sobota, 4 kwietnia 2020

ZNAKI

Pan daje znaki jako widzialne przejawy swojego niewidzialnego działania. Czasem działanie to jest przystępne i upewnia nas, że Bóg jest naprawdę bliski i stoi za nami murem. Ale czasami nasze odczucia mogą być inne: Opatrzność przestaje nam się kojarzyć z miłością, Bóg wydaje się  surowy, jego działania są nie całkiem po naszej myśli. Czy to Bóg się zmienił? Na pewno nie. Raczej  zmieniło się nasze postrzeganie znaków i rozumienie ich. 

Dzisiejszy świat w ogóle nie patrzy na znaki. Obserwując dobre rzeczy nie łączy ich z Bogiem, ani tym bardziej nieszczęść ze złym duchem. Niektórzy uważają, że świat patrzy „naukowo”, ale świat patrzy po prostu powierzchownie. W powszechnym obiegu są materialne wyjaśnienia tego, co obserwujemy. I nawet gdyby wydarzyło się coś niezwykłego, na przykład rano nie wzeszłoby słońce, świat i tak poprzestałby na fizykalnym wytłumaczeniu i nawet nie próbowałby szukać sensu nadprzyrodzonego. Ludzie zostali oduczeni refleksji nad faktami. Fakty dziś nie mówią - fakty są. Świat stał się programowo hermetyczny na wartości i na sens wydarzeń. W świecie nie ma rzeczy niezwykłych, wszystko jest zwykłe z zasady. A co, gdyby nagle wydarzyło się coś zaskakującego? Na niebie zapłonęłaby gwiazda jaśniejsza od słońca? Czy też nie byłby to znak od Boga? A to dlaczego? Chyba tylko przez założenie, że Bóg nie istnieje.

A jednak wbrew światu ludzie szukają znaków. Nic ich nie powstrzyma. Chcą, by życie miało sens. Bez sensu i bez systemu wartości istnienie jest na dłuższą metę nie do zniesienia. Nie można wytrzymać, gdy wszystko jest lodowate i nie zna ojcowskiego przytulenia. Ludzie boją się śmierci i chcieliby wiedzieć, jaki jest sens tego, że chorują albo umierają tysiącami czy milionami. Czy nikt na ziemi nie potrafi wyjaśnić im prawdy? Wielu jakoś nie znajduje jej więc szuka winnego na własną rękę - obwinia Boga. Tymczasem zły duch śmieje się z nas, ponieważ prawie nikt z nas go nie widzi, a wielu nie uznaje. W ogólnym zamęcie sensu i wartości pozostają zupełnie sami.  

Bóg się Objawił i przyszedł do nas osobiście, by między innymi pokazać nam to, że na świecie jest dobro i zło, ale nie On pragnie zła i śmierci tylko szatan i jego zwolennicy. Dziś znowu po latach dechrystianizacji ludzie mają zamieszanie w głowach, gdyż tak naprawdę nie znają Bożego Objawienia. Wielu każdej niedzieli słucha fragmentu Starego i fragmentu Nowego Testamentu. Ale do rozumienia zwłaszcza Starego Testamentu bywamy nieprzygotowani. Pamiętam, jak w pierwszych latach po reformie soborowej uczono ludzi, że prawdziwa nauka jest od Pana Jezusa, zawarta w Nowym Testamencie. Co do Starego Testamentu, to należy go czytać PREZEZ PRYZMAT Nowego, bo był on do niego przygotowaniem. Mimo tego wielu ludzi do dziś gubi się biorąc wskazania starotestamentalne dosłownie i tak jakby obowiązywały na równi z nauką Pana Jezusa, a one przecież były nauką podstaw na których Bóg zbudował pełnię Objawienia przez swoje przyjście na świat w ciele. To tak jakby ktoś napisał do nas list a po nim przybył osobiście. Lecz my nie chcemy rozmawiać z naszym gościem tylko zamykamy się i czytamy ów list. On był ważny ale pełnego sensu nabrał w świetle tego co nasz gość mówi nam osobiście. 
  
I tak jest z rozumieniem znaków i obrazem Boga, jaki mamy w sercu. Pan Jezus pokazał nam już samym swoim wcieleniem, a także nauką, że Bóg nas kocha i przyszedł by nas zbawić. W tym celu pokazuje i piętnuje zło ale nie chce nas potępić lecz ocalić. Nie sprowadza zła, które ma nas zmusić do nawrócenia, ale dobro, które ma nas zachęcić.  Dlatego kary, pomsty i surowość Boga należy już tylko do języka Starego Testamentu. Plagi i nieszczęścia, które tam Bóg zsyłał, w pełni Objawienia jawią się tylko jako dopuszczone na krótki czas. Ktoś powie, że to na to samo wychodzi, ale tak nie jest. Przypowieść o zbożu i chwaście pokazuje, że Bóg dla dobra zboża pozwala na wzrost chwastu, ale tylko do żniwa. Do tego, żeby dopuszczając cierpienie w naszym życiu, przeprowadzić nas przez tę ciemną dolinę, Bóg przychodzi na świat do wielkiej bliskości z nami. Umarł, zmartwychwstał i nie odszedł, ale jest z nami jako Najbliższy. I będąc z nami najpierw otwiera nasze oczy a potem prostuje przekonania.       

Mówi wyraźnie o tym, co przynosi na ziemię: przyszedłem na ten świat, aby przepro­wadzić sąd, żeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi. (J 9,39) Przynosi dar otwartych oczu, z którego jednak nie wszyscy korzystają. Jezus chce dać nam, jak powie św. Paweł, światłe oczy serca, byśmy widzieli czym jest nadzieja naszego powołania, czyli po co tak naprawdę żyjemy i na co czekamy. Problemem naszym jest jednak to, że na znaki, które powinny nam otworzyć oczy, reagujemy różnie, często odwrotnie do zamierzeń Bożych.   

Aby odczytać znaki trzeba spojrzeć na nie bynajmniej nie oczami świata, ale oczami Boga. Dostrzec, co słuszne jest nie po ludzku, ale w oczach Bożych. Uzdrowienie niewidomego przez Jezusa oznacza to, że człowiek zyskuje od Jezusa nowe oczy i zaczyna patrzeć nimi na życie – są to oczy Boże, perspektywa Boża. I łatwiej jest zacząć widzieć po Bożemu, gdy najpierw straci się widzenie po ludzku - przyzna się do tego, że jest się niewidomym. Niewidomemu, który wie, że nie widzi, łatwiej jest poddać się jezusowemu uzdrowieniu, niż człowiekowi, który upiera się, że wszystko widzi i nie potrzebuje żadnej łaski od Boga. Dlatego Jezus wypowiada słowa groźne – gdybyście byli niewidomi nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie : widzimy, grzech wasz trwa nadal. (J 9,41)
  
Gdy Bóg nam coś pokazuje, coś w nas otwiera, a my nie upieramy się, że Go nie potrzebujemy, bo wszystko świetnie wiemy, widzimy i robimy, wtedy spotykamy się z Bogiem, a przeciwko nam  zaczyna działać zły duch. Znakami jego działania są gwałtowne przeciwności, niepokój w sercu i strach, które mają nas doprowadzić do tego, byśmy tylko nie zobaczyli mocy Boga. Zły atakuje najsłabsze ogniwa w łańcuchu naszego życia. Gdy Jezus uzdrowił niewidomego, zły nie zaatakował Jezusa, bo Ten był dla niego za silny, nie zaatakował Żydów, bo ich miał po swojej stronie, tylko zaatakował uzdrowionego biedaka i jego rodzinę, i maltretował ich przesłuchaniami i zarzutami. Tak samo jest, gdy idziemy bezkompromisowo za Bogiem. Wtedy zły sprowadza cierpienie, szarpie sumienie, stawia między młotem a kowadłem. Dzieje się tak, jak stary jest świat.  

Dziś stoimy w obliczu rekolekcji, które prowadzi osobiście sam Bóg. Ich sednem jest zatrzymanie świata w biegu. Bezpośrednio dokonało tego zło: choroba i strach, ale ich dopuszczenie akurat w dzisiejszych czasach przez Boga ma znamiona majstersztyku. Zatrzymanie miażdżących trybów. Ogołocenie z dóbr. Upokorzenie. Rzucenie zdecydowanego – sprawdzam – wszystkim, którzy są przekonani o swej wielkości. Jest czas, którego niewykorzystanie może pozbawić szansy na skorzystania tylko z upom­nienia. Mamy pierwszą plagę, następne  mogą być mocniejsze. 
  
Wielu mówi: czas jest nienormalny, wszystko jest inaczej, trzeba czekać na powrót normal­ności. Jednak obecny czas to nie przerwa w czymś, po której wrócimy do tego co było. Nic nie będzie już takie jak było. Zmieni się nie tylko układ sił i polityka, zmieni się nie tylko sytuacja materialna i organizacja pracy, zmieni się także sytuacja moralna, spojrzenie na życie i jego wartość, zmieni się dlatego, że zły dalej będzie próbował zniszczyć świat, a Bóg dalej będzie nas ratował by zbawić. Będzie to wojna o człowieka na śmierć i życie. Zbawienie będzie o wiele bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy byli jak niefrasobliwe dzieci.  

Wielu mówi: czas jest okropny i nie ma się czego od niego uczyć. A jednak jest to chwila unikalna, kiedy zostało nam pokazane, jak krucha jest nasza egzystencja. I rodzi się pytanie, czy nauczymy się, gdzie tkwi jedyne prawdziwe oparcie dla ludzkości, czy też dalej będziemy budować na własnej samowystarczalności i potrzebne będą kolejne plagi, nim pojmiemy, że natura zawsze będzie silniejsza od nas. Nim pojmiemy, że nie jesteśmy na przegranych pozycjach tylko dlatego, iż mamy Kogoś, kto panuje nad naturą, jak Jezus nad burzą na morzu.
  
Wielu boi kary Boskiej i nie wie, że to szatan, nie Bóg zsyła strach i  śmierć. Bóg mówi, by się nie bać w żadnym położeniu, nawet w tym najbardziej zagrażającym życiu. Tak naprawdę jesteśmy w ręku Boga, a nasza Ojczyzna jest nie na tym wątłym świecie, ale u Ojca. Dlatego Jezus mówi - nie bójcie się chorób, które zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą. Większość z nas nawet nie wie, jak bardzo w tym czasie Bóg zajmuje się nami, jak intensywnie toczy się teraz walka, a Pan robi wszystko, by nikt nie zginął, ale został zbawiony. Jezus teraz walczy, byśmy jednak odkryli Go i zajmowali się Nim bardziej niż swoim życiem. Bo nasze życie właśnie przemija, a miłość gorąca z Bogiem zaczyna trwać na wieki.
 
dk. Jan

czwartek, 27 lutego 2020

BÓG ŻYWY


W Piśmie Świętym jednym z tytułów określających Boga jest: BÓG ŻYWY. Bóg Izraela jest  żywy w przeciwieństwie do martwych bóstw pogańskich, które były tylko srebrem i złotem, dziełem rąk ludzkich (Ps 115,4), ułudą (Ps 96,5), wiatrem i pustką (Iz 41,29). 

Kiedy król Asyrii wystosował do króla Izraela list mówiący: Ezechiasz niech was nie oszukuje, mówiąc: Wybawi nas Pan. Czy naprawdę bogowie narodów wybawili każdy swój kraj z ręki króla asyryjskiego? Gdzie są bogowie Chamat i Arpadu? Gdzie bogowie Sefarwaim? A czy wybawili Samarię z mojej ręki? Którzy spośród wszystkich bogów tych krajów wybawili swe kraje z mojej ręki, żeby Pan miał wybawić z mojej ręki Jerozolimę? (Iz 36,18-20) wówczas Ezechiasz modlił się do Boga:

Nakłoń, Panie, Twego ucha, i usłysz! Otwórz, Panie, Twoje oczy, i popatrz! Posłuchaj wszystkich słów Sennacheryba, które przesłał, by znieważać BOGA ŻYWEGO. To prawda, o Panie, że królowie asyryjscy wyniszczyli wszystkie narody i ich kraje. W ogień wrzucili ich bogów, bo ci nie byli bogami, lecz tylko dziełem rąk ludzkich z drewna i z kamienia. (Iz 37,17-19)

Jedynie Bóg objawiony był żywy, reszta to były ludzkie wyobrażenia o Bogu. Tak też mówili o Bogu Żydzi w Nowym Testamencie, a najbardziej wstrząsające jest wezwanie Kajfasza, żeby Jezus odpowiedział prawdę: Poprzysięgam cię przez BOGA ŻYWEGO: Czy ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? (Mt 26,63). Wobec Boga żywego zawsze stoi się w prawdzie, On żywo działa, ma moc i prawdziwie przenika serce człowieka.

Nie inaczej jest, kiedy Bóg staje wobec ludzi za pośrednictwem znaków zewnętrznych.

Gdy Izraelici wędrowali przez pustynię nieśli Arkę Przymierza. Kiedy wkraczali do Ziemi Obiecanej ich przywódca, następca Mojżesza, Jozue rzekł: Po tym poznacie, że BÓG ŻYWY jest pośród was i że wypędzi z pewnością przed wami Kananejczyków, Chittytów, Chiwwitów, Peryzzytów, Girgaszytów, Amorytów i Jebusytów: oto Arka Przymierza przejdzie przed wami Jordan. (Joz 3,10-11). Arka Przymierza, mimo że jest drewnianą skrzynią, oznacza coś radykalnie innego niż każdy drewniany bożek. Jest znakiem, możemy powiedzieć – sakramentem, rzeczywistej obecności Boga, który mówi, czyni, ma moc i broni ludzi. 

Dokładnie tak samo, a nawet w dużo większym stopniu rzeczy się mają w Nowym Testamencie. Jezus jest człowiekiem sprowadzającym na ziemię rzeczywistą obecność Boga. Jezus też daje WODĘ ŻYWĄ (J 7,37-39), która jest znakiem rzeczywistej obecności i działania Ducha Świętego. Wszystko, co żywe, pochodzi od Boga i ma w sobie pierwiastek Boży, ponieważ Bóg jest pierwszym i jedynym, który tak naprawdę żyje sam z siebie. Jest Bogiem Żywym.

Dlatego w Kościele znaki sakramentalne Boga są też żywe w tym sensie, że dają rzeczywisty, żywy kontakt z Bogiem Żywym. Kiedy Arka przekraczała Jordan, Bóg prawdziwie wchodził do Palestyny. Kiedy kapłan wylewa wodę Chrztu, wtedy Duch Święty prawdziwie „wylewa się” na człowieka. Kiedy Pan Jezus mówi – to jest Ciało i to jest Krew moja, znaczy to, że Jezus rzeczywiście jest wcielony i obecny żywy w znaku chleba i wina – umierający ale i zmartwychwstały.

Za znakiem sakramentalnym stoi żywa obecność Boga. Kiedy dotykamy znaku, dotykamy samego Boga - tak bardzo Bóg się zbliżył i otworzył. Zrobił to, ponieważ w tym życiu - na tej ziemi nie mamy innej możliwości rzeczywistego kontaktu z Nim. Kontakt zaczyna się od dotykania Jezusa w znaku Chleba i dotykania Ducha Świętego w znaku wody, oleju czy włożenia rąk. Potem, w miarę naszego przeniknięcia Duchem i wzrostu duchowego stajemy się coraz bardziej podatni na rzeczywistość duchową samą w sobie. Może ona być przez nas przeżywana, dla nas wyobrażalna a nawet widzialna ponadzmysłowo, czego dowodem są ludzie święci, żyjący w bliskiej relacji z Bogiem. A jednak wiara zaczyna się od obcowania z Bogiem przez sakramenty, zwłaszcza przez Eucharystię.

W Eucharystii prawdziwie żyje Chrystus Zmartwychwstały. Z Niej otrzymujemy od Niego promieniowanie Ducha i pośrednio spotkanie z Ojcem. Eucharystia to żywy Bóg i przez Nią możemy mieć Boga tak blisko, jak nikt i nic samo z siebie. Możemy się Bogiem karmić, ale możemy Go też adorować, a nawet miłośnie dotykać. Przenoszenie Eucharystii jest dosłownie noszeniem Pana Jezusa na rękach. Nie powinno się mówić ani myśleć, że w kościołach jest przechowywany Najświętszy Sakrament. Tam żyje osobiście Pan Jezus – Osoba Boska w Najświętszym Sakramencie. Tej dosłowności nie wolno rozmydlać, nie wolno było już od czasów Jozuego, który patrząc na Arkę widział w niej Boga. I my, patrząc na maleńki Chlebek możemy zobaczyć Jezusa, przytulić Go i ucałować. W Eucharystii Jezusa się nie tylko przyjmuje do serca, nie tylko z szacunkiem adoruje – w Eucharystii Jezusa się… kocha.

Diakon Jan

wtorek, 14 stycznia 2020

NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONY BÓG I OJCIEC...


Prolog Listu do Efezjan (Ef 1) w błyskotliwym skrócie ujmuje istotę tego, co Bóg przygotował dla ludzi na wieczność. Jego dar jest zupełnie wyjątkowy, nieoczekiwany dla pogan, nieoczekiwany dla Izraela Starego Testamentu, ale także nieoczekiwany dla wyznawców większości współczesnych religii. Ten wyjątkowy dar Boga św. Paweł nazywa wszelkim błogosławieństwem duchowym (Ef 1,3). To błogosławieństwo pokazuje, jak bardzo nasz los leży Bogu na sercu i jak my sami lekceważymy własny los. Dar Boży dla nas zrodził się w sercu Ojca i gdybyśmy go w swoim sercu odkryli, ze łzami radości śpiewalibyśmy ze św. Pawłem: Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa (Ef 1,3)…
Dar z miłości. O darze Ojca trzeba przede wszystkim powiedzieć to, że otrzymujemy go z miłości Ojca (Ef 1,4) oraz to, że jest on nam dawany w Chrystusie (gr. en Christo) (Ef 1,3). Co  znaczy, że coś otrzymujemy z miłości Ojca? Słowo miłość niestety nam się wytarło. Wiemy, czym powinno być dla małżonków, czym dla rodziców i ich dzieci, widzimy też jak wiele znaczy ono w życiu świętych. Niestety obracamy się zbyt często wśród jakże ułomnej ludzkiej miłości. Pomyślmy jednak, co może oznaczać miłość dla Istoty tak ogromnej i tak doskonałej jak Bóg. Dopiero Miłość Boga Ojca nie jest ułomna, świeci pełnym blaskiem. Gdy Bóg obdarowuje nas z miłości, udziela nam czegoś z niczym nieporównywalnego. Kto poznał jego dar, nie może go nie docenić. Jednak łatwo jest na Bożym darze w ogóle się nie poznać. Dlatego Pawłowi tak bardzo będzie zależało na tym, żeby Efezjanie mieli światłe oczy serca (Ef 1,18), dzięki którym zaczną dostrzegać Boże dary i do nich dorosną. Zachwycą się tym, do czego zostali zaproszeni.
Dar w Chrystusie. O darach Miłości Ojca Paweł mówi, że ludzie otrzymują je en Christo. Po polsku powiemy w Chrystusie albo przez Chrystusa, a tak naprawdę trzeba powiedzieć w i przez Chrystusa. Przyimek en ma te dwa znaczenia. Dar miłości Ojca otrzymujemy przez, to znaczy za pośrednictwem Chrystusa: Ojciec okazuje miłość Chrystusowi, a Chrystus przekazuje ją nam. Ale to nie wszystko. Ojciec okazuje miłość Chrystusowi, a miłość przeznaczona dla Chrystusa trafia też do nas, ponieważ jesteśmy zanurzeni w Chrystusie, stanowimy z Nim jedność, jesteśmy z Nim złączeni, zjednoczeni. Jest to związek, który się przeżywa, ale można go trochę zrozumieć za pomocą obrazów. Według św. Jana jest on podobny do krzewu: Chrystus jest krzewem, my jego latoroślami. Według św. Pawła Chrystus to jakby cały organizm, a my stanowimy poszczególne jego członki. Wreszcie według nauki Starego i Nowego Testamentu Chrystus i ludzie są jako mąż i żona. Ten ostatni obraz najwymowniej pokazuje nierozerwalną jedność i do głębi miłosny charakter wspólnego życia Chrystusa i nas. Jesteśmy zespoleni z Nim w jedno bardziej niż w najidealniejszym małżeństwie. Żyjemy z Niego jak roślina z wody.
Św. Paweł powie, że Ojciec wybrał nas w Nim (Ef 1,4): wybrał już wtedy, kiedy wybierał Jego – czyli przed założeniem świata. Kiedy niczego jeszcze nie było, Ojciec zrodził Syna Pierworodnego, a patrząc na Niego już widział w Nim nas. Widział, że my zaistniejemy i będziemy podobni do Syna. Ojciec ukształtował w swoim Synu koncepcję nas – by przedłużyć Jego życie życiem naszym – synów przybranych w Nim (Ef 1,5). Przedwieczne zrodzenie Chrystusa zapoczątkowało świat, który będzie Jego obrazem i będzie do Niego podobny. Przygotowany do wejścia w miłosną jedność z Nim.
Dzieci - nie służba. Bóg przeznaczył nas dla siebie, zapragnął mieć w nas nie służbę, jak w aniołach, ale dzieci, takie jak Chrystus i mające żyć z Nim jako jego oblubienice. Takie było postanowienie jego woli (Ef 1,5). Nie był to pomysł nasz. Udzielenie nam łaski życia dla Boga, w miłosnym zjednoczeniu jest miłe Bogu. Co więcej, przysparza ono chwały i majestatu Bożej Miłości. Gdy Ojciec miłuje Syna a Syn Ojca, jest to już pełnia Bożej Miłości. Ale, gdy Ojciec miłuje Syna i w Synu ma do miłowania nas albo, gdy Syn miłuje Ojca i my miłujemy Ojca wraz z Nim, wtedy Boska miłość sięga szerzej. Większa jest Boża Chwała, że Bóg doprowadził do tak szerokiego rozlewu swojej Miłości (Ef 1,6).
Nasza doskonałość? Czy to możliwe? Stwarzając nas Ojciec zaplanował, że mamy być podobni do Syna w doskonałości - święci i nieskalani przed Jego obliczem (Ef 1,4). Ktoś powie – ależ to niemożliwe! Ktoś może nawet uzna, że to pycha. Rzecz w tym, że nie my taki plan wymyśliliśmy i prawdą jest, że na niego nie zasługujemy. A jednak Bóg tak postanowił. Stworzył ludzi do świętości i doskonałości. Właśnie z wielkiej Miłości zapragnął podzielić się z nami Sobą, byśmy harmonijnie żyli razem jako Najczystszy z czystymi. Kiedy w dniu stworzenia chcieliśmy Bogu wyrwać doskonałość rajskiego drzewa poznania dobra i zła, to był nasz grzech i przejaw wielkiej pychy. Ale, gdy po Zmartwychwstaniu Chrystusa, Bóg sam chce nam dać daleko idące podobieństwo do Siebie, uczynić świętymi i nieskalanymi, i takimi stawi przed swoim obliczem, to jest to jego wola, jego dzieło, przerastające nasze najśmielsze oczekiwania.
Przebaczenie i oczyszczenie stworzenia. Czy nie budzi powątpiewania tak wielki rozmiar daru, jaki otrzymujemy? Bóg nas oczyszcza, byśmy stawali się świętymi i nieskalanymi. Sam Pan Jezus mówi: doskonałymi bądźcie, jak Ojciec wasz Niebieski doskonały jest. Jak to możliwe? Niektórym wciąż się wydaje, że zbawienie następuje już przez samo uwierzenie i wtedy człowiek jest gotów do stanięcia przed obliczem Boga. Śmierć Chrystusa na Krzyżu dokonuje naszego odkupienia. Kto przyjmuje Odkupiciela z wiarą, ten otrzymuje odpuszczenie grzechów i jest już zbawiony. Ale nie jest to kompletna nauka Chrystusa o zbawieniu.
Rzeczywiście przez wiarę mamy gwarancję wejścia do życia wiecznego z Bogiem. Tylko że to jeszcze nie znaczy, iż od razu do tego życia wejdziemy. Dlaczego? Ponieważ do Nieba nie może wejść nic nieczystego i niedoskonałego. Mając wiarę i łaskę uświęcającą na ogół jeszcze nie jesteśmy święci i nieskalani, gotowi do stanięcia przed Boskim obliczem. Pamiętamy jak Mojżesz zasłaniał twarz, bo nie mogła ona znieść światłości Bożej, tak jak człowiek nie może znieść zbyt intensywnego słońca. Człowiek nie tyle nie może, ile nie umiałby odnaleźć się w obliczu Chwały Bożej. Św. Jan upadł na twarz z przerażenia, gdy na Patmos ujrzał Chrystusa w postaci, w jakiej przyjdzie On przy końcu czasów - w lśniącej szacie, włosach i przepasanego złotym pasem. Nic, co nie jest przez Ducha Świętego do końca oczyszczone, nie zniesie spotkania z Bogiem w Niebie, bo ma wryte w serce wady, rany po grzechach, skłonność do zła, mentalność niewolnika a nie syna, uleganie negatywnym emocjom i pokusom. Wszystkie te skutki grzechu wymagają oczyszczającej formacji. Dokonuje się ona przez działanie Ducha Świętego, często w cierpieniu. Gdy oczyszczenie całkowicie dokona się na ziemi, wtedy umiera się jako święty. Jeśli oczyszczenie nie dokona się w pełni, jego ciąg dalszy musi wypełnić się w  czyśćcu. Dopiero po całkowitym oczyszczeniu jesteśmy gotowi do zjednoczenia z Bogiem.
Światłe oczy serca. Św. Paweł powie, że potrzebujemy Ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Boga (Ef 1,17). Potrzebujemy też światłych oczu serca – by dostrzec Boga, jego Miłość i działanie wobec nas (Ef 1,18), by dostrzec dary, które On daje. Potrzebujemy oczu by widzieć. Jezus uzdrawiał wzrok na znak przygotowania nas do widzenia Boga, dostrzegania, jak wielkie są dary, do których On wzywa. Jak wielkie jest bogactwo chwały, która płonie w sercu uświęconym przez Ducha Świętego (Ef 1,18). Jak ogromne! Amen.

dk. Jan Ogrodzki