piątek, 23 marca 2018

ZMARTWYCHWSTAŁY SPRAGNIONY MIŁOŚCI

Dekalog
. Dziesięć przykazań, z których trzy pierwsze są poświęcone Bogu a siedem ludziom. Tylko trzy i aż siedem. Ktoś może sobie pomyśleć: no pewnie, bo i czego może potrzebować Bóg? Wiary, że jest. Modlitwy rano i wieczorem. No i chodzenia do kościoła w niedzielę. Znacznie więcej potrzebują ludzie. Wokół konflikty, złodziejstwo, zakłamanie, każdy myśli o końcu własnego nosa. Ludzie cierpią, bo zasady moralne leżą odłogiem. Trzeba przede wszystkim pomyśleć o nich. Czy nie tak?

Humanizm. Podkreślenie wartości istoty ludzkiej i troska o nią jako pierwszy i zasadniczy cel życia pojawiło się w Europie w XV w. wraz z prądem zwanym humanizmem. Wcześniej więcej zajmowano się Bogiem, teraz bardziej zajmijmy się człowiekiem, jego pięknem i doczesnymi potrzebami. Od tamtego czasu stopniowo zajmowaliśmy się sobą coraz więcej, a Bogiem coraz mniej. Bo czy Bogu coś potrzeba? Wątpi o tym nawet teologia, która mówi że On jest doskonały i człowiek nie może Mu niczego dać. Wybuch tej afirmacji człowieka przypadł na wiek XVIII, kiedy to prądy oświeceniowe poczęły głosić coraz większe możliwości człowieka i zachwyt tym, ile może on zrobić sam. A jeśli człowiek działa sam, to Bóg jest mniej istotny. Tak nadchodzi wiek XIX z jego pozytywizmem i ateizmem. Skutki nie każą na siebie długo czekać. Wiek XX przynosi pierwsze konflikty ogólnoludzkie. A teraz mamy wiek XXI i jesteśmy obudowywani ideami mającymi zapewnić bez Boga prawa człowieka, pokój i dobrobyt, a życie nasze jest i tak coraz bardziej zagrożone. Decydenci szukają coraz lepszych rozwiązań i nie znajdują niczego poza coraz większą niechęcią do chrześcijaństwa, jedynego, które tak naprawdę ma lekarstwo na śmiertelne choroby ludzkości. To lekarstwo ma tylko trzyliterową nazwę – Bóg, po angielsku God.

1111/365=3,04. Popatrzmy więc na prawo moralne, od którego wszystko się zaczęło w judaizmie a potem chrześcijaństwie. Bóg dał przykazania. Tekst z Księgi Wyjścia (20,1-17) jest zastanawiający nawet w polskim tłumaczeniu. Wersety poświęcone trzem przykazaniom regulującym stosunki z Bogiem stanowią 1111 znaków drukarskich, gdy tymczasem siedem przykazań poświęconych relacjom z ludźmi stanowią tylko 365 znaków. Trzy razy mniej. To stosunek liczby liter, a jednak wiele mówiący. Trzy razy więcej Biblia mówi o relacji z Bogiem niż o relacjach ludzi między sobą. Dlaczego? Pismo Święte mówi tylko o jednym motywie – Bóg wyzwolił ludzi z niewoli. Wyzwolenie oznacza w istocie stworzenie, związanie ze Sobą Przymierzem, danie Prawa, ziemi, świątyni, odcięcie od morza pogaństwa i zaprowadzenie zupełnie nowego porządku relacji między człowiekiem a Bogiem - relacji bliskiej, bycie szczególną własnością. Przymierze jest wyrazem Bożej miłości, a Bóg oczekuje odwzajemnienia. Wobec takiego Dobroczyńcy i takiego daru nie można przejść obojętnie i dlatego autor biblijny tak obszernie opisuje sposoby odwzajemniania się Bogu. Zachowanie Przymierza jest sposobem okazywania Mu miłości.

Uczynki. Miłowanie Boga jest w Księdze Wyjścia ubrane w konkret: zwracamy się tylko do Niego, nie do bóstw pogańskich, eliminujemy ich posążki, mówimy o Bogu tylko z największą czcią, świętujemy uroczyście szabat, a także postępujemy właściwie wobec ludzi, co określają dalsze przykazania. Także później, w nauczaniu Chrystusa, miłość do Boga polegać będzie na konkretnych dobrych czynach wobec Boga, ale i (przede wszystkim?) wobec ludzi. Takie myślenie jest ugruntowane w chrześcijaństwie, w kościołach protestanckich zaczęto wręcz podkreślać, że praca dla ludzi, czynienie sobie ziemi poddaną jest pierwszym, co można zrobić także dla Boga, bo właściwie Bóg sam niczego nie potrzebuje. Tak niepostrzeżenie coraz mniejszy nacisk kładziemy na relację z Bogiem, a coraz większy na czyny dla ludzi.

Tymczasem Nowy Testament mówi z jednej strony o tym, że nie da się miłować Boga nie czyniąc dobra ludziom, ale z drugiej także, że Jezusa należy kochać bardziej niż ojca i matkę, czyli osoby w tradycji biblijnej godne najwyższego szacunku. O wzajemnej zależności tych dwóch relacji mówią dwa ważne teksty Ewangelii: przypowieść o owcach i kozłach oraz opowieść o Marii i Marcie. Ta ostatnia pokazuje, że Maria ma prawo do relacji z Jezusem, popychającej nade wszystko do słuchania i uczenia się Go, co było domeną mężczyzn i do pozostawienia na jakiś czas Marty i prac domowych, które były obowiązkiem kobiet. Jezus pokazuje, że najwyższą wartością w życiu, ponad prace, obowiązki, obyczaje jest posiadanie relacji z Nim. Zdobycie relacji nie jest równoznaczne z zaniedbaniem ludzi, a znaczy jedynie, że jeśli jej nie posiądziemy, staranie o ludzi nic nam nie pomoże. Należy to dokładniej wyjaśnić, gdyż przypowieść o owcach i kozłach zdaje się stawiać miłość do ludzi na pierwszym miejscu. Czy nie tak? Otóż nie. Pan Jezus mówi, że, to co uczyniliśmy człowiekowi, uczyniliśmy Jemu. Więc wchodząc w relację z osobą potrzebującą pomocy, wchodzę w relację z Nim. Wykonując dobre czyny ludziom, wykonuję je dla Boga. Człowiek jest drogą do Boga. Jeśli mam dogłębną relację z ludźmi, w których widzę Boga, to kochając ich, uczę się kochać Boga. Jeżeli mam dogłębną relację z Bogiem, nie wypalam się, daję radę udźwignąć najcięższe relacje z ludźmi.

A wypalenie może wyglądać tak. Kiedyś zaprosiłem pewną osobę na rekolekcję, a ta osoba odpowiedziała mi, że nie może, ponieważ ma „chorego ojca i będzie mieć rekolekcje przy ojcu”. Ale czy rzeczywiście miała rekolekcja przy ojcu? Czy w ojcu spotkała Boga, jeśli nie miała przedtem w sobie gruntu dla Boga? Często odsuwamy Boga, pracujemy dla ludzi, ale bynajmniej nie spotykamy w nich Boga. Dlaczego? Bo idziemy do ludzi nie po to, by spotkać w nich Boga, ale dlatego że tak się powinno, bo to „mój cholerny obowiązek”. Jesteśmy wypaleni „miłowaniem” ludzi, bo nie mamy z nimi relacji jak Bóg. Nie patrzymy na nich oczami Boga ale własnymi i mamy ich dosyć. Jest tak, ponieważ najpierw nie weszliśmy w relację z Bogiem, nie miłujemy najpierw Jego, a potem z Nim innych.

Relacja. Jak zatem możemy kochać najpierw Boga? Przede wszystkim trzeba odkryć, że On jest najważniejszy w życiu, stawiamy Go wyżej niż rodziców, współmałżonka, dzieci. To pierwsza zasada, którą się mamy kierować. Dostęp do Boga otrzymujemy przez Chrystusa. On jest dla nas, jak pisze św. Paweł, mocą i mądrością Bożą. Zaczynamy więc od tego, co Maria z Betanii, siadamy i poznajemy tę mądrość, doceniamy jej potrzebę i znajdujemy na to czas mimo trudności. Tak jesteśmy z Nim coraz bliżej, wchodzimy w relację i zaczynamy odczuwać, że w Nim jest moc. Ta moc zaczyna oddziaływać na nas. Jeżeli nie przywiążemy wagi do Jezusa, źródła mocy i mądrości, nie wejdziemy w relację z Bogiem. A czym jest ta relacja? Nie pojawia się od razu, rozwija się stopniowo. Jest przywiązaniem do Jezusa odczuwalnym w sercu, przywiązaniem do Osoby. Ta Osoba staje się ważna, myślimy o niej, chcemy ją poznawać, uczyć się od niej, słyszeć Jej głos. Bóg jest kimś żywym i konkretnym. Zobaczcie jak Pan Jezus oburzył się, że Żydzi ze Świątyni, gdzie się czci Jego Ojca robią sobie targowisko. Oburzył się, bo Ojciec był dla Niego tak bardzo ważny, że pozwolił sobie nawet na bycie gwałtownym wobec ludzi. Zresztą, tych, którzy stawiali praktyki religijne ponad osobistą relacją piętnował ostro. Czynił tak, bo Sam miał osobistą relację z Ojcem i przyszedł zaszczepić tę relację ludziom.

Piotrze, czy ty mnie miłujesz? To nie dobre czyny są sposobem miłości Boga. One są jej skutkiem. Zaś miłość Boga przejawia się w relacji z Nim: poznawaniu, wierze, coraz większym przywiązaniu. Więź z Nim może być najsilniejsza z więzi, którymi żyję. Czynienie dobra ludziom może być tylko z Jego inspiracji. On jest mocą do kochania. Po Zmartwychwstaniu Ten, który wylał na nas całą swoją miłość, zaczyna teraz pytać o miłość nas. Do tej pory nie mieliśmy do tego podstaw i mocy, teraz mamy, bo jesteśmy zjednoczeni z Nim. Jego przebywanie we mnie daje mi siłę i cierpliwość do miłości. Moja miłość staje się owocem Jego miłości, skutkiem Jego mocy. Jezus jest zakochany w nas i naprawdę pragnie być kochany. Już do proroków mówił, że pragnie miłości, nie krwawych ofiar, poznania Boga bardziej niż całopaleń. A poznawanie znaczy miłość jak u Matki Najświętszej, która nie znała męża. A więc do dziś nie mieliśmy mocy by kochać, ale dziś jest dzień zbawienia – Wielkanoc i Pan Jezus zapyta cię: Piotrze, czy ty mnie miłujesz?
Diakon Jan

środa, 28 lutego 2018

BÓG WYSTAWIŁ ABRAHAMA NA PRÓBĘ



W życiu dotykają nas doświadczenia. Patrząc w skali globalnej trzeba powiedzieć, że rozmiar zła jest znaczny, żeby nie powiedzieć ogromny. Ludzie od zawsze mają pytania, kto jest za zło odpowiedzialny. Na ogół wszyscy, nawet ci mniej wierzący, mają przekonanie, że Bóg, jeśli jest, to musi być Istotą wszechmocną, więc mógłby zło powstrzymać. Skoro nie powstrzymuje w wielu wypadkach, to jest za nie jakoś odpowiedzialny, jest ono akceptowane przez Jego wolę. Dlaczego? Wywołuje to u wielu niezadowolenie, wręcz bunt. Dawni poganie mieli z tym problemem mniej trudności, ponieważ ich bogowie jednymi się opiekowali, a innym wyrządzali zło. Często zło było rozumiane i akceptowane jako zasłużona kara. Bóg Izraela był inny, choć pod pewnymi względami podobny. Był wszechmocnym sprawcą wszystkiego, więc od Niego musiało pochodzić wszystko – i to miłe i to bolesne. Co więcej był sprawiedliwym wychowawcą ludzi, zajmował się nimi jak synami, a więc, co było w owych czasach oczywiste, mógł stosować kary i nagrody, kary nieraz bardzo dotkliwe. Nie były to jeszcze czasy, kiedy Bóg Objawił się głębiej, tak jak w Ewangelii. Bóg Starego Testamentu opiekował się Izraelem, ale i sprowadzał na niego cierpienie.

Jak to cierpienie zrozumieć? Najprościej jako karę za grzechy, nawet karę zbiorową za grzechy indywidualne. Takie było przekonanie aż do czasów Ezechiela, do V wieku p. Chr. Ezechiel  sprostował, że cierpienie jest karą osobistą tylko za osobiste grzechy. Ale i to nie było jeszcze całą prawda o tej kwestii. Dopiero później takie teksty jak Księga Hioba, pokazywały, że rozmiar cierpienia może jednak wykraczać poza rozmiar grzechu, a nawet spadać na człowieka zupełnie niewinnego. Tę prawdę wyjaśnił ostatecznie Pan Jezus mówiąc, że cierpienie jest zbiorowym skutkiem odejścia świata od Boga na początku, jest skutkiem grzechu pierworodnego. Każdy grzech osobisty dodaje się do sumy zła jakie istnieje w świecie, a ta suma zła sprowadza na ludzi sumę cierpienia. Cierpią więc winni i niewinni z powodu zła panoszącego się wszędzie. Skrajnym tego przejawem jest cierpienie Chrystusa, potężne uderzenie zła w człowieka zupełnie czystego, będącego Bożym Synem.

Choć prawdą jest, że Bóg panuje nad szatanem, złymi ludźmi i uderzeniami zła w ludzi, to jednak przeciwdziałanie złu, będące w mocy Boga, nie dokonuje się natychmiast, ale stopniowo. Bóg prowadzi systematycznie całe dzieło zbawienia, by zło usunąć. Stoi po stronie dobra i pracuje nad usuwaniem zła, zaś szatan stoi po stronie zła i pracuje nad kuszeniem ludzi, by porzucali dobro. Stopniowe usuwanie zła z serc ludzkich jest główną treścią Objawienia. Jest to okres przejściowy, kiedy wolno obojgu rosnąć aż do żniwa – jak mówi Jezus w przypowieści o zbożu i chwaście. Bóg zatem czasowo toleruje zło, dopuszcza je nawet na Swego Syna i używa je jako specyficzne narzędzie zbawienia. Jezus poddaje się straszliwemu cierpieniu od szatana, po to byśmy to nie my ucierpieli od niego i to ponad miarę, przede wszystkim byśmy nie doznali potępienia. Dlatego na nas też dopuszczone jest cierpienie, w pewnym relatywnie małym w stosunku do Jezusa zakresie, bo ono też jest nam potrzebne do zbawienia. Należy podkreślić, że rozmiar cierpienia Chrystusa, przewyższający największe ludzkie cierpienia, nie sprowadza się do cierpienia tylko fizycznego i lęku przed nim. Jest to cierpienie wynikające z konfrontacji z szatanem, z groźbą potępienia. Szatan potrafi sprowadzić na człowieka udręki największe. Kto nie doświadczył spotkania z takimi udrękami, ze skalą nienawiści jaką zły kieruje do człowieka, ze skalą prześladowań, jakie on potrafi sprowadzić, ten nie wie jak straszliwe są udręki związane z oddaleniem od Boga i osaczeniem przez zło. To właśnie za nas, za miliardy ludzi wszystkich czasów, wziął Jezus na siebie tę agresję złego i pod tym ciężarem umierał cierpiąc w ciele i w duszy. I zwyciężył. Dzięki temu zwycięstwu mamy życie wieczne.

Od Jezusa więc mamy potężny dar wolności od zła przerastającego nasze możliwości przeżycia, ale mamy też dar przejściowego udziału w znacznie mniejszym cierpieniu. Ono okazuje się dla nas pożyteczne. Uczy pokornego oddawania bólu Bogu wraz z Jezusem, by potem odzyskać od Jezusa zmartwychwstałego życie wolne od bólu, odmienione, gotowe do wieczności z Bogiem. Jest to wymiana – oddajemy Bogu nasze obolałości, a odzyskujemy je uzdrowione, częściowo już teraz, a w pełni w wieczności. Bóg zatem nie zdejmuje z nas ciężaru do końca, tylko tę część dla nas nie do udźwignięcia. I tymczasowo trochę na nas ciężaru dopuszcza. To dopuszczenie jest dla nas pożyteczne i Biblia nazywa je próbą. Mówi, że Bóg wystawia na próbę. To właśnie odkryli już autorzy starotestamentowi i od takiego stwierdzenia zaczyna się omawiana perykopa o ofierze Abrahama (Rdz 22, 1-18): Bóg wystawił Abrahama na próbę.

Na czym polega próba? Prześledźmy losy Abrahama i Izaaka. W starożytności ludzkie życie nie było cenne, częste było składanie ofiar pogańskich z ludzi a nawet dzieci. Czytany tekst jest wyjaśnieniem, że Bóg Izraela nie życzy sobie takich ofiar i do ofiary z Izaaka nie dopuści. Myśl o tym, by złożyć z niego ofiarę, pochodzi niewątpliwie nie od Boga, a od złego ducha, jednak zanim Abraham to odkryje odbędzie drogę na górę, będzie cierpiał strach, że straci syna i jeszcze większy ból duchowy, że obietnica Boża, jest zagrożona. Warto sobie wyobrazić przerażenie Abrahama. Ma zabić syna nożem na ołtarzu, jego krew wylać na ołtarz, a potem co robić? Co z obietnicą daną przez Boga? Co z przyszłością, co z obiecanym wielkim narodem, z obiecaną ziemią? Bóg dopuścił na Abrahama to cierpienie duchowe, zanim powstrzymał go od złożenia ofiary. To jest właśnie próba. 

Ale czy to nie jest okrucieństwo? Na tamte czasy scena nie była to tak szokująca jak jest dziś, gdyż były to czasy brutalne. Dziś jednak jesteśmy oburzeni: jak Bóg mógł tak postępować. Otóż tym, który zamiast Izaaka ostatecznie wycierpiał, był baranek, a więc Jezus. I wycierpiał nie z kaprysu Boga, ale z powodu grzechów świata, które wziął na siebie. Izaak, jak my wszyscy, musiałby zginąć z powodu grzechu, gdyby Bóg nie dał Zbawiciela. Abraham jeszcze o tym nie wiedział, ale nawet dziś, kiedy my już wiemy, że mamy Zbawiciela, cierpienia życia są dla nas nadal ciężarem. Jezus bierze nasze oddalenie od Boga, zagrożenie potępieniem, wiele strachu i bólu na Siebie, ale nam i tak pozostaje wiele bolesnych trosk, udręk serca i ciała, nawet, gdy je składamy na Jezusa, o co apeluje św. Piotr w swoim Drugim Liście: wszystkie swoje troski przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was. I te przejściowe utrapienia to jest próba. Wiemy, że ostatecznie jesteśmy zwycięzcy, ale nim dojdzie do zwycięstwa, trochę bólu musimy udźwignąć. 
Do czego ten ból służy? Jest to ból sytuacji, gdy już (nie tak jak Abraham) mamy nadzieję, że Izaak nie zginie, ale nim w naszym życiu pojawi się Baranek i zdejmie z Izaaka śmierć, a z nas groźbę potępienia, mamy do odbycia z Abrahamem drogę na górę w strasznym lęku. Jest próba, która woła o wiarę, właśnie o jak największe zaufanie, że na górze czeka Baranek, że Bóg nie dopuści w naszym życiu do rozwiązań, jakie podsuwa szatan. Nim nie dopuści, jest czas próby, trwania w maksymalnym zaufaniu: wierzę, że nie dopuścisz, by święty twój, który ci wierzy uległ skażeniu, jak mówi Psalm 16. Wierzę mocno, a i tak nie znikają niepewności, obawy, zachwiania, smutki i inne przejściowe próby, które mają nas czegoś uczyć.

Ale czego mają uczyć? Mają uczyć wchodzenia w próbę: przyjmowania pokornie ciężaru i składania go maksymalnie na Jezusa, by po czasie próby odzyskać swoje życie przemienione, w wieczności wolne od cierpienia, a teraz już trochę przed nim ochronione. Bóg dopuszcza ciężar życia jako próbę. Gdy złożymy życie wraz z Chrystusem, najlepiej na ołtarzu Mszy Świętej, tak jak Abraham na ołtarzu Moria, wtedy odzyskamy je na tym ołtarzu nowe, wolne, przemienione - w tym życiu tylko częściowo, ale w wieczności całkowicie. W wieczności bowiem czeka nas nowe życie, takie jak ukazuje wizja Przemienienia (Mk 9,2-10). Zyskujmy nowe życie, gdy stare przyjmujemy jako czas próby. Bez tej próby i woli jej przejścia z zaufaniem do Chrystusa, nie zyskujemy życia nowego, bo stare nie jest przemieniane w nowe. Ta przemiana bowiem dokonuje się tylko na ołtarzu ofiarnym. Dlatego Jezus zapowiedzi swej Męki na Krzyżu wygłasza właśnie w kontekście Przemienienia. Właśnie tak.
Diakon Jan

sobota, 27 stycznia 2018

SZUKAJCIE PANA GDY SIĘ POZWALA ZNALEŹĆ

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! (Iz 55,6). Tymi słowami Bóg wzywa przez proroka Izajasza do aktywności. Byśmy dali z siebie wszystko, żeby spotkać Go i żyć z nim. A jednak w tym wezwaniu najważniejsze jest nawet nie mobilizowanie nas do działania, ale pokazanie, że szukanie jest konieczne właśnie teraz i teraz tylko może być uwieńczone sukcesem, bo Bóg teraz sam daje się nam znaleźć i sam na to pozwala. Bo teraz właśnie Bóg zbliża się do nas pierwszy i przychodzi bardzo blisko. Nasze możliwości szukania Boga są niewielkie. Ograniczają się do tego, co jest ze świata, co jest nam znane, co jest materialne. Choć z drugiej strony jesteśmy ciekawi świata, spragnieni poznawania go i jest szansa, że podejmiemy poszukiwania. Ludzie od zarania dziejów szukają boga w sposób naturalny, ale to poznanie okazuje się bardzo niepełne i powierzchowne. Od tego pogańskiego poznania boga bardzo odbijało to, co poznali o Bogu Żydzi. Ich poznanie dokonało się właśnie dzięki temu, że On się objawił, pozwolił się znaleźć. Dlatego Żydzi doświadczyli Go głębiej i dojrzalej, niż poganie. Nie było wątpliwości, że w tym wypadku to On naprawdę dał im jakościowo zupełnie inne poznanie Siebie. Żydzi byli ze swego Boga dumni, pewni że to On dla nich zniżył się. Ta duma jednak wbiła ich w znacznym stopniu w pychę. Przywłaszczyli Go sobie, uważając, że jest ich i tylko ich, że objawił się tylko im i tylko ich chce mieć dla siebie. W pewnych okresach historii Żydom wydawało się nawet, że zasłużyli sobie na Boga przez zachowywanie Prawa.

Kiedy przyszedł Jezus i nastąpił przełom, Apostołowie zaczęli nauczać, że Mesjasz Żydów przyszedł do całego świata, odkupił i chce zbawić wszystkich ludzi. Wówczas u wielu pojawił się sprzeciw – nie, Bóg powinien być elitarny, zbawiać tylko nas, a nie wszystkich. Klasycznym tekstem na ten temat jest księga Jonasza, gdzie prorok buntuje się, bo Bóg wzywa go do głoszenia zbawienia Asyryjczykom. Bóg kochający naszych śmiertelnych wrogów jest dla wielu nie do przyjęcia.

Bóg zatem przyszedł najpierw do Żydów, pozwolił się im znaleźć i był blisko nich już w Starym Testamencie. Potem jednak zesłał Swego Syna w ludzkim ciele i umieścił Go w ludzkim zasięgu, by Bóg nie był Bogiem w zaświatach, ale niejako wężem miedzianym, sporządzonym przez Mojżesza i powieszonym na wysokim palu. Rola tego węża polegała na tym, że był widoczny dla wszystkich, a przecież spojrzenie na niego miało przywracać ludziom zdrowie. Tak samo Jezus stał się Bogiem widocznym dla wszystkich, pozostającym w zasięgu każdego, wymagającym tylko spojrzenia wiary. Jego widoczność potwierdza się w historii. Chrystus jest postacią historyczną jedyną w swoim rodzaju, najbardziej znaną i charakterystyczną, a Pismo Święte jest książką najbardziej znaną i wydawaną najliczniej nawet w dzisiejszym, zlaicyzowanym świecie. Zatem Jezus pozostaje w centrum świata, pozwala się znaleźć, bo jest blisko, ale nadal wymaga ludzkiego wysiłku. Stawia przed ludźmi wymaganie – szukajcie Mnie. To wezwanie jest, jak wołanie w upale u wodopoju: wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę - na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. (Iz 55, 1-2) Skarga Boga jest szokująca. Upał, potrzebujemy wody, woda jest za darmo, a wino i mleko kosztują. Dlaczego po to, co kosztuje idziecie tłumnie, a do tego, co chcę wam dać za darmo i czego jesteście spragnieni przyjść nie chcecie? Jak to zrozumieć? A przecież to, co oferuje Bóg, nie jest byle jakim jedzeniem, ale przysmakami, potrawami tłustymi, sycącymi. Czemu nie chcecie ich? Czemu nie szukacie Moich darów? O inne rzeczy, które nie nasycają, nie zaspakajają nikogo trwale, nie dają życia wiecznego zabijacie się, a Moje dary czekają, czekają... Nakłońcie uszu i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie. (Iz 55,3).

Owo wołanie Boga pojawiło się już w Starym Testamencie, a jednak w Nowym staje się najbardziej aktualne. Syn Boży przyniósł na świat największy dar od Boga: nie tylko Siebie osobiście, ale także Ducha Świętego udzielanego wszystkim. Pozostawił Go w świecie, by każdy kto uwierzy w Chrystusa otrzymał ten dar Boga do serca: w dniu chrztu, a potem każdorazowo z każdym sakramentem i na każdej modlitwie, zwłaszcza tej z przywołaniem Go w sposób szczególny. Zatem Jezus jest jak św. Mikołaj – przychodzi z workiem prezentów, staje na podwyższeniu i woła dzieci – mam dla was prezenty, chodźcie. Woła, a one nie chcą przyjść. Wyobrażacie sobie taką sytuację? No właśnie, nie bardzo. Bo dzieci przychodzą po prezenty, zaś my, niestety nie mamy mentalności dzieci. A szkoda. Izajasz mówi jednak, że znajdą się tacy ludzie, którzy przyjdą, ba przybiegną w podskokach na wołanie Mesjasza: oto zawezwiesz naród, którego nie znasz, i ci, którzy cię nie znają, przybiegną do ciebie ze względu na Pana, twojego Boga (Iz 55,5).

Do czego będą się tak garnąć owi ludzie? Nie tylko Żydzi, ale i inne narody. Mówi o tym św. Paweł w słowach - poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię (Ef 3,6). Bóg nie w sposób elitarny, ale powszechny, każdemu oferuje po pierwsze zaproszenie do bycia dziedzicem dóbr niebieskich - to znaczy dzieckiem Boga, któremu jakby w spadku przypada wszystko, co ma Bóg. Po drugie Bóg oferuje możliwość życia nie osobno ale w zjednoczeniu z Chrystusem zmartwychwstałym, w łączności z Nim w jednym Duchu. I po trzecie Bóg oferuje nam zaproszenie do uczestnictwa w obietnicy danej Żydom, a potem uczniom Chrystusa, że otrzymają życie z Bogiem. Początkowo chrześcijanom pochodzenia Żydowskiego wydawało się, że tylko oni będą zbawieni przez Chrystusa, potem jednak okazało się, że te same dary na równi z Żydami mogą otrzymać inne narody. I to Paweł nazywa wielką tajemnicą (Ef 3,4-5), zaskakującym dowodem ogromnej miłości Bożej.

Zatem dary Boże dla nas są ogromne, cudowne, definitywne, decydujące o życiu i śmierci, a jednak nie wszyscy chcemy iść po nie. Często nie umiemy nawet wyciągać po nie ręki. Chociaż są tacy, którzy szukają Jezusa i znajdują. I wtedy odkrywają swoje szczęście. Problemem z szukaniem darów Bożych jest to, że by je poznać i pokochać, trzeba najpierw ich zasmakować. Bo nie da się nikomu o nich opowiedzieć, jak o potrawie, która ma cudowny smak, choć nie ma atrakcyjnego wyglądu. Żeby się na niej poznać, trzeba ją zacząć jeść. Kto zaczyna karmić się Bogiem i Jego darami, ten potem się nie może się od niego oderwać. Jednak są i tacy, którzy nie chcą stracić tych mniejszych, ziemskich przyjemności i stoją pośrodku niezdecydowani. Widać to bardzo wyraźnie w perykopie Ewangelii o Trzech Mędrcach. (Mt 2,1-12) Na pierwszym planie mamy Mędrców, którzy z krańca świata przybywają, by szukać Mesjasza - tak im na Nim zależy. Są to ludzie gorący. Na przeciwnym biegunie jest Herod i jego dwór, który nie chce szukać darów Bożych, wręcz się ich boi i odrzuca je pełny agresji. Są to ludzie, którzy obawiają się stracić majątek, pozycję, władzę, wygodę życiową... Jakże często w nas jest też takie odczucie, taka obawa. Bóg może mi skomplikować życie? Pozbawić wygody? Postawić za duże wymagania? Lepiej Go nie szukać, zatrzymać się, nie dopuścić Go do siebie, kiedy przychodzi za blisko. To są owi ludzie zimni. I wreszcie mamy w Ewangelii uczonych w Piśmie, którzy trochę wiedzą o Mesjaszu, spodziewają się Go w Betlejem, ale Jego przyjście nie wywołuje w nich entuzjazmu, nie rzucają się, by biec i sprawdzić, czy Mędrcy mają rację. To są ci najgorsi, letni. Obyś był zimny albo gorący, a skoro jesteś letni, chcę cię wyrzucić z ust moich - mówi Jezus (Ap 3,15-16).

Dziś Bóg jest blisko, najbliżej, czeka spragniony naszej miłości. Czy go szukamy jak Mędrcy?

Diakon Jan Ogrodzki

piątek, 29 grudnia 2017

OBDAROWANI BY OBDAROWYWAĆ


Człowiek jest poraniony i zamknięty. Wszystkie jego nieszczęścia wzięły początek w raju. Tam był młody i rozwijał się, wszystkiego chciał  i bardzo potrzebował, stale był głodny i spragniony, bez przerwy szukał i poznawał. Pytał, kogo mógł, by dowiedzieć się co i gdzie znajdzie, czego mu jeszcze potrzeba, co więcej może. Przemierzał raj w poszukiwaniu jeszcze pełniejszego szczęścia, a raj był wielki i obfity. Stale wszystkiego głodny pytał, czym jeszcze może się nakarmić, co jest dobre, co jeszcze lepsze. Najpierw pytał Boga i Bóg mu hojnie odpowiadał. Ale potem pomyślał sobie, że gdyby zapytał jeszcze kogoś innego zyskałby więcej i ubogacił się bardziej. Niestety zapytał węża – szatana, niewłaściwej osoby i otrzymał złą wskazówkę. Przez nią nakarmił się tym, czym nie powinien, na co Bóg nie zezwalał, bo nie był to pokarm dla człowieka. Ta niewierność Bogu ugodziła w człowieka i zraniła go śmiertelnie. Od tej chwili jest obolały i nieszczęśliwy. Powoli wychodzi ze swego nieszczęścia, ale już nie może pozwolić sobie na byle jakiego doradcę. Potrzebuje doradcy najlepszego, eksperta od jego chorej duszy i powinien trzymać się Go całym sercem. 


Chodzi, zatem, o to, czym powinien karmić się człowiek, a czego unikać. Tylko Bóg to wie, ponieważ to On stworzył człowieka i zna zasady jego życia. Przejawem tego życia jest oddech. Bóg dał mu ten oddech, którym oddycha Sam, dał mu to, czym Sam żyje, napełnił go Swoim życiem. Oddech stale towarzyszy człowiekowi, ale oddech to wiatr i duch, po hebrajsku ruah. Dzięki tej wieloznaczności możemy zrozumieć, że oddech Boży w człowieku to Duch Święty. On stale ma przebywać w nim i Nim ma człowiek żyć, bo otrzymał Go od Boga jako podstawę całego życia. W tym Duchu Bóg mieszka w człowieku, a człowiek z Jego mocy żyje. Niestety Ducha Świętego człowiek stracił i to na własne życzenie, za sprawą posłuchania złego doradcy. I od tej pory cała historia zbawienia to Boże starania, by przywrócić ludziom  Ducha Świętego, sprawić, by znów zaczęli oddychać Bogiem, a nie złym duchem. W Starym Testamencie Bóg dawał Ducha Świętego tylko wybranym, lepiej przygotowanym, bardziej otwartym – prorokom. Oni dzięki Niemu rozumieli, co mówi Bóg, byli bardziej wrażliwi na działanie Boga i mieli moc, by głosić o tym i przekazywać Ducha Bożego innym. Niestety większość ludzi była oporna i słabo poddawała się mocy Bożej, prorocy doświadczali powszechnego oporu, niezrozumienia, zatwardziałości serca. Bo w ludziach, którzy mają w sobie puste przestrzenie, z których wygnali Boga, zostali zajęci w znacznym stopniu przez złego ducha, a on obwarowuje się w tych pustkach, jak w twierdzach, umacnia i opancerza. Człowiek staje się zatwardziały i hermetyczny dla Ducha. I tak jest po dziś dzień. Ale wtedy, w czasach proroków, było to zjawisko szczególnie bolesne. Tak, że Bóg powołując proroków nieraz z góry uprzedzał ich że idą głosić na zatwardziały ugór, na pustynię, gdzie nie ma żywego ducha.


Człowiek powinien zrozumieć, co trzeba mieć w sobie, by być wrażliwym na Ducha Bożego. Przeczytajmy słowa proroka Izajasza (Iz 61,1-2,10-11) Po pierwsze, trzeba rozumieć, że Ducha Bożego przyniósł na ziemię Jezus i tylko od Niego albo od Ojca można tego Ducha przyjąć. Ludzie szukają powszechnie natchnień, ale często miesza się w nich Duch Boży ze złym duchem. Z tych natchnień pracują, tworzą, a przez to ich praca bywa inspirowana pychą, miłością własną, wpatrzeniem w siebie, bardziej złem niż dobrem, bardziej nieczystością niż czystością. Oni są wrażliwi,  ale wrażliwość otwiera nieraz na inne duchy, a nie ducha Bożego. To jest pierwsza choroba duchowa ludzi twórczych.


Drugą chorobą duchową człowieka jest złudzenie sytości. Nie widzimy tego, że jesteśmy ubodzy, a Bóg powinien ubogacić nas Sobą, swoim Duchem. Czujemy się pozornie nasyceni światem, jego dobrami, darami otrzymywanymi od ludzi. Złudzenie sytości trwa w nas dopóki nie przeżyjemy obdarowania Duchem Bożym i to przeżycie nami nie wstrząśnie. Wtedy widzimy, że ludzkie dary to miałkość i nicość w porównaniu z Bogiem i zaczynamy widzieć, że naprawdę jesteśmy ubodzy, dopóki Bóg nas nie ubogaci. A że na ubogacenie przez Boga trzeba poczekać i o nie zabiegać, przeto czekając i szukając czujemy głód i brak prawdziwych wartości. Stale niezaspokojone w nas ubóstwo jest dla nas ratunkiem, bo dzięki niemu pragniemy i szukamy właśnie tego, kogo nam potrzeba - Ducha Bożego.  


Trzecią chorobą duchową człowieka jest złamane serce. To głębokie złamanie naszego serca nastąpiło w raju, gdzie ufaliśmy Bogu i On nigdy nas nie zawiódł, a potem nagle, tak samo jak Bogu, zaufaliśmy złemu duchowi, a wtedy on zawiódł nas i wyszydził okrutnie. I tak jest do dziś. Dobroć i miłość Boga miesza się nam ze złośliwością i nienawiścią złego ducha, dobre natchnienia z pokusami. Jesteśmy zagubieni i nasze złamane serca często nie wiedzą, czy są kochane i przez kogo. Jest to nasz osobisty dramat, brak pewności co do miłości z jednej strony, a z drugiej tak wielkie jej pragnienia. To rozdarcie serca niszczy nas i wykańcza. Bóg robi wszystko, co może, posługując się ludźmi dobrej woli, a zły robi ze swej strony też wszystko, by to starania sił dobra nie wyglądały wiarygodnie. Czy rozumiemy, jak straszna toczy się walka o dusze złamane? Straszna. 


Czwartą chorobą duchową człowieka jest zniewolenie wewnętrzne. Odczuwamy nacisk na wolę, na swoje  wnętrze, nie czujemy się do końca swobodni, ogranicza nas świat i ludzie. Jesteśmy z tego niezadowoleni, przeżywamy dyskomfort, złoszczą nas własne ograniczenia i boimy się niewoli i przemocy innych. Ale tkwimy w tym i nie umiemy się sami wyzwolić. 


Jedyną siłą leczącą te nasze choroby jest Jezus, który przyniósł na świat Ducha Świętego i rozlał go na nas. Oczywiście nie dokonało się to łatwo, ale z wysiłkiem Jezusa, po Jego śmierci i zmartwychwstaniu, za cenę najwyższą - Jego Krwi. Jezus przychodzi do nas, gdy w Niego uwierzymy i przyjmiemy chrzest. Wtedy wyrzuca z nas złego ducha i Duch Święty zajmuje jego miejsce. On daje sercu pokój i radość, osłania nas płaszczem sprawiedliwości, a więc dobra, tym samym płaszczem, który potrzebujemy my, aby wejść na ucztę weselną (??). Kiedy Jezus przychodzi, siły zła ustępują, ale potem człowiek musi utrzymać Ducha Bożego, a zły walczy, by Go odsunął na bok, albo wręcz usunął z serca. Jesteśmy pomiędzy dwoma siłami, wlewającą się ciepło i miękko Miłością, a atakującą brutalnie złośliwością. Duch Święty działa delikatnie i pokornie, a złe duchy gwałtownie i złośliwie. Można je na ogół rozpoznać.


Ducha Świętego przynosi nam każdorazowo Jezus. Trzeba się zwracać po Niego do Jezusa. Nie mieć poczucia własnej umiejętności robienia czy zyskiwania czegoś. Dobrym wzorem takiej postawy wrażliwej na Ducha jest Jan Chrzciciel. On wie, kim nie jest, ani Mesjaszem, ani nawet prorokiem, ale tylko głosem głoszącego. Nie ma więc jakby własnej osobowości, nie jest kimś kto działa, ale jest całkowicie oddany Duchowi i jest tylko tymi rzeczami, które Duch czyni i wypowiada. Duch Święty jest podmiotem działającym, a on narzędziem, ludzkim przejawem Jego działania. Lepiej nie można było ująć własnej pokory i nicości. Ale z tej nicości rodzi się moc Boża w świecie, bo nikt jej nie zasłania, nie przeszkadza, nie przywłaszcza. Jest bardzo ważne i trudne pozwolić Duchowi Świętemu działać samodzielnie, choć przez nas. Jan też podkreśla, kim jest Ten, kto tego Ducha przynosi. Jest nim Jezus, a Duch przychodzi z Jego ust i serca jak ogień, podczas gdy w ustach i sercu Jana jest zaledwie wodą. Woda obmywa z grzechu, aby na obmyte serce wylał się Duch i zajął je dla siebie, jak ogień zajmuje drewno.


W ten sposób zamyślił Bóg swoje działanie. Posłał Jezusa by wylał na ludzi Ducha, a kiedy oni staną się głosami tego Ducha, wtedy Duch będzie tryskał też od nich i zajmował innych. Tak Bóg obdarował ludzi  Duchem, by oni poddali się Mu i sami innych tym Duchem obdarowywali. To nic, że świat jest pełny  istot zamkniętych i opancerzonych. Niech Duch oblewa ich i stuka do nich. Niech stoi u ich drzwi i kołacze. A czasem ten Duch potrafi nie tylko kołatać, ale dopuścić gwałtowniejsze uderzenia i wstrząsy. Cierpienia te sprowadza zły, ale czyni to niebacznie, bo to one potrafią właśnie rozbić pancerz stworzony przez niego. A wtedy serce się odsłoni, Duch Boży wejdzie i zajmie wreszcie dostępne Mu serce.


Diakon Jan