sobota, 4 marca 2023

ZNAĆ CHRYSTUSA UKRZYŻOWANEGO

Starożytna Grecja była kolebką mądrości. To z niej wywodzili się myśliciele – filozofowie, którzy rozmyślali nad światem, przyrodą, ludzkim życiem i chcąc dzielić się tym z innymi głosili nauki na ulicach i placach Aten oraz innych większych miast greckich, a ludzie chętnie ich słuchali, bo mieli wolny czas a nauczyciele wygłaszali mowy naprawdę pięknie, dosadnie, barwnie, wyraziście i ciekawie. Specjalnie uczyli się tego rozmawiając z ludźmi jak Sokrates, pokazując użyteczność swoich nauk jak Archimedes, Pitagoras, Tales i ćwicząc swoją wymowę jak Demostenes. Grecy miłowali mądrość i piękno słowa, byli pierwszymi retorami i to oni dali początek sztuce słowa. To, co potrafili oni. a potem rzymscy mistrzowie - mówcy i pisarze, dało początek sztuce i filozofii. Był to szczyt mądrości ludzkiej, jaką udało się w owych czasach wypracować i wypracowano to w maleńkiej Grecji, wśród religii pogańskiej.

Ale była też inna myśl o życiu, o religii, refleksja idąca, co najmniej równie głęboko. Powstała ona też w maleńkim kraju - w Izraelu, gdzie pojawiali się prorocy, pisarze, a w końcu pojawił się Jezus. Wszyscy oni byli nauczycielami, ale różnili się istotnie od nauczycieli greckich przede wszystkim w tym, że wyznawali wiarę w Jednego Boga. Nie przywiązywali oni aż tak wielkiej wagi do sposobu nauczania, ich słowo nie musiało być piękne, by ludzkimi walorami zdobywać sobie słuchaczy. Ci nauczyciele kładli nacisk na treść nauki, na to, że jest ona od Boga i o Bogu, który ma coś ważnego ludziom do powiedzenia. Wszyscy nauczyciele w Izraelu starali się mówić przede wszystkim prosto i w sposób łatwy do zapamiętania, w ich nauczaniu najważniejszy był nie słuchacz i nie oni sami, ale Bóg, którego słowo głosili. Dlatego przede wszystkim mieli oni głęboką więź duchową z Bogiem, za Jego naukę gotowi byli oddać życie, i często je oddawali. To, co głosili, też było mądrością, ale bardziej Bożą niż ludzką.

Tak zrodziły się dwie jakże różne mądrości, odmienne, bo ukształtowane w zupełnie różnym duchu, ponieważ wypłynęły z dwóch różnych inspiracji. Pismo Święte powie o dwóch duchach tej mądrości: o duchu świata i o Duchu Bożym. W czasach apostolskich, przede wszystkim dzięki wędrówkom św. Pawła, doszło do spotkania, a raczej zderzenia tych dwóch duchów i dwóch mądrości. Z tego zderzenia zrodziła się ostateczna forma chrześcijaństwa.  

Uwodzące słowa mądrości. Właśnie św. Paweł był prekursorem tego spotkania dwóch mądrości, jak to sam pisze: Tak też i ja, przyszedłszy do was, bracia, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością, głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem.  A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej (1Kor 2,1-5). Paweł, mający w sercu Ducha Bożego i Jego mądrość, czuł przepaść dzielącą mądrość świata od mądrości Bożej , w której centralne miejsce zajmuje Jezus ukrzyżowany i zmartwychwstały. Paweł wiedział, że Grecy cenią zupełnie coś innego, niż on im przynosi. Domyślał się, że mogą nie zechcieć go słuchać, bo nie przychodzi błyszcząc słowem i mądrością tego świata. Dlatego stał przed nimi w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem, jak i w dzisiejszych czasach staje wielu kaznodziejów, odczuwając barierę niezrozumienia między nauką katolicką a współczesnym światem.

Bo jakiż jest ten duch świata? Przede wszystkim jest przywiązaniem do doczesności i uważaniem jej za najwyższą wartość, a usuwaniem z pola widzenia wszystkiego, co w niej przemijające i niewystarczające dla ludzi. Nadto kult sukcesu, dostatku, stanowienia prawa regulującego wszystko. Kult wiedzy, siły, głośnej przebojowości i zdobywania dóbr za wszelką cenę. Duch świata dąży do takiego ukształtowania ludzi, by uwierzyli w swoją samowystarczalność i nie czuli innych potrzeb, poza możliwymi do zaspokojenia na świecie za pomocą wartości materialnych. Na takim świecie wszystko jest po ludzku uporządkowane, nie ma miejsca na dobro i zło, na Boga i szatana. I choć skutkiem życia na takim świecie jest poczucie pustki, bezcelowości i bezsensu, narastają stresy, choroby, frustracje, poczucie zawodu, potrzeby pomocy psychologicznej i psychiatrycznej, to według świata nie należy się tym niepokoić. Taki on jest i taki być musi. Nie ma alternatywy. Oto jego mądrość.

Duch błogosławieństw. Kiedy więc św. Paweł przychodzi do świata z alternatywą, jest w wielkim lęku. Ma bowiem do ogłoszenia Kogoś kompletnie odstającego od świata, a w dodatku ukrzyżowanego. Wytłumaczenie ludziom, że Jezus naprawdę ma do zaoferowania zupełnie inną, wartościową mądrość, pochodzącą od Boga, tak wtedy jak i dziś graniczy z cudem. Ludzie nie wierzą, bo nie czują innego ducha niż duch świata, nie rozumieją ducha głoszonych przez Jezusa błogosławieństw. A duch błogosławieństw jest portretem Boga, stylem życia Boga i Jezusa, gdy przychodzi na ziemię. Jest on przeciwieństwem ducha świata. Z czego to wynika? Z tego, że duch świata narodził się w warunkach panowania grzechu i postępowania wbrew Bogu. Tymczasem Jezus przyszedł na świat właśnie po to, by zaszczepić na nim ducha Bożego, a stopniowo wyplenić ducha świata. Jakie są te kluczowe wartości ducha Bożego według Jezusa? Ubóstwo w duchu, a więc nie przywiązanie się do bogactw świata. Zgoda na to, że odrzucając ducha świata będzie się często z nim w konflikcie, a w efekcie będzie się żyło w smutku a czasem nawet w płaczu. Zgoda na cichość serca, zamiast przebojowości. Cichość osłabia naszą pozycję w świecie, ale za to zdecydowanie zbliża do Boga. Dalej zgoda na to, że w świecie nie ma sprawiedliwości i raczej trudno ją zaprowadzić ludzkimi siłami, a mimo tego nie należy rezygnować z niej ale jej łaknąć i spodziewać się, że ostatecznie Bóg ją zaprowadzi. Ponadto miłosierdzie i przebaczenie dla ludzi, którym warto się kierować mimo, że oni czynią zło, czasem nawet bardzo wielkie. I wreszcie dążenie do tego, by mieć czyste serce, bo tylko wtedy można będzie oglądać Boga twarzą w twarz.

Oto jest Boży program na życie. Ale jak z takim programem stanąć przed światem i jego sojusznikami? A jednak Jezus stanął z nim na świecie i wycierpiał od świata. Przez taki program właśnie stał się ukrzyżowanym i ostatecznie zwyciężył świat zmartwychwstając. I jakże z takim Jezusem – ukrzyżowanym, cichym i pokornego serca, stanąć przed Grekami i przed współczesnym, zdechrystianizowanym światem?

Siła Ukrzyżowanego. Chrystus zwyciężył mimo ukrzyżowania a raczej dzięki ukrzyżowaniu, bo właśnie dzięki temu Bóg wskrzesił Go z martwych do życia. Jezus się poddał woli Ojca, by iść na krzyż i ta śmierć zmieniła tak wiele, że stało się możliwe zmartwychwstanie. Wyjaśnijmy zatem, co ta śmierć zmieniła. Przede wszystkim stało się to, co zapowiedział Izajasz - że zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody (Iz 25,7) i odsłoni rozmiar grzechu w świecie i w ludzkich sercach. O rozszerzającym się po świecie grzechu mówiły już pradzieje biblijne. Pokazywały, jak po grzechu odrzucenia Boga przez Adama i Ewę rozpanoszyły się zabójstwa i ludzka samowola. Dziś możemy oglądać rozszerzenie się zła jeszcze dalej, dzięki rozwojowi środków technicznych. Mamy już nie zabójstwa a wielkie wojny, ludobójstwa i masowe zabijanie dzieci. Już nie cudzołóstwa a programowe niszczenie rodziny. Już nie kradzieże a niesprawiedliwy podział dóbr. Już nie kłamstwa, a zafałszowanie obrazu dobra i zła, utrata relacji z Bogiem i zapaść relacji międzyludzkich. Przez grzech wyrządzamy krzywdę sobie i jedni drugim, a nam wszystkim największą krzywdę wyrządza zły duch. Im kto jest bliżej Boga, tego tym silniej on atakuje i nie oszczędza nikogo, zwłaszcza ludzi Kościoła. Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł (1Kor 10,12), jak pisze św. Paweł.

Znać dobro i zło. I co w tej sytuacji? Czy Syn Boży ma przyjść do wszystkich czyniących to monstrualne zło aby ich osądzić i skazać. Właściwie tak powinien. A jednak Bóg chce nas zbawić, nie potępić. Dlatego nie przychodzi do świata jako sędzia i kat winowajców. Przychodzi do ślepych i nieświadomych ofiar grzechu tak, by pokazać na sobie, jak to jest stać się ofiarą grzechu, byśmy jego niszczącą siłę zobaczyli, by nam pokazać jak odrażający jest grzech. Żebyśmy wreszcie go znienawidzili. To jest siła Ukrzyżowanego. Znosi na sobie ból grzechu, byśmy grzech poznali nie tylko w wersji atrakcyjnie polukrowanej przez złego, ale w wersji Bożej, prawdziwej i tragicznej. Dla prawdy o złu i dobru, czym są i jak można jedno odrzucić a za drugim iść, Jezus poświęca się w ofierze. I to odważne stanięcie w szranki z szatanem, by zedrzeć z oczu i sumień ludzkich zasłonę jest ową niezwyciężoną siłą Ukrzyżowanego. O tajemnicy znajomości dobra i zła mówi Bóg na początku Objawienia. Pokazuje, jak Bóg stwarza istoty podobne do Siebie pod względem wolności, znające dobro i zło, i mogące je czynić, ale mimo wszystko jak Bóg nie czyniące zła, lecz w wolności wybierające dobro. I tego naśladowania Boga w dobru człowiek ma się nauczyć. Ale, że człowiek ma świadomie wybierać dobro a odrzucać zło, Bóg dopuszcza na niego, by poznał i jedno i drugie. By zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła, i poznawszy dobro w Bogu poznał także zło w Jego odrzuceniu, by w końcu jedno wybrać a drugie znienawidzić.

Po to właśnie przychodzi Jezus. Naucza ludzi i okazuje im miłość. Umiera wraz z nimi na krzyżu z powodu ich grzechu i zmartwychwstaje z nimi, by ich od grzechu uratować. Tak właśnie pokazuje dobro, jakie czyni sam i jakiego nikt z ludzi nie czyni, i pokazuje też zło, jakie szatan i ludzie wyrządzają Jemu i sobie samym. Jezus ukazuje straszliwy ból, jaki na świat sprowadza grzech, byśmy wreszcie to zobaczyli i oprzytomnieli. A jednak, niestety i na szczęście, to do nas należy ostatnie słowo. To my, patrząc na świat i na Jezusa, musimy rozpoznać, co jest nam potrzebne do zbawienia, a co nas od zbawienia oddala. Nikt tego za nas nie zrobi, chociaż Jezus stale na nowo pokazuje nam dobro i zło, i daje Ducha Świętego, byśmy przejrzeli na oczy i by On mógł nas uratować. 

Diakon Jan

środa, 18 stycznia 2023

WDZIĘCZNOŚĆ

Jezusa wdzięczność Ojcu. Zwróćmy się najpierw ku wzorom wdzięczności. Pierwszym z nich jest Jezus – Syn Boży w ciele. On czyni wiele znaków i cudów dla ludzi, ale nigdy nie działa sam, lecz zawsze z Ojcem. Dlatego, kiedy chce uczynić dobro dla ludzi, wtedy zawsze powołuje się na swoją jedność z Ojcem, na to, że On chce tego dobra jako Syn i prosi o to też Ojca, a Ojciec zgadza się - wysłuchuje Go. Ale ponieważ On jest Bogiem równym Ojcu, dlatego czyni to własną wolą i mocą i za razem za przyzwoleniem Ojca i Jego mocą. Tak było w przypadku wskrzeszenia Łazarza. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie tłum to powiedziałem, aby uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś (J 11,41-42).  Jezus prosi Ojca i zaraz ma na to dzieło zgodę Ojca. Jest to trudne do zrozumienia dla ludzi, bo nie umiemy zrozumieć jak to jest być jedno a jednocześnie być osobnymi Osobami. Dlatego Jezus tak się zachowuje jak napisał Jan, żeby objawić i wyjaśnić ludziom, kim On jest i jak On działa i zarazem jak działa Ojciec. Jezus prosi Ojca o wskrzeszenie Łazarza, czego w tekście nie widać, bo Jezus jest wewnętrznie jedno z Ojcem i Jego wola jest wolą Ojca. A potem Jezus zaraz dziękuje Ojcu. Czyni to głośno, by ludzie zrozumieli, że Ojciec też działał tu na prośbę Jezusa i że Jezus ma podstawy do wdzięczności. Jednak Jezus podkreśla, że w Jego przypadku, Ojciec zawsze wysłuchuje, a i, jak widać, zawsze też otrzymuje od Syna wdzięczność.

Jest to wspaniały wzór dla nas. I my także, gdy poczuwamy się do uczynienia dobra komuś, nie możemy tego robić sami, ale potrzebujemy współdziałania Boga. Jeżeli to, czego chcemy, jest zgodne z wolą Boga (co w przypadku Jezusa ma miejsce zawsze),  wtedy Bóg działa z nami a my jesteśmy wezwani zaraz do podziękowania Mu. W wielu przypadkach możemy też powiedzieć – wiem, że zawsze mnie wysłuchujesz, gdy chodzi o dobro, które odnosi się do zbawienia ludzi. Takimi sprawami zajmował się Jezus, a i my powinniśmy tak prosić Ojca. Na przykład o dobro dla bliźnich, które dotyczy ich zbawienia i życia wiecznego, a nie tylko doczesnej pomyślności, jak to często robimy. Wzorem takiej prośby, którą Bóg zawsze wysłuchuje jest modlitwa „Ojcze nasz” i pewnie gdyby Jezus jej nam nie objawił, sami z siebie modlilibyśmy się przede wszystkim - „oby nam się dobrze wiodło” i dziękowali tylko, gdy Bóg zadziała po naszej myśli. A byłby to koszmar a nie proszenie i wdzięczność.

 

Magnificat. Wdzięczność Matki Bożej. Drugim wzorem wdzięczności dla nas jest Matka Boża. Ona otrzymała swój największy i właściwie jedyny, całkowity i ostateczny dar w dniu zwiastowania. I kiedy poszła spotkać się z Elżbietą, mogła wyśpiewać przed nią swoją całą wdzięczność Bogu. Jej wdzięczność jest uwielbieniem Boga za to, co się dokonało w jej życiu. A kwintesencją tego, co się dokonało jest, że Bóg wejrzał na jej uniżenie, na jej postawę służebnicy. Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu zbawcy moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy. Maryja raduje się w Bogu, jest Mu wdzięczna, że wybrał sobie ją, najmniejszą z niewiast, nie mającą pozycji na świecie, powołał ją wbrew ludzkim obyczajom małżeńskim, zbawił od zła i uczynił matką Mesjasza. Jest Mu wdzięczna za to, że w jej życiu uczynił tak wielkie rzeczy, że uczestniczy w zbawczym dziele Mesjasza, które będzie owocowało dla wszystkich i z tego powodu wszyscy, wszystkie pokolenia będą jej dziękować i ją błogosławić. To właśnie śpiewa w słowach: Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest Imię Jego. Maryja wychwala świętość Boga, która przejawiła się w jej życiu i to jest najczystsze uwielbienie Świętego przez świętą.

Dalej Maryja dziękuje Bogu za to, że miłosierdzie Jego z pokolenia na pokolenie dla wszystkich, którzy się Go boją. Za to, że przez wszystkie pokolenia będzie działała miłosierna, przebaczająca miłość Boga wzbudzona dzięki misji jej Syna. Proroczo zapowiada miłosierdzie i przebaczenie dla świata, bo już je widzi i już Bogu dziękuje za nie. Ta pieśń Maryi jest podziękowaniem za to, czego jeszcze nie ma, ale co się właśnie zaczyna w chwili poczęcia Jezusa. Maryja już to widzi, już czuje i woła z wdzięcznością, ogłaszając spełnienie się zapowiedzi Starego Testamentu. Bóg wiele zapowiedział i mówił też o mocy swego ramienia, a teraz, gdy przychodzi Jezus, ta moc ramienia Bożego się objawia, okazuje, jak zostało powiedziane: okazał moc swego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich, strącił władców z tronów a wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami a bogatych z niczym odprawił. To się właśnie zaczyna realizować, co zostało zapowiedziane po wielokroć, że wykonawcą dzieła zbawienia ludzi jest moc Boża, a nie ziemscy władcy i bogaci, możni tego świata, pyszniący się swoimi zamysłami. Jest to prawdą absolutnie wbrew światu, który nie rozumie, że trwałe, prawdziwe dobro dokonywane jest tylko mocą Boga i przez tych, co nie mają doczesnej, ludzkiej siły, ale są pokorni, uniżeni i na tym świecie głodni, bo niedoceniani. Maryja wyśpiewuje pieśń uwielbienia Boga jako pierwsza z maluczkich Boga, z Jego dzieci, których świat nie zna ani nie docenia. Jedynie ona jest prawdziwie wdzięczną Bogu Jego służebnicą, bo jedynie ona ma jasne widzenie, jaka jest siła pokornej uniżoności. Świat uniżoności nie rozumie, a ci którzy jej doświadczają, zaczynają czuć uczestnictwo w Bogu i przekonują się, że uniżone służebnice istotnie mają, jak Maryja, podstawy do ogromnej wdzięczności. Maryja służebnica nagle widzi, że dokonuje się to, na co Izrael czekał wieki, że wreszcie Bóg ujął się za sługą swoim Izraelem pomny na swe miłosierdzie, jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na wieki. Wreszcie spełniają się zapowiedzi, na które czekali wszyscy. Możni ich nie rozpoznali, ale ona rozpoznała i teraz właśnie wdzięczność swą wyśpiewuje.

Uniżenie a wdzięczność. Jezus uczynił rdzeniem Ewangelii właśnie owo wołanie – jeśli nie staniecie się jak dzieci, jak ubodzy w duchu, jak pokorni, jak łazarz w przeciwieństwie do bogacza, nie wejdziecie do królestwa Bożego. Lecz świat tego nie rozumie, bo nie widzi ani nie zna mocy Boga i tego jak jedynie można się jej poddać. A zna Boga i Jego moc tylko ten, kto jest na tyle mały, pokorny, ubogi, że całe miejsce w swoim życiu pozostawia Bogu i Go nie zasłania sobą. Tak czyni właśnie Maryja.

Jezus mówi o takiej postawie pokory bardzo dużo w Ewangelii. Mówi, by we wszystkim, co czynimy, czuć się sługą, który wykonał, co do niego należało, a nie karmił się zadowoleniem, ziemską chwałą, podziękowaniami ludzi, docenieniem, ziemskim sukcesem i tym podobnymi sposobami przywłaszczania sobie zasług za to, co uczyniliśmy mocą Boga. Jeżeli nie widzimy, że wszystko otrzymaliśmy i, że wszystko jest Bożym darem, że do wszystkiego potrzebujemy Boga by to wykonać, to nie widzimy istoty świata i jesteśmy ślepcami z Ewangelii. Jeżeli widzimy zasługę po stronie Boga, to niczego nie tracimy a wszystko zyskujemy, przede wszystkim to, że jesteśmy bogaci w więź miłości z Bogiem i mamy do dyspozycji cały cudowny Boży świat.

Pan Jezus wzywa nas, abyśmy w swej uniżoności, nie wybierali sobie miejsc, ani zaszczytnych, ani też dyktowanych przez kompleksy. Bo pychą jest wynoszenie się nad innych, ale też nieuporządkowaniem jest dołowanie się, że jesteśmy najgorsi. Jezusowi chodzi o to, by w ogóle nie oceniać, ani siebie, ani innych, lecz być sługą gotowym na wszystko, co zaoferuje mi Bóg i Jemu pozostawić wszelkie oceny. Pismo też przestrzega, by w najmniejszym stopniu nie bać się Boga. Przypomnijmy sobie, jak Dawid nie mając czystego sumienia otrzymał do wyboru poddać się pod osąd i karę ludzką, albo Bożą. I wybrał Boga. Zawsze najgorsze, co może nas spotkać, to dostanie się w ręce ludzi, a najlepsze dla nas jest to, jak patrzy na nas Bóg. On patrzy łaskawie i miłosiernie, chociaż sprawiedliwie i nie trzeba się bać dostać w Jego ręce. Nic lepszego nie może nas spotkać, jak los pokrzywdzonego łazarza oczekującego całej sprawiedliwości od Boga. Natomiast nic nie znaczą zaszczyty i władza, jakie miał bogacz. Maryja jest tą, która to zrozumiała najpełniej.

Czy rozumiemy teraz, dlaczego Jezus tak wysoko ocenił postawę jednego z dziesięciu trędowatych, tego który podziękował? Zaś Naaman uzdrowiony z trądu przez Elizeusza za natchnieniem Ducha uczynił to, co największego można zrobić dla Boga z wdzięczności – można uczcić Go, uwierzyć w Niego i pokochać Go.

A więc dziękować, dziękować, dziękować…

A jakie będą owoce naszej wdzięczności? Po pierwsze - wzmocnienie naszej wiary, z czasem nawet po granice pewności. Po drugie - coraz lepsze poznanie Boga, widzenie tego, że On naprawdę zwycięża zło wokół nas. I wreszcie - doświadczenie, że będąc uniżonym i wdzięcznym jestem przez Boga błogosławiony i miłowany jak Maryja. Ta postawa nas utwierdza w tym, że nasza droga biegnie we właściwym kierunku.

dk Jan

OTO MÓJ SYN UMIŁOWANY

Zapowiedź.

Bóg wybiera sobie Człowieka, Jezusa, który jest jego Synem i ma On wykonać na ziemi wyznaczone przez Boga zadanie. Jezus jest Człowiekiem i Bogiem a więc niepodobny do świata pod względem grzeszności. Nie stosuje przemocy ani gwałtu, jest cichy i pokorny sercem, a jednak nieustępliwy i skuteczny w wypełnianiu swoich zadań (Iz 42,1-4). Jak to możliwe? Jest możliwe, ponieważ Jezus nie osiąga swoich celów tylko ludzkimi siłami, ale otrzymuje od Ojca Ducha Świętego, w pełni współpracuje z Nim i działa Jego mocą. Dzięki temu wewnętrznemu ubogaceniu Duchem wykonuje rzeczy, które przekraczają możliwości kogokolwiek z nas. Przynosi ład Boży na ziemię i utrwala go. Przy tym kieruje się zupełnie innymi zasadami niż ludzie – nie łamie trzciny nadłamanej, nie dogasza tlejącego się knotka (Iz 42,3), to znaczy walczy o uratowanie i odmienienie serca każdego człowieka, nawet znacznie nadszarpniętego przez zło. Taka postawa Jezusa bardzo różni Go od nas. Jezus nieskończenie przebacza i chętnie cierpi, aby dotrzeć do serc wszystkich grzeszników. My, należący do świata zniekształconego przez zło, nie rozumiemy takiego postępowania Boga. Za zło innych domagamy się kary a nawet odwetu, tymczasem Boży Zbawiciel nie chce potępić ale uratować wszystkich. Nasza mściwość i zawziętość jest skutkiem naszego grzechu. Okazuje się, że w głębi serc cały świat, aż po krańce (wyspy (Iz 42,4)) nie potrzebuje niczyich represji, ale przebaczenia i oczyszczenia z grzechu. Boska, wyjątkowa miłość, wrażliwa na ludzki grzech, jest w głębi serc naszych upragniona, ponieważ grzech jest naszym nieszczęściem i głęboką raną ludzkiej natury. Ona w zamyśle Bożym ma być zupełnie inna.

Jezus.

Dlatego na świat przychodzi taki Mesjasz, nie inny, wyrastający ponad nas i niezrozumiały dla grzeszników, rzec można szalony w swej dobroci i konsekwentny oraz bezkompromisowy w walce ze złem jak nikt. On rodzi się i żyje wśród biedaków, a kiedy kończy trzydzieści lat zaczyna publiczną działalność. Jej początkiem jest stanięcie nad Jordanem wśród tłumów skupionych wokół Jana Chrzciciela, które, wyczuwając nadchodzenie czasów Mesjańskich, próbują się nawrócić. Słuchają nauki Jana i przyjmują od niego chrzest nawrócenia połączony z wyznaniem grzechów. Kiedy wśród grzeszników pojawia się Jezus, Jan czuje, że Jezus nie potrzebuje chrztu. A jednak Jezus chce przyjąć  ten chrzest. W tym chrzcie Jezus nie wyznaje grzechów, bo ich nie ma, nie przychodzi po oczyszczenie siebie, tylko po to, by przyjąć na siebie nasze grzechy. Ten chrzest jest dla Jezusa czegoś zapowiedzią.

On w Jordanie zanurza się w ludzki grzech, przyjmuje go na siebie. Staje się z własnej woli brudny naszymi grzechami i jak wielki „grzesznik” stoi solidarnie wśród grzeszników. Oto dlaczego każe się Janowi ochrzcić chrztem obmycia z grzechów. Bo ma na sobie grzech – nasz grzech. I z naszym grzechem na karku zaczyna misję zbawienia nas. Misja ta będzie polegała na usunięciu naszego grzechu z siebie. Dla jego usunięcia Jezus poświęca się, składa ofiarę z siebie. Jak wyjaśnia św. Paweł (Rz 6,1-11) Jezus umiera mając na sobie nasze grzechy, by razem z Nim i one umarły – by zostały unicestwione. Kiedy krótko po śmierci Jezus zmartwychwstaje, wtedy wraca do życia z Bogiem i z nami już wolny od naszego grzechu, a tym samym i my stajemy się wolni od naszego grzechu. Unicestwiony nasz grzech przestaje nas oddzielać od Boga. Tak ilustruje to św. Paweł, a scena nad Jordanem ilustruje to samo. Śmierć Jezusa pod ciężarem naszego grzechu jest jak zanurzenie się w brudną wodę, gdzie nurzają się wszyscy grzesznicy. A kiedy Jezus wychodzi z tej wody, jest już czysty, wolny od naszego grzechu. Jest  zmartwychwstały, zaś nasz grzech zabiera brudna woda. Ten chrzest zanurzenia się Jezusa w Jordanie ilustruje i zapowiada Jego śmierć i następujące po niej natychmiast (Mt 3,16) zmartwychwstanie. Dlatego właśnie, kiedy zbliżała się godzina śmierci Jezusa, powiedział On apostołom - Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. (Łk 12,50)

Przeczytajmy zatem opowiadanie o chrzcie Jezusa. Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć od niego chrzest. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły się nad Nim niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego. A oto głos z nieba mówił: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. (Mt 3,14-17)

Duch Święty i Ojciec

Chrzest Jezusa w Jordanie jest proroczym wydarzeniem zapowiadającym oczyszczenia Jego i nas z grzechów, jest więc też zapowiedzią naszego chrztu. Nasz chrzest jest owocem śmierci i zmartwych­wstania Jezusa dla naszego odkupienia. To do nas stosują się słowa Jana Chrzciciela – to ja potrzebuję chrztu od Ciebie. (Mt 3,14) Zamiarem dobrego, sprawiedliwego Boga jest, byśmy byli zbawieni, by Jezus zmył nasz grzech, a my, przyjmując chrzest, byśmy z tego zmycia świadomie skorzystali wierząc w Jezusa jako Zbawiciela. Bóg chce obmyć wszystkich, dlatego poświęca własnego Syna. A kiedy nas obmyje, napełnia nasze serca Duchem Świętym. Duch zstępuje na nas tak, jak zstąpił na Jezusa nad Jordanem. I nie chodzi o to, że Duch pokazuje się na chwilę, ale o to, że On zstępuje i zamieszkuje w sercu nawróconego i ochrzczonego tak jak w sercu Jezusa. Odtąd wierzący stale przebywa z Duchem Świętym, o ile nie zaniedba swojego życia ponownie grzesząc. Celem naszego przebywania stale w jedności z Duchem Świętym jest kształtowanie naszych serc do ostatecznej czystości i podobieństwa do Boga niezbędnego do oglądania Boga w życiu wiecznym. (Mt 5,8) Duch Święty jest drugim, po obmyciu z grzechów, darem dla ludzi nawróconych. A trzecim darem jest jeszcze dziecięctwo Boże. Ojciec nazywa Jezusa swoim umiłowanym Synem i to umiłowanie spływa także na nas ochrzczonych, bo Jezusa swój chrzest przyjmował dla nas, by spłynęły na nas wszystkie jego konsekwencje. Tak więc Bóg przekreślając nasz grzech przywraca nam utracone dziecięctwo Boże i odtąd mówi o nas jak o Jezusie – dziecko umiłowane, w którym mam upodobanie. (Mt 3,17)

To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.

Ostatecznym, pełnym owocem nawrócenia i chrztu jest więź miłosna z Bogiem na wzór Jezusa. Na początku drogi zbawienia Ojciec nazywa umiłowanym tylko swojego Syna, w którym ma pierwotne, najgorętsze upodobanie. Jednak Jezus odwzajemnia Ojcu tę miłość nie tylko w swoim imieniu ale także w naszym. Po to nas obmył z grzechu, byśmy stali się zdolni najpierw do nawrócenia i uwierzenia w Niego jako Zbawiciela, potem przyjęcia Ducha Świętego, a ostatecznie dzięki Duchowi do czegoś znacznie większego - do pokochania Jezusa na wzór kochającego Go Ojca, a nawet do pokochania Ojca na wzór Jezusa. Miłość to szczyt naszego powołania. Do miłości Jezus prowadzi uczniów, gdy wyrusza z nimi znad Jordanu. Tam był początek – wiara i chrzest, natomiast koniec Jezus objawia po zmartwychwstaniu, kiedy nad Jeziorem Genezaret zadaje Piotrowi pytanie – Szymonie synu Jana, czy miłujesz mnie[…]? (J 21,15)

Na to trudne pytanie Jezusa apostołowie przez całe życie uczyli się odpowiedzi. Bo człowiek długo dojrzewa do takiej czystości serca, by wreszcie mógł powiedzieć – Jezu kocham Cię. Przykładem dojrzałego serca jest umierający niedawno papież senior Benedykt XVI, który te właśnie słowa wypowiedział jako ostatnie na łożu śmierci, kiedy Jezus nadchodził, by go zabrać do Siebie. I nam Jezus też stawia to samo pytanie. Stawia je nam przez całe nasze życie, aż doczeka się odpowiedzi. Dziecko, czy ty mnie miłujesz? Nikt z nas tego pytania nie uniknie, bo celem naszego życia jest pokochanie Boga przez Jezusa, choć po różnych drogach do tej miłości idziemy.

dk. Jan