poniedziałek, 31 marca 2025

TĘSKNOTA

Rzeczy. Rzeczy. Rzeczy.

Przywiązujemy się do rzeczy i osób na tym świecie, i nie jest to dla nas dobre. Najczęściej  przywiązujemy się do rzeczy, jakich pełno wokół nas i bywa, że to przywiązanie staje się bardzo silne. W takim przypadku mówimy o uzależnieniu. Powszechne są dziś uzależnienia od Internetu, telefonów, pieniędzy, seksu i wielu innych dóbr. Jeszcze powszechniejsze są uzależnienia od osób, które teoretycznie kochamy, a praktycznie zawłaszczamy – od dzieci, od dziewczyny albo żony, od chłopaka albo męża. Mówimy – żyć bez ciebie nie mogę, a po ich stracie bezradnie rozpaczamy. A przecież po stracie Boga, Jego łaski, Jego bliskości nie rozpaczamy wcale. Uzależnienie oznacza, że im do kogoś jesteśmy silniej przywiązani, tym bardziej chcemy tę osobę to ze sobą związać. Nie pragniemy jej ale pożądamy. Musimy mieć ją w jak największym stopniu, posiąść za wszelką cenę, więc skupiamy się na niej i bezwzględnie ją zawłaszczamy. Czy zwróciliście uwagę, że podczas ślubu młodzi nie siedzą naprzeciw siebie, ale obok siebie, zwróceni twarzą do Chrystusa.

Tylko Bóg nie uzależnia od siebie, przeciwnie czyni nas wolnymi. Natomiast ten świat może nas uzależnić, a przez to osłabić, ograniczyć horyzonty naszych pragnień, sprawić, że przestaniemy cenić sobie wolność. Życie w uzależnieniu kręci się wokół jednej sprawy. Wiedzą o tym ludzie, którzy stykają się z narkomanią, alkoholizmem i innymi „-izmami”, jednak o wielu z nich się nie mówi. Nie mówi się też, że Bóg czyni nas wolnymi, a brak Boga nas zniewala. Nie mówi się o tym, choć jest to jedno z podstawowych doświadczeń naszego życia. Uwikłanie nas w niewolę jest podstawowym sposobem działania złego ducha. Niewola niszczy nie tylko naszą więź z Bogiem, ale także nas, naszą wolność, swobodę działania, równowagę psychiczną i zdrowie.

Świątynia Pana. Świątynia Pana.

Jeżeli w swej pobożności szukamy więzi z Bogiem, to muszą w tym pośredniczyć rzeczy materialne, a wtedy także zły duch potrafi wpędzić nas w uzależnienia. Skoro jesteśmy materialni, Bóg daje nam rzeczy materialne, które mają pomagać w poznaniu Go i zbliżaniu się do Niego. Takimi pomocami mogą być budowle, rzeźby, obrazy, ogólnie dzieła sztuki, które wywołują przeżycia estetyczne mające nas zbliżyć do Boga i Jego świętych. W Starym Testamencie Bóg nie pozwalał czynić podobizn osób ani zwierząt, zbyt łatwo mogły się one kojarzyć z pogaństwem, które przecież opierało się na kulcie bóstw upostaciowanych w tych podobiznach. Tymczasem Bóg Izraela był całkowicie inny - nie miał na ziemi wizerunku, a Izraelici mieli tylko jeden przedmiot przybliżający ich do Niego – świątynię jerozolimska. Jednak nawet ta świątynia także mogła stać się przedmiotem ich uzależnienia, ponieważ bardzo jej potrzebowali, gorliwie do niej pielgrzymowali, kochali ją i byli do niej przywiązani. Dlatego, kiedy w wyniku najazdu Nabuchodonozora świątynia runęła w gruzy, a Izrael znalazł się na wygnaniu nad rzekami Babilonu, wówczas straszliwie za nią tam tęsknili i wprost nie mogli uwierzyć w jej zagładę - przecież był to dom, w którym mieszkał Pan. Utracić ten dom znaczyło dla nich utracić Pana, który zdawał się odwracać od nich wbrew Przymierzu. I nie wiadomo, czym by się zakończył ten kryzys ich wiary gdyby nie prorocy.  

Zdrowy duchowo Izraelita tęsknił za świątynią nie z uzależnienia od niej, ale dlatego, że była dla niego drogą do poznania Boga i oddawania Mu czci: Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów!  Dusza moja usycha z pragnienia i tęsknoty do przedsionków Pańskich. Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga żywego. Nawet wróbel dom sobie znajduje i jaskółka gniazdo, gdzie złoży swe pisklęta - przy Twoich ołtarzach, Panie Zastępów, mój Królu i mój Boże! Szczęśliwi, którzy mieszkają w domu Twoim, Panie, nieustannie Cię wychwalają. Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, a Twoje ścieżki są w ich sercu. (Ps 84,2-6) A jednak wielu słabych uzależniło się od niej. Pragnęli, by była ich oparciem. A przecież świątynia miała ich tylko przybliżać do Boga. Tymczasem oni w chwili zagrożenia nie wołali – Pan, Pan tylko świątynia Pana, świątynia Pana. Dlatego Jeremiasz piętnował takie wołanie. Bo nie świątynia, a Bóg, miał być ich oparciem i przedmiotem pragnienia. Bóg pozwolił runąć świątyni, bo stała się bałwanem,  nie drogą do Boga: Powiedz domowi Izraela: Tak mówi Pan Bóg: Oto Ja pozwalam bezcześcić świątynię moją, dumę waszej potęgi, radość waszych oczu, tęsknotę waszych serc. Synowie wasi i córki wasze, których opuściliście, od miecza poginą. (Ez 24,21) Świątynia była darem, ale okazało się, że nawet przy takim darze można było pominąć Dawcę.

Tylko wola Boża.

Tylko wola Boża jest darem, który nie zniewala. Ona czasem daje człowiekowi pomyślność, czasem dopuszcza trud i cierpienie. Dlatego autor Ps 119 prosi, by Bóg dał mu przede wszystkim tęsknotę za Jego wolą, za Jego przykazaniami: Jestem gościem na ziemi, nie kryj przede mną Twych przykazań! Dusza moja omdlewa z tęsknoty wciąż do wyroków Twoich. (Ps 119,19-20) Tylko wola Boża pociąga nas zawsze do Boga, nigdy do Jego namiastek, do dóbr ziemskich, które łatwo nas uzależniają.

Tylko Bóg.

Dlatego potrzebna jest tęsknota nie za rzeczami ziemskimi ale bezpośrednio za Bogiem, by osobiście spotykać się z Nim, jak pisze psalmista: Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody. W świątyni tak się wpatruję w Ciebie, bym ujrzał Twoją potęgę i chwałę.  Skoro łaska Twoja lepsza jest od życia, moje wargi będą Cię sławić. Tak błogosławić Cię będę w moim życiu: wzniosę ręce w imię Twoje. Dusza moja będzie się syciła niby sadłem i tłustością, wargi moje radośnie wołać będą, a moje usta [Cię] chwalić. Gdy wspominam Cię na moim posłaniu, myślę o Tobie podczas moich czuwań. Bo stałeś się dla mnie pomocą i w cieniu Twych skrzydeł wołam radośnie: do Ciebie lgnie moja dusza, prawica Twoja mnie wspiera. (Ps. 63,2-9)

Do takiej tęsknoty wychowuje nas Bóg. Do przywiązania osobiście do Niego. Jeżeli jesteśmy przywiązani do rzeczy, które przecież nie są Nim, wtedy Bóg może dla naszego dobra doświadczyć nas utratą tych rzeczy. On bowiem wie, że nade wszystko potrzebujemy wolności od rzeczy, aby to była wolność dla Niego. O tym właśnie mówi prorok Ozeasz. Mówi, że Bóg da nam doświadczyć głodu i braku, aż w tych doświadczeniach ponad wszystko zapragniemy osobiście Jego i tylko Jego, świadomi, że wszystko inne jest niewystarczające. Pragnienie Boga i tęsknota za Nim jest istotą naszego ostatecznego nawrócenia. By nas do tego nawrócenia doprowadzić, Bóg niejako mówi sam do siebie: Pójdę i wrócę do mojej siedziby, aż zaczną pokutować i szukać mego oblicza i w swym nieszczęściu za Mną tęsknić. (Oz 5,15)

Taką właśnie drogę bolesnego szukania Boga musiał odbyć pobożny Hiob, by u jej kresu wyznać wreszcie bodaj najpotężniejsze w Starym Testamencie słowa pewności wiary i tęsknoty za pełnią życia w Bogu. Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje i jako ostatni stanie nad mym prochem. Potem me szczątki skórą przyodzieje, i ciałem swym Boga zobaczę. To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny; moje nerki już mdleją z tęsknoty. (Hi 19,25-27)

Nasze życie duchowe pełne tęsknoty.

Jesteśmy duchowi i cieleśni. Takimi stworzył nas Bóg i takimi powołał nas dla siebie. Dlatego potrzebuję jak Hiob obcować z Bogiem najpierw w duszy, a potem w ciele i czekam aż nad prochem mojego słabego, kruchego, obumierającego ciała stanie On – Bóg Najwyższy i Najbliższy, a wtedy ja, proch będę z Panem gadał (A. Mickiewicz, Dziady, spowiedź księdza Piotra). Będę obcował z Bogiem nie tylko w duszy ale po zmartwychwstaniu i w ciele.

W dzisiejszym świecie często punktem wyjścia dla ludzkiego doświadczenia jest niestety niewiara. Nie znam Boga i wydaje mi się, że Go nie potrzebuję. Im bardziej jestem samowystarczalny, silny, zaradny i nastawiony na rzeczy tego ze świata, tym pewniej nie będę Go szukał, mając silne przekonanie, że niczego poza światem nie potrzebuję, bo niczego poza światem nie czuję a wydaje mi się, że czuję wszystko, co mi jest potrzebne. Sytuacja trochę się zmienia, gdy dojrzewam i zaczynam czuć braki, niedostatki i wyższe pragnienia. Wtedy najpierw szukam doczesnego zaspokojenia, nie odwołującego się do Boga i jeśli je znajdę, Bóg nadal nie będzie mi potrzebny. Bywa jednak, że w życiu czuję coraz większy niedosyt, a mimo tego póki co niewiele się we mnie zmienia. Najtrudniej bowiem jest zmienić wieloletni sposób myślenia o sobie i swoim niedosycie.

Jednak, gdy w końcu zostanie przekroczona masa krytyczna moich braków, coś wreszcie ma szansę we mnie pęknąć, coś ma szansę zacząć się zmieniać. Może pojawić się choć śladowe przeczucie, że jednak Boga potrzebuję, że mi Go brakuje, że to, co przeżywam, wynika z zapotrzebowania na Niego, z głodu, a nawet z tęsknoty za Nim. Z początku takim przeczuciom stęsknienia przeciwdziałać będzie energicznie zły duch, popychając mnie do zagłuszania wewnętrznych pragnień hałaśliwą doczesnością i ruchliwą codziennością - własnymi przyjemnościami i roztrząsaniem win nie u siebie a u innych: w ludziach, w Kościele, albo w Bogu, który mnie rzekomo zawiódł dopuszczając zło i nie wysłuchując na czas moich próśb.

Gdyby jednak Bóg zawsze wysłuchiwał naszych próśb natychmiast, znaczyłoby, że to my lepiej od Niego wiemy, co jest człowiekowi potrzebne. A jednak wielkość owej „przygody”,  jaką jest obcowanie z Bogiem, polega właśnie na tym, że Bóg jest większy od nas i prowadzi nas nie naszymi drogami ale swoimi i to do czegoś większego niż teraz mamy i co sami moglibyśmy sobie wymyślić. Bóg jest miażdżąco większy od nas, a jednak nas kocha i spotkanie z Nim, zgoda na to, by dać się Jemu poprowadzić, jest najpiękniejszym z możliwych ludzkich doświadczeń. Cały „smak” Boga tkwi w tym, że jest Najwyższy, a jednak kocha wszystkich delikatnie i chce być dla każdego Najbliższy. Czujemy w sercach, że Go potrzebujemy, a jednak sami nie możemy nic uczynić, by Go otrzymać. Możemy tylko Jemu się poddać, prosić pokornie i oczekiwać, aż On sam do nas przyjdzie. I On to rzeczywiście uczyni, uczyni chętnie, bo chce dla nas najwyższego dobra z wielkiej swojej miłości. My potrzebujemy Go tylko oczekiwać pokornie, być wierni i cierpliwi. Nie żądamy nic od Niego, nie domagamy się, tylko prosimy. I nie obrażamy się, gdy otrzymujemy trochę inaczej niż prosimy, lecz poddajemy się, by stało się tak, jak On chce. Moja pokora jest w relacji z Bogiem najważniejsza i najpiękniejsza.

Obcując z Jezusem mogę się do Niego przywiązać jak Matka Boża i apostołowie. Przywiązuję się, ale nigdy nie jestem od Niego uzależniony. On bowiem zawsze się człowiekowi po trosze daje, a po trosze wymyka, tak, że zawsze Go mamy, ale zawsze za mało i tym mniej, im bardziej próbujemy Go zawłaszczyć. Jezus, jak w Pieśni nad Pieśniami (PnP 5,2-6), puka do naszych serc w nocy. Gdy pokonamy lenistwo i wygodnictwo, i wstaniemy, by Mu otworzyć, Jego już za drzwiami jakby nie ma. Odszedł i tylko pozostawił na zasuwie swoje ślady. Tak to jest z Nim. On jest ale się wymyka, mam Go bliżej i znowu jakby się trochę oddala, tak iż dominującym przeżyciem staje się Jego niedosyt i tęsknota za Nim. To nie prawda, że On jest daleko ode mnie, On jest bardzo blisko, coraz bliżej, ale przeszkody są po mojej stronie, a są to przeszkody właściwe doczesności. One sprawiają, że choć za każdym następnym doświadczeniem Bóg jest coraz bliżej, bo ja jestem bardziej otwarty, jednak ciągle nie mam Go jeszcze w pełni. Coraz mocniej Go wyczuwam i jednocześnie coraz bardziej mi Go brak. Mam Go za mało, tęsknię za Nim teraz, ale mam nadzieję niebawem otrzymać Go więcej. Dlaczego tak jest? Bo, gdybyśmy choć przez moment w doczesności spotkali się z Nim w pełni, to po chwili nieunikniona rozłąka i tęsknota za Nim stałaby się nie do zniesienia. Po takim doświadczeniu, jak na Taborze, czy po doświadczeniu powrotu ze śmierci do życia doczesnego, Bóg musi częściowo stłumić w ludziach pamięć przeżytego szczęścia, abyśmy dali radę dalej żyć tu, na ziemi. Dlatego od Jezusa nigdy się nie uzależniamy, bo w relacji z Nim mniej od nas zależy niż od Niego. Zbliżamy się do Niego po trosze, pragniemy Go, a i tak tęsknota w sercu za ostateczną pełnią spotkania pozostaje niespełniona. Ona to, tęsknota za Bogiem,  staje się najbardziej przejmującym doświadczeniem doczesności.  

Dwa źródła tęsknoty.

Pierwsze jest doświadczeniem wpisanym w serce człowieka u początków i mniej lub bardziej ujawniające się przez całe życie. Drugie może pojawić się w duchowej dojrzałości i napiszemy o nim w następnym akapicie. Otóż pierwszą przyczyną naszej świadomej lub nieświadomej tęsknoty za Bogiem jest to, że Bóg tak nas stworzył, że Go potrzebujemy. Bez Niego nie daje się żyć, ponieważ słabnie się wewnętrznie jak odwodniony organizm. Bóg jest nam potrzebny jak woda i powietrza, jak ludzkie towarzystwo, jak życzliwa osoba. Psalmista wyraził to krótko: Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże! Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego, kiedyż więc dojdę i ujrzę oblicze Boże? (Ps 42,2-3) To doświadczenie potrzeby kogoś zapewniającego nam niezawodne oparcie zły duch potrafi w nas stłumić i odwrócić od niej naszą uwagę obsypując nas gadżetami doczesności i wmawiając, że skuteczniejsza od konfesjonału i Eucharystii jest profesjonalna pomoc ludzka – lekarska, psychologiczna itp. Wtedy wiele czasu upływa, zanim się przekonamy na własnej skórze, że Boga nikt i nic nam nie zastąpi.

Drugi rodzaj tęsknoty za Bogiem rozwija się wtedy, gdy już Boga znamy i rozwinęła się w nas miłość do Niego. Taką miłość otrzymam w darze, gdy pozwolę jej rozwinąć się w swoim sercu, bowiem sam z siebie nie mam niczego, czym mógłbym Go kochać. Tylko On uczy mnie miłości, a przez otrzymaną od Niego miłość lgnę do Niego i także mam siłę do kochania ludzi. Jednak tą miłością od Boga nie jestem nigdy nasycony ani zaspokojony, raczej przeciwnie, jest ona we mnie w stałym niedosycie, w niekończącym się braku, w niepełności. Na ziemi stale brakuje mi Boga, ale okazuje się, że i w życiu wiecznym dalej będzie mi po trosze Boga brakowało. Jednak między tymi dwoma brakami jest zasadnicza różnica. Na ziemi napotykam na bariery broniące Jego pełnej dostępności, których nie umiem przeskoczyć i nawet Jezus ich doświadczał w kontakcie z Ojcem. Natomiast w niebie takich barier nie ma, lecz człowiek jako istota skończona doświadcza nieskończoności Boga i do coraz intensywniejszej relacji miłości z Nim dojrzewa się przez całą wieczność. Dojrzewa się, ponieważ Bóg jest naszym jedynym celem, źródłem miłości: stale bliskim i stale nie dość bliskim, pełnym życia i piękna, niewyczerpanym i nigdy się nie nużącym.

Diakon Jan

czwartek, 23 maja 2024

UMARLIŚMY DLA GRZECHU A ŻYJEMY DLA OJCA. CHWAŁA JEZUSOWI

Dzieło Chrystusa dla nas św. Paweł w 6. rozdziale Listu do Rzymian wyjaśnia bardzo precyzyjnie. Cóż, kiedy dziś bywa to dla nas niejasne. Spróbujmy więc za Pawłem przyjrzeć się temu, jak Pan Jezus obdarowuje nas nowym życiem, życiem wiecznym. Po pierwsze – nas obdarowuje. Nie ma w tym, co Bóg czyni ani cienia naszej zasługi, dary Boże ani trochę się nam  nie należą. Bóg, który stworzył świat, posłał na świat Jezusa, byśmy zostali w Niego zanurzeni – zyskali jedność z Nim. Nie zanurzyliśmy się weń sami, ale On nas zanurzył w Siebie, to znaczy wziął i z nami przeszedł od śmierci do życia.

Stara śmierć. Zatem najpierw zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć (Rz 6,3) – w Jezusa umierającego na krzyżu. Jesteśmy z Nim złączeni w jedno przez cierpienia życia doczesnego i śmierć, podobną do Jego śmierci (Rz6,5). Dzięki temu umiera nasz stary człowiek a jego grzechy zostają przekreślone, bo poniósł je na sobie Jezus, kiedy umierał. A kiedy umarł, został wyzwolony od ich ciężaru, jedynego ciężaru jaki miał - ciężaru naszych grzechów (Rz 6,7). Zatem skoro grzech został przekreślony, to przekreślona została jedyna przeszkoda zamykająca nam drogę do Ojca. Znaczy to, że my, dzieci Ojca, na powrót mamy do Niego dostęp. Oto kwintesencja wydarzeń Wielkiego Piątku.

Skoro więc zostaliśmy złączeni z Jezusem, śmiertelnym Człowiekiem, to pozostajemy z Nim nadal złączeni, kiedy jest On na powrót żywy, zmartwychwstały i wolny od naszego grzechu. Mamy zatem nowe, czyste życie dzięki temu, że ma je On, mamy je w jedności z Nim.  Jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus, powstawszy z martwych, już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy (Rz 6,8-9). Nowe życie dziecka Ojca, wolne od zła świata ma zatem najpierw Jezus zmartwychwstały, a z Nim „potencjalnie” mamy je i my. Dlatego potencjalnie, że jest ono gotowe dla nas, lecz my potrzebujemy potwierdzić swój udział, czyli przyjąć je i zacząć z niego korzystać. Jeśli nie korzystamy z niego, to Chrystus, jakby umarł dla nas daremnie.

Tak więc istotą naszego nawróconego życia jest to, że Jezus raz umarł dla [sprawy naszego] grzechu (Rz 6,10) i naprawdę grzech ten przestał być dla nas przeszkodą w drodze do Ojca. Znaczy to, że choć go nadal popełniamy, zawsze możemy się od niego odwrócić i uzyskać przebaczenie. Zupełnie realna jest zatem nasza wolność od grzechu: nie dręczenie się nim, ale poddanie się oczyszczeniu z niego i zapomnienie go razem z Jezusem, który też nie pamięta grzechów, które nam odpuścił. (Nawet zły duch nigdy nie wypomina egzorcystom grzechów, które wyznali na spowiedzi.) I Jezus umarły dla naszego grzechu teraz żyje dla Ojca, abyśmy i my z Nim żyli dla Ojca (Rz 6,11). Abyśmy mieli dzięki Niemu pełnię szczęścia i radości. Jest to tak klarowne (co nie znaczy zrozumiałe) , a jednak my żyjemy tym tak niechętnie, lękliwie i nieumiejętnie. Wolimy raczej grzebać się w swojej grzeszności niż przeżywać nowe życie z Jezusem. I nie tylko Nowy Testament ale nawet Matka Boża w Medjugorje mówi: wystarczy potraktować swoje grzechy poważnie, by (po uzyskaniu odpuszczenia) więcej się nimi nie zajmować.

Nowe życie. Od czasów Jezusa treścią życia Kościoła jest życie po nowemu: przyjęcie Jezusowego zmartwychwstania i dlatego to na Nim, na Jezusie Zmartwychwstałym potrzebujemy się skupić. On żyjący powinien być centrum naszego życia religijnego bardziej niż On umierający w Wielki Piątek. Jezus powinien być ośrodkiem naszej modlitwy, bo z Niego mamy czerpać nowe życie. Nie mamy roztrząsać nerwowo naszego życia starego. Tym, który przemienia stopniowo nas a także oblicze całej ziemi jest Duch Święty. Jego to Ojciec posyła przez Jezusa, który także posługuje się Matką Bożą, Kościołem, jego kapłanami i wiernymi. Duch Święty łączy nas z Jezusem w jedno, daje nam z Nim duchową więź, której obrazem jest krzew winny (J 15). Ojciec jest ogrodnikiem uprawiającym, krzewem jest Chrystus, my zaś wrośniętymi w Chrystusa latoroślami, stanowiącymi część Niego jako krzewu. Natomiast niewidoczny Duch Święty może być uznany za soki pływające w krzewie, łączące jego części i odżywiające je. To Duch inspiruje nasze uzdrowienie i oczyszczenie – i ciała, i duszy - i upodobnienie nas do Ojca jako Jego dzieci. Prawdę o Ojcu i Duchu widzimy także w przypowieści o synu marnotrawnym (Łk 15,11n), w której Ojciec stoi w oknie gotowy w każdej chwili przyjąć syna z powrotem. A Duch? Gdzie jest Duch Święty? Oto pracuje On w sercu syna, aby ten w końcu powiedział: zabiorę się i pójdę do mego ojca. To Duch święty stale przypomina nam, że jesteśmy dziećmi Ojca i modli się do Niego w naszych sercach. To On jest owym największym darem Zmartwychwstałego. Nie mamy daru większego. To Duch uczy nas żyć nowym życiem: odwracać się od starych grzechów i nabierać nowej relacji bliskości z Jezusem - przez wiarę w Niego jako odkupiciela i przez miłość do Niego jako swego Ukochanego.

Duch. Dar Ducha Świętego ma dla świata znaczenie kluczowe. On był zapowiedziany przez Joela (Jl 3,1-5), który napisał, że w czasach ostatecznych zostanie wylany Duch Boży na wszelkie ciało. Zostało to zapoczątkowane po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Chrystusa, w dniu Pięćdziesiątnicy i wywołało duże poruszenie w Jerozolimie. Następnie Kościół przekazywał Ducha Świętego z pokolenia na pokolenie przez ręce apostołów i biskupów. Tak działanie Ducha w Kościele postępowało przez wiele wieków. Jednak w ciągu ostatniego stulecia obserwujemy wzmożone działanie Ducha - oczyszczające i porządkujące wśród hierarchii Kościoła a także wiernych, szczególnie we wspólnotach jak również wśród braci odłączonych. Towarzyszy temu silne, coraz silniejsze kontr-działanie złego ducha, pchające świat w konsumpcjonizm, sekularyzację, niewiarę, nieludzkie ideologie, złowrogie siły totalitarne, przemoc i wojny. Są to znaki obecnego czasu.

Sytuacja tych, których napełnia Duch Święty, jest zawsze trudna. Tak trudna, jak apostołów, którzy żyją na świecie, ale już nie są ze świata (J 17, 11-19), gdyż życie z Jezusem pod kierunkiem Ducha Świętego czyni ich życie zawsze czymś innym, obcym dla świata, żyjącego nadal swoim starym systemem wartości. Dlatego wierni Duchowi są skazani na prześladowanie, choć przede wszystkim jest w nich także piękno podobieństwa do Chrystusa i szczęście bliskości z Nim. Oczywiście stopień tego podwójnego doświadczenia zależy od temperatury ich życia. Gorący, czyli święci, mają w największym stopniu udział w Bożym Pokoju ale i w prześladowaniach, a letni, którzy idą na kompromis ze światem, są mniej atakowani przez złego, ale i mają dużo mniej Bożego Pokoju, a więcej rozmaitych wątpliwości w wierze.+

Maryja. Tą, która na świecie najpełniej przyjęła Ducha Świętego jest Matka Boża. Dlatego Ona jest najsilniejsza duchowo i ma największą siłę przeciw złemu duchowi. Osobą, z którą złączył Ją Jezus, ze względu na Kościół, jest św. Jan, Jej towarzysz spod krzyża. To oni posługują Kościołowi do końca czasów, pomagając mu przyjmować Ducha Świętego. To o Janie powiedział Jezus do Piotra, że jest zachowany na czasy ostateczne (J 21), bo Duch Święty od Ojca, przez Jezusa, z pomocą Maryi i Jana ma przygotować Kościół i świat na powtórne przyjście Chrystusa. To Duch ma oczyścić Kościół, aby im bliżej tego wydarzenia, tym bardziej Kościół miał Ducha, a z Duchem tym bardziej pragnął Jezusa wołając – έρχου κύριε Ίησο  (erhu kyrie Jesu) – Przyjdź Panie Jezu (Ap 22,20). Amen.

Diakon Jan Ogrodzki      

 

TRYPTYK O ZMARTWYCHWSTANIU

I. Jak Stary Testament zapowiada zmartwychwstanie Mesjasza?

Odrośl z pnia Jessego. Prorockie zapowiedzi Mesjasza rozpoczęły się w czasach króla Dawida koronowanego w Jerozolimie w 1025 r. p. Chr. Kiedy Dawid wyraził chęć zbudowania domu (świątyni) Bogu, prorok Natan odpowiedział w imieniu Boga, że nie Dawid Bogu ale Bóg Dawidowi, wybuduje „dom”, to znaczy dynastię. Bowiem Bóg da Dawidowi wielkiego potomka, który będzie panował nad Izraelem na wieki. Pierwszym potomkiem Dawida, który zdawał się wypełniać to proroctwo, był syn Dawida, Salomon, budowniczy świątyni, jednak nawet on, uosobienie mądrości, daleki był od doskonałości. Po Salomonie zaś kolejni potomkowie na tronie w Jerozolimie byli coraz słabsi. Pod ich rządami Królestwo osłabło, rozpadło się, skurczyło się i zgasł w nim żar przymierza zawartego z Bogiem. A jednak prorocy cały czas obiecywali, że przymierze to nie zgaśnie i nawet, kiedy w końcu nad Izraelem zawisła groźba niewoli, prorok Izajasz wygłosił wielką zapowiedź, stawiającą obietnicę Natana w zupełnie nowym świetle: Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni.  I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej. (Iz 11,1-2) Znaczy to, że jeśli nawet dynastia Dawida upadnie i wszelkie ludzkie sposoby spełnienia się Bożej obietnicy zawiodą, to Bóg i tak da Mesjasza, który będzie jak świeża odrośl z korzenia obumarłej dynastii. Efekt odradzania się roślin, znany dobrze wszystkim uprawiającym ziemię, stał się obrazem przyszłości i kiedy będzie się już zdawało, że Mesjasz nie nadchodzi albo ginie, wtedy On pojawi się spektakularnie, jak odrastający pęd. To proroctwo jest pierwszą zapowiedzią losów Mesjasza.

Psalm 16. Drugim tekstem mówiącym o uwolnieniu potomka Dawida z więzów śmierci są słowa Psalmu 16, którego zakończenie brzmi: Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy, nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy. Dlatego się cieszy moje serce, dusza się raduje, a ciało moje będzie spoczywać z ufnością, bo nie pozostawisz mojej duszy w Szeolu i nie dozwolisz, by wierny Tobie zaznał grobu. Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie, rozkosze na wieki po Twojej prawicy. (Ps 16,8-11) Na psalm ten powoła się Piotr w swej mowie w dniu Pięćdziesiątnicy (Dz 2,22-31). Wyjaśni, że skoro psalm jest modlitwą króla Dawida, jak wierzyli Żydzi, to król nie może w niej mówić o sobie, bo sam przecież umarł i jego grób jest znany, lecz mówi on z ducha prorockiego słowa włożone w usta zapowiedzianego mu potomka. Mesjasz dziękuje w nich Bogu, że zostanie wyzwolony od śmierci i Jego ciało nie ulegnie rozkładowi. Oto przytoczony w Dziejach Apostolskich fragment mowy Piotra: Mężowie izraelscy, słuchajcie tego, co mówię: Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie, tego Męża, który z woli, postanowienia i przewidzenia Boga został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim, bo Dawid mówi o Nim: […] Dlatego ucieszyło się moje serce i rozradował się mój język, także i moje ciało spoczywać będzie w nadziei, że nie zostawisz duszy mojej w Otchłani ani nie dasz Świętemu Twemu ulec rozkładowi. […] Bracia, wolno powiedzieć do was otwarcie, że patriarcha Dawid umarł i został pochowany w grobie, który znajduje się u nas aż po dzień dzisiejszy. Więc jako prorok, który wiedział, że Bóg przysiągł mu uroczyście, iż jego Potomek zasiądzie na jego tronie, widział przyszłość i przepowiedział zmartwychwstanie Mesjasza, że ani nie pozostanie w Otchłani, ani ciało Jego nie ulegnie rozkładowi. (Dz 2,22-31)

IV Pieśń o Słudze Pańskim. Wreszcie słowa IV Pieśni o Słudze Pańskim, które są proroctwem z połowy VI w p. Chr. a mimo to wyjątkowo dobrze przystają do misji Jezusa: Grób mu wyznaczono między bezbożnymi, i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy i w jego ustach kłamstwo nie postało. Spodobało się Panu zmiażdżyć go cierpieniem. Jeśli on wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez niego. Po udrękach swej duszy ujrzy światło i nim się nasyci. Sprawiedliwy mój Sługa usprawiedliwi wielu, ich nieprawości on sam dźwigać będzie. Dlatego w nagrodę przydzielę mu tłumy, i posiądzie możnych jako zdobycz za to, że siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców. A on poniósł grzechy wielu i oręduje za przestępcami. (Iz 53,9-12) Prorok opisuje tu realistycznie mękę Mesjasza jako ofiarę za ludzi, a następnie Jego nowe życie w świetle, w roli orędownika za grzesznikami.

Przywołane trzy proroctwa pokazują, jak Bóg przygotowuje ludzi na przyjęcie prawdy o zmartwych­wsta­niu. Były one szczególnie ważne dla wiary apostołów i chrześcijan pochodzenia żydowskiego.

II.                  Świadkowie Zmartwychwstania Jezusa

Zasadnicze znaczenie dla poznania prawdy o zmartwychwstaniu Jezusa miały przeżycia apostołów. Oni żyli z Nim od początku Jego publicznej działalności: słuchali Jego nauki, byli świadkami znaków i cudów, które czynił poczynając od Kany Galilejskiej, oglądali Jego chwałę nad Jodanem i na Taborze, uwierzyli w Niego, że ma słowa życia wiecznego i pokochali tak, że Jego śmierć stała się ich osobistą tragedią. Szczególnymi świadkami Jezusa byli Piotr i Jan. Jan jedyny wytrwał pod krzyżem, widział z bliska śmierć Jezusa, krew i wodę wypływające z Jego boku i z wielką powagą zapisał, że świadectwo jego jest prawdziwe, on wie że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli (J19,35). Zaś Piotr i Jan pierwsi przybiegli do grobu w niedzielę i zobaczyli, że jest on pusty (J20,3-9), że leżą w nim tylko płótna, leżą w sposób uporządkowany, wskazujący na to, że ciała nie ukradziono, nie rozwinięto go z nich, ale, że doczesne ciało Jezusa znikło w sposób niewytłumaczalny spomiędzy płócien w chwili zmartwychwstania, pozostawiając być może ślady, które dziś oglądamy jako tzw. Całun Turyński i Chustę z Manopello.

Później apostołowie dają jeszcze świadectwo, że spotykali Zmartwychwstałego przez 40 dni: jedli z Nim i pili a On obdarowywał ich pokojem, utwierdzał w wierze, napełniał Duchem i rozsyłał na cały świat. Uczył ich też, że choć Jego obecny, chwalebny wygląd podlega innym prawom niż ziemskie, jednak można i w nim można Go prawdziwie poznać i nawet dotykać. Jak? Przez wiarę i miłość do Niego oraz przez Eucharystię. Jezus zapewnił też, że jest z nami po wszystkie dni aż do skończenia świata, a wtedy znów staniemy się cieleśni spotkamy się z Nim w chwale. Siła przeżywania mocą Ducha Świętego kontaktu ze Zmartwychwstałym była w nich tak wielka, że nie wahali się głosić o Nim z przekonaniem, cierpieć prześladowania i umierać jako męczennicy.  

III.                Dziedzictwo Zmartwychwstania

A w końcu otwiera się przed nami dziedzictwo zmartwychwstania. Kluczem do skorzystania z tego dziedzictwa będzie nasz związek z Jezusem. Kto ma ten związek przez żywą wiarę i miłość do Jezusa, najpierw swoją obarczoną grzechem i cierpieniem doczesność, zwaną starym człowiekiem, może przeżyć z Nim, ponieważ On tego naszego starego człowieka przyjął na siebie. Ale mając na sobie naszą doczesność Jezus z nią umarł i to dlatego św. Paweł napisze: razem z Nim umarliśmy (Rz 6,8). Ale dzięki temu, że Jezus umarł, umarły też z Nim nasze grzechy i cierpienia, to znaczy to wszystko, co tamuje nasz przystęp do Boga. Tak jesteśmy oczyszczeni z grzechu. Dlatego też, kiedy On zmartwychwstaje, i my razem z Nim mamy nowe życie, nowy, duchowy związek z Bogiem w doczesności i potem w wieczności. Dlatego, jak napisze św. Paweł razem z Nim żyć będziemy (Rz 6,8) na mocy Jego zmartwychwstania. Przeobrażenie się Jezusa doczesnego w chwalebnego sprawia, że w nas dokonuje się przeobrażenie starego człowieka grzesznego w nowego - w ścisłej więzi z Jezusem.

To pierwszy dar jaki otrzymujemy od Niego. A drugi to bliskie obcowanie ze Zmartwychwstałym już w życiu doczesnym. On, jak powiedział, jest z nami po wszystkie dni aż do skończenia świata (Mt 28,20) – towarzyszy nam w świecie i mieszka w naszych sercach, ale także obcuje z nami w chwalebnym Ciele Eucharystycznym. Te sposoby życia z Nim w bliskości są nam dostępne przez wiarę – przez zawierzenie Mu i zdania się na Niego, rozmodlenie się w Nim, zaangażowanie się w Niego, które sprawia, że coraz bardziej widzimy Go, a potem kochamy. A On napełnia nas Duchem Świętym. Tak coraz bardziej z Nim i coraz bardziej napełnieni Duchem, jesteśmy coraz lepiej przygotowani do wieczności. I nie jest to utopia, ani pobożna gadanina, ale świadectwo o konkretnym doświadczeniu życiowym świętych, dostępnym dla każdego człowieka.                          dk Jan