wtorek, 16 marca 2021

1 Niedziela Wielkiego Postu – rekolekcje bielańskie


Tu można wysłuchać tę konferencję wygłoszoną w kościele pokamedulskim 21.02.2021:

https://ne-np.facebook.com/Lasbielanski/videos/rekolekcje-1niedzwlkpostu-21ii21/155618209619334/

MIŁOSIERDZIE BOŻE I NASZA…   

Co nam dopowiada dziś św. Siostra Faustyna?

Trędowaci. Zmierzając do Jeruzalem, [Jezus] przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka. (Łk 17,11-12) To wydarzyło się na naszych ziemskich drogach, kiedy wędrował po nich Pan Jezus. Wielu chorowało na trąd – bardzo zakaźną chorobę, a każde jej wykrycie brzmiało jak wyrok i wyrzucało chorego poza nawias społeczeństwa. Tak było wtedy, ale podobnie dzieje się i dziś. Każda choroba, czy to trąd, czy Covid to wielkie zło i potencjalne źródło śmierci. Bóg nie chce dla nas śmierci, przeciwnie, chce zdrowia i życia. Natomiast zła chce dla nas zły duch i stara się o nie z wielką zapamiętałością. W takich właśnie warunkach, pomiędzy dwoma przeciwstawnymi biegunami przychodzi nam żyć od początku - odkąd dobry Bóg stworzył świat, a człowiek za namową szatana wpuścił weń grzech. Od tej pory Bóg działa dla zbawienia, a siły zła opierają się temu ludzkimi rękoma.

Tylko Bóg ma potęgę i mądrość, by pokonać zło i to On działa pierwszy. Najlepsze zaś, co może zrobić człowiek, to podjąć współpracę z Bogiem przeciwko złu – odpowiedzieć na Boże działanie własną dobrą wolą. Taki porządek panował w Starym Testamencie, ale przede wszystkim stał się widoczny w działaniu Pana Jezusa. To On przyszedł do nas z własnej inicjatywy. Wystąpił na naszych ziemskich drogach i wołał – Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. (Mk 1,15) My zaś możemy to wezwanie podjąć albo zignorować. Typową ludzką postawą jest gromkie narzekanie na zło i na Pana Boga, że taki mamy niedobry świat. Narzekanie na zło i dokładanie do niego własnych brzydkich cegiełek. A najgorsze jest to, że bardzo często zupełnie nie widzimy siebie ani swoich wad. Wyraźnie natomiast widzimy zło i wady innych, zżymamy się na nie, a nawet je wyolbrzymiamy.

Ale co nam przeszkadza zobaczyć wady u siebie? Składa się na to wiele czynników – słabość charakteru, odruchy obronne, chęć dowartościowania siebie kosztem innych, wstyd, strach, niechęć bycia upokorzonym, brak akceptacji siebie, zamkniętość i inne słabości, które można by długo wymieniać, jednak nie o to nam tu chodzi. Tu bowiem chcemy zająć się nie przeglądem własnego wnętrza, ale tym jak działa w nim Bóg. Widzenie Boga jest w ascezie dużo bardziej owocne niż drążenie w sobie i swoich wadach. Co więc robić z nimi robić? Zdać sobie z nich sprawę i zając się czym innym – Bogiem, tym, że On Jest, że Jest bardzo blisko nas, że Jest z nami na co dzień. Zdać sobie z tego sprawę! A aby to się stało pomocne będzie wyobrazić Go sobie, że Jest, że towarzyszy nam wszędzie – w pracy, w domu. Wyobrazić sobie To, co obiektywnie Jest, a przez wyobrażenie będzie można to zobaczyć. Jeśli Boga zobaczymy w swoim życiu, zaczniemy też inaczej patrzeć na siebie.

Jeśli patrzymy tylko na siebie i na złowrogi świat, wtedy zło nas przygnębia i nierzadko jest tak, że z jego powodu jesteśmy przytłoczeni, nie mamy siły ruszyć ręką ani nogą. To jest duchowa, a nawet czasem psychiczna depresja. Aby zobaczyć Boga potrzebujemy bodźca. Tym bodźcem bywają dla nas skutki popełnianych grzechów. One są bolesne. Pan Jezus, choć odkupił nas, nie usunął ich całkowicie ze świata. Jednym z podstawowych trwających do czasu skutków zła w świecie są choroby i śmierć. Ogólnie Bóg dopuszcza na nas ciężar życia. Ten ciężar potrafi zmobilizować nas, by szukać pomocy u Boga. Jednak niestety, nie wszyscy tak reagują. Niektórzy obrażają się na Boga i próbują walczyć z ciężarami życia samodzielnie, albo pogrążają się w smutnej stagnacji. Jednak Pan wzywa, by szukać u pomocy u Niego, tak jak trędowaci. Wyjść naprzeciw Niego i zatrzymać się przed Nim.

Idźcie i pokażcie się kapłanom.  Kiedy na innym miejscu trędowaty poprosił Pana Jezusa – Jeśli chcesz możesz mnie oczyścić, Ten odpowiedział – Chcę. (Mk 1,40-41) Bóg chce naszego oczyszczenia z grzechu i zbawienia w wieczności. Tego właśnie Bóg chce dla nas najbardziej. I to czyni dla nas, kiedy my sami też tego chcemy i o to Go najbardziej ze wszystkiego prosimy, wyrzekając się grzechu. Ta wola Boża oczyszczania nas jest wyrazem Jego miłości do słabych i grzesznych – miłości miłosiernej. Jednak, kiedy Jezus ma dla nas serce pełne miłosierdzia, ma też do nas kilka próśb. Po pierwsze prosi, by nie przeszkadzać Mu w Jego działaniu, jak trędowaci, którzy rozgłaszali czyny Jezusa wokół siebie, tak że Jezus znajdował się pod naporem tłumów. Trzeba było pokory, aby nie chwalić się doznaną łaską i nie robić z Jezusa pożywki dla sensacji. Jednak z dzisiejszego punktu widzenia jeszcze większej pokory trzeba było, by iść, pokazać się kapłanom i złożyć zgodnie z Prawem ofiarę za swe oczyszczenie. Bóg uzdrowił przez Jezusa, poza Świątynią, a tu trzeba iść i postąpić według Starego Prawa, które z pozoru z działaniem Jezusa nie ma nic wspólnego. Dziś też wielu chciałoby słuchać Boga, a ignorować Kościół, do którego ma zastrzeżenia. A Jezus każe być pokornym i szanować Kościół, nawet jeśli jest on grzeszny. Pokory oczekuje od nas też św. s. Faustyna. Pokora jest warunkiem przyjmowania Bożego miłosierdzia oczyszczającego z grzechów. A do tego, w sposób może najbardziej oczywisty, Pan Jezus każe nam, by otrzymawszy Boże miłosierdzie nawracać się - to znaczy zawrócić z drogi grzechu, starać się ze wszech miar zmienić swoje życie i postępowanie.

Miłosierdzie i… coś jeszcze. Objawienie Bożego miłosierdzia przez Pana Jezusa św. s. Faustynie, które dokonało się dokładnie 80 lat temu, było przypomnieniem tego, co stanowi rdzeń Ewangelii: że Bóg jest bogaty w miłosierdzie dla grzeszników, wśród których my jesteśmy pierwsi. Kanonizując św. siostrę Faustynę, św. Jan Paweł II potwierdził naukę daną przez nią i ujął ją w swojej ważnej encyklice Dives in Misericordia. Tak stał się kontynuatorem jej misji. Dziś także św. Jan Paweł II przypomina nam, że miłosierdzie Boże jest kluczem do naszego zbawienia. Otwiera ono nasze serca, gdy najpierw dostrzeżemy pokornie, że bardzo obciążają nas grzechy i potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Po wtóre, gdy odkryjemy, że Bóg nie jest karzącym postrachem, ale ma dla grzeszników miłosiernie miłujące serce. Bóg przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy, a potem  prowadzi nas dalej. Jednak na tym nie koniec nauki Pana Jezusa o swoim miłosierdziu. Dziś święci Faustyna i Jan Paweł II przywołują raz jeszcze Boże miłosierdzie, aby powiedzieć, że Bóg czegoś więcej od przyjmujących miłosierdzie oczekuje.

Pan nasz poleca iść, słuchać Go, szanować Kościół i starać się zmienić życie. To nam poleca. Ale jest jeszcze coś więcej, czego nam nie nakazuje, choć oczekuje od nas. Czego? Jakiej odpowiedzi na swoje miłosierdzie? Odpowiedzi nie poprawnością wiary, ale sercem. Pan Jezus uzdrowił dziesięciu trędowatych i pewne rzeczy im nakazał. Ale nie nakazał im czegoś najważniejszego, bo tego nie można nakazać. Nie nakazał, choć oczekiwał. Chciał, by pod wpływem doznanego miłosierdzia, sami to odkryli i odczuli sercem, a potem to wypełnili. Kiedy sercem odpowiedział Mu tylko jeden z dziesięciu trędowatych, Pan Jezus bardzo go pochwalił. I dziwił się, że tylko jeden uzdrowiony to odkrył. Pan Jezus nie nakazuje, nie domaga się, tylko oczekuje, że ludzie dostąpiwszy Bożego miłosierdzie przyjdą i Mu będą dziękować. To podziękowanie będzie wyrazem ich miłości do Jezusa, która zrodzi się w ich sercach jako skutek doznanego miłosierdzia.

I to jest właśnie owe dopowiedzenie, które św. Faustyna z Panem Jezusem mają dla nas. On i ona mówią nam dziś, że mamy Boże miłosierdzie, ale to nie stanowi wszystkiego. Kropką nad „i” jest to, że Jego miłosierdzie ma w nas wyzwolić wdzięczność i miłość do Pana Jezusa. Taką, jaka zrodziła się u jednego z dziesięciu. Bóg ma dla nas miłość miłosierną, ale kto nauczy się odwzajemniać Bogu miłosierdzie swoją pokorną, małą miłością, ten stanie się kimś więcej, niż tylko poprawnym uczniem Jezusa. Poprawny uczeń słucha i wypełnia, co wynika z nauki Kościoła. Ale wśród poprawnych Jezus szuka tych, którzy ponadto czują wdzięczność i ich oczyszczone serce drży dla Jezusa miłością. To ona ma być odpowiedzią na miłosierną miłość Jezusa. Ci właśnie będą świętymi, na których Jezusowi szczególnie zależy. On pyta, dlaczego tylko jeden jest święty a nie dziesięciu. Świętości nie można nakazać, ale można w sercu czuć się do niej powołanym i dla niej zawrócić z drogi do Jerozolimy i do kapłanów, aby najpierw podziękować Panu Jezusowi. Takie nawrócenie na drodze będzie nawróceniem do świętości. A dziś jest czas gromadzenia świętych.

I to nam dopowiada św. s. Faustyna.

Diakon Jan

środa, 7 października 2020

NOWE NARODZINY

 Trzeba się nam powtórnie narodzić. Wiemy że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby takich znaków czynić jak Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim (J 3,2) – powiedział Nikodem do Jezusa w nocy, czując że zabiera głos w imieniu pewnej grupy faryzeuszów, która wierzyła w misję Mesjańską Jezusa. Ci uczeni w Piśmie byli w mniejszości i bali się pozostałych, którzy byli nastawieni do Jezusa zdecydowanie wrogo. Właśnie odnosząc się do połowicznej wiary i lękliwej postawy Nikodema Jezus powiedział otwarcie i zdecydowanie, czego potrzeba, by pójść za jego nauką i wyznawać ją bez lęku i w dzień. Potrzeba zrozumieć, że jego nauka to nie jakaś dodatkowa wiedza, uzupełnienie nauki Starego Testamentu, korekta drobnych błędów. Aby zrozumieć i przyjąć jego naukę i by ona zaowocowała, potrzebne jest poddanie się całkowitej przemianie swojego serca, zmianę poglądów, systemu wartości jakby się zaczynało nowe istnienie i od zera zapisywało kartę swojego życia. – Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może wejść do Królestwa Bożego. (J 3,3)    

Nikodem pytał, czy chodzi o to, by na nowo zacząć życie od niemowlęctwa i wydało mu się to niemożliwe. A jednak w jakimś sensie o to chodziło. Żeby pozostając cieleśnie tym, kim się było, wewnętrznie dać się uformować na nowo. Chodzi o to, by tak jak od dziecka miało się skutki grzechu pierworodnego, tak samo teraz od nowego początku życia, po chrzcie rozwijać się wewnętrznie w sposób zacierający skutki grzechu. Wtedy zmienia się nasza mentalność, system wartości, rozumienie sensu życia i zyskuje się podobieństwo do Boga. Dopiero po tych zmianach będzie można wejść do Królestwa Bożego.

Bóg jest cichy i pokorny sercem, a Syn Boży nawet jako dorosły ma wobec Ojca stosunek dziecka całkowicie Mu oddanego. Jezus mówi – jeżeli nie staniecie się jak dzieci nie wejdziecie do Królestwa Bożego, a znaczy to dokładnie to samo, co – jeżeli nie staniecie się jak Jezus, nie wejdziecie. Jezus przynosi naukę Ojca i całkowicie opiera się na Ojcu. Małe dziecko też całkowicie chłonie wzór rodziców, ale potem z niego wyrasta i staje się dorosłe. I w odniesieniu do ludzi jest to w porządku. Ale Jezus całkowicie chłonie wzór Ojca i opiera się na nim jako dorosły człowiek i nigdy z tego nie wyrasta. Ojciec jest właściwym wzorem dla dorosłego człowieka i my choć wyrastamy z ziemskich rodziców, z Boga – Ojca nigdy nie wyrastamy. Nasze życie ma polegać na tym, że będziemy Mu poddani, od Niego zależni, wpatrzeni w Niego i przez Niego uformowani do przyjęcia tego, co jest w Nim. I to właśnie, tylko to nas uczyni szczęśliwymi i nasyci. Będziemy bardzo samodzielni i aktywni, ale w posługiwaniu się tym, co daje nam Bóg – wręcz Nim samym. Narodzić się na nowo i zacząć życie jako dziecko oznacza, aby dorosły był wobec Boga i tylko wobec Boga analogicznie jak na ziemi małe dziecko wobec rodziców. Paradoksalnie wtedy dopiero spełni się nasza przemożna potrzeba wolnego i samodzielnego realizowania siebie. Wtedy kiedy będziemy przeniknięci Bogiem, będziemy mieli nową siłę do nowego życia.

Narodzić się mamy na nowo z wody żywej i z Ducha Świętego, którego daje nam Jezus. Z ciała się narodziliśmy, a teraz mamy zacząć nowe życie wewnętrzne w oparciu o napełnienie Duchem – chrzest i dalszy rozwój. Wtedy zyskujemy nowe  życie wewnątrz - na podobieństwo Ducha Świętego. Jest to życie które nazywamy nadprzyrodzonym, bo bierze się stąd, że Bóg przez Ducha w nas zamieszkuje i od tego zaczynają się wszystkie zmiany w nas. Przemienia nas. Starego nie poprawia, stare umiera z Jezusem na Krzyżu, a Duch stwarza życie zupełnie nowe w miejsce starego.

Mentalność dziecka Bożego. W wyniku grzechu pierworodnego dzieci Boże posiadły mentalność służącego, albo nawet niewolnika. Jej zasadnicze rysy to lęk, poczucie obcości, nieufność oraz brak pozytywnego stosunku czy bliższej relacji. W tym stanie jesteśmy nieświadomi, że między Nim a nami  może zachodzić ciepła więź, jak w zdrowej rodzinie. Raczej czujemy w sercu stosunek pracowników do właściciela albo przełożonego. Bóg stał się nam od dawna daleki i niezrozumiały. Nie widzimy Go ani w świecie, ani w przyrodzie, ani w ludziach. Świat stał się dla nas rzeczą bez przyczyny i celu, i bez właściciela - niczyj. Wszystko jest w nim do brania - kto pierwszy bierze ten lepszy. Nic dziwnego, że go sobie wyrywamy i niszczymy. Nie jesteśmy nawet robotnikami, raczej robociarzami. Czy nie wstyd nam dziś, kiedy wszystko umiera?

Jezus dał nam Ducha, który ma nam przywrócić mentalność dziecka. Dziecko wie, że ma w Bogu Ojca, oparcie i bezpieczeństwo. Dziecko wie, że cały świat otrzymało od Boga pod opiekę. Dziecko jest wdzięczne i w naturalny sposób ma do Boga zaufanie. Bóg jest dobry, kocha, troszczy się. Kiedy tak myślimy i tak odczuwamy, żyjemy współpracując z Bogiem, a nie wałęsając się po życiu bez zastanowienia i biorąc, co wpadnie nam w ręce. Kiedy myślimy po dziecięcemu, możemy zauważyć Boga i zacząć przeżywać znacznie więcej - bliskość duchową z Nim, uczucie bycia jego umiłowanym, jego umiłowaną. Naprawdę.

O Duchu Świętym da się odkryć, że szum Jego słyszysz ale nie wiesz skąd i dokąd zmierza (J 3,5), bo źródło Ducha jest poza światem, a cel do którego On nas prowadzi jest też poza światem. A przy tym Duch ma pełną wolność, czyni to, co chce i napełniając nas też sprawia, że czynimy to, co chcemy, nic pod przymusem, nic ze strachu, wszystko z własnej woli – a i tak wszystko dobrze, nic źle. Zło zawsze się czyni pod naciskiem braku wolności, a dobro zawsze z wielkiej własnej wolnej woli. Po tym poznajemy autentyczne życie duchowe - po wolności i czynieniu wszystkiego z miłości, z przylgnięcia do Boga. Z wolności też bierze się nasza wiara i zaufanie.

Niestety tak jest, że mówi do nas Jezus, Matka Boża i Jan – autor czwartej ewangelii, a my potem zadajemy pytanie – Jakżeż to się może stać? (J 3,9) Owszem, nowe narodziny są sprawą, która szczególnie z trudem daje się zobaczyć. Oczy mamy niewidome. Dopóki nie wiemy jak się żyje inaczej, po nowemu, zupełnie nie można sobie tego wyobrazić. Ale prosi nas on – Jan, módlcie się mniej o zdrowie, o dobra tego świata, a więcej właśnie o to – o nowe narodziny, które tak często są w nas zainicjowane od czasu chrztu, ale zupełnie się nie rozwinęły – jak motyl, który nie wyszedł z kokonu. Prośmy, prośmy, prośmy Jezusa i Matkę Bożą, a otrzymamy. Ten dar czeka na każdego od dnia chrztu aż do dnia, kiedy Jezus nas zaprosi.

 

Diakon Jan

wtorek, 19 maja 2020

UZASADNIJ MI SWOJĄ NADZIEJĘ


Pana zaś Chrystusa uznajcie w sercach waszych za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest, pisze św. Piotr w swoim pierwszym liście (3, 15).

Zatem po pierwsze Pana Jezusa miejmy w sercach. Gdy się kogoś ma w sercu, zawsze najpierw myśli się o nim. Najpierw myślimy o żonie, mężu, dzieciach, wnukach, mamy ich w sercu najwyżej, ale Pana Jezusa połóżmy jeszcze wyżej. Jego miejsce jest na szczycie, ponieważ chodzi o to, by uznać Go prawdziwie za Świętego, czyli za Najwyższego Boga. O Bogu myśli się  jako Tym najszacowniejszym, a jednak On jeszcze bardziej pragnie zająć w nas miejsce najgorętszego uwielbienia. Szanujemy Go i uwielbiamy mając najwyższą nadzieję, że już teraz może być blisko, ale jeszcze bardziej blisko będzie w wieczności. To jest nasza nadzieja. Posiąść ją jest pierwszym naszym zadaniem.

Ale Piotr wskazuje jeszcze drugie zadanie: mieć intelekt gotowy do obrony tej nadziei wobec innych. A to wymaga zrozumienia tego, co Bóg przygotował. Wielu ludzi w ogóle nie rozumie danej przez Chrystusa nadziei, dlatego chwieją się, tyle u nich łez i zwątpień. I tyle lęku.
Niżej omówimy w kilku punktach podstawowe filary naszej nadziei. Na nich się nadzieja musi opierać, jeżeli ma być niewzruszona.

Po pierwsze jest to nadzieja na bliskość Boga i na życie z Nim, które zaczyna się teraz, ale w pełni rozkwitnie w wieczności. Nie jest to nadzieja, że w tym życiu będzie nam wygodnie i będą nam oszczędzane cierpienia. Owszem, Bóg generalnie nas chroni, ale nieraz dopuszcza cierpienie i jest ono w tym życiu czymś normalnym.

Po drugie nadzieja na życie z Bogiem nie jest owocem naszych zasług, ale prezentem. Plagą u ludzi jest to, że myślą w kategoriach możliwości, a nawet konieczności zasługiwania na życie wieczne dobrymi czynami. Tak błędnie myśleli Żydzi w czasach Pana Jezusa. Tak do dziś, dla uproszczenia uczy się dzieci i jest to szkodliwy błąd wielu katechetów. Nadzieja nasza na zbawienie opiera się nie na naszych zasługach, ale jest darem Łaski. Nasze dobre czyny przychodzą „same”, człowiek się zmienia na lepsze dopiero wskutek długotrwałego przyjmowania Łaski sakramentalnej i modlitwy. Własną pracą, bez Łaski człowiek niczego trwale nie osiąga. Odkrycie tego jest podstawą życia duchowego i tylko to prowadzi do świętości.

Po trzecie podstawą naszej nadziei jest to, że Pan Jezus przyszedł na świat i do naszych serc z narażeniem własnego życia i wycierpiał z powodu naszych grzechów. Nasza postawa egoizmu i złego postępowania, a jeszcze bardziej nie widzenie zła w sobie, zadaje ból Bogu, ponieważ Bóg chce nas przemienić i ukształtować do dobra. Zła Bóg sam nie czyni i w nas nie chce. Ale Jezus zgodził się przyjść na świat i nasze zło dźwigać, a nawet pod jego ciężarem umrzeć na Krzyżu. Bóg nie ceni cierpienia, ale je dopuszcza i Jezus je przyjmuje, by nas nie odrzucić ani nie potępić, ale zbawić.

Po czwarte Jezus, żyjąc wśród nas z bólem i poczuciem odrzucenia, przekazał nam swoją naukę, wytłumaczył jaki jest Bóg i na czym polega prawdziwa, oddawana Mu cześć. Ta nauka pozostała w Nowym Testamencie i jest dla nas bezcennym źródłem poznania Boga i nadziei, którą On dla nas przygotował. Bardzo potrzebujemy tę naukę poznawać przez całe życie i ona nas rozwija.

Wreszcie po piąte Pan Jezus nie tylko umarł za nas, ale przede wszystkim zmartwychwstał i dopiero zmartwychwstanie, nie śmierć Jezusa jest źródłem naszej nadziei. On bowiem umierając oczyścił nas z grzechu, a zmartwychwstając dał nam nowe życie przez Ducha Świętego. Obdarowywanie nowym życiem polega na napełnieniu Duchem Świętym i właśnie to dopiero On jest w nas źródłem przemiany, postępu w dobru i świętości. To nie nasza samodzielna praca nad sobą, ale Duch Święty i nasza WSPÓŁPRACA z Nim jest drogą do owej nadziei.

Współpraca z Duchem Świętym polega na poddawania się, by On czynił to, czego my nie możemy uczynić, a potem dopiero na tym, byśmy posługiwali się jak narzędziami tym, co On umieścił nam w sercach. Duch Święty rozjaśnia nasz rozum, wydoskonala sumienie, daje wrażliwość na znaki, otwiera pojmowanie Ewangelii. Dopiero, gdy działanie Ducha Świętego przyjmiemy, możemy żyć według tego, co nam zostało odsłonięte i co mogliśmy poczuć.
Ale Duch Święty daje też dar najważniejszy, dar wiary czyli wyczucia sercem Boga, a zwłaszcza Jezusa, dar odczuwania Jego obecności i bliskości. To dzięki Duchowi Świętemu widzimy sercem i duszą to, czego świat nie widzi, jak pisze św. Jan.

Jednak te wszystkie dary, a zwłaszcza dar ostatni, otrzymujemy w tym większym stopniu, im bardziej nam na nich zależy i im więcej doczesności gotowi jesteśmy dla niech poświęcić. Tym więcej otrzymujemy, im bardziej kochamy Jezusa ponad wszystko. Jeśli traktujemy Go tylko jako dodatek do doczesności, pomoc w naszym działaniu, to od Boga otrzymujemy głównie doczesność. Im bardziej natomiast uwielbiamy Go nade wszystko, tym bardziej… No właśnie.
Diakon Jan