sobota, 5 sierpnia 2017

Witaj

Świat jest piękny, ponieważ stworzył go Bóg. Nawet to, co teraz wyschnięte, zmęczone, zagubione, co nie ma siły wstać i iść, ale z trudem pełza w prochu, ono też szuka dla siebie miejsca. Szukałem mozolnie przez wiele nie lat, ale dziesiątków lat. Szukałem w dużym stopniu sam na sam z Nim. Wypatrywałem smugi światła, która z ziemi unosi się w górę, biegnie ku koronom drzew, przenika nad nie i strzela wyżej, wyżej... Jest to droga, po której, jak po schodach z mgły jakubowego snu, pnie się do Nieba modlitwa. Ona stanowi najważniejszą sprawę w naszym życiu. Rodzi się nieoczekiwanie i jeśli chwycimy się jej pazurami i wytrwamy w każdym położeniu, stanie się w naszym życiu dziełem najpiękniejszym. Bo Bóg jest najpiękniejszy.

Będę chciał o tym opowiadać. Spróbuję dać świadectwo o tym, co poruszyło mnie do głębi, że Bóg Najwyższy jest zarazem naszym Bogiem Najbliższym. Modlę się o to, by poruszył On także Ciebie i na to pozostawiam tu Jego błogosławieństwo.

Miłych Państwa, którzy korzystają czasem z tego bloga zapraszam do pozostawienia nieanonimowego śladu w zakładce Kontakt. Będzie to dla mnie cenna informacja. Pozdrawiam. Diakon Jan.

WIELKIE PRAGNIENIA




Dziś powiemy o wielkich pragnieniach. Jakie miewamy pragnienia? Wiadomo, na ogół przyziemne, to znaczy dotyczące życia na tym świecie. Tacy jesteśmy, z ziemi, ziemscy. A jednak potrafimy mieć i znacznie większe pragnienia. Dlaczego? Bo, jak mówi św. Paweł, nie jesteśmy zwykli, ale niezwykli, powołani według Jego zamysłu (Rz 8,28). A zamysł Boga jest wielki, ponieważ On poznał nas i pokochał zanim nas stworzył, a kiedy stwarzał, uczynił nas na wzór obrazu Jego Syna (Rz 8, 29). Syn jest przedwieczny w Ojcu, ale Jego wiernym obrazem jest Jezus, człowiek, zaś jesteśmy ludźmi na Jego wzór - podobni do Syna Bożego. Na to nas przeznaczył, po to powołał do życia, a ponieważ popadliśmy w grzechy także nas usprawiedliwił, a wszystko po to, by doprowadzić do chwały ze Sobą (Rz 8,30). Czy to są małe perspektywy dla nas? O, nie, w żadnym wypadku nie można tak powiedzieć! Perspektywy dla nas są wielkie, tylko my ich nie pragniemy. Mało znamy Jezusa, na którego obraz jesteśmy, mało, prawie nic nie zależy nam na Nim, mimo że On uwielbia nas i pragnie. Dlatego On porusza nas od wewnątrz ile może i chce obudzić w nas WIELKIE PRAGNIENIA, tak wielkie, jak On jest wielki, bo do wielkich rzeczy nas stworzył. My jednak tych rzeczy nie chcemy, wolimy pyłki.

Kiedy Bóg powołał Salomona na króla, zapytał go: Proś o to, co mam ci dać! (1Krl 3,5) Nam się wydaje, że Bóg rządzi wszystkim i kieruje, nie pytając o nic nikogo. Tymczasem zupełnie nie jest tak. Bóg chce rozmawiać z nami o naszych sprawach i zawsze pyta o pragnienia. Pytał Salomona, pytał niewidomego Bartymeusza i wielu innych. Problem polega na tym, że najpierw nie umiemy usłyszeć Go, że pyta, a potem nie umiemy mieć wartościowych pragnień. Nasze pragnienia są małe. On pyta, czego pragniesz, a my prosimy, żeby nam się wiodło, żyło dostatnio. Nie wiemy, jakie dobra może nam dać Bóg, jaki jest ich przepaścisty rozmiar. Mimo tego Pan często daje nam te wybrane przez nas małe rzeczy, ponieważ nie chcemy i nie prosimy o więcej. Najgorsze jest to, że niektóre nasze pragnienia budzi zły duch i dlatego są złe i Pan nie może ich zaspokoić - byłoby to na naszą zgubę. Pan wie, jakie dobra są dla nas najlepsze, ale czeka aż je odkryjemy, ich zapragniemy i o nie poprosimy. Wtedy da je nam obficie. Bo rzecz jest w tym, iż dopóki czegoś nie pragniemy i o to nie prosimy, to nie jesteśmy jeszcze na to gotowi wewnętrznie na to, jesteśmy jeszcze na etapie wcześniejszych, małych pragnień i tylko je potrafimy przyjąć.

Salomon był młodzieńcem dojrzałym. Pragnął nie bogactwa i pozycji wśród władców Wschodu, ale tego, by być dobrym królem dla swych poddanych, by kierować nimi sprawiedliwie i uczciwie. Dlatego poprosił: Racz więc dać Twemu słudze serce rozumne do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny? (1Krl 3,9) Spodobało się to Bogu, bo świadczyło o dojrzałości Salomona w rozeznawaniu, co jest ważne, co się liczy w oczach Bożych i ma w życiu perspektywy na przyszłość. Salomon miał to, czego brakuje wielu z nas, miał duże, dojrzałe pragnienia, a na duże prośby Pan odpowiada dużymi darami. Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale prosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, oto spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i pojętne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie. I choć nie prosiłeś, daję ci ponadto bogactwo i sławę, tak iż za twoich dni podobnego tobie nie będzie wśród królów. (1 Krl 3,11-13)

Bóg chce dać nam Siebie, swoją bliskość, towarzyszenie nam, otaczanie opieką, kochanie nas, spełnianie naszych potrzeb emocjonalnych, duchowych, a także w efekcie, nie jako rzecz najważniejszą, chce dbać także o nasze życie materialne, już teraz, w doczesności, ale traktowanej tylko jako początek. On chce przede wszystkim dać nam więź ze Sobą, szczęście i pokój na wieczność. Boże pragnienia są nastawiona na nas, dotyczą związku emocjonalnego i duchowego z nami, a nasze z początku na ogół są zimne i dalekie od Niego, a potem głównie dotyczą zwracania się do Niego w swoich krótkowzrocznych sprawach. To prawda, że są to początkowe etapy. Zaczynamy od małych pragnień, ale Bóg chce nauczyć pragnień wielkich, obudzić je w nas, wychować nas do dojrzałości Salomona.

Na czym polega dojrzałość Salomona? Miał on wokół siebie zagrażających mu wrogów, świat oceniał go po ilości złota, ale On pragnął najpierw dobra dla swoich poddanych. Dla tego dobra, które uważał za największe, gotów był zrezygnować z dobra mniejszego – pomyślnego królowania. Na tym też polega nasze życie: mamy mnóstwo dóbr, w których się gubimy, a Bóg wskazuje nam te największe i pyta, czy ich pragniemy. Uczy, byśmy dla największych umieli odstawić mniejsze na dalszy plan. Nie koniecznie musimy zrezygnować z nich i je stracić, ale przede wszystkim dobrze będzie dla nas uznać je za mniejsze. Do tego właśnie wzywa Pan Jezus. Ktoś znalazł drogocenną perłę, ale może mieć ją tylko, jeśli będzie ona znaleziskiem na jego ziemi. Musi, więc, wyzbyć się wszystkiego i za pieniądze ze sprzedaży majątku kupić tę ziemię. Na niej wejdzie w posiadanie skarbu bezcennego nad wszystko ( Mt 13,44).

Potrzebujemy rzeczy największych, bo na ich miarę jesteśmy stworzeni, na miarę dziecka Bożego, na miarę istoty kochanej i będącej pod opieką Bożą. A żeby mieć te największe pragnienia, zupełnie nie przydatne nam są pragnienia małe. Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare. (Mt 13,52) Nie można mieć rzeczy nowych i starych, bo nie można mieć naprawdę pragnień wielkich i małych. Kto dojrzał do wielkich, nie będą go już cieszyły małe, kto pragnie Boga, bliskości z Nim, życia z Nim na wieczność, nie będzie go cieszyło wygodne, powierzchowne, a w istocie puste, życie. Chodzi o to, by przylgnąć do największego skarbu, do Jezusa, poznać go, pokochać, poczuć jak smakuje, jaki jest. Jeśli będziemy mieli drogocenną perłę, żadna sztuczna biżuteria nie będzie nam się podobała.

Diakon Jan, sierpień 2017

piątek, 26 maja 2017

ROZPOZNAWANIE ZMARTWYCHWSTAŁEGO




Zmartwychwstanie to nowe, ostateczne wcielenie Jezusa. Zmartwychwstały Jezus – Syn Boży w Ciele Chwalebnym przebywa do końca czasów i na wieczność z Ojcem. Jednocześnie, tak samo do końca czasów i na wieczność, przebywa z nami, najgłębiej z nami, tak z nami, jak jeszcze nie był nigdy dotąd. Jednak póki trwa doczesność owe „z nami” jest jeszcze naznaczone skutkami grzechu, niewyraźne, jak rozmazane zwierciadło, lecz zarazem autentyczne już teraz, a nie dopiero kiedyś. Na czym owe „z nami” polega? Na tym, że Jezus jest wcielony w nas, zjednoczony z ludźmi. Jego Ciało po zmartwychwstaniu stało się Kościołem, a każdy człowiek w jakimś stopniu Jego cząstką, Jego członkiem, jak mówi św. Paweł. Zmartwychwstały wciela się, więc, jakby w mozaikę złożoną ze swoich uczniów, żywych kamieni tej mozaiki. Dlatego, kiedy szukamy Zmartwychwstałego, trzeba Go szukać najpierw w sobie i ludziach, a potem dopiero ponad ziemią, u Ojca. Dlaczego? Ponieważ to, że On jest u Ojca, stanowi prawdę, która ma dla nas znaczenie niejako strategiczne, dopiero na przyszłość. Zaś to, że jest On z nami i w nas jest ważne tu i teraz. Zawiązana tu i teraz, dzięki wcieleniu Jezusa bliskość ma się przemienić w zażyłość z Nim, a ta zażyłość zadecyduje o wszystkim: o tym, czy wykorzystamy wielką szansę przygarnięcia przez Ojca. Dlatego najważniejsze jest skupić się całym sercem na rozpoznaniu i spotkaniu Zmartwychwstałego w swoim życiu. A mamy na to wiele sposobów. 
Teksty Ewangelii mówiące o zjawieniach Zmartwychwstałego pokazują właśnie owe różne sposoby spotkania z Nim. Nie jesteśmy pod tym względem upośledzeni względem Apostołów. Oni spotykali Zmartwychwstałego trochę podobnie jak my teraz możemy to robić w Kościele. Generalnie są na to dwa sposoby: przez wiarę Kościoła i przez osobiste spotkania. Oba sposoby dotyczyły ludzi współczesnych Jezusowi, ale przechodzą też na ludzi późniejszych czasów. 
Rozpoznanie Jezusa przez wiarę Kościoła. Chodzi tu nie tylko o wiarę, ale i o słabość wiary. Nuta załamania pobrzmiewała w słowach uczniów z Emaus, którzy mówili: Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. (Łk 24, 24) Jakiż w tych słowach słychać zawód, że żyjącego Jezusa, mimo szukania, niektórym nie udaje się odnaleźć. Nie udaje im się spotkać Go i są zawiedzeni. Czy mają drogę zamkniętą, czy nigdy Go nie spotkają? Otóż nie! Pierwszym darem spotkania Jezusa jest dar wiary Kościoła. Łukasz notuje to, co uczniowie z Emaus stwierdzili jako pierwsze i najważniejsze: W tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jeruzalem. Tam zastali zebranych Jedenastu, a z nimi innych, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. (Łk 24,33-34) Mamy do dyspozycji zebrany razem Kościół, którego autorytet stoi ponad najmocniejszymi nawet przeżyciami osobistymi, a autorytet ten potwierdza, że Pan rzeczywiście zmartwychwstał, a potwierdzeniem tego jest osobiste doświadczenie Szymona-Piotra. Wiara Szymona jest wzorem dla wszystkich. Tak było przez wieki. Kościół zawsze podkreślał swój autorytet w sprawach wiary oparty na Ewangelii i jedni ludzie go uznawali, a inni nie. Dziś niechęć do przyjmowania autorytetów jest mocniejsza niż dawniej, dlatego ludzie tak bardzo chcą mieć prawo do osobistych potwierdzeń i trzeba przyznać, że Bóg nie odmawia im tego prawa.

Bóg oparł Pismo Święte właśnie na osobistych doświadczeniach pisarzy natchnionych i proroków. Ewangelia notuje osobiste spotkania Apostołów i uczniów ze Zmartwychwstałym i one właśnie stały się podstawą wiary, byśmy i my mogli uczyć się wiary popartej osobistym doświadczeniem. Te doświadczenia nie były zastrzeżone tylko dla Apostołów. One mogą, a nawet powinny przytrafiać się nam. Kiedyś Kościół nie mówił tyle, co dziś, o osobistym doświadczeniu duchowym jako uprawnionej drodze wiary. Jednak pamiętajmy, że Kościół się rozwija. Kościół posoborowy bardziej podkreśla to, co było zawsze, zwłaszcza u świętych, że doświadczenie duchowe ludzi dobrej woli jest prawdziwym polem działania Ducha Świętego i może być pomocą w wierze dla każdego człowieka osobiście i dla ludzi sobie wzajemnie. Co prawda, na skutek naszej grzeszności, doświadczenia duchowe bywają omylne i konieczne jest ich rozeznawanie, jednak, gdy postępujemy drogami poszukiwania świętości, nasze doświadczenia stają się coraz autentyczniejsze i mogą być większą pomocą w wierze. Trzeba, jednak, pamiętać, że wiara w Zmartwychwstałego najpierw opiera się na autorytecie Kościoła, potem na kierowaniu się rozumem, sumieniem i dobrą wolą, a dopiero na trzecim miejscu na własnym przeżywaniu spotkań z Jezusem. Są one ważne, bo dzięki nim wiara nasza staje się żywa i silniej przemienia nasze życie. Zobaczmy, więc, na czym polegają owe osobiste spotkania ze Zmartwychwstałym. Rozważmy, co przeżywali Apostołowie i uczniowie, i jak to zostało zapisane w Ewangelii. 

Osobiste spotkania Jezusa w Słowie. Klasycznym tekstem na ten temat jest tekst o przeżywaniu Słowa przez uczniów z Emaus. Najpierw nieznajomy Pielgrzym wzywa ich do wiary słowami: O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! (Łk 24,25), a następnie głosi im Słowo, które wyjaśnia wątpliwości: Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. (Łk 24,26-27) Wtedy uczniowie, choć nie widzą w Pielgrzymie Jezusa (na razie), doświadczają poruszenia serca: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? (Łk 24,32) To poruszenie serca jest niezwykle ważne. Jest to odczucie wielkiego pokoju, jaki daje zrozumienie Słowa, odkrycie jego piękna i logiczności. Jeszcze większy pokój daje odkrycie, że to Słowo wypowiada do nas osobiście Jezus, mimo, że wychodzi ono z ust nieznanego nauczyciela czy kaznodziei w Kościele. Kiedy Jezus otwiera nasze serca, wtedy napełnia je pokój osobistego spotkania z Nim w Słowie. Każde czytanie Słowa jest prawdziwym spotkaniem z Jezusem, który stoi przy nas i mówi do nas. Jeśli to Słowo daje nam pokój, jest to widomy znak spotkania Jezusa. 
Osobiste spotkanie Jezusa przez pokój serca na modlitwie. Uczniowie z Emaus doświad­czyli pokoju nie tylko, gdy słuchali Słowa od Pielgrzyma, ale także, gdy Pielgrzym rozmawiał z nimi. (Łk 24,32). Rozmowa z niewidocznym, ale obecnym Jezusem, jest to modlitwa. Podczas modlitwy też doświadczamy nieraz pałania serca i pokoju. Jest to uczucie lekkości, radości, ulgi, nasze troski odchodzą na dalszy plan. Pamiętajmy, że radość i pokój u ludzi dobrej woli zawsze pochodzą od Boga, a lęki, napięcia, miłe początki złego końca zawsze są dziełem złego ducha - kłamcy i oszusta. Jezus jest cichy i pokornego serca, łagodny i pełen pokoju, bo sam jest Pokojem. Dlatego obcowanie z Nim daje nam z niczym nieporównywalne uspokojenie, wzmocnienie i prowadzenie. Nikt z ludzi nie daje innym takiego spełnienia i satysfakcji, nikt tak nie przebacza i nie zapomina naszych grzechów jak Jezus. Z nikim bliskość nie jest jarzmem tak słodkim, jak z Nim spotkanie i rozmowa. Takiego Jezusa doświadczają święci.
Osobiste spotkanie Jezusa przy łamaniu chleba. Łamanie chleba oznacza Eucharystię. Pierwsze Msze święte sprawowano jak Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Błogosławiono duży placek przaśnego chleba, rwano go i podawano uczestnikom. Łamanie chleba jest wyrazistym znakiem męki i śmierci Jezusa. Jezus umiera, aby nas nakarmić. Spożyty przez nas staje się umarły, ale w nas powstaje do nowego życia i łączy nas znowu w jedno. Kiedy Pielgrzym łamie w Emaus chleb, uczniowie rozpoznają żyjącego Jezusa. Świadczy to o tym, że w Eucharystii pojawia się, staje się obecny i jest żywy sam Jezus. Eucharystia nie jest symbolem męki, pamiątką – wspomnieniem, ale jest prawdziwym spotkaniem z żywym Jezusem. Jeśli jest to spotkanie Jezusa, to dlaczego On zaraz znika? Znika, dlatego że pojawia się w chwili łamania chleba, by po spożyciu chleba zaraz wcielić się w przyjmujący Eucharystię Kościół. Dlatego nie jest widoczny poza uczniami, tylko zanurza się w uczniach - uczestnikach Eucharystii. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że uczniowie spotkali Jezusa dzięki temu, że najpierw zależało im na spotkaniu z nieznajomym pielgrzymem. Otworzyli się na Jego Słowo i zafascynowani Nim wręcz przymusili Go, by został z nimi. Dzięki wielkiej chęci powstałej w kontakcie ze Słowem otrzymali jeszcze większy dar Jego obecności i spotkania z Nim w Eucharystii. Najwyraźniej Eucharystia jest jeszcze pełniejszym znakiem Jego obecności niż samo tylko Słowo. 
Osobiste doświadczenie Umarłego i Żyjącego Jezusa. Jest to szczególne doświadczenie spotkania z Jezusem, doświadczenie, jakie mieli Apostołowie w Wieczerniku. (J 20,19-31) W centrum tego doświadczenia jest Jezus eksponujący swoje rany. Jezus mówi, że jest umarły i żyjący przede wszystkim w Apokalipsie. Widzimy, że jest On dumny ze Swoich ran, gdyż są one utrwalonym na wieki dowodem jego miłości i poświęcenia dla nas. Jezus tak nas kocha, że szczęściem jest dla Niego przeżywanie poświęcenia dla nas i szczęściem jest to, że dzięki temu poświęceniu będzie miał nas przy Sobie na wieczność. Dlatego, kiedy przychodzi do nas po zmartwychwstaniu pokazuje nam przede wszystkim swoje rany, jako dowód, że jesteśmy już zbawieni. Mówi: pokój wam, jesteście wolni, zobaczcie moje rany, umarłem, a teraz żyję dla was, a wy żyjecie ze Mną. Te rany Jezusa są, więc, dla nas, znakiem daru, jakim jest nasze życie wieczne. One są dane nam. Jezus tak się uniżył, że pozwolił nam się zabić z miłości do nas, a teraz żyje z nami i cieszy się tym. Rany w Jego Ciele są dla nas sakramentem, Eucharystią. Jego ciałem poranionym, ale już żywym możemy się cieszyć. Uczniowie widząc Go z ranami uradowali się. Ale nie było mowy o ich dotykaniu. 
Dopiero Tomasz, w swojej niewierze, stwierdził, że w zmartwychwstanie nigdy nie uwierzy, chyba że stanie się coś, co uważa za zupełnie nieprawdopodobne: będzie mógł dotykać ran Jezusa. Tymczasem, ku zdumieniu Tomasza, Jezus przychodzi znowu i wręcz prosi go, by dotknął Jego ran. Niejako wzywa do tego wszystkich niedowiarków aż do skończenia świata. Dlatego warto zrozumieć, jaki jest sens owego dotykania Jezusa. Rany, zwłaszcza przebite serce, to znaki najintymniejszego przeżycia Jezusa. Gdybyśmy mieli jakieś ślady wielkich, traumatycznych przejść, blizny z wojny, pozwolilibyśmy ich dotknąć tylko najbliższym osobom, tak jak najbardziej osobisty pamiętnik pozwolimy czytać tylko komuś wyjątkowo zaufanemu. Otóż Jezus tak właśnie traktuje nas. Jako najbliższych, intymnie bliskich, którzy mają prawo dotykać Jego ciała. Jest to wstrząsające. W miarę jak postępuje nasza wiara i miłość do Jezusa, Jezus coraz bardziej otwiera się przed nami. Możemy kontemplować Jego Mękę, miłować Jego rany i przeżywać nawet kontakt cielesny z nimi. Jest to wyjątkowo osobiste, głębokie, Oblubieńcze spotkanie, jakie Jezus przygotował po Zmartwychwstaniu dla Kościoła, swojej oblubienicy i dla jego członków. Umiłowanie Jezusa umarłego i zmartwychwstałego, dotykanie Go w Eucharystii daje Kościołowi wyjątkowe, miłosne spotkanie z Nim.
Diakon Jan Ogrodzki, maj 2017

UWIERZENIE, POKOCHANIE, DOTKNIĘCIE


Dziś spróbujmy uwielbiać Ojca wraz ze św. Piotrem za to, że zrodził nas na nowo do żywej nadziei. (1P 1,3) Stare życie mieliśmy wraz z Adamem, jako grzesznicy niemający nadziei na życie wieczne. Teraz nadzieję te mamy, bo drogę do Siebie otworzył nam Ojciec przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa. Jest to wyraz Jego wielkiego miłosierdzia, z jakim odpuszcza nam grzechy i daje nam perspektywę tego, na co zupełnie nie zasługujemy, a co jest tylko i wyłącznie Jego darem. Ten dar to dziedzictwo niezniszczalne i niepokalane, i niewiędnącego, które jest zachowane dla nas w niebie (1P 1,4). Piotr nazywa to dziedzictwem , gdyż otrzymujemy to jako skutek śmierci Jezusa, dziedziczymy po Nim. Jednak na to dziedzictwo musimy czekać, gdyż ono objawi się w czasie ostatecznym, będzie ono naszym zbawieniem. Jednak czekanie to jest trudne i niebezpieczne, potrzebujemy w jego czasie, czegoś, co będzie nas strzegło. Będzie to moc Boża, która nas dopilnuje, byśmy nie zeszli z drogi zbawienia, jeżeli będziemy z tej mocy czerpać. Czerpanie z mocy Bożej przez całe życie, aż do czasu ostatecznego, wymaga wewnętrznej postawy, która polega na wierze: Wy bowiem jesteście przez wiarę strzeżeni mocą Bożą dla zbawienia, gotowego objawić się w czasie ostatecznym. (1P 1,5) Postawa wiary ma pierwszorzędne znaczenie, ponieważ przychodzą różnorodne doświadczenia, ale wiara pozwala zachować w nich radość. (1P 1,6) Doświadczenia te są sprawdzianem autentyczności wiary, jak ogień, w którym próbuje się złoto. (1P 1,7) Pierwszą i najważniejszą próba wiary jest to, że nie widzieliśmy oczami ciała Jezusa zmartwychwstałego. (1 P1,9) Celem wiary jest właśnie zbawienie przez związanie się z Jezusem pomimo Jego niewidzenia. Związanie to obejmuje wierzenie w Niego, ale i miłowanie Go, do czego dojrzewa się stopniowo przez konsekwentną wiarę. 
Problemem niewidzenia Jezusa zajmuje się Ewangelia o Tomaszu. (J 20,19-31) Dla niektórych istnieje też problem niewidzenia Boga, ale z tym problemem powinniśmy się oswoić, gdyż jest on rzeczą normalną. Fakt, że Bóg jest Bogiem polega właśnie m. in. na tym, że jest ze Swej natury poza światem i światu niedostępny. Jednak niedostępny Bóg staje się dostępny w ten sposób, że się objawia w Swoim Synu, Jezusie Chrystusie, który staje się nam dostępny, gdyż staje się człowiekiem: ma duszę, ale i ciało, można Go dotknąć, przytulić, pokochać, ale także i zabić. I właśnie tak się dzieje. Jezus umiera na Krzyżu, na szczęście nie ostatecznie, ale realnie, a potem objawia się inaczej. Pokazuje, że znów żyje, jest człowiekiem, ma ciało, ale inne, doskonalsze. Różnica polega na tym, że nowe ciało zmartwychwstałe jest wolne od grzechu świata i ograniczeń, jakie ma świat. Nie cierpi, jest nieograniczone, w pełni mobilne. Takie ciało zaplanował Bóg dla nas i pierwszy otrzymał je Jezus. My otrzymamy podobne ciała po Nim, u kresu czasów, według własnej kolejności. I problem nasz polega na tym, że istnieje trudność kontaktu między naszą, nadal grzeszną doczesnością, a tym Jezusem, który już jest nowym stworzeniem. My to nowe stworzenie możemy widzieć, ale z trudem i ono się nam wymyka. Do spotkania z Nim potrzebujemy odpowiedniej postawy serca, którą Jezus nazywa wiarą, tak samo jak relację z Bogiem. Uczniowie idący do Emaus widzieli Go, ale nie rozpoznawali w Nim Jezusa, ponieważ ich serca były nieskore do wierzenia. Apostołowie w wieczerniku rozpoznali Go, gdy otworzył im serce słowami: Pokój wam. Im też z trudem przychodziła ta wiara. Nie wierzyli słowom kobiet. Na widok pustego grobu uwierzył tylko Jan. Jednak najtrudniej przychodziła wiara Tomaszowi. Miał z tego powodu przydomek po grecku – Didymos – wątpiący. Wśród nas też są ludzie, którym wiara sprawia wielkie trudności i dlatego warto zagłębić się w opowiadanie ewangeliczne o Tomaszu. 
Tomasz mówi: musiałbym włożyć palce do Jego ran, by uwierzyć. Nie wierzy, że to może być możliwe, że wielkiego nauczyciela można będzie dotykać tak intymnie, zasłania się niemożliwym, pewny, że nigdy nie uwierzy, bo jest przecież Didymos. A jednak Jezus go zaskakuje. Nie tylko pozwala, ale każe się dotknąć. Tak go zaskakuje, że Tomasz z niedowiarka staje się głęboko wierzącym. Nie jest ważne czy dotknął Jezusa wtedy. Wierząc i kochając musiał dotykać Go wielokrotnie. Dzięki wątpliwościom otrzymał więcej niż inni: usłyszał, że powołaniem człowieka będzie nie tylko wiara, ale intymny kontakt miłości z Jezusem, adoracja Jego ciała umarłego i znów żyjącego przez bliski kontakt cielesny. Dokonuje się on, gdy bierzemy w ręce, do ust i do serca Ciało Pańskie. Jezus przez zmartwychwstanie doprowadził nas do więcej niż widzenia Siebie: do kontaktu intymnego od teraz po wieczność. Do miłości.
Diakon Jan, maj 2017

czwartek, 25 maja 2017

ZA CO WDZIĘCZNI JEZUSOWI?



Czytamy, że niektórzy Grecy chcieli poznać Jezusa i szukali pośrednictwa Apostołów (J 12,20-33). Dlaczego? Ponieważ przed chwilą Jezus wjechał do Jerozolimy owacyjnie witany przez jej mieszkańców. Jego popularność sięgnęła zenitu. Wszyscy byli przekonani, że wreszcie zatriumfuje, pociągając za sobą tłumy do walki o sprawy ziemskie. Takiego przywódcę chcieli znać wszyscy, chcieli być przy nim i uzyskać jakieś wymierne korzyści. A jednak… 

Chrystus w odpowiedzi skierowanej do Apostołów stwierdza, że mamy większy powód by Go wielbić, niż wjazd do Jerozolimy. Mamy większy powód. Dlaczego, więc, szukamy Jezusa? Czy rozumiemy, co jest największym Jego dziełem dla nas?

Kiedy Jezus daje nam najwięcej powodu do uwielbienia i wdzięczności? Okazuje się, że największym Jego dziełem jest to, czego dokonuje w swojej godzinie, w przełomowym momencie życia. Wydarzenie, jakie się wówczas dokonało było nieefektowne, pełne śmierci, bólu i żalu, ale wtedy Jezus oddał swoje życie za nas, a owoce tej Jego ofiary są dla Niego i dla nas przeobfite. Jeżeli odkryjemy te owoce, zobaczymy je, będziemy wiedzieli, że najlepsze, co możemy zrobić to być wdzięczni i wielbić Jezusa. Owoce, jakie Jezus wysłużył w godzinie śmierci są tak ogromnym szczęściem człowieka, że ze wszech miar warto, by człowiekowi bardziej zależało na nich niż na tym życiu. Jezusowi właśnie bardziej zależało na Ojcu, dawcy życia, niż na swym doczesnym życiu i tę zasadę umierania ziarna poleca również nam. Kto chce zachować swoje życie (na tym świecie) straci je. Lecz, kto nienawidzi (mniej ceni sobie) życie na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Ta zasada jest wyzwaniem dla człowieka, ale jeszcze większym dla szatana, który robi wszystko, by człowiek nie uwierzył i nie doświadczył tego, że naprawdę warto najwyżej cenić sobie Boga i bardziej przykładać się do zabiegów o życie tamto, niż o to.

Chodzi tylko o to, by nie przywiązywać się do tego życia tak, jakby to ono było największą wartością. Jeżeli zdystansuję się do niego, zobaczę, że nieporównanie większy, wspanialszy, uszczęśliwiający jest owoc ofiary Chrystusa. Jeżeli nastawię się na dary Chrystusa, jako na coś najwspanialszego i będę gotów dać z siebie wszystko, by je pozyskać, nie będę żałować. Warto nawet stracić życie, a co dopiero przyjemności tego świata, by mieć Boga i żyć z Nim, bo On jest rozkoszą niepomierną, trwającą na wieki. Nasze życie doczesne jest wielką wartością, ale nie zasługuje aż na taką cenę jak bliskość z Bogiem, którą otworzył Jezus. W tej bliskości zyskujemy nie tylko coś dla siebie - życie na wieczność, ale także odkrywamy, że Bóg jest Kimś wyjątkowym, oszałamiająco pięknym, Jego miłość jest doznaniem, które przewyższa wszelkie doznania. I jeśli odkryjemy to, nie będziemy chcieli już niczego, a nawet nikogo innego. To poznanie owoców ofiary Chrystusa jest rewolucją dla człowieka.

W jaki sposób Jezus otworzył nam drogę do tego najpiękniejszego z pięknych świata? Do Boga? Przyszedł do nas dla tej jednej godziny konfrontacji ze złym duchem, by wyrwać mu władzę nad człowiekiem i utorować ludziom przejście z tego świata do Ojca. Utorował je idąc pierwszy. To jest Jego misja. Nikt nie może Go w niej zastąpić. Dlatego musiał wiele wycierpieć, bo szatan zaciekle się bronił, żeby nie wypuścić z rąk człowieka. Nikt z nas nie wygrałby tej walki, którą wygrał On. Dlatego jesteśmy niezmiernie obdarowani. Droga ze świata do Boga była szczelnie zamknięta i nikt nie mógł być zbawiony. Plany Boże leżały w gruzach. A jednak Jezus podniósł je z gruzów jednym aktem ofiary, cierpliwości w bólu i wierności Ojcu. Czego Ojciec pragnął? Nie tego, by Syn koniecznie umarł w mękach, ale tego, by kłaniał się tylko Ojcu, a nie złemu duchowi. I to właśnie zwycięstwo moralne zostało odniesione, bo Jezus pozostał do końca wierny Ojcu. Nie zgrzeszył nawet w ekstremalnej sytuacji. To stanowi wielką chwałę Boga i Jezusa. Straszony cierpieniem, zbolały, w chwili słabości ciała i duszy, stojący oko w oko z księciem ciemności nie ustępuje, nie idzie na kompromis, nie popełnia grzechu, zachowuje wierność Bogu. Szatan w swej zuchwałości liczył, że wcielony w człowieka Bóg zgrzeszy, jak inni ludzie, ale się przeliczył. Nie docenił mocy Boga i Jego miłości. Jezus pod pręgierzem grzechu świata pozostał Synem zjednoczonym z Ojcem.

W ten sposób sam stał się w grzesznym świecie jedyną łącznością z Ojcem. Tej drogi do Ojca, jaką jest Jezus, szatan już nie pokona, ani nie zamknie. Nas ludzi może zwodzić, byśmy nie weszli na tę drogę, ale droga ta, pełna miłości i miłosierdzia, pozostanie już na zawsze dla grzeszników otwarta, póki istnieje świat i w każdej chwili będziemy mogli nawrócić się, zyskać przebaczenie i pójść tą drogą do pełni szczęścia. Czy rozumiemy, jaki to kosmicznie wielki dar? Dlaczego nie wierzymy i nie cenimy go bardziej niż złudzeń doczesności?

Jezus stał się mojżeszowym wężem, zawieszonym na wysokim palu. Kto zwróci się do węża, staje się zdrowy, ma przywrócony stan łaski i wskazaną drogę do zbawienia. Związek z Jezusem daje nam, więc, wszystko. Przedtem nie mieliśmy nic, bo tylko trochę złudzeń, a potem ciemność. Teraz mamy wszystko: warto żyć docześnie choćby krótko, bo jest to tylko wstęp, a cała istota życia to poznanie Kogoś najpiękniejszego, niezwykłego, wspaniałego i zyskanie w Nim osobistego spełnienia.

Jezus wzywa nas do pójścia za Nim, naśladowania Go i zapowiada, że tam, gdzie On będzie, będziemy i my. Ale bynajmniej nie znaczy to, że On skazuje nas na podobne do swojego cierpienie. Jezus największe cierpienie, jakim jest umieranie w ciemności, ze złym duchem wyciągającym zębiska, by pożreć umierające dziecko Boże, wziął na Siebie. Odtąd to On, a nie szatan towarzyszy nam w chwilach trudnych, w momencie nieuniknionej śmierci. Jezus prowadzi nas tymi samymi etapami, którymi szedł On, ale na tych etapach odciąża nas od tego, co za trudne. Doświadczamy niewielkich cierpień obecnego czasu, jako ocalenie przed marnością tego życia i preludium do wielkiego szczęścia.

Ktoś spyta, dlaczego teraz cierpienie, a szczęście dopiero kiedyś, w niepewnej przyszłości. Otóż nie. To też jest kłamstwo złego. Szczęście wieczne, owoc śmierci i zmartwychwstania Jezusa zaczyna się dla nas już teraz. Już je mamy w sercu razem z Chrystusem. On zdjął z nas największy ciężar, a pozostawił tylko tyle, ile potrzeba, by samemu też móc się poświęcić, ofiarowywać i osobiście pokonywać złego ducha. Bez tej naszej osobistej walki w zakresie nam dostępnym, nie odmienilibyśmy się od wewnątrz. Obok Krzyża Jezusa człowiek potrzebuje też małego krzyża swojego.

Jednak istotą sprawy jest, byśmy się skupili nie na krzyżu, nawet na Krzyżu Jezusa, ale na owocach, którym ten Krzyż służy. Dlatego, gdy przeżyjemy Wielki Piątek spróbujmy jakby „zapomnieć” o nim, on nie jest celem, jest drogą do celu, jakim są owoce. A owocami tymi jest Zmartwychwstanie Jezusa, a dla nas (na razie) nasze zmartwychwstanie wewnętrzne – życie łaski, poznanie osobiste Boga, zżycie się z Nim, przylgniecie do Jego miłości i karmienie się Jego szczęściem. Skupmy się nie piątkowym bólu, który jest etapem, ale na niedzielnym blasku, który jest rozkoszą posiadania ze sobą najpiękniejszego Boga. 

Diakon Jan, marzec 2017



OTO BARANEK BOŻY



On jest Synem Bożym - daje świadectwo o Jezusie Jan Chrzciciel. (J 1,29-34) Gdy Ojciec przedwiecznie rodzi Syna, obdarza Go swoją Miłością - Duchem Świętym. To jest owo najwyższe, jedyne, naprawdę istniejące szczęście - Ojciec i Syn złączeni pełnią osobowej Miłości. Syn ma przedwiecznie od Ojca Ducha Świętego i nie może Go nie mieć, dlatego, kiedy staje się człowiekiem, pociąga za sobą Ducha Świętego na świat. Ma Go, więc, Jezus od samego początku, kiedy to Duch zstępuje w łono Maryi i potem, kiedy ten sam Duch namaszcza Jezusa na progu publicznej działalności. To, co dzieje się w świecie, ma swe odbicie w Synu, ponieważ Syn jest żywym wzorcem świata. Kiedy Bóg stwarza świat, stwarza go dobrym na wzór Syna i wtedy też po raz pierwszy obdarza go swym Duchem. Ale, skoro świat przez grzech traci więź z Bogiem, traci tym samym Ducha, a zadaniem Syna staje się tego Ducha mu przywrócić. Jak to się dokonuje? Przede wszystkim zauważmy, że Syn chociaż jest w ciele, jest jednak prawdziwym Synem i Ducha utracić nie może. Może jednak być groźnie atakowany, bo dla szatana nie jest jasne, czy jest możliwe skusić Jezusa. Gdyby tak się stało, gdyby zgrzeszył, zostałby Ducha pozbawiony. Jednak Jezus mając w sobie, po ludzku Ducha, nadal okazuje się mocny i nie tylko Ducha nie traci, ale przeciwnie ugruntowuje Jego obecność w świecie. Misja Jezusa zostaje wypełniona, gdy Jezus zmartwychwstaje i Duch zamieszkuje w świecie na stałe, staje się dla świata darem, który mogą otrzymać wszyscy ludzie. Jedynym warunkiem jest, że uwierzą w Jezusa.

Zatem udzielanie chrztu Duchem jest główną misją Jezusa. Do wypełnienia tej misji wiedzie specjalna droga, dostępna tylko dla Niego. Jezus staje się Barankiem Bożym, najpierw zabitym, a potem żyjącym na wieki. Misja Baranka była przygotowywana w dziejach Izraela. (Wj 12,13) Baranek był tam barankiem ofiarnym. Musiał on być doskonały, bez skazy i właśnie takiego trzeba było zabić w noc wyjścia z Egiptu. Jego mięso było spożywane po upieczeniu, a krew służyła do oznaczenia domu, aby ocalał on przed śmiercią. Życie w Egipcie było obrazem życia w stanie grzechu. Istotą i esencją zła było nie to, że Izraelici byli męczeni i zabijani, ale to, że nie było możliwości ucieczki z niewoli. Jednak zło niszczyło nie tylko Izraela, ale także Egipt i to właśnie wykorzystał Bóg. Zacietrzewieni Egipcjanie nie chcieli wypuścić Izraelitów, przez co uporczywie trwali w złu, a to zło w postaci plag, niszczyło i zabijało wszystko, poczynając od najcenniejszej cząstki, od synów pierworodnych. Dopiero zabicie baranka i wylanie jego krwi na drzwi domów uwalniało od zła i pozwalało ujść z niewoli.

A jednak śmierć zwierzęcia może być skuteczna tylko w sensie symbolicznym. Prawdziwym źródłem życia w wolności jest prawdziwy Baranek, Syn Boży, który umiera w ciele, osłaniając nas przed ciosami zła. Chrystus jest naszym obrońcą, ratunkiem, ochroną, niczym mąż dla własnej żony. I to jest największą dumą Jezusa, że jest Barankiem zabitym zamiast nas, a potem na powrót żyjącym dla nas i z nami. Umiera, jak my, grzeszni na skutek wzięcia na siebie naszych grzechów, a potem żyje na wieki z nami, dzięki objęciu nas tym samym Duchem, którego ma od Ojca. Tak więc ratuje nas od śmierci Baranek walczący o nas do ostatniej kropli krwi, umiera zamiast nas, a potem odzyskuje od Ojca wszystko, co poświęcił dla nas i dzieli się tym z nami. Czym? Nowym życiem, Bożym Duchem i świętością.

Baranek jest dumny z tego, że może nas ocalić. Chętnie staje w naszej obronie do walki ze złem. Umiera, ponieważ obciążony naszym grzechem nie może, jak my, ludzie, ludzkimi siłami zwyciężyć. Ale przez to że nadal jest Synem Bożym nie może też umrzeć, więc Ojciec walczy za Niego, a On wraca do życia w nowej, zmartwychwstałej ludzkiej postaci. Pamiętajmy, że w walce dobra ze złem, tylko zło niszczy i zabija. Bóg zawsze ratuje, na zło odpowiada dobrem. Człowiek, nawet gdy czyni na ziemi dobro, umiera, ale dzięki związkowi ze Zmartwychwstałym i tak zwycięża, i otrzymuje nowe życie w Bożym świecie. Chrystus umiera, bo zasłania nas przed ciosami zła, jak tarcza, jak kokosz swe pisklęta. Chrystus podkłada się złu za nas, w naszej obronie, bo nas kocha. Nikt inny tak nas nie kocha jak On.

Bóg jest dumny z tego, że broni nas i pozwala się za nas zabić. Dzięki temu szatan zostaje zwiedziony, bo Boga nawet w ciele nie da się zabić, a przez to człowiek zostaje uratowany. Bóg ma wobec nas ogromne plany i dla tych planów zdobywa się na największe poświęcenie. A z pozoru zadanie, jakie stoi przed Bogiem, jest niewykonalne. Oto człowiek odstąpił od Niego, cały jest po stronie złego ducha i masowo czyni zło. Łatwo ulega podszeptom szatana, bo jest słaby i kruchy. Cała jego siła była z Boga, a on się od Boga odciął. A jednak Bóg czyni rzecz niewykonalną, staje się jednym z nas i obciąża się naszym grzechem, umiera z jego powodu, a my nadal żyjemy, bo grzech nasz już nas nie obciąża. Wtedy Jezus daje nam Ducha i uświęca, a my mamy możliwość znaleźć się całkowicie się pod wpływem tego Ducha i się odmienić. A kiedy się zmienimy, Bóg weźmie nas do siebie i rozciągnie swój namiot nad nami, czyli wraz z Ojcem i Synem ogranie nas jednym Duchem Świetym, zaprosi do wnętrza Trójcy Świętej. (Ap 7,17). Dla takich zaszczytów, dla zjednoczenia nas ze Sobą, Bóg się poświęca aż do końca i wykazuje najwyższe samozaparcie. 
Diakon Jan, luty 2017

 

 


WIELKIE PRAGNIENIA

Masowy pochód do Boga.

I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu. Rzuć okiem dokoła i zobacz: Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie. Twoi synowie przychodzą z daleka, na rękach niesione twe córki. (Iz 60,3-4) Wielka rzesza repatriantów podąża z Babilonu do Jerozolimy. Wielu przez lata wysiedlenia utraciło więź emocjonalną z ojczyzną, wielu związało się z obcymi kobietami, ale po Edykcie Cyrusa Jerozolima na powrót staje się miejscem dostępnym do rozbudowy i zamieszkania. Znowu tam obecny jest Bóg, a Żydzi mogą iść do Niego, by stać się Jego Ludem. Wizję wielkiego powrotu ujrzał Prorok Izajasz i zapisał na kartach swojej Księgi. Ale czy w owym czasie powrót istotnie był tak entuzjastyczny i masowy, jak wynika ze słów Proroka. Wysiedleni przez Nabuchodonozora byli ludźmi wykształconymi, fachowymi, w większości znajdowali oni w Babilonie pracę i niezłe warunki życia. Dlatego nie zawsze wracali. Nie wszyscy na tyle mocno pragnęli Jerozolimy, by porzucić dorobek życia i zacząć od nowa. Ale ci, co porzucili Babilon, znaleźli się w szczególnej więzi z Nim. O jakiej masowości dążenia do Boga mówił zatem Izajasz? Jeśli nie w piątym wieku, to może odnajdziemy ją w czasach Jezusa? 

Masowy pochód czy strach? 
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon. (Mt 2,1-2) Do Jezusa przybyli przedstawiciele obcych narodów, tak jak zapowiedział Izajasz. Historia trzech mędrców przepowiada, że do Jezusa niebawem zwrócą się poganie: Grecy, Rzymianie i cały świat. Jednocześnie jednak Żydzi postąpią przeciwnie, w większości odwrócą się. Znów dążenie do Boga nie jest masowe. Ewangelista mówi, że skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. (Mt 2,3) Dlaczego się przeraził? Otóż z tego samego powodu, co Żydzi w Babilonie. Ponieważ trzeba będzie porzucić wszystko: król swoją władzę, kapłani swoje prerogatywy, a faryzeusze swój autorytet religijny. I wszyscy będą musieli uznać nad sobą władzę i autorytet Mesjasza. Poddać się Jego panowaniu. Przyjęcie Jezusa, to wyrzeczenie się siebie, a to jest bardzo trudne, dzieje się wbrew własnym grzechom, przywiązaniom do świata i słabościom. Prorok Izajasz widzi, zatem całą przyszłość: rzeszę ludzi na przestrzeni historii mających wielkie pragnienia, porzucających to, co małe i idących ku większemu. Tak dzieje się przez wszystkie pokolenia, ale z wielkim trudem. Mesjaszowi poddadzą się ci, co mają większe pragnienia, niż tego, co się posiada na ziemi. Herod przyjmie Mesjasza, gdy będzie miał większe pragnienia, niż być królem. Wysiedleńcy pójdą do Jerozolimy, gdy będą mieli większe pragnienia, niż dobrze prosperować w Babilonie. Człowiek współczesny pójdzie za Jezusem, gdy będzie miał większe pragnienia, niż dobrze zarabiać, mieć rodzinę i święty spokój.

Między Jezusem a Ojcem. 
Bóg ma dla nas zbawienie, to znaczy rzeczy najpiękniejsze z pięknych, życie w swoim domu, który przed nami otwiera. Jak to czyni? Budując most! Most do Ojca. Nasze zbawienie najpierw jest przygotowywane tylko między Jezusem a Ojcem. Jezus otwiera drogę przez most. Reszta należy do nas i zależy od naszych pragnień, by na ten most wejść i przezeń przejść. Jezus pyta niewidomego: co chcesz, abym ci uczynił? (Mk 10,51), a ten odpowiedział, że chce przejrzeć. Po co przejrzeć? Żeby co zobaczyć? Że rosną drzewa, czy że droga do Boga jest gotowa i miejsce na uczcie niebiańskiej czeka? Tak naprawdę najbardziej potrzebujemy jednego – by obudziło się w nas pragnienie Boga, pragnienie większe niż widzenia świata, niż ciepłego warsztaciku w Babilonie, posadki króla w Jerozolimie i świętego spokoju w moralnych kompromisach. Pragnienie słuchania Boga bardziej aniżeli ludzi.

Jezus z Ojcem ocala nas od grzechu, czyni swoimi dziećmi i przygotowuje mieszkanie w swoim domu. Jak to robi? Bierze na siebie nas z naszymi grzechami. Pokazuje to, gdy u progu działalności publicznej przychodzi do Jana Chrzciciela razem z pielgrzymami wyznającymi swe grzechy i wyrażającymi pragnienie nawrócenia. On czuje się grzeszny przez nas i chce nasz grzech usunąć. Nie jest to Jego osobisty grzech, ale grzech nasz, tym bardziej dojmujący, że niewinnie dźwigany ciężki Krzyż. Jezus ma w sobie nasz grzech i Ojciec patrząc na Jezusa widzi w Nim ten grzech, widzi jak ten grzech Go oddala od Niego i zabija, jak Jezus jest katowany przez nieswoje zło, przez szatana i ludzi, zatem nie z własnej winy. Będąc czystym czuje obciążenie złem przychodzącym ze świata. Umiera, ponieważ grzech jest odcięciem człowieka od Boga, a to zabija, jak pozbawienie rośliny wody. Jezus zostaje zabity przez zło zamiast nas, a dzięki temu my jesteśmy ocaleni. W Jezusie umiera nasza stara, grzeszna natura i jej przewinienia, a ze zmartwychwstaniem Jezusa rodzi się nasze nowe życie zdolne do łączności z Ojcem. Jak to się dzieje? Tak, że nasz grzech, spadając na Jezusa próbuje oderwać Go od Ojca, ale nie jest w stanie tego zrobić. Jego synostwo Boże jest silniejsze od szatańskiego zła. Jezus grzeszny naszym grzechem nie traci Ojca, a gdy zmartwychwstaje, na powrót w pełni jest z Nim i odzyskuje Go dla nas. 

Tyle Jezus osiągnął dla nas. Osiągnął to zupełnie sam, tylko przed Ojcem. Od tej chwili nasza wolność i czyste serce jest faktem i czeka w gotowości. Na co czeka? Na to, aż faktem się staną nasze pragnienia. Aż zapragniemy zaczerpnąć z Jezusa, a wyrzec się starego siebie. Zaiste wielka jest mądrość i charyzma w słowach Czepca w Weselu Stanisława Wyspiańskiego: „A, ja myślę, ze panowie duża by już mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” Chcieć „chcieć”, pragnąć tego, co jest gotowe, wykochane Krwią Jezusa i tylko czeka na naszą wolę, żebyśmy chcieli to wziąć, albo przynajmniej chcieli „chcieć” to wziąć.

Praca nad pragnieniami. 
Poddajmy ocenie nasze pragnienia. Popracujmy nad nimi. Jakie mamy pragnienia? W dzieciństwie pragniemy mamy, taty i zabawek. Potem pragniemy coraz więcej „zabawek”, albo coraz więcej ludzi. Albo skupiamy się na dobrach materialnych, albo na ludziach, albo po części na każdej z tych rzeczy. Bardzo lubimy rządzić. Jedni autorytarnie rządzą dobrami mater­ialnymi i masami ludzkimi, manipulują, wyżywają się, naginają prawo, tworzą złe prawo. Inni rządzą tylko swoimi podwładnymi w pracy, swoimi dziećmi, swoim mężem, swoja żoną. Największe szczęście wewnętrzne spotyka jednak tych, którzy odkrywają, że lepsze jest dawanie niż branie, czynienie dobra, służenie innym, nie kierowanie nimi, nie narzucanie im swej woli, nie stosowanie wobec nich nacisku, przemocy. Są jeszcze ci najbardziej pobożni, którzy pragną kierować się wolą Bożą, by szczęśliwie przechodzić przez życie, które ich otacza, pragną szczęścia, a Bóg im w tym „pomaga”, tak myślą, tylko pomaga, pokazuje jak wybierać, decydować, mieć najtrafniejsze pragnienia. Czy nie tak?

A jednak taka postawa to nie pełnia pragnień. Brakuje w niej pragnień największych, najbardziej uszczęśliwiających, a tych pragnień Bóg chce w nas najbardziej, ponieważ ich spełnień ma dla nas najwięcej. Są to pragnienia, które miał Jezus. Jego pragnieniami było przebywanie z Ojcem i to, żeby ludzie też przebywali z Ojcem. Tego pragnął mówiąc z Krzyża: „pragnę” i za razem nie chcąc pić z gąbki. Pragnął więcej niż ziemskiego picia. Największym pragnieniem dostępnym ludziom nie jest pragnienie pomyślności innych, ale pragnienie Boga dla nich. Spełnienie tego pragnienia spełnia wszystkie mniejsze pragnienia. Dlatego Bóg chce, byśmy mieli jak największe pragnienia, nie te małe, tymczasowe, przemijające. Kiedy Ci źle i pragniesz czegoś, pragnij Jezusa. Ucz się mówić – nie proszę Cię, Boże o nic konkretnie, proszę Cię o wszystko. Pragnę nie czegoś ze świata, pragnę Ciebie. Można wypowiadać takie pragnienia, ale jeszcze nie z głębi serca, tylko powierzchownie, nie do końca szczerze, więc jeśli nie umiesz jeszcze pragnąć Największego, nastaw się na dążenie w tym kierunku – by najbardziej ze wszystkiego pragnąć Boga, dla siebie i innych. Pragnąć Go szczerze, z serca, uczciwie. Chcieć Go „chcieć” ponad wszystko, a nie swoich małych "pragnionek". 

Diakon Jan, styczeń 2017    






CZEGO PRAGNIE DLA NAS MATKA BOSKA?

Bóg powołał Matkę Najświętszą do swego dzieła zbawienia ludzi. Wszyscy, których Bóg powołuje, są prorokami, sługami Boga. Maryja jest pierwszą ze sług, wzorem sługi. Podkreśla to wydarzenie zwiastowania, gdzie Maryja przyjmuje powołanie służebnicy Pańskiej. Za Nią, według kolejności i proporcji sługami Bożymi stajemy się my wszyscy - sługami to znaczy narzędziami służącymi do tego, by Bóg wykonywał swoje zbawcze dzieło w świecie. Wszystkich ludzi, tak jak Maryję, zaprasza Bóg do współdziałania w tym dziele, ale Maryja jest służebnicą specjalną, wyjątkowo czystą, świętą i Bogu wierną. 

Wszystkie sługi i narzędzia Boże spotyka podobny los. Ich powołania mają podobny przebieg w zależności od stopnia zaangażowania i czystości serca. Prorocy, apostołowie i święci tak jak Maryja doświadczają zawsze szczęścia obcowania z Bogiem, ale przy tym także cierpienia, ataków złego ducha i prześladowań. 

Istotą działania Boga jest zamieszkanie wśród ludzi. Bóg zamieszkuje w Jezusie człowieku. Jezus zamieszkuje w domu Maryi i Józefa, a potem, gdy wędruje i nie ma gdzie mieszkać, mieszka pośród uczniów. Jego los dzieli Maryja. Po zmartwychwstaniu Jezus zamieszkuje w uczniach, czyli w Kościele, a Maryja do odejścia ze świata zamieszkuje u św. Jana. Te mieszkania dla Boga zawsze są mieszkaniami ubogimi. Bóg je wybiera, ponieważ narzędzia Boże muszą się umniejszać, aby Bóg w Jezusie mógł wzrastać (jak mówi św. Jan Chrzciciel). Maryja w Ewangelii też się umniejsza i to radykalnie, aby w centrum Słowa Bożego zawsze pozostawał Jezus. 

Maryja wolna od grzechu jest narzędziem Bożym doskonale uniżonym i pokornym. Najważniejszym wymaganiem stawianym słudze Boga jest to, by pozwalał, a nie przeszkadzał Bogu działać. Narzędzie nie może przywłaszczać sobie mocy Bożej, ani uważać się za jakąkolwiek moc. Nam wszystkim niezbyt to się udaje, za to Maryja jest przezroczysta w sposób doskonały. Dlatego jest Ona dla nas wszystkich wzorem sługi Bożego. Misji narzędzia Boga możemy znakomicie uczyć się od Maryi, a wtedy Bóg będzie mieszkał i działał w nas tak jak w Niej. Wtedy, jak Ona, będziemy pozwalać Bogu działać, a nie ograniczać Go własną samowolą. Mamy uczyć się od Maryi być pokornie nieobec­nymi, bo przecież, jak pisze św. Paweł: to Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania. Maryja najlepiej uczy nas poddawać się Jego mocy sprawczej. 

Zadaniem Maryi, służebnicy Pańskiej, jest dzielenie się z nami Jej własną misją. Zresztą tak jest ze wszystkimi powołanymi, że chodzi w nich o dzielenie się tym, co Bóg nam powie­rza. Maryja otrzymała od Boga Jezusa, aby stał się Jej Najbliższym, Jej Synem. I tą misją bliskości z Jezusem Maryja dzieli się z nami – daje nam Jezusa. Ona jest dla nas wzorem, jak związać się z Jezusem, poznać Go, żyć Nim i zżyć się z Nim, wreszcie jak pokochać Go i wejść z Nim w intymną więź. Największym skarbem, jaki ma Maryja, jest miłość Jezusa i miłość do Jezusa. Jezus jest Jej największym i jedynym skarbem. Maryja poko­chała Go od dnia poczęcia a potem narodzenia, z czasem kochała Go coraz dojrzalej, uwielbiała przez całe życie i na wieczność. 

Wielu artystów fascynowała więź miłości Maryi i Jezusa. Z okazji Światowych Dni Młodzieży nie­które cenne dzieła zebrano w Muzeum Naro­dowym w Krakowie na wystawie „Maria Mater Misericor­diae”. Pokazano między innymi pełne miłosnej wymowy piętnastowieczne płótno „Ma­tka Boża czuła na tle ruin antycznych” oraz rzeźbę „Matka Boża z Dzieciątkiem”. Kolosalny ładunek miłości ma także eksponowana w kopii pieta watykańska Michała Anioła, gdzie Maryja trzyma martwego Jezusa cierpiąc z miłości. 

Można patrzeć na takie działa i przeżywać ich emocjonal­ną wymową, ale nie czuć, że przez nie Maryja wzywa nas swoim życiem nie tyle do siebie ile do miłości do Jezusa. Zakochanie w Jezusie jest sednem Jej misji, a my mamy od Boga zadanie przejmować tę Jej miłość. Matka Najświętsza mó­wi: zróbcie wszystko cokolwiek wam powie, a Bóg mówi więcej: pokochajcie mojego Syna, tak jak macie tego wzór w Jego Matce. Matka Najświętsza jest posłana przez Boga, by dzieliła się z nami swą miłością do Jezusa. To jest Jej misja. Jezus ma stać się naszą Rodziną, tak jak stał się Jej Rodziną. Do tego wzywa Bóg i tego uczy Maryja. 

Wielu ma ogromną miłość do Maryi. Dlatego Maryja bardzo chce, byśmy w swej pobożności nie zatrzymywali się na miłości do Niej, ale z Nią szli dalej. Maryja jest w najgłębszym związku miłości z Jezusem i tego związku chce dla nas najbardziej ze wszystkiego. Chce, byśmy, tak jak Ona, zakochali się w Jezusie, bo Jezus jest naszą Rodziną daną od Boga i przez Maryję.

Diakon Jan, wrzesień 2016