozpoznawalny. Wymyka się bowiem temu światu. Jest duchowo ukryty. Dlatego rozpoznanie Go wymaga przyjęcia łaski Ducha Świętego. Odbywa się najpierw przez słuchanie Słowa głoszonego w Kościele, ale ostatecznie w pełni przez przeżycie osobistego spotkania ze Zmartwychwstałym.


Spotkania ze Zmartwychwstałym dokonują się przez wpatrzenie w ciągłość jaka istnieje między ziemskim życiem i dziełem Jezusa, a tym, co przeniósł na drugą stronę. Jego nauka, znaki, męka znajdują odbicie w zamęczonym na śmierć ciele. I to ciało, kiedy zmartwychwstaje, zabiera ze sobą w świat Boga to wszystko, co Jezus przeżył tu dla naszego Zbawienia. Zatem jak istnieje ciągłość pomiędzy Tym, który żył i umarł, a Tym, który żyje na nowo, tak samo istnieje ciągłość pomiędzy tym, co ja mogłem przeżyć z Tym, który żył i umarł, a tym co teraz w nowym Życiu mogę przeżywać ze Zmartwychwstałym. Bliskość! Dlatego mogę Go dotykać, bo przedtem był w moim zasięgu jako żyjący życiem ziemskim i umarły.


Możliwość spotkania wszystkimi moimi zdolnościami poznawczymi Jezusa Zmartwychwstałego staje przede mną otworem, przez oglądanie i dotykanie Jego ziemskości: Jego ran rąk, nóg i boku przebitego na Krzyżu a następnie poddanie tego ziemskiego oglądu i dotyku obrazów konsekrującej mocy Eucharystii, przemieniającej mnie w tego, który ogląda i dotyka rzeczy chwalebnych: stygmatów Zmartwychwstałego. Oglądanie i dotykanie jest poznawaniem Jezusa całym sobą: patrzeniem, czuciem, przeżywaniem. Jest to wchodzenie w bliskość z Tym, który z martwych powstał, by wcielić się w Kościół, a w Kościele tym wejść w całe moje życie duchowe.


Ta droga życia duchowego, zaczynająca się czerpaniem z Eucharystii, owocuje ludzkim oczyszczaniem z grzechu, przyjęciem daru Pokoju do serca i w efekcie życiem w jedności ze Zmartwychwstałym. Do tej jedności zmierza cała moja przyszłość. Zmartwychwstanie stało się umieszczeniem pośród świata tego Jezusa, z którym wszyscy, nie ograniczeni cielesnymi barierami, będą mogli się jednoczyć. Będzie to zjednoczenie oblubienicy z Oblubieńcem.

Diakon Jan, 2013