poniedziałek, 31 marca 2025

ZMARTWYCHWSTAŁY WALCZY O KAŻDEGO CZŁOWIEKA

Bóg Najwyższy. Najpierw, w Starym Testamencie Bóg objawił się ludziom jako Istota Najwyższa, zdecydowanie stojąca ponad nimi. Szczególnie wyraziście dał się poznać Mojże­szowi, gdy ten pasł owce swego teścia. Zauważył wtedy na pustyni krzew, który płonie, ale się nie spala. Kiedy chciał obejrzeć z bliska to niezwykłe zjawisko, Bóg powstrzy­mał go mówiąc: Nie zbliżaj się! Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest zie­­mią świętą. (Wj 3,5) Wtedy Mojżesz zasłonił twarz, bał się bowiem zwrócić oczy na Boga. (Wj 3,6) Bo na naj­wyż­szy majestat Boga człowiekowi patrzeć się nie godzi. Później wielokrotnie na oczach Izraelitów Pan okazywał znowu swą nadludzką chwałę. Prowadził ich z Egiptu do Ziemi Obiecanej mocną ręką i wyciągniętym ramieniem wśród wielkiej grozy, zna­ków i cudów (Pwt 26,8) i tak dał się poznać jako wielki Król ponad wszystkimi bogami. (Ps 95,3)  

Czy umiemy zdać sobie sprawę z ogromu Jego potęgi? Z pewnością tylko trochę. Jednak Bóg chciał, byśmy trochę zdali sobie z tego sprawę, gdyż On w pewnych sytuacjach boleśnie go od nas egzekwuje. Egzekwuje go mianowicie, wcześniej czy później, od swoich wrogów. Przykładem takiej sytuacji było wydarzenie w Ogrójcu. Oto zbrojni słudzy arcykapłana przyszli, by Jezusa aresztować. Na Jego pytanie – Kogo szukacie? – oni odpowiadają – Jezusa z Nazaretu. Wtedy Jezus zwraca się do nich swoim Boskim Imieniem - JA JESTEM (J 18,6), a bezradni zbrojni biedacy cofają się i upadają na ziemię. Powtarza się to aż trzykrotnie. Tak Bóg potwierdza swoją siłę powalającą mocarzy tego świata - szatana i ludzi poddanych mu. Widać też, jak Jezus wyrzuca złe duchy. Te zawsze się Go boją, a On ma wobec nich rozkazującą  surowość i zdecydowanie (por. Mk 1,24-26). Bo Najwyższy najbardziej okazuje ogrom swej potęgi swoim nieprzyjaciołom. A w czasie ostatecznym okaże ją całemu wrogiemu Mu światu.

Bóg Najbliższy. Ludziom, którzy nie są przeciwko Niemu, Bóg w doczesności objawia się zupełnie inaczej. Współczuje im w cierpieniu. Też mówi o tym do Mojżesza – dosyć się napatrzyłem na udrękę ludu Mego w Egipcie  i zstąpiłem, żeby go wyzwolić. (Wj 3,8) Imię Boga znaczy przede wszystkim - JA JESTEM z wami i dla was. Jest wyrazem miłości Boga, tego, że jest On Najbliższy i że kocha. Nienawiść okazuje nam tylko szatan, nigdy Bóg. To szatan  sprowadził na ludzi niewolę, grzech i śmierć. Bóg walczy, by nas z tej niewoli wyzwolić, z grzechu oczyścić, a przed śmiercią wieczną uchronić. W tym celu Syn Boży JEST z nami, troszczy się o grzeszników i jada z nimi, podczas gdy my za bezwzględną miłość do celników potrafimy Go potępiać i prześladować. On chce, by każdy grzesznik się nawrócił, nawet ten największy. Dla nawrócenia jak największej liczby ludzi Bóg się poświęca. I także nas dopuszcza do swego poświęcenia. Pozwala na cierpienie i śmierć, ponieważ wie, że nie są one ostateczne, ale przemijające, bo Jezus pozbawił je zabójczego jadu. Zmartwychwstał i obdaro­wuje nas w swoim domu życiem wiecznym.

Zmartwychwstały. Tymczasem my nie znamy jeszcze Zmartwychwstałego. Nie wiemy, że jest tak wspaniały, jak pokazał to na Taborze. Pokazał Jasność i to, że człowiek jest szczęśliwy w bliskości z Nim. Apostołowie byli tak zachwyceni, że nie chcieli schodzić z góry. Tak im tam było dobrze. I my też tak dobrze możemy poczuć się ze Zmartwychwstałym. W tym celu trzeba dojrzeć do relacji z Nim. To, czy relacja porwie nasze serca, zależy od poznania Go przez wiarę i miłość. Kiedy damy sobie oczyścić serca z fałszywych obrazów Boga dalekiego, kiedy przestaniemy wymawiać się, że inaczej jak na dalekiego na Niego patrzeć nie potrafimy, kiedy poczujemy się grzesznikami jak apostołowie, z którymi Jezus przecież zasiadał do stołu, wtedy odkryjemy, że On zmartwychwstał dla nas i taki żyje z nami. Możemy się Nim zachwycić i z Nim spotykać - w kontemplacji serca i w Eucharystii. Dosłownie spotykać.

dk Jan

BEZE MNIE NIC

Jest. Najgłębsze warstwy objawienia się Boga w ludzkich kategoriach zostały odsłonięte przez Ducha Świętego, kiedy natchnął do pisania św. Jana Apostoła i Ewangelistę. U św. Jana Bóg objawia się w Jezusie przede wszystkim jako Prawda i Miłość. Szczególnie mocno brzmi zapisana przez Jana wymiana zdań między Jezusem a Piłatem. Jezus zwraca się do namiestnika w słowach - Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo Prawdzie (J18,37) , a odpowiedź namiestnika jest krótka – Cóż to jest prawda? Zdradza ona zupełną bezradność mądrego człowieka, bezradność znamienną dla sytuacji, w jakiej znajduje się porażona grzechem ludzkość. Mimo woli daje on nią świadectwo, że prawda jest ludziom zupełnie obca i nie mają oni nawet mglistego pojęcia, czym ona jest w istocie. Nam się wydaje, że umiemy zdefiniować prawdę, jako coś co jest, co istotnie się wydarzyło. Jednak nawet w zwykłych sprawach codziennych, dziejących się pośród nas, widoczne jest, że nie sposób dojść do prawdy, ściśle uzgodnić fakty, zgodzić się jednogłośnie, jak było. Każdy człowiek patrzy na to samo subiektywnie i każdy widzi to nieco inaczej. Nawet każdy historyk pisze o przeszłości trochę co innego i wszyscy gotowi są przysiąc, że mówią prawdę najlepiej, jak ją znają i rozumieją.[1] Współcześnie filozofowie na ogół są zgodni, że prawda nie jest im dostępna i nie umieją jej zgłębić intelektem. Niektórzy z nich wyciągają stąd wniosek, że prawdy obiektywnej nie ma, i że jest ona tylko pojęciem względnym, jednak ten pogląd również trudno zaliczyć do kategorii prawdy. Piłat, choć nie był filozofem, uczciwie przyznał, że nie wie czym jest prawda i ma wątpliwości, czy ktokolwiek ją zna.

Jeżeli wrócimy do Jezusa i Objawienia, stwierdzimy, że nasza intuicja w kwestii prawdy jako  zgodności naszej wiedzy z rzeczywistością, jest bliska temu, co zostało objawione Żydom. Bo o ile nikt z nas nie wie, co jest rzeczywiste, to Bóg objawił się Mojżeszowi jako ten, który JEST. Jego imię JEST stanowi wyznacznik Prawdy i Boską istotę. Nikt z ludzi nie wie, co jest zgodne z rzeczywistością, ale Bóg mówi o sobie, że JEST i On zna wszystko, co rzeczywiste. Bóg zatem jest Prawdą i zna Prawdę. On Jeden. Ale to nie podlega ludzkiej ocenie. Człowiek może tylko wierzyć, albo nie wierzyć i pytać bezradnie jak Piłat: Cóż to jest Prawda? Tak pyta każdy, kto nie zna Boga. W oparciu o swój intelekt może on tylko pytać. A poznać Boga jako Prawdę można tylko przez Objawienie, na mocy daru Bożego, który tworzy związek duchowy człowieka ze Sobą – przez wiarę, nadzieję i miłość do Boga, a szczególnie do Jezusa.

Próba ujmowania Boga na sposób czysto intelektualny prowadzi do jakiejś nieudolnej próby rozu­mienia Go. Bóg jest Prawdą, to znaczy, że jest tym, co istnieje, wszystkim, co istnieje. Znaczy to, że wszystko, co istnieje, jest Bogiem albo pochodzi od Boga. Bóg wypełnia całą nieogarnioną przestrzeń istnienia. Jeżeli Bóg daje istnienie jakimś istotom, to są one z Boga i Bóg je przenika. Dlatego Bóg jest ogniem pochłaniającym (Ps 18,9) i wszystko, co ma od Niego istnienie, też jest ogniem i płonie w Nim, ale nie spala się. Dlatego nie spalał się krzew gorejący (Wj 3,2-4), ani trzej młodzieńcy w piecu ognistym (Dn 3,49-50). Później prorocy będą ten obraz precyzować mówiąc, że pochłaniający ogień Boga, moc Ducha Bożego, odnosi się do Jego przeciwników, zaś dla tych, którzy należą do Niego jest On łagodnym powiewem (Dn, 3,50; 1Krl 19,12-13) Oczywiście mowa tu o ogniu i powiewie jako znakach działania Ducha Bożego. Tak różnym ludziom w różny sposób objawia Siebie Bóg: ten, który JEST.

Grzech. A teraz zobaczmy, jak wobec Prawdy wygląda rzeczywistość ludzka, którą na początku Bóg stworzył. On na początku dał jej istnienie, ale dał też wolność i dopuścił nawet, by wolność ta mogła zaprzeczyć Prawdzie. Grzech polega właśnie na wybieraniu tego, co nie jest zgodne z Bogiem, polega na zanegowaniu Boga w sobie, w swoim osobistym życiu, które chcę przeżywać bez Boga i wbrew Jego woli. Grzech więc to jakby wycięcie w nieograniczonej przestrzeni Boga, jakiegoś „bąbla” bez Boga, obszaru jedynie mojego egoizmu. To umieszczenie w przestrzeni Prawdy tego, co nią nie jest. Dlatego zło i grzech, coś, co nie jest Bogiem ani nie jest od Boga, stanowi enklawę nieprawdy w przestrzeni prawdy, enklawę nieistnienia w przestrzeni istnienia. Znaczy to, że wszystko, co jest złem, co egzystuje poza Bogiem, tego w ścisłym i ostatecznym sensie nie ma - jest martwe, nie żyje. Owszem, funkcjonuje przejściowo, dopóki Bóg tę sprzeczność zła dopuszcza, ale ostatecznie zło, jako nicość poza Bogiem, przepada wpadając w śmierć wieczną.

Ale w jaki sposób Bóg to zło jako fałsz i nicość dopuszcza przejściowo do istnienia? A no w taki, że Syn Boży, czysta Prawda, staje się człowiekiem i bierze na siebie zło człowieka, czyli cały ten „bąbel”, przeciwny Bogu fałsz. Całe kłamstwo zła otrzymuje w Jego ranach swoją tymczasową egzystencję. A jednak, kiedy Jezus umiera i zmartwychwstaje, kłamstwo zła zostaje pokonane i traci życie oraz istnienie. Oczywiście na mocy ofiary Jezusa może ono trwać przez pewien czas, dopóki żyją ludzie, którzy w złu chcą trwać, a i być może niektórzy z nich będą chcieli w złu pozostać na wieczność. Jednak dla wszystkich, którzy wybierają nowe życie Jezusa zmartwychwstałego, cały dawny grzech starego człowieka przestaje istnieć, a nawet u Boga idzie w zapomnienie. Bo tylko Bóg jest Prawdą, a rzeczy złe albo w końcu poddadzą się Jego oczyszczeniu i staną się częścią ognia Jego Istnienia, albo nie poddadzą się, a wtedy odpadną od Niego na nieskończone peryferie, na tragiczny margines śmierci wiecznej, na wieczną nieprawdę i nieistnienie.

Pozory. Ale dopóki trwa czas koegzystencji zła i łaski, szatan ma też czas, by działać i oszukiwać ludzi. Dzięki Objawieniu możemy poznać kulisy działania szatana. Co prawda on swoje życie już przegrał, bo sam się wykluczył z Prawdy, jednak z nienawiści do Boga i Jego dzieci stara się unieszczęśliwić jak największą ich liczbę, aby tak jak on też utraciły kontakt z Prawdą. Choć zły nie dysponuje żadnymi atrybutami Prawdy, z nicości swego serca może nas, ludzi łudzić kłamstwami, które będą udawać podobieństwo do Boga i do jego darów. Po co to udawanie? Po to, by trafić w ludzkie potrzeby, które, czy tego chcemy czy nie są potrzebami stworzonymi w nas Boga. Zatem, gdy Duch Święty działa na nas Bożą Światłością, szatan może tylko przyodziać się w świecidełka udające tę Światłość. A oddziaływać na nas może on tylko kłamstwem i strachem. Gdy kogoś oszuka i zastraszy, to ten ze strachu przekaże to kłamstwo innym, aby jak najobszerniejsze było gremium ludzi nie znających prawdy i zalęknionych.[2]

Szatan cały jest pełnym inteligencji strachem i nienawiścią. Lecz na dłuższą metę jego działanie jest nietrwałe i nieskuteczne. Zostało to wyraziście pokazane w Rdz. 2 i 3 oraz na kartach Ewangelii. W Raju kłamstwo szatana uderza w zaufanie człowieka do Prawdy. Zły sugeruje, że z powodzeniem możemy nie poddawać się Prawdzie Bożej, że opłaca się jej przeciwstawić i samemu decydować, co dla nas słuszne. Jeżeli pod wpływem tej sugestii zwątpimy w Prawdę, że Ona JEST i jest Miłością, a na Jej miejsce zaproponujemy inną prawdę, swoją własną, to tym samym wytworzymy wokół siebie „bąbel” bez Boga, bez Prawdy i Miłości, a nieprawda, którą zaczniemy nazywać prawdą, zacznie nas od środka niszczyć. Odrzucenie Prawdy całkowicie zmienia serce człowieka. Pycha, która w nim powstaje, polega na szczelnym zamknięciu się na Boga, który JEST, a wyeksponowaniu siebie w Jego miejscu. Uparte trwanie w takiej nieprawdzie staje się dla nas ludzi tragiczne w skutkach. Wyrzuca poza przestrzeń Prawdy, a przez to pozbawia Miłości, bo Bóg jest Prawdą i Miłością. Tak tracimy rzeczywistość i za razem miłosną relację dziecka z Ojcem. W Ojcu tracimy jedyny punkt odniesienia, a pozwalamy szatanowi wybudować dla nas, naszymi rękami wieżę Babel. Przy tej wieży nie widzimy już normalnie Prawdy, co gorsza tracimy świadomość naszego wewnętrznego zniekształcenia, wykrzywienia naszej optyki. Wydaje się nam, że widzimy normalnie, bo przecież wszyscy wokół nas widzą tak samo. I nie mamy z kim się porównać, Prawda staje się dla nas obca i egzotyczna jak dla Piłata.

Dopiero Jezus pokazując nam Prawdę, otwiera nam oczy. A my odmienieni, widzący jak On, jesteśmy nagle przerażeni, jak bardzo odstajemy od świata. Jesteśmy już nie ze świata, jak Jezus nie jest ze świata. I świat jednak nie jest normalny, ale obcy, niepasujący do Boga ani do nas.  

Miłość. Zatem Jezus pokazuje nam Prawdę, że Bóg jest Miłością. Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. (1J 4,16). Co więcej: Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. (1J 4,8) Szczytem Jego miłości jest to, że tak  Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16). Słowo umiłował powtarza się w Ewangelii Jana aż 9 razy. To jest Istota Jego Prawdy, że Bóg miłuje nas, a stwarzając na swoje podobieństwa, sprawia, że ostatecznym naszym celem, po usunięciu grzechu, staje się, by miłować Jego i braci. Jan napisze: nie miłujcie słowem i językiem, ale czynem i prawdą. (1J 3,18)  Słowo i język łatwo ulegają zniekształceniu przez kłamstwo, lecz inaczej jest z czynem i prawdą. Każdy, kto jest z Prawdy, ma w sobie to, co pochodzi od Boga, a więc Jego Ducha i z tego Ducha zaczyna żyć Prawdą i Jej Miłością. Jeżeli nasze życie – słowa i czyny będą z Prawdy, czyli z Boga, to będą wyrażały miłość podobną do Bożej. Jeśli jednak nie ma w nas Prawdy, nasze słowa, i czyny przestają wyrażać Prawdę, ale zaczynają kłamać. A przecież celem naszego życia jest, by wyrażać sobą Prawdę i tym wyrazi się nasza jedność z Bogiem. Tylko czerpiąc z Prawdy będziemy jak On żyli Miłością. Ktoś powie, że to zbyt ambitne. Nie takie powołanie do zjednoczenia ze Sobą dał nam Bóg.

Jedność w Krzewie winnym. Jan napisze, że jeżeli będziemy żyć miłością, to po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy, i uspokoimy przed Nim nasze serca. (1J 3,19). Jezus natomiast tylko do Piłata powie wyraźnie: Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,37) Tak więc być z Prawdy to znaczy mieć wewnętrzną łączność z Prawdą, czyli z Bogiem. Ta wewnętrzna łączność sprawia, że płynie w nas Duch Święty, a nasze oczy i uszy są otwarte. Dlatego Jezus tak właśnie powiedział. On chce, byśmy byli z Prawdy, to znaczy zrośnięci z Nim jako Jego latorośle, a On by był dla nas winnym krzewem, do którego będziemy należeć. Będzie zatem prawdziwa jedność między Nim a nami, będziemy z Nim połączeni i stanowili Jego część. Tylko wtedy będzie nas karmił Duch Święty niczym soki winny krzew, a w efekcie będziemy żyć miłością i będzie z nam wychodziła Prawda i czyny miłości.

Ojcu zależy na Jezusie i na nas i On dba o cały winny krzew. Niezbędne jest jednak, abyśmy i my o tę więź dbali i ją podtrzymywali. Ona sama z siebie nie ocaleje wobec naszej bierności. Potrzebne jest, by nam zależało na Jezusie, na Duchu Świętym i Ojcu. Dbałość ta polega na karmieniu się Jego słowem, Jego sakramentami, polega na osobistej modlitwie, osobistym szukaniu wiary i miłości do Niego.

Więź miłosna z Jezusem jest rozkoszą człowieka. Kto jej zasmakuje, ten wie, że bez niej żyć się nie da. Kto jej nie poznał, ten tego nie wie. Aby żyć bez niej trzeba mieć izolację od Prawdy. Nie mając więzi z Prawdą, nie wiemy i nie widzimy, że żyjemy tylko połowicznie, że trochę On nas prowadzi jak niewidomego, a trochę błądzimy. Bo nie wiemy, że bez Niego nic nie możemy uczynić. (J 15,5)

Dk Jan Ogrodzki



 



[1] Świetnym filmowym głosem na temat prawdy jest znakomity obraz Sidneya Lumeta z 1957 r.: Twelve Angry Men, z Henrym Fondą w roli głównej. Ukazano w nim jak niemożliwe jest na podstawie zeznań świadków dojście do niewątpliwej prawdy w sprawie o zabójstwo.

[2] Pamiętam lata 1980-81 w Polsce. Napięcie rosło z tygodnia na tydzień, wrona krakała, „Trybuna Ludu” pisała, a ludzie ze strachu powtarzali – zobaczysz, będzie wojna. Lecz, kto miał uszy do słuchania, ten wiedział, że nie wolno ustąpić złemu duchowi. Trzeba dniem i nocą wołać do Jezusa za Polskę, a słów pomnażających strach powtarzać nie wolno… I do wojny w latach osiemdziesiątych nie doszło. Jakże to jest i dziś aktualne.

WPROWADZENIE W WIELKI POST

Nasz nieład

Szaty człowieka są zewnętrznym wyrazem jego ludzkiej godności i stanu duchowego uporządkowania. W stanie skażenia grzechem, o jakim mówi rozdział 2 i 3 Księgi Rodzaju, utrata wewnętrznej wolności i czystości sprawiła, że nagość człowieka stała się wyrazem panującej w nim dysharmonii. W tym stanie szaty osłaniające intymność człowieka, przywracają harmonię, ponieważ chronią przed grzesznym poniżeniem ze strony świata. Schludność szat wyraża w człowieku porządek - także ten wewnętrzny. Nieład szat, np. narzucanie ich na głowę jeńcom i niewolnikom albo podarcie ich u trędowatych wyraża zniewolenie, upokorzenie i nieczystość. Dlatego gest rozdarcia szat był demonstracją grzechu.   

Jednak był to tylko zewnętrzny gest, wyrażający upokorzenie. Prawdziwe nawrócenie, czyli przemiana serca, wymaga nie zewnętrznych gestów ale wewnętrznych -rozdzierania serca a nie szat (Jl 3,?). Rozdzieranie serca, które widzi tylko Bóg, oznacza szczere odsłonięcie przed Bogiem, nie ludźmi (bo ludzie nam nie pomogą w oczyszczeniu), swojego wewnętrznego nieładu. To Bóg ma nasz nieład  oczyścić i uporządkować. Istotą sprawy jest zatem  uświadomienie sobie, jakie jest moje serce i przyjście z nim do Pana, nie tylko próba pokonania grzechu własnym wysiłkiem. Dziś ludzie przychodzą ze swoim nieładem do psychologów, terapeutów, lekarzy i różnych innych powierników, a nie widzą zupełnie potrzeby pokazania swego chorego serca Bogu. Wynika to z lęku, wstydu, ale przede wszystkim niewiary  w działanie Boże. Tymczasem Bóg jest pierwszym, który działa dla naszej przemiany, a wszyscy ludzcy powiernicy mogą być i często są tylko Jego narzędziami.

 

Nasze choroby

Pierwszą chorobą naszych serc, z jaką potrzebujemy przyjść do Pana jest to, że wydaje się nam, że o sobie wszystko dobrze wiemy dzieli, a w istocie grzechów swoich wcale nie widzimy. Nie widzimy pychy, a nade wszystko zniewolenia, w jakie grzech nas spycha. Jak powiedział Jezus – Gdybyś­cie byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale skoro mówicie: widzimy, grzech wasz trwa nadal (J?.?).

Drugą chorobą naszych serc jest choroba faryzeuszów: uważamy, że sami musimy zmagać się z własnymi grzechami. Jeżeli w ogóle przejmujemy się swoim moralnym postępowaniem (dziś wielu nie przejmuje się nim), to zapamiętale roztrząsamy siebie, własne wnętrze. O sobie i swoich grzechach myślimy bardziej aniżeli o Bogu. Tymczasem zdecydowanie ważniejsze jest i przynosi większy pożytek roztrząsanie Pana Jezusa: jaki On jest, jak bliski, jak z nami postępuje, czego nas uczy. Takie roztrząsanie Jezusa zbliża nas do Boga i oczyszcza.

Trzecią chorobą naszych serc jest to, że na świecie żyjemy przede wszystkim doczesnością, zmaganiem się z jej ciemnymi stronami, szukaniem własnych korzyści. Spodziewamy się wszystkich celów naszego życia tylko w doczesności i traktujemy Boga i modlitwę co najwyżej jako dodatek wspomagający nas w doczesności. Przez takie nastawienie Bóg stopniowo przestaje nam być potrzebny, nasza wiara chwieje się i gaśnie,  ponieważ tracimy świadomość, iż nie samym doczesnym chlebem żyje człowiek.

Czwartą choroba naszych serc jest przekonanie, że wystarczająca jest wiara letnia, że z zajmowaniem się Bogiem nie należy przesadzać. Jak polityka jest sztuką kompromisu, tak nasze życie też najlepiej, by było sztuką kompromisu - między tym, co dobre, ale czego, jak się wydaje, nie da się wykonać do końca, a tym co złe, ale czego nie da się w swoim postępowaniu uniknąć. Tak chodzimy na kompromisy ze złem. Choć wiemy, że pewnych rzeczy lepiej nie robić, to jednak cena bezkompromisowości wydaje się zbyt wysoka.

I piątą chorobą naszych serc jest pragnienie, żeby, jeśli Bóg jest i nas kocha, strzegł nas od wszelkich bolesnych skutków naszego złego postępowania. Tymczasem Bóg pokazał w życiu Jezusa, że bolesne skutki zła spadają na ludzi i na Boga (który je przyjął na siebie) , i Bóg tych skutków zła nie usuwa. Jednak On nas przez skutki zła przeprowadza. Aby Bóg nas przeprowadził, potrzebujemy Mu zaufać. Dlatego prawdą jest, że Bóg tych co Mu ufają chroni nas przed zranieniem stopy o kamień, ale jednocześnie dopuszcza pewne doświadczenia i przez nie ich przeprowadza. To zły duch wypacza prawdę o Bożej ochronie, sugerując, że jeśli jest cierpienie, to znaczy, że Bóg nas nie kocha. A jest przeciwnie - On wie czego nam potrzeba, On nas kocha i prowadzi, ale my potrzebujemy poddać się z wiarą Jego miłości. Gdy brak nam wiary, nie umiemy dostrzec Jego miłości i popadamy w rozpacz.

 

Droga przemiany

Droga przemiany człowieka została zainicjowana w Starym Testamencie. Wzorcową postacią jest  Abraham. Jak u Abrahama, tak i u nas, droga przemiany zaczyna się od Bożego wezwania, by wyruszyć i Bożej obietnicy nowego życia (czyli w przypadku Abrahama ziemi obiecanej i potomstwa licznego jak gwiazdy na niebie (Rdz ??)). Niestety, jak Abrahamowi, tak i nam trudno uwierzyć w Boże obietnice, których realizacji na razie nie widzimy. Dlatego pytamy – jakże się upewnię? (Rdz??) Bóg wie, że potrzebujemy upewnienia. Będzie nim przymierze z Bogiem. Abrahama upewni życie w przymierzu z Bogiem, gdy odda się Bogu na śmierć i życie, jak żertwa ofiarna z przerąbanego zwierzęcia, przez którą Bóg przechodzi, poświadczając swoją obietnicę. To było jednak tylko przymierze Starego Testamentu. Ostateczne przymierze ludzi z Bogiem zawarł Syn, Jezus, który stał się człowiekiem. Kiedy wchodzimy w tę ofiarę Jezusa i przeżywamy ją wraz z Nim, w Jego męce i zmartwychwstaniu, wówczas upewniamy się, że Bóg istotnie daje nam wszystko, co zapowiedział. Jeśli oddajemy swe życie w ręce Jezusa umierającego i zmartwychwstającego, wtedy Bóg prawdziwie się nami zajmuje. Jak dym i ogień bierze w posiadanie całopalną ofiarę Abrahama, tak Duch św. bierze w posiadanie nasze życie i prowadzi do przemiany w życie nowe. To Duch Święty wprowadza osobistą relację przymierza między Bogiem a nami. Relacja ta zaczyna się od wiary Bogu, a prowadzi do miłości do Niego.  

 

Wielka łaska

Istotą zbawienia jest to, że Bóg ma dla nas ową wielką łaskę. Jego kulminacją jest to, że Bóg dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu (1Kor ?) Oznacza to, że Bóg wziął na siebie (w swoim Synu - Człowieku) cały ciężar naszych grzechów. Skutki grzechu, rozdarcie naszej relacji z Bogiem, nasze cierpienie, ataki złego ducha na człowieka – wszystko to przyjął Jezus, abyśmy mogli zostać z tego oczyszczeni. Dobrym obrazem wielkiej łaski Boga jest wykupienie przez Syna Bożego naszych długów i przejęcie ich ciężaru. Jest to niewyobrażalny rozmiar łaskawości Boga, biorąc pod uwagę Jego świętość a naszą grzeszność. Nas, którzy zdradziliśmy Boga, przywrócił Bóg do godności, jak w obrazie syna marnotrawnego. Przyjął nas na powrót do swego domu jako swoje dziecko, nie jako służącego, mimo że my zawsze, odruchowo czujemy się służącymi a nie dziećmi Boga i często się Go boimy. Lęk widoczny był w relacji z Bogiem na kartach Starego Testamentu, tymczasem po oczyszczającej ofierze Jezusa mamy już prawo Boga się nie bać i czuć się Jego dziećmi, a nawet dojrzewać do miłości do Niego jako do swego Oblubieńca.

Ten brak lęku jest nam niezbędny, gdyż dla naszego nawrócenia konieczne jest, byśmy zdawali sobie pokornie sprawę, że Boga naprawdę potrzebujemy i niezbędne jest, byśmy do Niego z ufnością zbliżali się. On bowiem i tylko On usuwa nasze grzechy. Bierze je na siebie i zmywa z siebie przez śmierć na krzyżu. A kiedy Jezus zmyje nasz grzech, jako Zmartwychwstały daje nam nowe życie. Jego charakter pokazuje nam w swoim zmartwychwstaniu. Jaki On zmartwychwstały, tacy i my mamy się stać zmartwychwstali. Bowiem w Jego zmartwychwstaniu tkwi siła naszej przemiany. Zjednoczenie z Nim w śmierci i życie Jego nowym życiem zmartwychwstałym, prowadzi nas do naszego nowego życia. To jest owa wielka łaska, której ludzie tak mało korzystają.

 

Nowe życie.

Czym jest więc nasze nowe życie i czym będzie? Ono wypływa z Jego śmierci i zmartwychwstania. Zapowiada je, a raczej ukazuje z wyprzedzeniem Jezus podczas przemienienia na górze Tabor. Nowe życie z Bogiem najpierw Jezusa a potem nasze jest zanurzeniem w Jego chwale i światłości. Nad tą chwałą góruje chwała Ojca, który zwraca się do Jezusa a potem do nas - to jest Mój Syn umiłowany. Droga do tego życia zaczęła się od Mojżesza i Eliasza – Starego Przymierza i jego proroków. Kiedy człowiek dojdzie do tego życia odczuwa, że jest to jego wielkie szczęście, że jest mu wreszcie dobrze, jak apostołom na Taborze. Takie doświadczenie nowego życia teraz, w doczesności, może pojawić się tylko na chwilę, jako zapowiedź tego, co nas czeka. Poza tą chwilą ludzie w doczesności muszą znosić doczesne ciężary.  My oczywiście chcielibyśmy w doczesności otrzymać dary nowego życia i je zatrzymać. Jednak tak się nie da. W doczesności otrzymujemy tylko Jezusa i z Nim mamy przejść trud naszej doczesności. To jest tajemnica zwiastowania nam przez Jezusa na Taborze naszego nowego życia. Życie Taborem powinno stać się treścią naszego Wielkiego Postu.  

 

Asceza wielkopostna

Treścią naszego wielkiego postu jest też asceza, jednak powinna ona być dobrze pojmowana. Pierwszym elementem tej ascezy, jak powiedzieliśmy, jest nawiązanie osobistej relacji z Jezusem. Wymaga to odpowiedniej hierarchii wartości i wzbudzania w sercu zaufania i miłości do Jezusa, wyczekiwania łaski od Niego bardziej niż zabiegania o nią samemu. Jest to także podstawa naszej modlitwy. Położenie nacisku na modlitwę i staranie, by była ona przeżywaniem Osoby Jezusa, jest numerem jeden w ascezie wielkopostnej.

Związanym z tym numerem dwa w ascezie wielkopostnej jest wpatrywanie się bardziej w Chrystusa, niż we siebie i własne grzechy. Bardziej roztrząsanie Jego miłości niż sposobów samodzielnej pracy nad sobą.

Dopiero trzecim elementem naszej ascezy wielkopostnej są różne umartwienia, które mają nam pomóc w kontroli samych siebie. Uzyskamy ją tym pełniej im będziemy ufniejsi, delikatniejsi, ubożsi w duchu i ciele, pokorniejsi, nie przypisujący sobie zasług, wdzięczniejsi Bogu i ludziom, mężniejsi w znoszeniu ofiar. A gdy widzimy w sobie brak tych przymiotów, praca nad nimi jest bardziej skuteczna, gdy poddajemy się Bogu, by je w nas formował, niż gdy wymyślamy różne sposoby podejmowania własnego wysiłku. Mała droga poddawania się Bogu jest dużo krótsza i owocniejsza niż wielka droga własnego zabiegania.

Amen.   

 

DAWAĆ ŻYCIE A NIE ZABIERAĆ

Bóg na początku dziejów zbawienia, w Księdze Rodzaju, jako kulminację stworzenia uczynił człowieka, czyli Adama. Bo ‘adam znaczy po hebrajsku człowiek. Bóg nazwał człowieka istotą żywą (nefes hayah), ponieważ ma on w sobie życie, które otrzymał od Niego. Bowiem Bóg jest dawcą życia. W kontekście misji Chrystusa nawiązał do tego stwórczego wydarzenia św. Paweł pisząc:  Stał się pier­wszy człowiek, Adam, duszą żyjącą (co znaczy po grecku to samo co istota żywa), a ostatni Adam duchem ożywiającym. (1 Kor 15, 45) Ostatni Adam u św. Pawła to Chrystus, który, jak Bóg w Księdze Rodzaju, jest źródłem życia, duchem dającym życie. I to, co napisaliśmy, jest właśnie najważniejszą wiadomością, jaką od Boga, który przyszedł do nas w Chrystusie. Choć od Adama dziedziczymy zwykłe ludzkie życie, słabe, kruche, podatne na grzech, to od Chrystusa otrzymujemy nowe życie, jakie On ma po zmartwychwstaniu. Choć w doczesności dźwigamy jeszcze pozostałości starego życia Adama, to jednak, przyjmując od Chrystusa z wiarą owoce Jego śmierci i zmartwychwstania, zaczynamy już nosić podobieństwa do Niego, zwane w Nowym Testamencie nowym życiem. Nowe życie jest już częściowo obecna w naszym wnętrzu w doczesności, jeśli żyjemy zjednoczeni duchowo z Chrystusem. Jednak w pełni będziemy je mieć w wieczności: Jak nosiliśmy obraz ziemskiego człowieka, tak też nosić będziemy obraz Człowieka niebieskiego. (1 Kor 15, 49) Ci, którzy już w doczesności żyją blisko z Chrystusem, odczuwają w sobie duchową przemianę i nowość życia. Ci, którzy nie znają Chrystusa i są od Niego daleko, myśląc przede wszystkim o sobie, nie noszą do Niego podobieństwa, a nawet prawie wcale Go nie znają.

W czym przejawia się nasze podobieństwo do Chrystusa? Między innymi w tym, że, jak On i jak Bóg z Księgi Rodzaju, będziemy dawać życie innym, a nie im je zabierać. Przykładem takiej postawy jest król Dawid, zapowiadający proroczo Chrystusa. Dawid został wybrany przez Boga na króla i miał być królem Izraela według Bożego upodobania. Natomiast Saul nie był królem według Bożego upodobania. Zazdrościł on Dawidowi i ścigał go z całym wojskiem, aby go zabić. Kiedy raz, w nocy wojsko Saula spało utrudzone pościgiem, Dawid zakradł się do obozu i zobaczył śpiącego króla oraz jego dzidę wbitą w ziemię koło jego głowy. Dawid był tylko z Abiszajem i bardzo bał się Saula. Wielokrotnie ledwo uniknął śmierci z jego ręki. A jednak Dawid nie zabił Saula. Wykradł jego dzidę i pokazał królowi, że nie czyha na niego, choć tamten pragnie go zabić. (1 Sm 26, 2-23) Saul doznał moralnego wstrząsu dzięki takiej postawie Dawida. Dawid bowiem dał w darze życie Saulowi, choć Saul chciał mu je odebrać.

Taka jest właśnie między innymi różnica pomiędzy Bogiem a człowiekiem, że Bóg zawsze daje nam  życie w różnej postaci i na różne sposoby, natomiast człowiek potrafi innym, a nawet samemu Bogu wcielonemu, z okrucieństwem życie odebrać. Czyni to dosłownie i na różne niedosłowne sposoby. Właśnie o tym mówi Pan Jezus w Ewangelii. Bóg daje nam życie, kiedy nas stwarza, darzy miłością, błogosławi i różnymi dobrami obdarowuje. Bóg nie osądza nas, okazuje nam miłosierdzie, nie potępia nas i odpuszcza nam występki. To wszystko są przejawy Jego dawania nam i podtrzymywania w nas życia – cielesnego i duchowego. Bóg to czyni każdemu – dobrym i złym. My zaś z trudem zdobywamy się na to, by obdarowywać dobrem i troszczyć się o życie tych, co są dla nas dobrzy. Nieprzyjaciół boimy się jak Dawid Saula i najchętniej byśmy ich z nienawiści i lęku unicestwili.

A jednak Bóg mówi – Ja tak nie postępuję z wami, dlatego i wy spróbujcie mi zaufać i postępować ze sobą i ze Mną tak jak Ja: zawsze życie dawać życie, nigdy go nie umniejszać ani tym bardziej nie odbierać. Zaufajcie! Jeśli tak będziecie postępować, ochronię was, jak Dawida. Dlatego Chrystus zachęca – miłujcie, choć was nienawidzą, błogosławcie choć was przeklinają, obdarowujcie dobrem tych, co was okradają, pragnijcie dobra tych, co pragną waszego zła, bądźcie dla nich miłosierni, nie potępiajcie ich i wybaczajcie im. Uczcie się DAWAĆ TAK JAK JA, a nie zabierać tak jak zły duch. Naśladujcie MNIE, a nie jego. Próbujcie! Ćwiczcie się w tym, bo jeśli Dawidowi się udało, to i wam tym bardziej się uda. Bo Ja już wylałem na was Ducha Świętego.   

                                     Dk Jan      

Pan w sercu – spotkania z księdzem Feliksem Folejewskim.

Pan mówi to znaczy działa Jego Duch Święty. Działa słowami i działa bez słów. Podsuwa myśli i daje obrazy. Tak na różne sposoby uczy rozumienia Pisma i Kościoła. Największym znakiem, że naprawdę mówi Pan, a nie twój własny ludzki rozum, jest to, że zmieniasz się w duszy, poznajesz Pana i zbliżasz się do Niego. Patrzysz na to, jak czuje twoje serce, jak rozumie ono  Pismo i przeżywa Sakramenty, a wtedy widzisz, że wszystko to układa się w tobie w upo­rząd­kowaną całość. Naprawdę Objawienie Boże jest głęboko logiczne, a człowiek może to  odkry­wać - Stary Testament, naukę Jezusa i apostołów oraz związki między tymi etapami Objawienia.

Wspominam ze wzruszeniem, jak rozmawialiśmy o tym po wielokroć z księdzem Feliksem Folejewskim (SAC) podczas naszych częstych spotkań na Skaryszewskiej. Zachwycaliśmy się, jak wspaniałe i uporządkowane jest Objawienie – to które otrzymywał przez wieki Kościół i zarazem to, które płynęło bezpośrednio do naszych serc otwartych na Ducha. Odkrywaliśmy, że jakimś cudem było to jedno objawienie. Obaj rozkoszowaliśmy się Jezusem, tym jaki On jest wspaniały, kochany, jak cudownie jest być z Nim, zwłaszcza ukrytym (a raczej odsłoniętym) w Eucharystii.  Naszej bliskości towarzyszyło wewnętrzne poznanie Boga i wyczucie Prawdy Ducha Świętego.

Kiedy modliliśmy się wspólnie - słowami i bez słów - poznawaliśmy coraz bliżej Jezusa i Kościół. Czuliśmy, że na Kościele zależy nam coraz bardziej, choć jest w nim wiele bolączek i problemów. Chcieliśmy, żeby Pan Jezus oczyszczał go i wydoskonalał, żeby kapłani i wierni byli święci, a nie odchodzili Kościoła. By wszyscy poznawali Jezusa z bliska, jak my. Tego pragnęliśmy i gryźliśmy się w duszy, kiedy tego nie było.

Rozmawialiśmy też o modlitwie i zauważaliśmy, że im bliżej Jezusa, tym trudniej jest odnaleźć się w gorsecie, który nakłada praktyka Kościoła. Już Jan Paweł II mówił o tym wyraźnie, że im bliżej jesteś z Bogiem, tym trudniej ci modlić się słowami, tak jak to funkcjonuje w powszechnej praktyce. Typowo najpierw mówisz pacierze, potem dużo mówisz własnymi słowami – prosisz i dziękujesz, a potem coraz więcej czujesz w sercu, co przychodzi do ciebie od Jezusa, a mnogość słów przeszkadza temu odczuwaniu. Zresztą Pan Jezus w Ewangelii też ostrzegał przed wielomówstwem, że nie sprzyja ono głębszej modlitwie. Rozmawialiśmy z Księdzem, że z czasem czujemy się coraz bardziej wzywani do skąpości mówienia, a przede wszystkim wsłuchiwania się. Każdy nadmiar „gadania” przeszkadzał nam.

I co jeszcze nam przeszkadzało? Niektóre sformułowania języka Starego Testamentu, pojęcia religijne właściwe czasom przed przyjściem Jezusa. One były dobre do Jego śmierci, ale nie są dogodne w spotkaniu z Jezusem zmartwychwstałym. Odkrywaliśmy to, co odkryło już wiele osób przed nami, że do Jezusa żyjącego w Kościele od zmartwychwstania aż po wieczność, najlepiej jest zwracać się kochającym sercem – zamiast dużo do niego „gadać” o swoich potrzebach. O tym też wiele rozmawialiśmy i bardzo to współodczuwaliśmy. Mieliśmy głębokie pragnienie, by powiedzieć o tym  do wszystkich – że Słowo Pana i sam Pan osobiście jedynie dają prawdziwe szczęście w sercu. Pan jest w naszych sercach słodki jak miód z plastra, choć w naszych kaznodziejskich ustach i doświadczeniu życia, też jest często gorzki jak piołun. Jakże słodko – gorzki był dla nas Pan, którym się spotykaliśmy na co dzień.

ks. dk. Jan Ogrodzki

MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ

Dziś spełniły się słowa Pisma, któreście słyszeli (Łk 4,21), powiedział Pan Jezus, kiedy stanął przed Żydami w Nazarecie napełniony Duchem. To właśnie przede wszystkim wylanie Ducha, ale także postawa serc ludzkich, sprawia, że głoszone słowo spełnia się. Gdy Żydzi wrócili z niewoli babilońskiej, stanęli na gruzach Jerozolimy i zobaczyli Świątynię, w której od dziesiątków lat nie było kultu i poczuli w sercach, że bardzo potrzebują słowa Tory, danej im niegdyś przez Mojżesza. Wtedy domagali się od kapłana i pisarza Ezdrasza, żeby stanął na podwyższeniu i odczytał im słowo, którego już prawie zapomnieli. Z przejęciem słuchali słowa przez cały dzień, a w końcu upadli na twarze przed Bogiem, którego Duch płynął ze słowa. Podobnie Jezus, gdy stanął w synagodze i odczytał słowa Izajasza o cudach powrotu z niewoli babilońskiej, wiedział, że teraz właśnie z jego słów bije szczególna moc Ducha, bo wreszcie wygłasza je Mesjasz, który przyszedł na świat. Wtedy Jezus powiedział, że słowo Izajasza się spełniło i ono rzeczywiście się spełniło, bo ze słów Jezusa wylał się na Żydów Duch Boży. Ale wylewanie Ducha nie wystarczy. Potrzebne jest jeszcze otwarcie się ludzkich serc. Za Ezdrasza serca te otworzyły się, bo były wygłodniałe przez lata niewoli i pragnęły spotkania z Bogiem. A w czasach Jezusa otworzyły się tylko te serca, które rozpoznały Mesjasza zapowiadanego przez Izajasza. U tych, co Mesjasza nie rozpoznali, serca zupełnie nie otworzyły się.

Ducha przyjmuje człowiek, który pragnie i oczekuje interwencji Boga, który jest na nią gotowy, który chce zmian w upodlonym przez zło świecie, który nie ma nic do ukrycia przed Bogiem, a przeciwnie gotów jest przyjąć Jego moc bez ogródek i z radością, bo gotów jest na Boże zmiany w świecie i wie, że Bóg daje samo dobro, a chroni przed złem. Różne są dary łaski Ducha, ale wszystkie są wspaniałe i dają ludziom radość i szczęście, czyli błogosławieństwo. Kiedy się w to wierzy, Duch czyni cuda w ludzkich  wnętrzach, a potwierdzają to ci, którzy Mu na to pozwolili. Gdy się pozwala działać Duchowi, czyni On z człowieka członek Ciała Chrystusowego, łączy go z Chrystusem i daje mu szczęście życia razem z Nim. Tego szczęścia, dawanego przez Ducha, nic nam nie zastąpi, żadne dobra doczesne. Potwierdzają to ludzie święci, a zakrzykują gromko ludzie żyjący światem.  

Duch Święty odmienia nas, czyli jak pisze święty Jan, rodzi nas na nowo do życia dziecka Bożego i osoby bardzo bliskiej dla Jezusa. Przez napełnienie się Duchem mamy od Jezusa nowe życie, a to nowe życie wyraża się w tym, że kierujemy się miłością. Proszę czytać Pierwszy List św. Jana, który w całości mówi o życiu miłością. Kiedy Duch wstępuje w nas, sprawia że zaczynamy miłować Boga a także ludzi, również nieprzyjaciół. Jan mówi o tym szeroko i gorąco, powtarzając po wielokroć - miłość, miłość, miłość. Ona jest wszystkim, co ważne dla Boga, bo Bóg jest miłością i ona jest wszystkim, co ważne dla człowieka, bo człowiek żyje na ziemi, by wejść do życia z Bogiem. Tak właśnie bliskość z Bogiem i z ludźmi rodzi się w naszych sercach nie inaczej jak tylko z mocy mieszkającego w nas i działającego Ducha Świętego.  Oto jak św. Jan streszcza to, co ma nam do powiedzenia o Bogu, Jego Duchu i miłości.

A więc podsumujmy. Bóg jest miłością i z tej wielkości swojej miłości nad miłościami pierwszy nas umiłował i przyszedł do nas, i wylał krew Syna za nas. I dał nam Ducha, abyśmy weszli w szkołę miłości. Jesteście w tej szkole i ona was formuje. Ale nie jesteście jeszcze uformowani, bo potrzebujecie uzyskać w sercu od Ducha miłość do Boga i miłość do ludzi. Jedno i drugie jest nierozłączne. Bo z miłości waszej do Boga czerpiecie Ducha do miłowania ludzi. Nie powtarzajcie, że już miłujecie, ale wołajcie do Jezusa:  potrzebuję Ciebie, by nauczyć się miłować. Proście nie o zdolność miłowania, ale o Mistrza samego w sobie w waszych sercach - wtedy uzyskacie zdolność miłowania. Nie kłamcie, że miłujecie Boga powtarzając tylko słowa modlitw, ale proście - Panie przyjdź i daj mi siebie, abym Tobą miłował, tak jak Ty miłujesz. Braci będziecie miłować mocą, jaka przyjdzie z wołania do Jezusa o Ducha miłości. Wtedy będziecie miłować ludzi, których widzicie oczami oraz Jezusa i Ojca, którego widzieć możecie sercem i Duchem.  Jednoczcie się z Bogiem, aby Go umiłować, a miłować braci uczcie się czyniąc czyny miłości wobec nich. Wtedy zaczniecie sercem miłować waszego Boga, który jest miłością. Amen.

dk. Jan Ogrodzki

CZY NAJŚWIĘTSZY SAKRAMENT?

W tekstach liturgicznych występuje często termin teologiczny ukształtowany przez tradycję Kościoła, który nie jest terminem biblijnym, nie pojawia się w modlitwach eucharystycznych mszy świętej, ale przewija się przez jej części zmienne. Przytoczymy kilka fragmentów modlitw po komunii: spraw aby ten Sakrament utwierdził nas w miłości (22n. zw.), Ty nas karmisz i umacniasz Twoim słowem i Najświętszym Sakramentem (23 n. zw.), udzielaj nieustannie swej pomocy wszystkim, których posiliłeś swoim Sakramentem (25 n. zw.), niech Najświętszy Sakrament odnowi nasze dusze i ciała (26 n. zw.) itp. Problem, o którym mówimy, na który Chrystus zwraca uwagę mistycznym duszom, tkwi w tym, że te teologiczne sformułowania (oczywiście nie kwestionując ich prawdy) mówią o Ciele i Krwi Pańskiej jakby były one rzeczami, które działają na nas i w nas, trochę jak jakieś leki. W każdym razie mówią o działaniu Boga rzeczowo a nie osobowo. Jest to wysoce eufemistyczne mówienie o największym darze Boga dla Kościoła. Ugruntowało się ono w jego praktyce, przez stałe powtarzanie bezosobowego terminu teologicznego, bez określania, co się za nim kryje. Na przykład powszechnie stosowana pieśń: Przed tak wielkim Sakramentem mówi o nowym przymierzu, o wierze w to, co dla zmysłów niepojęte, o czci Trójcy świętej, ale wprost nie mówi o tym, że w Najświętszym Sakramencie obecny jest żywy Chrystus – umierający i zmartwychwstały. Dlatego mamy tu do czynienia z Sakramentem (znakiem), przez który uobecnia się Osoba Syna Bożego, a nawet Trzy Osoby Boskie. Tak samo Kościół mówi o Chrystusie jak o rzeczy (choć tak nie wierzy) w słowach: przyklęknij przed Najświętszym Sakramentem, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, wystawienie Najświętszego Sakramentu, adoracja Najświętszego Sakramentu codziennie od 16 do 18. Kościół z jednej strony z najwyższym przekonaniem wyznaje, że Najświętszy Sakrament to Sanctissimum, największa świętość jaką posiada, a z drugiej określa ją terminem bezosobowym, który nie kojarzy się z miłością, ponieważ tak to się utarło w tradycji. Dawniej Kościół mówił tak w przekonaniu, że wszyscy przygotowani, po pierwszej komunii wiedzą, co się za tym kryje. Owszem, może kiedyś znaczna część wiernych wiedziała, ale dziś się to szybko zmienia. Kościół luterański spopularyzował swoje przekonanie, że jeżeli nawet Chrystus jest obecny w chlebie i winie podczas mszy św. to po niej są to już tylko zwykłe rzeczy - chleb i wino. Dlatego nie ma u naszych braci ewangelików ani wystawienia Pana Jezusa ani adoracji. W ciągu paru stuleci, a szczególnie w ostatnich dziesięcioleciach, ludzie innych denominacji oraz niewierzący nauczyli się traktować Chrystusa w Najświętszym Sakramencie jako zwykłą rzecz. Przechodzą obojętnie, oczywiście nie klękają bo na zachodzie nikt nie klęka, ale i nie kłaniają się, nie myślą, że to sam Bóg stoi przed nimi pod osłoną. A jeśli nie wierzą, czy nie mogliby okazać szacunku największej świętości braci katolików? Czyż bracia muzułmanie nie domagają się od wszystkich szacunku dla swoich świętości?

Przede wszystkim jednak my sami powinniśmy zadbać o stosunek do Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chodzi nam o to, co Jezus mówi do serc mistycznych, prosząc, by skorygowano swoje mówienie o Nim w Eucharystii. Najświętszy Sakrament to Ciało i Krew Jezusa Chrystusa, naszego Pana, czyli nasz Pan i Bóg Jezus Chrystus jest rzeczywiście obecny w Ciele i Krwi swojej pod postacią chleba i wina. To dlatego Sanctissimum jest największą świętością chrześcijan. W Sanctissimum spotykamy osobiście Jezusa, a przez Jezusa Ojca i Ducha Świętego. Osobiście spotykamy i osobiście z Nimi obcujemy, a to sprowadza na nas najgłębsze przeżycie, zbawcze i miłosne. Fakt, że Najwyższa Świętość się tak zniżyła do nas, dla wielu jest niepewne, dla wielu niemożliwe, dla wielu niestosowne, ale dla tych, którzy poznali Chrystusa osobiście i pokochali stanowi istotę ich życia z Bogiem. Nawet, jeśli wielu mówi, jak Żydzi - trudna jest ta mowa, któż jej słuchać może, my za Piotrem i Janem dajemy świadectwo, że w chlebie i winie, które stało się Ciałem i Krwią Pana spotykamy Jezusa osobiście, a niektórzy mistycy widzą Go nawet tak jak św. Jan i to ich porusza do głębi. Kiedyś wszyscy Go tak zobaczą i pokochają, teraz Jezus prosi, by w Kościele zaprzestano mówić o Nim - Najświętszy Sakrament, ale Chrystus w Najświętszym Sakramencie, Ciało i Krew Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. I mówić wszystkim, że w kościołach jest wystawiany i adorowany Jezus Chrystus w Najświętszym Sakramencie.

dk Jan