poniedziałek, 9 kwietnia 2018

MIŁOŚCI PRAGNĘ

Czy Bóg potrzebuje miłości? Bóg zaproponował nam Przymierze. Jest to szczególna umowa, dwustronno-jednostronna. Dlaczego? Otóż dlatego, że zobowiązując się do opieki nad nami i stawiając nam wymagania Bóg wcale nie mówi: jeżeli wy Mnie, to i Ja wam. On daje nam dobro nawet, gdy my Mu czynimy zło. Nie zakazuje niczego, tylko ostrzega: jeżeli będziesz postępował nie tak jak Ja, wyrządzisz szkodę przede wszystkim sobie. Ty czynisz zło, a Ja i tak będę czynił ci dobro. Słowem Bóg ratuje nas przed samymi sobą. Postępuje tak, ponieważ jesteśmy dla Niego wyjątkowi, ważniejsi niż reszta świata. W tym przejawia się Jego miłość i jest to najbardziej bezinteresowna postawa w kosmosie. Bóg daje i niczego w zamian nie żąda. Ale, czy naprawdę niczego nie pragnie w głębi serca?

Ktoś powie, pragnie dla nas dobra i dlatego namawia do korzystania z Jego darów. W tym pragnieniu przejawia się Jego miłość do nas. Zgoda. Tego Bóg pragnie dla nas, ale czy pragnie czegoś dla siebie? Powiesz – nie, bo On jest Najwyższym i niczego nie potrzebuje! Otóż błąd! Już w Starym Testamencie Bóg powiedział wyraźnie coś, co nazwał najważniejszym przykazaniem: Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. (Pwt 6,5) Powiesz – nie, to przykazanie jest nie dla Boga ale dla nas. Bo kochać Boga tak naprawdę potrzebujemy my, On naszej miłości nie potrzebuje. Otóż nie! To stwierdzenie jest nieuczciwe wobec Boga i krzywdzące. Syn Boży stał się częścią ludzkiej historii, dlatego pragnie miłości na równi z ludźmi, a nawet więcej niż oni, bo jest ich Głową. Od Ojca ma miłość Ducha Świętego, ale potrzebuje też miłości od nas. Bez tego cierpi, co widać na Krzyżu. Pragnie być kochany jak człowiek, bo jest także człowiekiem.

Jak kochać Boga? My zastanawiamy się, jak kochać Boga. Najstarsza starotestamentalna recepta była proste – chodzić Jego drogami to znaczy postępować zgodnie z Jego wolą: Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego i chodzić Jego drogami, zachowywać Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. (Pwt 30,16) A więc tylko zachowywać Prawo (Oz 12,6)? Właśnie tak. Jednak już wtedy ten formalny sposób okazywania miłości prorok nazywa przylgnięciem (Joz 22.5) do Boga. To słowo zapowiada, że miłość będzie czymś znacznie większym niż tylko praworządność. Przylgnięcie bowiem oznacza wyjątkowe przywiązanie, wręcz miłość erotyczną. Bóg pragnie miłości w posłuszeństwie Jego woli, ale też w czymś znacznie większym, w miłości żony do męża, bo sam kocha nas jak swoją żonę. I to jest początek prawdziwej rewolucji w naszych relacjach z Bogiem.

On jest naszym Mężem. My kochając Go możemy się poczuć wręcz chorzy z miłości. (Pnp 2,5.8.) Związek miłosny z Bogiem przeżywają prorocy i mistycy. To oni mówią o nim. Jeremiasz początki Przymierza na Synaju nazywa miłością narzeczeństwa: Tak mówi Pan: Pamiętam wierność twej młodości, miłość twego narzeczeństwa, kiedy chodziłaś za Mną na pustyni (Jr 2,2). To było prawdziwe zakochanie, a jednak co zostało z niego po latach? Zaledwie zewnętrzne formy. Nie ma wierności i miłości ani poznania Boga na ziemi (Oz 4,1) – skarży się Bóg. On pragnie być poznawany, a poznanie wyraża miłosną bliskość. Maryja nie znając męża dziwiła się, jak może zostać matką. Bóg pragnie miłości nie formalności. Woła: cóż ci mogę uczynić, Efraimie, co pocznę z tobą, Judo? Miłość wasza podobna do chmur o świtaniu albo do rosy, która prędko znika. Dlatego ciosałem cię przez proroków, słowami ust mych pouczałem, a Prawo moje zabłysło jak światło. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń. (Oz 6,4-6)

Zachowanie Prawa to jeszcze nie miłość, ale ono uczy miłości, której pragnie Bóg – związku oblubienicy z Oblubieńcem. Przypomina o tym Jezus: Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mt 9,13; 12,7). I Jezus podkreśla też, że najważniejszym przykazaniem jest: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem (Mt 22,37; Mk 12,30; Łk 10,27). Ostro potępiony jest formalizm religijny w słowach: dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz zaniedbaliście to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie zaniedbywać (Mt 23,23; Łk 11,42). Formalizm to pobożne czyny, które nie płyną z miłującego serca, ale są uspokojeniem sumienia. Czy my dzisiaj nie tkwimy w tym formalizmie po uszy? Zobaczmy jak tym, którzy pełni lękliwego dystansu do Boga i fałszywej pokory nazywają swą relację z Nim służbą, Jezus mówi: Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie! (Łk 16,13) Służyć Bogu można tylko na jeden sposób – miłując Go.

Kochanie Jezusa. Pan Jezus w swoim nauczaniu stawia za wzór Ojca. Mówi, byśmy dawali miłość tak, jak On (Łk 6,36). Naśladowanie Ojca wyraźnie wskazuje czego oczekuje Bóg – miłości do ludzi i do Jezusa, Jego Syna i tu otwiera się najważniejszy dla nas obszar oczekiwań Bożych – miłowanie Jezusa. Gdyby Bóg był waszym Ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem sam od siebie, lecz On Mnie posłał. (J 8,42) Z miłowaniem Jezusa podobnie jest jak z miłością Boga. Polega na życiu według Jego nauki (1J 4,20-21; 5,3), ale nie może ograniczać się do takiego formalizmu. Ma doprowadzić nas do objawienia się nam Jezusa i do poznanie Go. (J 14,21) Przed śmiercią Jezus mówił, że oczekuje wierności Jego nauce, zaś po Zmartwychwstaniu stawia nam jeden cel – miłowanie Go. Nie tylko zaprzyjaźnienie się ale głębokie miłosne zjednoczenie. A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? (J 21,15) Ten, który na Krzyżu wylał na nas całą swoją miłość, po Zmartwychwstaniu pyta o miłość nas. Taka ma być treść życia Kościoła do końca czasów – miłosny związek z Jezusem, czyli świętość. Z tym związkiem będzie najbardziej walczył Szatan: ponieważ wzmoże się nieprawość, ostygnie miłość wielu (Mt 24,12) - zapowiada Jezus i mówi jeszcze: mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. (Ap 2,4).

Wolność bycia z Jezusem czy targowisko?. Wzorem relacji człowieka z Bogiem jest relacja Jezusa z Ojcem. Jak ma wyglądać ta idealna relacja? Rozwija się ona stopniowo. Zaczyna od uwierzenia Bogu, potem obcujemy z Nim na dystans, w lękliwym szacunku, potem pojawia się przywiązanie – Bóg staje się ważny, myślimy o Nim, chcemy Go poznawać, rozmawiać z Nim, czuć obecność, słyszeć głos, doświadczać mocy. Tak Bóg staje się dla nas konkretną i pierwszą Osobą. Jezus oburzył się, że Żydzi w Świątyni, gdzie się czci Ojca, urządzili handel zwierzyną ofiarną. Zdenerwował się, bo Ojciec był dla Niego tak ważny, że pozwolił sobie nawet na gwałtowność wobec ludzi. Zresztą, tych, którzy stawiali praktyki religijne ponad osobistą relację z Ojcem też piętnował ostro. Czynił tak, bo Sam miał osobistą relację z Ojcem i przyszedł zaszczepić tę relację ludziom. Gdzie leży zatem granica między szacunkiem dla Najwyższego, a możliwością bezpośredniej i bliskiej relacji z Nim. Wyznacza ją miłość i nic innego. Jeżeli ktoś jest dla ciebie wielki i nieznajomy, jesteś spięty, usztywniony, ale gdy ktoś jest twoją najukochańszą osobą, możesz go mieć w najintymniejszej bliskości. To właśnie znaczy: chcę być z wami w miłości, a nie przyjmować wasze formalne zobowiązania i wasze składanie rąk co do milimetra. To właśnie to znaczy! Właśnie to! 

Diakon Jan Ogrodzki

piątek, 23 marca 2018

ZMARTWYCHWSTAŁY SPRAGNIONY MIŁOŚCI

Dekalog
. Dziesięć przykazań, z których trzy pierwsze są poświęcone Bogu a siedem ludziom. Tylko trzy i aż siedem. Ktoś może sobie pomyśleć: no pewnie, bo i czego może potrzebować Bóg? Wiary, że jest. Modlitwy rano i wieczorem. No i chodzenia do kościoła w niedzielę. Znacznie więcej potrzebują ludzie. Wokół konflikty, złodziejstwo, zakłamanie, każdy myśli o końcu własnego nosa. Ludzie cierpią, bo zasady moralne leżą odłogiem. Trzeba przede wszystkim pomyśleć o nich. Czy nie tak?

Humanizm. Podkreślenie wartości istoty ludzkiej i troska o nią jako pierwszy i zasadniczy cel życia pojawiło się w Europie w XV w. wraz z prądem zwanym humanizmem. Wcześniej więcej zajmowano się Bogiem, teraz bardziej zajmijmy się człowiekiem, jego pięknem i doczesnymi potrzebami. Od tamtego czasu stopniowo zajmowaliśmy się sobą coraz więcej, a Bogiem coraz mniej. Bo czy Bogu coś potrzeba? Wątpi o tym nawet teologia, która mówi że On jest doskonały i człowiek nie może Mu niczego dać. Wybuch tej afirmacji człowieka przypadł na wiek XVIII, kiedy to prądy oświeceniowe poczęły głosić coraz większe możliwości człowieka i zachwyt tym, ile może on zrobić sam. A jeśli człowiek działa sam, to Bóg jest mniej istotny. Tak nadchodzi wiek XIX z jego pozytywizmem i ateizmem. Skutki nie każą na siebie długo czekać. Wiek XX przynosi pierwsze konflikty ogólnoludzkie. A teraz mamy wiek XXI i jesteśmy obudowywani ideami mającymi zapewnić bez Boga prawa człowieka, pokój i dobrobyt, a życie nasze jest i tak coraz bardziej zagrożone. Decydenci szukają coraz lepszych rozwiązań i nie znajdują niczego poza coraz większą niechęcią do chrześcijaństwa, jedynego, które tak naprawdę ma lekarstwo na śmiertelne choroby ludzkości. To lekarstwo ma tylko trzyliterową nazwę – Bóg, po angielsku God.

1111/365=3,04. Popatrzmy więc na prawo moralne, od którego wszystko się zaczęło w judaizmie a potem chrześcijaństwie. Bóg dał przykazania. Tekst z Księgi Wyjścia (20,1-17) jest zastanawiający nawet w polskim tłumaczeniu. Wersety poświęcone trzem przykazaniom regulującym stosunki z Bogiem stanowią 1111 znaków drukarskich, gdy tymczasem siedem przykazań poświęconych relacjom z ludźmi stanowią tylko 365 znaków. Trzy razy mniej. To stosunek liczby liter, a jednak wiele mówiący. Trzy razy więcej Biblia mówi o relacji z Bogiem niż o relacjach ludzi między sobą. Dlaczego? Pismo Święte mówi tylko o jednym motywie – Bóg wyzwolił ludzi z niewoli. Wyzwolenie oznacza w istocie stworzenie, związanie ze Sobą Przymierzem, danie Prawa, ziemi, świątyni, odcięcie od morza pogaństwa i zaprowadzenie zupełnie nowego porządku relacji między człowiekiem a Bogiem - relacji bliskiej, bycie szczególną własnością. Przymierze jest wyrazem Bożej miłości, a Bóg oczekuje odwzajemnienia. Wobec takiego Dobroczyńcy i takiego daru nie można przejść obojętnie i dlatego autor biblijny tak obszernie opisuje sposoby odwzajemniania się Bogu. Zachowanie Przymierza jest sposobem okazywania Mu miłości.

Uczynki. Miłowanie Boga jest w Księdze Wyjścia ubrane w konkret: zwracamy się tylko do Niego, nie do bóstw pogańskich, eliminujemy ich posążki, mówimy o Bogu tylko z największą czcią, świętujemy uroczyście szabat, a także postępujemy właściwie wobec ludzi, co określają dalsze przykazania. Także później, w nauczaniu Chrystusa, miłość do Boga polegać będzie na konkretnych dobrych czynach wobec Boga, ale i (przede wszystkim?) wobec ludzi. Takie myślenie jest ugruntowane w chrześcijaństwie, w kościołach protestanckich zaczęto wręcz podkreślać, że praca dla ludzi, czynienie sobie ziemi poddaną jest pierwszym, co można zrobić także dla Boga, bo właściwie Bóg sam niczego nie potrzebuje. Tak niepostrzeżenie coraz mniejszy nacisk kładziemy na relację z Bogiem, a coraz większy na czyny dla ludzi.

Tymczasem Nowy Testament mówi z jednej strony o tym, że nie da się miłować Boga nie czyniąc dobra ludziom, ale z drugiej także, że Jezusa należy kochać bardziej niż ojca i matkę, czyli osoby w tradycji biblijnej godne najwyższego szacunku. O wzajemnej zależności tych dwóch relacji mówią dwa ważne teksty Ewangelii: przypowieść o owcach i kozłach oraz opowieść o Marii i Marcie. Ta ostatnia pokazuje, że Maria ma prawo do relacji z Jezusem, popychającej nade wszystko do słuchania i uczenia się Go, co było domeną mężczyzn i do pozostawienia na jakiś czas Marty i prac domowych, które były obowiązkiem kobiet. Jezus pokazuje, że najwyższą wartością w życiu, ponad prace, obowiązki, obyczaje jest posiadanie relacji z Nim. Zdobycie relacji nie jest równoznaczne z zaniedbaniem ludzi, a znaczy jedynie, że jeśli jej nie posiądziemy, staranie o ludzi nic nam nie pomoże. Należy to dokładniej wyjaśnić, gdyż przypowieść o owcach i kozłach zdaje się stawiać miłość do ludzi na pierwszym miejscu. Czy nie tak? Otóż nie. Pan Jezus mówi, że, to co uczyniliśmy człowiekowi, uczyniliśmy Jemu. Więc wchodząc w relację z osobą potrzebującą pomocy, wchodzę w relację z Nim. Wykonując dobre czyny ludziom, wykonuję je dla Boga. Człowiek jest drogą do Boga. Jeśli mam dogłębną relację z ludźmi, w których widzę Boga, to kochając ich, uczę się kochać Boga. Jeżeli mam dogłębną relację z Bogiem, nie wypalam się, daję radę udźwignąć najcięższe relacje z ludźmi.

A wypalenie może wyglądać tak. Kiedyś zaprosiłem pewną osobę na rekolekcję, a ta osoba odpowiedziała mi, że nie może, ponieważ ma „chorego ojca i będzie mieć rekolekcje przy ojcu”. Ale czy rzeczywiście miała rekolekcja przy ojcu? Czy w ojcu spotkała Boga, jeśli nie miała przedtem w sobie gruntu dla Boga? Często odsuwamy Boga, pracujemy dla ludzi, ale bynajmniej nie spotykamy w nich Boga. Dlaczego? Bo idziemy do ludzi nie po to, by spotkać w nich Boga, ale dlatego że tak się powinno, bo to „mój cholerny obowiązek”. Jesteśmy wypaleni „miłowaniem” ludzi, bo nie mamy z nimi relacji jak Bóg. Nie patrzymy na nich oczami Boga ale własnymi i mamy ich dosyć. Jest tak, ponieważ najpierw nie weszliśmy w relację z Bogiem, nie miłujemy najpierw Jego, a potem z Nim innych.

Relacja. Jak zatem możemy kochać najpierw Boga? Przede wszystkim trzeba odkryć, że On jest najważniejszy w życiu, stawiamy Go wyżej niż rodziców, współmałżonka, dzieci. To pierwsza zasada, którą się mamy kierować. Dostęp do Boga otrzymujemy przez Chrystusa. On jest dla nas, jak pisze św. Paweł, mocą i mądrością Bożą. Zaczynamy więc od tego, co Maria z Betanii, siadamy i poznajemy tę mądrość, doceniamy jej potrzebę i znajdujemy na to czas mimo trudności. Tak jesteśmy z Nim coraz bliżej, wchodzimy w relację i zaczynamy odczuwać, że w Nim jest moc. Ta moc zaczyna oddziaływać na nas. Jeżeli nie przywiążemy wagi do Jezusa, źródła mocy i mądrości, nie wejdziemy w relację z Bogiem. A czym jest ta relacja? Nie pojawia się od razu, rozwija się stopniowo. Jest przywiązaniem do Jezusa odczuwalnym w sercu, przywiązaniem do Osoby. Ta Osoba staje się ważna, myślimy o niej, chcemy ją poznawać, uczyć się od niej, słyszeć Jej głos. Bóg jest kimś żywym i konkretnym. Zobaczcie jak Pan Jezus oburzył się, że Żydzi ze Świątyni, gdzie się czci Jego Ojca robią sobie targowisko. Oburzył się, bo Ojciec był dla Niego tak bardzo ważny, że pozwolił sobie nawet na bycie gwałtownym wobec ludzi. Zresztą, tych, którzy stawiali praktyki religijne ponad osobistą relacją piętnował ostro. Czynił tak, bo Sam miał osobistą relację z Ojcem i przyszedł zaszczepić tę relację ludziom.

Piotrze, czy ty mnie miłujesz? To nie dobre czyny są sposobem miłości Boga. One są jej skutkiem. Zaś miłość Boga przejawia się w relacji z Nim: poznawaniu, wierze, coraz większym przywiązaniu. Więź z Nim może być najsilniejsza z więzi, którymi żyję. Czynienie dobra ludziom może być tylko z Jego inspiracji. On jest mocą do kochania. Po Zmartwychwstaniu Ten, który wylał na nas całą swoją miłość, zaczyna teraz pytać o miłość nas. Do tej pory nie mieliśmy do tego podstaw i mocy, teraz mamy, bo jesteśmy zjednoczeni z Nim. Jego przebywanie we mnie daje mi siłę i cierpliwość do miłości. Moja miłość staje się owocem Jego miłości, skutkiem Jego mocy. Jezus jest zakochany w nas i naprawdę pragnie być kochany. Już do proroków mówił, że pragnie miłości, nie krwawych ofiar, poznania Boga bardziej niż całopaleń. A poznawanie znaczy miłość jak u Matki Najświętszej, która nie znała męża. A więc do dziś nie mieliśmy mocy by kochać, ale dziś jest dzień zbawienia – Wielkanoc i Pan Jezus zapyta cię: Piotrze, czy ty mnie miłujesz?
Diakon Jan

środa, 28 lutego 2018

BÓG WYSTAWIŁ ABRAHAMA NA PRÓBĘ



W życiu dotykają nas doświadczenia. Patrząc w skali globalnej trzeba powiedzieć, że rozmiar zła jest znaczny, żeby nie powiedzieć ogromny. Ludzie od zawsze mają pytania, kto jest za zło odpowiedzialny. Na ogół wszyscy, nawet ci mniej wierzący, mają przekonanie, że Bóg, jeśli jest, to musi być Istotą wszechmocną, więc mógłby zło powstrzymać. Skoro nie powstrzymuje w wielu wypadkach, to jest za nie jakoś odpowiedzialny, jest ono akceptowane przez Jego wolę. Dlaczego? Wywołuje to u wielu niezadowolenie, wręcz bunt. Dawni poganie mieli z tym problemem mniej trudności, ponieważ ich bogowie jednymi się opiekowali, a innym wyrządzali zło. Często zło było rozumiane i akceptowane jako zasłużona kara. Bóg Izraela był inny, choć pod pewnymi względami podobny. Był wszechmocnym sprawcą wszystkiego, więc od Niego musiało pochodzić wszystko – i to miłe i to bolesne. Co więcej był sprawiedliwym wychowawcą ludzi, zajmował się nimi jak synami, a więc, co było w owych czasach oczywiste, mógł stosować kary i nagrody, kary nieraz bardzo dotkliwe. Nie były to jeszcze czasy, kiedy Bóg Objawił się głębiej, tak jak w Ewangelii. Bóg Starego Testamentu opiekował się Izraelem, ale i sprowadzał na niego cierpienie.

Jak to cierpienie zrozumieć? Najprościej jako karę za grzechy, nawet karę zbiorową za grzechy indywidualne. Takie było przekonanie aż do czasów Ezechiela, do V wieku p. Chr. Ezechiel  sprostował, że cierpienie jest karą osobistą tylko za osobiste grzechy. Ale i to nie było jeszcze całą prawda o tej kwestii. Dopiero później takie teksty jak Księga Hioba, pokazywały, że rozmiar cierpienia może jednak wykraczać poza rozmiar grzechu, a nawet spadać na człowieka zupełnie niewinnego. Tę prawdę wyjaśnił ostatecznie Pan Jezus mówiąc, że cierpienie jest zbiorowym skutkiem odejścia świata od Boga na początku, jest skutkiem grzechu pierworodnego. Każdy grzech osobisty dodaje się do sumy zła jakie istnieje w świecie, a ta suma zła sprowadza na ludzi sumę cierpienia. Cierpią więc winni i niewinni z powodu zła panoszącego się wszędzie. Skrajnym tego przejawem jest cierpienie Chrystusa, potężne uderzenie zła w człowieka zupełnie czystego, będącego Bożym Synem.

Choć prawdą jest, że Bóg panuje nad szatanem, złymi ludźmi i uderzeniami zła w ludzi, to jednak przeciwdziałanie złu, będące w mocy Boga, nie dokonuje się natychmiast, ale stopniowo. Bóg prowadzi systematycznie całe dzieło zbawienia, by zło usunąć. Stoi po stronie dobra i pracuje nad usuwaniem zła, zaś szatan stoi po stronie zła i pracuje nad kuszeniem ludzi, by porzucali dobro. Stopniowe usuwanie zła z serc ludzkich jest główną treścią Objawienia. Jest to okres przejściowy, kiedy wolno obojgu rosnąć aż do żniwa – jak mówi Jezus w przypowieści o zbożu i chwaście. Bóg zatem czasowo toleruje zło, dopuszcza je nawet na Swego Syna i używa je jako specyficzne narzędzie zbawienia. Jezus poddaje się straszliwemu cierpieniu od szatana, po to byśmy to nie my ucierpieli od niego i to ponad miarę, przede wszystkim byśmy nie doznali potępienia. Dlatego na nas też dopuszczone jest cierpienie, w pewnym relatywnie małym w stosunku do Jezusa zakresie, bo ono też jest nam potrzebne do zbawienia. Należy podkreślić, że rozmiar cierpienia Chrystusa, przewyższający największe ludzkie cierpienia, nie sprowadza się do cierpienia tylko fizycznego i lęku przed nim. Jest to cierpienie wynikające z konfrontacji z szatanem, z groźbą potępienia. Szatan potrafi sprowadzić na człowieka udręki największe. Kto nie doświadczył spotkania z takimi udrękami, ze skalą nienawiści jaką zły kieruje do człowieka, ze skalą prześladowań, jakie on potrafi sprowadzić, ten nie wie jak straszliwe są udręki związane z oddaleniem od Boga i osaczeniem przez zło. To właśnie za nas, za miliardy ludzi wszystkich czasów, wziął Jezus na siebie tę agresję złego i pod tym ciężarem umierał cierpiąc w ciele i w duszy. I zwyciężył. Dzięki temu zwycięstwu mamy życie wieczne.

Od Jezusa więc mamy potężny dar wolności od zła przerastającego nasze możliwości przeżycia, ale mamy też dar przejściowego udziału w znacznie mniejszym cierpieniu. Ono okazuje się dla nas pożyteczne. Uczy pokornego oddawania bólu Bogu wraz z Jezusem, by potem odzyskać od Jezusa zmartwychwstałego życie wolne od bólu, odmienione, gotowe do wieczności z Bogiem. Jest to wymiana – oddajemy Bogu nasze obolałości, a odzyskujemy je uzdrowione, częściowo już teraz, a w pełni w wieczności. Bóg zatem nie zdejmuje z nas ciężaru do końca, tylko tę część dla nas nie do udźwignięcia. I tymczasowo trochę na nas ciężaru dopuszcza. To dopuszczenie jest dla nas pożyteczne i Biblia nazywa je próbą. Mówi, że Bóg wystawia na próbę. To właśnie odkryli już autorzy starotestamentowi i od takiego stwierdzenia zaczyna się omawiana perykopa o ofierze Abrahama (Rdz 22, 1-18): Bóg wystawił Abrahama na próbę.

Na czym polega próba? Prześledźmy losy Abrahama i Izaaka. W starożytności ludzkie życie nie było cenne, częste było składanie ofiar pogańskich z ludzi a nawet dzieci. Czytany tekst jest wyjaśnieniem, że Bóg Izraela nie życzy sobie takich ofiar i do ofiary z Izaaka nie dopuści. Myśl o tym, by złożyć z niego ofiarę, pochodzi niewątpliwie nie od Boga, a od złego ducha, jednak zanim Abraham to odkryje odbędzie drogę na górę, będzie cierpiał strach, że straci syna i jeszcze większy ból duchowy, że obietnica Boża, jest zagrożona. Warto sobie wyobrazić przerażenie Abrahama. Ma zabić syna nożem na ołtarzu, jego krew wylać na ołtarz, a potem co robić? Co z obietnicą daną przez Boga? Co z przyszłością, co z obiecanym wielkim narodem, z obiecaną ziemią? Bóg dopuścił na Abrahama to cierpienie duchowe, zanim powstrzymał go od złożenia ofiary. To jest właśnie próba. 

Ale czy to nie jest okrucieństwo? Na tamte czasy scena nie była to tak szokująca jak jest dziś, gdyż były to czasy brutalne. Dziś jednak jesteśmy oburzeni: jak Bóg mógł tak postępować. Otóż tym, który zamiast Izaaka ostatecznie wycierpiał, był baranek, a więc Jezus. I wycierpiał nie z kaprysu Boga, ale z powodu grzechów świata, które wziął na siebie. Izaak, jak my wszyscy, musiałby zginąć z powodu grzechu, gdyby Bóg nie dał Zbawiciela. Abraham jeszcze o tym nie wiedział, ale nawet dziś, kiedy my już wiemy, że mamy Zbawiciela, cierpienia życia są dla nas nadal ciężarem. Jezus bierze nasze oddalenie od Boga, zagrożenie potępieniem, wiele strachu i bólu na Siebie, ale nam i tak pozostaje wiele bolesnych trosk, udręk serca i ciała, nawet, gdy je składamy na Jezusa, o co apeluje św. Piotr w swoim Drugim Liście: wszystkie swoje troski przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was. I te przejściowe utrapienia to jest próba. Wiemy, że ostatecznie jesteśmy zwycięzcy, ale nim dojdzie do zwycięstwa, trochę bólu musimy udźwignąć. 
Do czego ten ból służy? Jest to ból sytuacji, gdy już (nie tak jak Abraham) mamy nadzieję, że Izaak nie zginie, ale nim w naszym życiu pojawi się Baranek i zdejmie z Izaaka śmierć, a z nas groźbę potępienia, mamy do odbycia z Abrahamem drogę na górę w strasznym lęku. Jest próba, która woła o wiarę, właśnie o jak największe zaufanie, że na górze czeka Baranek, że Bóg nie dopuści w naszym życiu do rozwiązań, jakie podsuwa szatan. Nim nie dopuści, jest czas próby, trwania w maksymalnym zaufaniu: wierzę, że nie dopuścisz, by święty twój, który ci wierzy uległ skażeniu, jak mówi Psalm 16. Wierzę mocno, a i tak nie znikają niepewności, obawy, zachwiania, smutki i inne przejściowe próby, które mają nas czegoś uczyć.

Ale czego mają uczyć? Mają uczyć wchodzenia w próbę: przyjmowania pokornie ciężaru i składania go maksymalnie na Jezusa, by po czasie próby odzyskać swoje życie przemienione, w wieczności wolne od cierpienia, a teraz już trochę przed nim ochronione. Bóg dopuszcza ciężar życia jako próbę. Gdy złożymy życie wraz z Chrystusem, najlepiej na ołtarzu Mszy Świętej, tak jak Abraham na ołtarzu Moria, wtedy odzyskamy je na tym ołtarzu nowe, wolne, przemienione - w tym życiu tylko częściowo, ale w wieczności całkowicie. W wieczności bowiem czeka nas nowe życie, takie jak ukazuje wizja Przemienienia (Mk 9,2-10). Zyskujmy nowe życie, gdy stare przyjmujemy jako czas próby. Bez tej próby i woli jej przejścia z zaufaniem do Chrystusa, nie zyskujemy życia nowego, bo stare nie jest przemieniane w nowe. Ta przemiana bowiem dokonuje się tylko na ołtarzu ofiarnym. Dlatego Jezus zapowiedzi swej Męki na Krzyżu wygłasza właśnie w kontekście Przemienienia. Właśnie tak.
Diakon Jan

sobota, 27 stycznia 2018

SZUKAJCIE PANA GDY SIĘ POZWALA ZNALEŹĆ

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! (Iz 55,6). Tymi słowami Bóg wzywa przez proroka Izajasza do aktywności. Byśmy dali z siebie wszystko, żeby spotkać Go i żyć z nim. A jednak w tym wezwaniu najważniejsze jest nawet nie mobilizowanie nas do działania, ale pokazanie, że szukanie jest konieczne właśnie teraz i teraz tylko może być uwieńczone sukcesem, bo Bóg teraz sam daje się nam znaleźć i sam na to pozwala. Bo teraz właśnie Bóg zbliża się do nas pierwszy i przychodzi bardzo blisko. Nasze możliwości szukania Boga są niewielkie. Ograniczają się do tego, co jest ze świata, co jest nam znane, co jest materialne. Choć z drugiej strony jesteśmy ciekawi świata, spragnieni poznawania go i jest szansa, że podejmiemy poszukiwania. Ludzie od zarania dziejów szukają boga w sposób naturalny, ale to poznanie okazuje się bardzo niepełne i powierzchowne. Od tego pogańskiego poznania boga bardzo odbijało to, co poznali o Bogu Żydzi. Ich poznanie dokonało się właśnie dzięki temu, że On się objawił, pozwolił się znaleźć. Dlatego Żydzi doświadczyli Go głębiej i dojrzalej, niż poganie. Nie było wątpliwości, że w tym wypadku to On naprawdę dał im jakościowo zupełnie inne poznanie Siebie. Żydzi byli ze swego Boga dumni, pewni że to On dla nich zniżył się. Ta duma jednak wbiła ich w znacznym stopniu w pychę. Przywłaszczyli Go sobie, uważając, że jest ich i tylko ich, że objawił się tylko im i tylko ich chce mieć dla siebie. W pewnych okresach historii Żydom wydawało się nawet, że zasłużyli sobie na Boga przez zachowywanie Prawa.

Kiedy przyszedł Jezus i nastąpił przełom, Apostołowie zaczęli nauczać, że Mesjasz Żydów przyszedł do całego świata, odkupił i chce zbawić wszystkich ludzi. Wówczas u wielu pojawił się sprzeciw – nie, Bóg powinien być elitarny, zbawiać tylko nas, a nie wszystkich. Klasycznym tekstem na ten temat jest księga Jonasza, gdzie prorok buntuje się, bo Bóg wzywa go do głoszenia zbawienia Asyryjczykom. Bóg kochający naszych śmiertelnych wrogów jest dla wielu nie do przyjęcia.

Bóg zatem przyszedł najpierw do Żydów, pozwolił się im znaleźć i był blisko nich już w Starym Testamencie. Potem jednak zesłał Swego Syna w ludzkim ciele i umieścił Go w ludzkim zasięgu, by Bóg nie był Bogiem w zaświatach, ale niejako wężem miedzianym, sporządzonym przez Mojżesza i powieszonym na wysokim palu. Rola tego węża polegała na tym, że był widoczny dla wszystkich, a przecież spojrzenie na niego miało przywracać ludziom zdrowie. Tak samo Jezus stał się Bogiem widocznym dla wszystkich, pozostającym w zasięgu każdego, wymagającym tylko spojrzenia wiary. Jego widoczność potwierdza się w historii. Chrystus jest postacią historyczną jedyną w swoim rodzaju, najbardziej znaną i charakterystyczną, a Pismo Święte jest książką najbardziej znaną i wydawaną najliczniej nawet w dzisiejszym, zlaicyzowanym świecie. Zatem Jezus pozostaje w centrum świata, pozwala się znaleźć, bo jest blisko, ale nadal wymaga ludzkiego wysiłku. Stawia przed ludźmi wymaganie – szukajcie Mnie. To wezwanie jest, jak wołanie w upale u wodopoju: wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę - na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. (Iz 55, 1-2) Skarga Boga jest szokująca. Upał, potrzebujemy wody, woda jest za darmo, a wino i mleko kosztują. Dlaczego po to, co kosztuje idziecie tłumnie, a do tego, co chcę wam dać za darmo i czego jesteście spragnieni przyjść nie chcecie? Jak to zrozumieć? A przecież to, co oferuje Bóg, nie jest byle jakim jedzeniem, ale przysmakami, potrawami tłustymi, sycącymi. Czemu nie chcecie ich? Czemu nie szukacie Moich darów? O inne rzeczy, które nie nasycają, nie zaspakajają nikogo trwale, nie dają życia wiecznego zabijacie się, a Moje dary czekają, czekają... Nakłońcie uszu i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie. (Iz 55,3).

Owo wołanie Boga pojawiło się już w Starym Testamencie, a jednak w Nowym staje się najbardziej aktualne. Syn Boży przyniósł na świat największy dar od Boga: nie tylko Siebie osobiście, ale także Ducha Świętego udzielanego wszystkim. Pozostawił Go w świecie, by każdy kto uwierzy w Chrystusa otrzymał ten dar Boga do serca: w dniu chrztu, a potem każdorazowo z każdym sakramentem i na każdej modlitwie, zwłaszcza tej z przywołaniem Go w sposób szczególny. Zatem Jezus jest jak św. Mikołaj – przychodzi z workiem prezentów, staje na podwyższeniu i woła dzieci – mam dla was prezenty, chodźcie. Woła, a one nie chcą przyjść. Wyobrażacie sobie taką sytuację? No właśnie, nie bardzo. Bo dzieci przychodzą po prezenty, zaś my, niestety nie mamy mentalności dzieci. A szkoda. Izajasz mówi jednak, że znajdą się tacy ludzie, którzy przyjdą, ba przybiegną w podskokach na wołanie Mesjasza: oto zawezwiesz naród, którego nie znasz, i ci, którzy cię nie znają, przybiegną do ciebie ze względu na Pana, twojego Boga (Iz 55,5).

Do czego będą się tak garnąć owi ludzie? Nie tylko Żydzi, ale i inne narody. Mówi o tym św. Paweł w słowach - poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię (Ef 3,6). Bóg nie w sposób elitarny, ale powszechny, każdemu oferuje po pierwsze zaproszenie do bycia dziedzicem dóbr niebieskich - to znaczy dzieckiem Boga, któremu jakby w spadku przypada wszystko, co ma Bóg. Po drugie Bóg oferuje możliwość życia nie osobno ale w zjednoczeniu z Chrystusem zmartwychwstałym, w łączności z Nim w jednym Duchu. I po trzecie Bóg oferuje nam zaproszenie do uczestnictwa w obietnicy danej Żydom, a potem uczniom Chrystusa, że otrzymają życie z Bogiem. Początkowo chrześcijanom pochodzenia Żydowskiego wydawało się, że tylko oni będą zbawieni przez Chrystusa, potem jednak okazało się, że te same dary na równi z Żydami mogą otrzymać inne narody. I to Paweł nazywa wielką tajemnicą (Ef 3,4-5), zaskakującym dowodem ogromnej miłości Bożej.

Zatem dary Boże dla nas są ogromne, cudowne, definitywne, decydujące o życiu i śmierci, a jednak nie wszyscy chcemy iść po nie. Często nie umiemy nawet wyciągać po nie ręki. Chociaż są tacy, którzy szukają Jezusa i znajdują. I wtedy odkrywają swoje szczęście. Problemem z szukaniem darów Bożych jest to, że by je poznać i pokochać, trzeba najpierw ich zasmakować. Bo nie da się nikomu o nich opowiedzieć, jak o potrawie, która ma cudowny smak, choć nie ma atrakcyjnego wyglądu. Żeby się na niej poznać, trzeba ją zacząć jeść. Kto zaczyna karmić się Bogiem i Jego darami, ten potem się nie może się od niego oderwać. Jednak są i tacy, którzy nie chcą stracić tych mniejszych, ziemskich przyjemności i stoją pośrodku niezdecydowani. Widać to bardzo wyraźnie w perykopie Ewangelii o Trzech Mędrcach. (Mt 2,1-12) Na pierwszym planie mamy Mędrców, którzy z krańca świata przybywają, by szukać Mesjasza - tak im na Nim zależy. Są to ludzie gorący. Na przeciwnym biegunie jest Herod i jego dwór, który nie chce szukać darów Bożych, wręcz się ich boi i odrzuca je pełny agresji. Są to ludzie, którzy obawiają się stracić majątek, pozycję, władzę, wygodę życiową... Jakże często w nas jest też takie odczucie, taka obawa. Bóg może mi skomplikować życie? Pozbawić wygody? Postawić za duże wymagania? Lepiej Go nie szukać, zatrzymać się, nie dopuścić Go do siebie, kiedy przychodzi za blisko. To są owi ludzie zimni. I wreszcie mamy w Ewangelii uczonych w Piśmie, którzy trochę wiedzą o Mesjaszu, spodziewają się Go w Betlejem, ale Jego przyjście nie wywołuje w nich entuzjazmu, nie rzucają się, by biec i sprawdzić, czy Mędrcy mają rację. To są ci najgorsi, letni. Obyś był zimny albo gorący, a skoro jesteś letni, chcę cię wyrzucić z ust moich - mówi Jezus (Ap 3,15-16).

Dziś Bóg jest blisko, najbliżej, czeka spragniony naszej miłości. Czy go szukamy jak Mędrcy?

Diakon Jan Ogrodzki