środa, 22 grudnia 2021

REKOLEKCJE ADWENTOWE LAS BIELAŃSKI 2021

 3.  CO MAM CZYNIĆ, JAK ŻYĆ,

CO JEST NAJWAŻNIEJSZE?

Fundamentalne pytania. Czas był niespokojny. Do Jana Chrzciciela przychodziło wielu ludzi – bogatych i biednych, celników pobierających daninę dla rzymskiego okupanta i żołnierzy służących okupantowi, a Jan odpowiadał każdemu, niezależnie od orientacji – postępujcie uczciwie i nikogo nie krzywdźcie (por. Łk 3,13-14). Potem wystąpił publicznie Jezus i Jemu tym bardziej zadawali te same pytania - jak żyć, co czynić, by osiągnąć życie wieczne? (Mt 19,16-19). I Jezus  odpowiadał podobnie – zachowuj przykazania zapisane w Prawie Mojżesza! A jednak Jezus dodawał jeszcze swoje własne wymaganie: ponad wszystkim, co posiadasz, postaw Mnie, uwierz Mi i pójdź za Mną. Dzisiaj, po dwóch tysiącach lat, kiedy znamy już odpowiedź Jana i odpowiedź Jezusa, nadal nurtują nas wątpliwości i pytamy współczesnych mistrzów duchowych – ale co mamy czynić, aby wybrać Jezusa i pójść za Nim, bo nawet to jakoś trudno nam dziś zrobić? Wtedy mistrzowie duchowi znający już Mojżesza i Jana, i Jezusa odpowiadają nam: potrzeba wam mało albo tylko jednego - zacznijcie się modlić,   codziennie, wytrwale, do Boga albo do Matki Najświętszej, bo najważniejsza w waszym życiu jest modlitwa. Te i podobne wskazówki powtarzają wszyscy mistrzowie duchowi. Mówi je także największa Mistrzyni – Matka Boża  w swoich objawieniach – NAJWAŻNIEJSZA W WASZYM ŻYCIU JEST MODLITWA!

Aby pójść za Bogiem, trzeba Go poznać i zrozumieć, a potem po prostu przywiązać się do Niego, polubić Go, zacząć czuć się z Nim dobrze i zaufać Mu. Zatem, aby spełnić wezwanie Jezusa, trzeba zbliżyć się do Niego, nie tyle do Kościoła, do którego miewamy różne zastrzeżenia, ile do Jezusa osobiście. On musi stać się dla nas zrozumiały, potem stać się naszym autorytetem, wreszcie, co jest najważniejsze, stać się kimś bliskim i kochanym. Tylko wtedy będziemy gotowi wiele dla Niego poświęcić. Ale żeby Jezus stał się bliski i kochany, potrzebujemy mieć z Nim kontakt, zacząć z Nim obcować, rozmawiać, a to oznacza właśnie modlitwę. Modlitwa jest dwukierunkową komunikacją z Bogiem, z Jezusem, z Matką Bożą, nawet ze świętymi, żywą relacją, a nie tylko wypełnianiem formalności. Do relacji z Bogiem mamy wszystko przygotowane – On sam to wszystko nam przygotował. Najpierw oddalił wyroki na nas (So 3,15), gdy przez Krzyż i zmartwychwstanie zgładził nasze grzechy i usunął nam z drogi nieprzyjaciela (So 3,15) – złego ducha. Usunął go to znaczy uniemożliwił mu zagarnięcie nas dla siebie, na potępienie. By tego dokonać, Bóg przyszedł na świat jako człowiek, stał się jednym z nas i zamieszkał między nami (J 1,14). Mamy zatem Boga bliskiego, ludzkiego jak my i możemy zdać się na Niego całkowicie, uchwycić się Go i będąc z Nim nie bać się zupełnie złego ducha. Mało tego, kiedy my mamy Go dla siebie, wtedy  On cieszy się nami, że nas ma, że nas odzyskał. Unosi się weselem nad nami (So 3, 17) i na nowo buduje swoją miłość do nas, po tym, jak stracił przystęp do nas przez nasz grzech. Bóg cieszy się, że grzech znów nie odgradza nas od Niego. Ze strony Boga wszystko jest gotowe, a teraz „piłka jest po naszej stronie”., teraz potrzeba byśmy ze swej strony odblokowali się przed Nim i zaczęli czerpać z Jego źródła miłości.

Jak zacząć? Abyśmy zaczęli czerpać potrzebujemy przyjść do Boga i wejść w kontakt  z Nim, wiedząc że On na nas czeka. Co mamy więc czynić, aby tak zacząć? Odpowiedź jest jedna – PODJĄĆ MODLITWĘ. Niech ona przestanie być dodatkiem do innych, ważnych aktywności, ale stanie się jedną z naszych głównych aktywności. Modlitwa naprawdę nie wymaga zrezygnowania z czegoś, co jest ważne dla życia doczesnego, nie stoi w kolizji z czymś, co jest nam do życia konieczne, nawet z naszym odpoczynkiem. Odpoczywać też możemy w bliskości z Bogiem. Potwierdzą to nam ludzie, którzy Boga poznali a niczego z tego powodu nie stracili, raczej przeciwnie - wszystko zyskali. A jest ich tak bardzo wielu.

Na czym zatem budować modlitwę? Zwykle budujemy ją na naszych potrzebach. Paradoksalnie dobrze jest, kiedy sobie z czymś nie radzimy i potrzebujemy pomocy Boga. A przecież Boga potrzebujemy zawsze, czasem tylko nam się wydaje, że sami sobie ze wszystkim radzimy i jesteśmy samowystarczalni i wtedy Boga nie szukamy i nie zwracamy się do Niego. Zatem powody naszej modlitwy bywają dwa, stojące na przeciwległych biegunach. Jeden to nasze bolesne potrzeby - choroby, braki, obawy, natomiast drugi to nasza miłość do Niego. Oczywiście istnieją też sytuacje pośrednie, kiedy oba czynniki odgrywają rolę. Najczęściej pierwszym bodźcem do modlitwy jest nasza słabość, wtedy zaczynamy kierować do Boga prośby. Taki schemat modlitwy dominuje w naszym dzieciństwie. Po jakimś czasie dopiero z modlitwy nie kończących się próśb wyrośnie modlitwa dojrzalsza, wynikająca z potrzeby serca i miłości.

Wdzięczność. Co więc mamy czynić, aby zacząć się modlić? Po pierwsze prosić o to, czego nam potrzeba, choć i to wcale nie jest takie proste. Zły duch przeszkadza nam i zwodzi. Dlatego trzeba uważać, by nie dać się mu oszukiwać. On będzie podsuwał nam różne myśli dezorganizujące modlitwę. A to rozpraszał codziennymi sprawami, a to podsuwał myśl, że nie wypada zawracać Bogu głowy błahostkami. Podpowie też, że wysłuchanie naszej modlitwy było pozorne, bo w rzeczywistości doszło do tego przypadkiem. Albo, rzuci myśl, że Bóg wysłuchał nie nas, ale innych, bardziej zasłużonych, którzy też się modlili w tej samej sprawie, bo nasza modlitwa jest dla Niego nic nie warta. Wszystko to są zawsze kłamstwa złego. Bóg bowiem kocha każdego i każdego wysłuchuje i z reguły daje mu więcej, niż to, o co prosi, jak synom Zebedeusza (Mk 10,35-40). Trzeba tylko dobrze się darom Bożym przyjrzeć. Początkujących w modlitwie bardzo łatwo szatan zwodzi. Trzeba być wytrwałym i trzymać się wskazań Jezusa oraz mistrzów duchowych. Podstawowym sposobem, by nie słuchać złego ducha podczas modlitwy, jest wzbudzanie w sobie wdzięczności za dobro, które od Boga otrzymaliśmy. Ta wdzięczność upewni nas, że Bóg naprawdę słuchał nas i rzeczywiście nas kocha. Św. Paweł zachęca do radosnej wdzięczności, że Pan jest blisko i daje nam do serc pokój i łagodność (Flp 4, 4-7).

Modlitwa wdzięczna zawsze staje się szkołą zaufania do Boga. Jeśli dziękujemy za to, że wcześniej nas wysłuchał, wówczas zyskujemy zaufanie, że on naprawdę wysłuchuje, a wtedy z większą wiarą prosimy o kolejne nasze potrzeby i widzimy coraz wyraźniej, że On nas wysłuchuje. I tak przez modlitwę wzrasta nasza wiara, a przez wiarę zmniejsza się lęk. Stopniowo przestajemy zbytnio się troskać i rodzi się w nas Boży pokój przewyższający wszelki ziemski pokój oparty na rozumowych uzasadnieniach (Flp 4,4-7). Tylko warto pamiętać, że te przemiany w naszych sercach dokonują się stopniowo i czasem zatrzymują się, bo zły z zaciekłością atakuje, byśmy się znowu jego przestraszyli i w Boga zwątpili.

Duch Święty. Jan Chrzciciel zapowiadał, że Jezus chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem (Łk 3,16). Istotą dzieła, które Jezus uczynił dla świata, jest obdarowanie go Duchem Świętym. Jezus umarł na Krzyżu i zmartwychwstał po to, aby nas uwolnić od grzechu i mocy złego ducha, a potem wolnych wyposażyć w Ducha Świętego. On jest Bogiem mieszkającym w naszych sercach i doprowadzającym do końca nasze przygotowanie do wejścia do Królestwa Bożego. Działanie Ducha w świecie ma ludzi odkupionych przez Jezusa doprowadzić do czystości serc, by u kresu mogli oni oglądać Boga (Mt 5,8). Posiadanie Ducha Świętego jest największym skarbem odkupionej ludzkości. Tylko, że na razie posiadanie Ducha przez ludzi jest jeszcze bardzo niepełne. Nie wszyscy bowiem uwierzyli w Jezusa i nie wszyscy poddają się działaniu Ducha. Ale zgodnie z proroctwem Joela zostanie to dopełnione (Jl 3,1-2)

A jednak w tych, którzy przyjmują działanie Ducha, staje się On przede wszystkim siłą do modlitwy. Bowiem cała nasza więź z Bogiem jest nie tylko nasza, ale głównie jest życiem sprawianym w naszych sercach przez mieszkającego w nich Ducha Świętego. Jan Chrzciciel zapowiadał, że przyjdzie mocniejszy od niego, który będzie wylewał na ludzi Ducha Świętego (Łk 3,16). Ten Duch będzie w nich tchnieniem życia (Rdz 2,15), źródłem w doczesności i wieczności, a także będzie ogniem. Życie, jakie daje Duch, jest przede wszystkim życiem modlitwy. To On budzi w nas pragnienie modlitwy i wdzięczność za modlitwę. Wszystko, o czym napisaliśmy wyżej, że potrzeba modlitwy budzi się w nas, że staje się ona dla nas coraz ważniejsza, że potrzebna jest wytrwałość, aby w niej wytrwać i że najpierw modlimy się bardziej dla siebie a potem bardziej dla Boga - to wszystko jest w nas dziełem Ducha Świętego.

Dlatego dobrze jest zaczynając modlitwę wołać Ducha Świętego i wzbudzać w sobie ufność, że to On będzie się w nas modlił. Słowem trzeba poddać się Duchowi Świętemu, a wtedy On sprawi, że stopniowo modlitwa stanie się coraz mocniejszym kręgosłupem naszego życia, będziemy nią oddychać, jak w modlitwie Jezusowej. Jednakże  Duch Święty jest dla nas także ogniem, czyli mocą oczyszczającą. Ogień najpierw wypala to, co słabe i grzeszne, i co przeszkadza modlitwie, wypala uleganie kłamstwom złego ducha, wypala lęki, pychę, lenistwo. Natomiast potem, po wstępnym oczyszczeniu, ogień rozgrzewa nas do wytrwałości, wdzięczności, radości i pokoju. Wszystko to sprawia Duch Święty, nie trzeba nad tym samemu pracować tylko współpracować z Duchem, wołać Ducha i prosić Go o oczyszczenie i o życie. Ważne jest, by nie bać się tak prosić, by mieć odwagę prosić o trudne, bo On nas kocha i wie co robi z nami. Najpierw więc Duch niech będzie w nas oczyszczającym ogniem, a potem oddechem orzeźwiającym . To właśnie jest najpełniejszym sposobem wchodzenia w modlitwę, drogą do tego, by stawać się ludźmi modlitwy.

Podsumowanie. Zatem, gdy tylko odzywa się w nas pragnienie i potrzeba tego, by zwrócić się do Boga – ponieważ się boimy, mamy niepokój, jesteśmy chorzy - nie wahajmy się natychmiast zwrócić się do Boga. Prośmy o pomoc Ojca, Jezusa albo Maryję. Mamy potrzeby, z którymi często nie wiemy, co zrobić. Jak zacząć? Wtedy zwróćmy się natychmiast do Boga w modlitwie, we Mszy Św., potem spytajmy spowiednika, pomocnika duchowego, poprośmy o modlitwę wstawienniczą, zapytajmy kogoś z charyzmatem. Taka pomoc nas ukierunkuje. Zaczniemy się modlić, a wtedy wszystko potoczy się dalej „samo”. Naprawdę! Bóg, który zapoczątkował w nas dobre dzieło, będzie je kontynuował i doprowadzi do końca (por. Flp 1,6). Bo najważniejsza w naszym życiu jest modlitwa. Amen

Diakon Jan     

 

REKOLEKCJE ADWENTOWE LAS BIELAŃSKI - 2021

 2.  ON ZAPOCZĄTKOWAŁ I ON DOKOŃCZY

Adwent. Adwent to czas przygotowania ludzi na spotkanie z Bogiem. Etapów tego przygotowania jest w planie Bożym kilka. Najpierw Bóg przygotowywał Żydów na przyjście Mesjasza  - to był niejako pierwszy Adwent w dziejach ludzkości. U jego kresu przyszedł Mesjasz i dokonał dzieła odkupienia. Od tego momentu Bóg powtarza Adwent corocznie, abyśmy corocznie ponawiali wysiłek wewnętrznego przygotowania i aby każdy miał szansę osobiście przyjąć owoce dokonanego dzieła odkupienia. I to jest drugi Adwent – czas czterech tygodni przygotowania na święta Bożego Narodzenia. Wreszcie, skoro Chrystus zapowiedział swoje drugie przyjście na świat - przy końcu czasów, to swoim zmartwychwstaniem zapoczątkował jeszcze trzeci Adwent – najważniejszy. Jest to czas oczekiwania na ostateczne przyjście Chrystusa, na Jego najpełniejsze spotkanie z nami – na uwieńczenie całego Bożego dzieła zbawienia świata.

Każdy z tych Adwentów jest czasem, kiedy Bóg wylewa moc Ducha Świętego. Czyni to, by nas formować i czynić nasze serca gotowymi na zbliżające się spotkanie z Nim. Podczas Adwentu Bóg działa swoją mocą, a my możemy poddawać się tej mocy i pozwalać się kształtować, a możemy też ignorować dawany nam przez Boga czas i nie poddawać się Bożemu działaniu. Wykorzystanie Bożego daru leży w ludzkim interesie, ale ludzie zupełnie nie widzą tego interesu. Nie widzą, że jest im dawana szansa przyjęcia do serca tego, co jest im najpotrzebniejsze. Dlatego w praktyce rzecz wygląda tak, że podczas każdego Adwentu to Bogu bardziej zależy niż nam, byśmy z Jego darów korzystali. To Bóg walczy o nas, z reguły wbrew nam. My bowiem kompletnie nie rozumiemy swojej sytuacji. A jaka jest ta nasza sytuacja?

Sytuacja. Bóg stworzył nas, ponieważ chciał nas mieć - zaprosić do wspólnego życia w wieczności. To On zaplanował to wszystko: że powstaną istoty ludzkie mające podobieństwo do Niego, że nauczą się żyć podobnie jak On, że pokochają Go i będą chciały być Mu wierne, że poznają Go do intymnej głębi i będą szczęśliwe dzieląc z Nim Jego chwałę. To nie my wymyśliliśmy ten plan, to nie w nas zrodziły się te wielkie pragnienia, aby stać się obrazem Boga i być podobnym do Niego. Bóg sam zaplanował dla nas tę nieziemską wielkość - udział w najwyższej Jego chwale. To On, nie my! I dlatego to Bóg jest teraz w „trudnej sytuacji” – niczym ojciec mający krnąbrne i uparte dzieci. Dlatego to Bóg walczy o nie, by często wbrew nim wychować je, by nabrały dojrzałości i nauczyły się od Niego wielkich rzeczy. Niestety, one wciąż w małym stopniu z Nim współpracują.

Już w Starym Testamencie Bóg objawił Wielkie Powołanie ludzkości. Przez proroków pokazywał, że ludzie stale oddalają się od Niego, a On próbuje ich na powrót zebrać przy Sobie. Przy czym czyni to nie na siłę, „prowadząc za ucho”, ale stara się rozniecić w nas miłość. Gdy wreszcie Bóg tego dokona, będzie się z nas cieszył i przyprowadzi nas do Siebie z honorami, niesionych z chwałą na tronie królewskim (Ba 5,6) – niczym na używanym dawniej przez władców sedia gestatoria. Bóg chce z radością przyprowadzić nas do jądra swej Istoty, do światła swej chwały (Ba 5,9). Takich obrazów chwały Bożej, do której jesteśmy zaproszeni, Pismo Święte pokazuje wiele, ale najpiękniejszy to przypowieść o powracającym do ojca synu marnotrawnym. Ten syn zmarnował wszystko, co pierwotnie od ojca otrzymał, a ojciec i tak na nowo ubrał go w strój królewski i dał na palec królewski pierścień. I tak właśnie chce postąpić Bóg z nami. Więc dlaczego to nas nie porusza? Zaprawdę jest w nas jakiś defekt – kamienne serce grzechu pierworodnego. A jednak, mimo tego defektu, Bóg walczy o nas, by zmiękczyć to kamienne serce.

Zgładzenie grzechu. Bóg zapoczątkował zmiękczanie naszych kamiennych serc umierając za nas na Krzyżu, potem zmartwychwstając i w ten sposób usuwając przeszkodę uniemożliwiającą spotkanie z Nim. To się nazywa odkupieniem. Przez nie zostały zgładzone skutki ludzkiego grzechu i otworzone zostało dla ludzi niebo. To się właśnie wydarzyło u kresu pierwszego Adwentu w dziejach. Potem wielokrotnie ten Adwent ponawiany jest dla nas - Bóg stale powtarza dzieło formowania nas, byśmy z Jezusowego odkupienia skorzystali: byśmy uwierzyli, że On jest naszym Zbawicielem i przyjmowali Jego sakramenty – przede wszystkim Chrzest, Pojednanie i Mszę Świętą. Działanie tych trzech sakramentów to kontynuacja dzieła, które Bóg rozpoczął na Krzyżu. Wielu dzięki tym sakramentom korzysta z łaski Krzyża i zmartwychwstania, i nawraca się, a nawet staje się świętymi. Jednak, szczególnie w naszych czasach, wyraźnie widać, że nawrócenie ludzi jest głęboko niepełne.

A jednak mimo tego, że nawrócenie ludzi jest tak mizerne, aktualna jest prorocza zapowiedź św. Pawła, który mówi, że Bóg, który zapoczątkował w nas dobre dzieło, dokończy je do Dnia Chrystusa Jezusa (Flp 1,6) – czyli do końca czasów. Zły duch wie, że tak będzie i drży (Jk 2,19), bo jest pewny, że w końcu przegra. Jednak mimo wszystko walczy o ludzi, bo chce i ma szansę u jak największej ich liczby zachwiać wiarę w moc Bożą i doprowadzić ich do zwątpienia, by na złość Bogu i nam jak najmniejsza liczba ludzi została zbawiona. Aby nie zginąć nie wolno wierzyć złemu, ale Bogu, który potrafi doprowadzić swoje dzieło zbawienia do końca, mimo że na razie świat wstrząsany złością złego ducha wygląda rozpaczliwie. A jednak mimo tego, wszystko zależy od postawy ludzkich serc, w których Duch Św. może odmienić nastawienie  – pokazać im bezsens ulegania złu i błędne postrzeganie przez nich Boga. Duch Św. potrafi skruszyć zatwardziałe serca i uformować je do nawrócenia. W świetle proroctw i obietnic Bożych nawrócenie dużej części ludzkości przed końcem czasów jest pewne, choć szatan może też wiele serc osłabić i zablokować, by nie poszły za Duchem Św. ale za duchem zła.

Do końca czasów. Duch Święty działa w świecie do końca czasów, aby przemienić ludzi i ludzkość może się tej przemiany do końca czasów spodziewać. Duch może pokazać sercom i sumieniom, czym jest grzech i jak wielkie rzeczy chce uczynić im Bóg, gdy one tymczasem są na te rzeczy zamknięte. Taka świadomość marnowania szansy może być dla ludzi wielkim bólem. Duch może poruszyć ich serca i sprawić w nich głód Boga, niezrealizowane dotąd pragnienie poznania Go, uwierzenia Mu i pokochania Go. Duch może dokonać w sercach i sumieniach oczyszczenia, być może bolesnego, ale w końcu sprawiającego, że staną się czyste i bez zarzutu na dzień Chrystusa (1 Kor 1,8). Bóg zapowiada, że tego właśnie dokona przed ostatecznym przyjściem Chrystusa, i że na dzień Jego przyjścia wiele serc będzie już czystych. Oczywiście, serca stawiające opór, zawsze będą mogły nie dopuścić do działania Ducha i nie zostać zbawione.

Zatem to, co Bóg rozpoczął, to dokończy – tak w skali świata jak i Kościoła. On ma na to czas do końca dziejów, a w skali pojedynczego człowieka do dnia jego śmierci. I rzeczywiście wielu, być może większość, Bóg prowadzi do nawrócenia w ostatniej chwili, tuż przed śmiercią, jak robotników pracujących w winnicy zaledwie przez ostatnią godzinę dniówki (Mt 20, 1-16). Bóg gotów jest przebaczyć opieszałość każdemu, gdy ten wyzna Mu swoją wiarę i poprosi o zbawienie, choćby był najcięższym grzesznikiem. Dlatego Jezus uczy Piotra przebaczać nie 7 razy ale aż 77 razy. Nikt nie przebacza tak hojnie jak Bóg, bo Bóg chce mieć w niebie wszystkie swoje dzieci. Ale czy Mu się to uda?

Drabina. Jan Chrzciciel był prorokiem, którego zadaniem stało się wezwać Żydów do przyjęcia pierwszego etapu Bożego dzieła – przyjęcia przychodzącego Mesjasza - Chrystusa. Jan wołał, by prostować w swoich sercach ścieżki wchodzenia w nie łaski odkupienia, ale efekt tego wołania był słaby – było to przysłowiowe wołanie na puszczy. Po Janie nastaje Kościół i też woła o przyjęcie dzieła Odkupienia – przez wiarę, Chrzest, Mszę Świętą – ale i jego wołanie jest mało owocne, co widać wyraźnie w dzisiejszych czasach. Jednak póki ludzie mają czas, prorocy Kościoła wołają, szczególnie o to, by korzystać z Eucharystii. Ona jest właśnie najważniejszym, dawanym nam darem Jezusowego Odkupienia i uzdrowienia. Otrzymuje go każdy, kto się gromadzi na Mszy Św. i w niej uczestniczy. Ona jest drabiną do nieba, którą uczynił dla nas Jezus, byśmy mogli po niej zanosić nasze sprawy do nieba, do Ojca i od Ojca je otrzymywać na powrót odmienione przez odkupieńczą łaskę. Tą drabiną jest sam Jezus zmartwychwstały, wstępujący do Ojca i zstępujący na nas, by być obecnym w naszym życiu już teraz a potem na wieki. I nawet jeśli umieramy, mamy przez Chrystusa kontakt z Bogiem i życie wieczne w Nim. Niezależnie, jak wygląda świat i jakie otaczają go zagrożenia, Bóg przez Jezusa otwiera nam drogę do największej chwały – do zbliżenia ze Sobą. Tego zbliżenia nic nie jest w stanie nam odebrać, jeśli tylko trzymamy się Jezusa za rękę. Wtedy On czyni nasze serca wierzącymi, potem kochającymi Boga a na koniec  czystymi. I to jest dar Boga dla ludzi nieporównywalny z żadnym dobrem tego świata.

Diakon Jan

REKOLEKCJE ADWENTOWE - LAS BIELAŃSKI - 2021

I.  PRAKTYKA ADWENTU

Sens apokaliptyki. Adwent jest początkiem roku kościelnego. U jego początku czytamy w Kościele teksty apokaliptyczne zarówno Starego jak i Nowego Testamentu. Teksty te brzmią dziś dość groźnie i budzą lęk, a jednak powstawały one w momentach kryzysowych dziejów jako księgi pocieszenia. Księga Daniela powstała w okresie drastycznych prześladowań za króla syryjskiego Antiocha Epifanesa IV, który narzucał w swoim królestwie kult bóstw greckich. Przerwał kult Boga Jahwe w świątyni jerozolimskiej i zabronił Żydom wszelkich praktyk religijnych prywatnych pod karą śmierci. Podobnie Księga Objawienia zwana Apokalipsą została napisana przez św. Jana, kiedy w Rzymie trwały krwawe prześladowania za cesarza Nerona. Teksty apokaliptyczne zawsze zapowiadały, że prześladowania są sprawą przejściową i nieuchronny jest upadek despotycznych prześladowców i ostateczne zwycięstwo Boga, choć w okresie prześladowania ono wydaje się zawsze tak niepewne. Apokalipsy więc budują ducha wierzących. Mowy eschatologiczne wygłoszone przez Chrystusa (Mk 13) także są wsparciem dla Kościoła jerozolimskiego i choć zapowiadają najazd Tytusa w roku 70 n.e. to zawierają wskazówki, jak uczniowie powinni się zachować - przede wszystkim uchodzić z Jerozolimy, a także pośrednio zapowiadają wydarzenia poprzedzające koniec świata.

Sposób w jaki apokaliptyczne księgi pocieszenia pocieszały Izrael był bardzo prosty. Autorzy mówili – teraz poganie was prześladują, ale bliski jest i oznaczony przez Boga czas, kiedy ustanie ich moc, wtedy wy będziecie wolni, a oni cierpieć będą wieczną karę z ręki Boga. Zatem cierpienia zapowiadane w apokalipsach były przeznaczone dla prześladowców, a wierzącym zapowiadały ocalenie. Oczywiście tak było przede wszystkim w apokaliptyce starotestamentalnej. W Nowym Testamencie nauka była bardziej złożona. W ustach Chrystusa podstawowe znaczenie ma nauka, która brzmi następująco: Czuwajcie i módlcie się abyście mogli UNIKNĄĆ tego wszystkiego i stanąć przed Synem Człowieczym. Albo – kiedy to się dziać zacznie NABIERZCIE DUCHA I PODNIEŚCIE GŁOWY, albowiem zbliża się wasze ocalenie. Janowa Apokalipsa wyjaśnia, że ucisk spadający na ludzi jest skutkiem grzechu, a Bóg go dopuszcza tylko dla nawrócenia. Ci, którzy są bliscy Bogu, nie powinni się bać, gdyż Bóg zapewni im ratunek. Źródłem zła i cierpienia jest szatan, a ratunkiem dla człowieka - przebywanie w bliskości z Jezusem. Wiara i ufność Jezusowi, a także jeszcze bardziej miłość do Niego, daje wewnętrzną siłę do udźwignięcia ucisku, a nawet pozwala skorzystać z pewnej „taryfy ulgowej” – uniknięcia ucisku do pewnego stopnia. I to jest istota sprawy, gdy chodzi o lęk przed „końcem świata”.

Zawziętość złego. My potrzebujemy wiary w Jezusa, zaufania do Niego a jeszcze bardziej miłowania Go i życia w jedności z Nim. Potrzebujemy tego zawsze, a zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy niepokój z powodu możliwego końca czasów. Tymczasem współczesny świat idzie dokładnie w przeciwnym kierunku. Co by szkodziło ludziom wierzyć w Boga „na wszelki wypadek”, a jednak świat odwodzi ich od Niego z zadziwiającym uporem, jakby miał w tym jakiś interes. Czy nie jest to zastanawiające? Owszem, dzieje się tak, ponieważ świat, jak mówi Pismo Święte, jest podsycany do wrogości przeciw Bogu przez szatana, bo tylko on ma interes w tym, żeby ludzie umierali w przekonaniu, że Boga nie ma, a potem odkrywali zwój błąd, kiedy już jest za późno i nie byli zbawieni. A przecież Bogu tak bardzo na nich zależy. Szatan na złość Bogu oszukuje ludzi, a oni nie umieją rozpoznać prawdy.

Najważniejsze dla nas jest zatem nie dać się oszukiwać i we własnym, dobrze pojętym interesie, z myślą o przyszłości swojej i świata, poznawać Boga, wierzyć Mu i lgnąć z miłością do Niego. To jest konkretna potrzeba człowieka – mieć relację bliskości z Bogiem, aby się nie bać straszenia ze strony złego ducha. Tymczasem my żyjemy w lęku, a do Boga często mamy spory dystans. By mieć Boga blisko i ufać Mu coraz bardziej a także kochać Go coraz goręcej, potrzebne jest nam właśnie takie ćwiczenie, które nazywa się Adwent. Chcemy w Adwencie wejść w bliską relację z Bogiem, a to jest możliwe, ponieważ Jezus na to się narodził i na to przyszedł na świat, by ludzie Go spotkali, poznali i przywiązali się do Niego. Potrzebujemy przywiązać się do Jezusa jako do najbliższej Osoby, a wtedy nie straszne będą pogróżki złego.

Praktyka Adwentu. Jak przywiązać się do Boga? Spróbujmy potraktować Adwent jako ćwiczenie z posługiwania się tymi narzędziami jakie dał Jezus w Ewangelii, a są nimi sakramenty i modlitwa. Najważniejsze jest nauczyć się modlitwy. Niech ona będzie w jak największym stopniu naszym osobistym słowem i myślą skierowaną do Boga. Ćwiczmy to. Używajmy własnego umysłu, nie tylko tego, co wymyślili i ułożyli inni. I po wtóre - świadomie uczestniczmy w przyjmowaniu sakramentów, nie przyjmujmy ich tylko biernie od Boga. Włączajmy się własną modlitwą przyjmowanie sakramentów - w chrzest swojego dziecka czy wnuka, w bierzmowanie syna czy córki, a nade wszystko, nade wszystko UCZESTNICZMY w Eucharystii. O tym ostatnim chcę napisać w sposób szczególnie wyraźny. Najważniejszym ćwiczeniem z duchowości jest modlitwa, a najważniejszą modlitwą jest Msza Święta. Także niezwykłą moc ma osobista adoracja Pana Jezusa w Eucharystii. Te dwa wydarzenia dają nam osobiste, prawdziwe, wyjątkowo silne spotkanie z Bogiem. Do tego spotkania dochodzi, gdy jesteśmy w te wydarzenia zaangażowani. Nie bierni, przyzwyczajeni, że Kościół zrobi wszystko za nas. Owszem, Pan Jezus, robi wszystko za nas, ale tylko wtedy, gdy my robimy, co możemy i więcej nie jesteśmy już w stanie. A więc, co robić podczas Mszy Świętej?

Msza Święta. Dla niektórych zwłaszcza młodych ludzi jest ona nudna i nie wiadomo, jak w niej uczestniczyć. Msza Święta powtarza to, co uczynił dla naszego zbawienia Pan Jezus. On przyszedł na świat, nawiązał łączność z nami - grzesznikami, wziął na siebie nasze grzechy i umarł z nimi jak niejako grzesznik obarczony naszym złem. A kiedy zmartwychwstał, stał się wolny od grzechu odszedł do Ojca czysty. Tam przedstawia Ojcu nas już czystych i nasze trudne sprawy, problemy, które przez swoją śmierć i zmartwychwstanie rozwiązuje. Msza Święta jest pozostawionym dla nas na ziemi wydarzeniem, w którym możemy siebie i swoje trudne sprawy ODDAWAĆ umierającemu Jezusowi i odbierać je od Niego – zmartwychwstałego oczyszczone i uzdrowione, i zaniesione przez Jezusa do Ojca. To właśnie przejście od śmierci z naszymi grzechami do zmartwychwstania już bez naszych grzechów dokonuje się we Mszy Świętej. Dokonuje się ono dla tych, którzy w tej Mszy Świętej akurat uczestniczą. Jest uobecnieniem dzieła odkupieńczego Chrystusa dla nas tu i teraz.

Dobrze. Jak zatem praktycznie z tego skorzystać, by nasze życie było oczyszczane i przemieniane, i by każde uczestnictwo we Mszy działało na nas z  mocą i zmieniało nasze życie, nie było tylko biernie przeżytym wydarzeniem? We Mszy Św. najpierw jest Przygotowanie Darów Ofiarnych. Kościół składa na ołtarzu chleb i wino, a są to symboliczne dary ludzkie. Do tych darów my możemy myślnie, wolitywnie dołączyć nasze sprawy, które włączamy w tę Mszę – nasze intencje. Siebie, Ojczyznę, bliskich, choroby, lęki, bóle. Wszystko. Wyobraźmy sobie nawet, że składamy je na patenie albo w kielichu. Kiedy Duch Święty konsekruje chleb i wino, przemieni je w Jezusa obarczonego naszymi grzechami. W tej konsekracji Jezus umrze i zmartwychwstanie, a nawet w znaku drugiego podniesienia, kiedy kapłan powie – Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie Tobie Boże, Ojcze Wszechmogący… - Jezus zmartwychwstały odejdzie do Ojca i przedstawi Jemu nasze sprawy. Będzie nimi bardzo obciążony, jakby dźwigał ogromny worek. Tak to naiwnie możemy sobie wyobrazić, ale to właśnie w całym bogactwie tajemnicy dzieje się we Mszy Świętej. I kiedy przyjmiemy Komunię Świętą odzyskamy od Jezusa owoce jego Ofiary i odpowiedź Boga na problemy, które Mu przedstawiliśmy.

Tym jest Msza Święta i tak możemy w niej uczestniczyć. Naprawdę mamy co tu robić. Jest to wydarzenie otwarte na nasze uczestnictwo. A owoce tego uczestnictwa będą ogromne i o tym może się przekonać każdy, gdy zacznie praktykować swoje żywe uczestnictwo we Mszy Świętej. To uczestnictwo, ćwiczone i przeżywane, będzie nas przemieniać i będziemy coraz bardziej czuć bliską obecność Jezusa w swoim życiu. Adwent jest czasem, kiedy warto to praktykować.                                                                                                                                              dk. Jan

piątek, 2 lipca 2021

PAN ŻYCIA

Bóg uczynił człowiekowi ogromne dobro, o którym, mimo czterech tysięcy lat głoszenia Starego a potem Nowego Testamentu, mimo żywych tradycji - żydowskiej a potem chrześcijańskiej, ludzie mają wciąż słabe pojęcie. Tym dobrem jest stworzenie człowieka dla nieś­miertel­ności, uczynienie go obrazem Jego własnej wieczności (Mdr 2,23). Zasiew tej prawdy został objawiony w 1. i 2. rozdziale Księgi Rodzaju (Genesis) i jest to prawdą zarówno dla Żydów jak i dla Chrześcijan. Jest to prawda uniwersalna i fundamentalna. Wolą Bożą jest, by człowiek żył a nie umierał. Życie człowieka jest darem, który Bóg raz mu dał i nigdy tego daru mu nie cofa. Bóg jest Panem stworzenia na wieczność i wszystko, co uczynił, jest bardzo dobre. (Rdz 1,31). Zatem należy powiedzieć z naciskiem -  Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania Otchłani na tej ziemi. (Mdr 1,13-14) Bóg jest wieczny, a człowieka stworzył dla Siebie więc nie byłby nim usatysfakcjonowany, gdyby ten umierał i kończył życie. Pan życia dał nam życie i potrzebuje nas wiecznie żywymi a nie śmiertelnymi. Bóg sam nie podlega śmierci i nie chce jej dla nikogo. Jakże koszmarnie tego nie rozumiemy.

Życie i nieśmiertelność jest w Bogu i Bóg daje je tym, którym chce, których kocha i których pragnie mieć dla Siebie. Bóg ma w Sobie wieczność, ale tych, których obdarza Sobą, obdarza nieśmiertelnością. Obrazem tego obdarowania są biblijne znaki niekończącego się karmienia owocami drzewa życia (Rdz 2) oraz czerpania przez roślinę wody korzeniami (Ps. 1). W Nowym Testamencie mamy także obrazy zrośnięcia latorośli z krzewem winnym (J 15) oraz przebywania dwóch synów stale w domu ojca (Łk 15). Człowiek jest nieśmiertelny, ma życie wieczne, jeśli stale jest w relacji czerpania z Boga. Natomiast człowiek umiera - fizycznie a potem duchowo, kiedy oddali się od Boga i wyrzeknie się Go całkowicie.  Z Boga bowiem płynie życie a bliskość z Bogiem zmniejsza działanie śmierci, a ostatecznie całkowicie ją eliminuje. Sprawiedliwość nie podlega śmierci (Mdr 2,23), a sprawiedliwość to przymiot Boga. To, co Boże, nie umiera, to co podlega wpływowi Boga jest chronione przed śmiercią. Zatem, nim powiemy o tym, skąd weszła na świat śmierć, zauważymy i podkreślimy, że gdzie stworzenie jest blisko z Bogiem, tam też jest bezpieczne od śmierci. Gdzie zaś jest ono z dala od Boga, tam jest śmiertelne i wątłe. Skoro więc w świecie tak powszechna jest śmierć, cierpienia i choroby, to jedno trzeba powiedzieć jasno – światu BRAKUJE BOGA.

I światu brakuje Boga nadal, pomimo czterech tysięcy lat judaizmu i chrześcijaństwa. Zatem wyjaśnijmy, jak Bóg zaplanował ratowanie nas od śmierci. Kiedy człowiek odszedł od Niego przez grzech, Bóg podjął wyzwanie i przyszedł do nas na grzeszny świat. Przyszedł jako człowiek, w Osobie Jezusa Chrystusa i sprawił, że Jego Boska moc ożywiająca i uzdrawiająca będzie wędrowała po świecie i promieniała. Ta osobista obecność Boga wśród nas zaczęła się dwa tysiące lat temu, kiedy Bóg stał się Jezusem, człowiekiem i podjął wędrówkę drogami Palestyny. Wszędzie tam, gdzie przychodził, wystarczyło znaleźć się przy Nim: w jednej łodzi (…….), w jednym tłumie(…), dotknąć jego szat (…), zaprosić do swego domu (…). Wystarczył kontakt z Jezusem, a Bóg przywracał zdrowie, dawał życie, ratował od śmierci. Jednak kontakt z Jezusem nie jest automatyczny, ale wymaga wiary, pragnienia relacji z Nim i pragnienie otrzymania życia od Niego, a nie bez Niego. Potrzeba wierzyć Jezusowi, zwrócić się do Niego po dobro, a odżegnać się od złego ducha. To jest bardzo ważne, by zdecydowanie odrzucić złego - połowiczne otwieranie się na Boga i szatana powoduje, że Bóg uzdrawia, a szatan na powrót przychodzi i pozbawia ludzkie serce Ducha Świętego. Pan życia prawdziwie uwalnia od śmierci, jednak ludzki problem polega na tym, że człowiek nie odczepi się od złego, jeżeli nie będzie całkowicie i zdecydowanie przeciwko niemu, a po stronie Dawcy życia. Z naszej niejednoznaczności i chwiejności wiary bierze się to, że życie w nas jest słabe i chore. 

 

Na koniec wyjaśnijmy, skąd wzięło się cierpienie i śmierć. Wszystko, co wiemy na ten temat, zostało nam objawione: śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą.  (Mdr 2,24) Rozdział 3. Księgi Rodzaju pokazuje wyraźnie – zły duch od początku i po dziś dzień nakłania człowieka, by odwrócił się od Boga, bo będzie się mu lepiej żyć bez Niego. I tak właśnie żyją ludzie – bez Boga albo z zupełnie wypaczonym obrazem Boga. Jeśli nawet wierzą w Boga, to bardzo często nie kochają Go lecz boją się i rządzą się na świecie po swojemu. Wtedy Bóg się w ich życiu nie liczy, co prowadzi prostą drogą ku śmierci. No i rzeczywiście, poczynając od XX w., masowa i gwałtowna śmierć zaczęła zaglądać ludziom w oczy  bardzo zdecydowanie. Trzeba powiedzieć, że ludzkość w skali masowej ma całkowicie wypaczony obraz Boga. Jej mentalność jest mentalnością niewolnika bojącego się Boga i starającego się o nim nie myśleć. Ludzie boją się Boga bardziej niż ludzkich władców, bo rzekomo On przede wszystkim chce ich skazać na potępienie. A jest to koszmarna bzdura, którą tylko szatan mógł wymyślić. Wymowa Ewangelii i nauka Kościoła jest zupełnie inna. Bóg jest naszym Ojcem, my Jego dziećmi, a to szatan, nie Bóg, chce skazywać ludzi na potępienie. Taka jest prawda o nas, o Bogu i o złym duchu, a jednak z najwyższym trudem toruje ona sobie drogę do naszej świadomości i nawet kaznodzieje powtarzają nieraz te oddalające ludzkie serca od Boga bzdury. Mimo dwóch tysięcy lat od zmartwychwstania Chrystusa nadal jest w nas dużo więcej z niewolnika aniżeli z Bożego dziecka. To przez tę mentalność jest w nas coraz mniej wiary. A gdzie nasza miłość do Niego? Gdzie przywiązanie dziecka do Ojca? Oblubienicy do Oblubieńca? Bóg pierwszy nas umiłował, a my co z tym robimy?

dk. Jan

MAŁE I WIELKIE

Pan Jezus w nauczaniu o Królestwie Bożym posługuje się obrazem przemiany „małego” w „wielkie”. Mówi o małym ziarnie, z którego wyrasta wielkie drzewo. Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu (Mk 4,30-32). Jezus podkreśla, że ta przemiana jest tajemnicą, która przerasta obserwującego ją rolnika, który sam nie wie, jak ona się dokonuje. Oznacza to, że moc przemiany „małego” w „wielkie” nie jest ludzka, lecz przekracza człowieka i pochodzi od Boga. Oczywiście chodzi nie tylko o przemianę nasienia w roślinę, ale tego, czego nasienie jest znakiem, czyli rzeczywistości duchowych. Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie (Mk 4,26-28).

Przypowieść o nasieniu ilustruje Boże działanie w świecie. To, co ludzkie, co dajemy my ze swej strony jako współpracę z Bogiem, jest maleńkie w porównaniu z tym, co wnosi Bóg. Nie widzenie mocy Bożej a przecenianie ludzkiej siły prowadzi do pychy i stanowi przywłaszczanie sobie Bożej mocy, jakbyśmy to my mieli ją na własność i sami zapewniali nasieniu wzrost. Tymczasem moc wzrostu pochodzi od Boga, a działanie Boże nie jest odkryte, jawne, ale ukryte, tajemnicze, zamknięte jak w łupince nasienia. Dlatego dostrzeżenie działania Bożego wymaga wiary i relacji z Nim. Działanie Boże jest wewnętrzne, to znaczy od Boga wylewa się na to co w nas wewnętrzne, nie zewnętrzne, światowe, spektakularne, nie ostentacyjne ani hałaśliwe. Dlatego, kto żyje światem i jego zamętem, ten nie doświadcza w sercu działania mocy Bożej.

My niewiele możemy dać, gdy chodzi o budowanie życia wiecznego sobie i innym, dominujący jest tu udział Boga. Dlatego przede wszystkim potrzebujemy nauczyć się, żeby działaniu Boga nie przeszkadzać. Bo łatwo możemy przeszkadzać Bogu, jeśli skupiamy się na rzekomej naszej wielkości. Nasza pycha sprawia, że Bóg najchętniej posługuje się rzeczami i osobami małymi oraz słabymi, ponieważ one mają najmniej złudzeń co do własnej wielkości i najmniej stawiają przeszkód Bogu. Nasze dążenie do wielkości jest największą przeszkodą w tym, żeby wyrosło w nas duże drzewo. Pycha blokuje działanie Boże i z naszych nasion wyrastają rośliny karłowe, nie przynoszące owocu. Jeżeli jednak oswoimy się z tym, że wielkie drzewa wyrastają tylko, gdy moc Boża działa w małych ziarenkach, wtedy owoce naszego życia są największe. Chodzi o to, by nie mądrzyć się, że wiemy jak sami powinniśmy się starać i pracować, bo tego nie wiemy, Pan Jezus natomiast to wie i pokieruje nami.

Jakie więc jest owo małe ziarenko, słabe narzędzie, z którego może wyrosnąć duże Boże dzieło? Ono jest słabe jak Mojżesz, który bał się pójść do faraona, słabe jak dwunastu rybaków, którzy mieli iść na cały świat i głosić Ewangelię. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku siła posłańców Bożych wzięła się nie z nich, ale od Ducha Świętego wylanego na nich. Dlatego, jeżeli ktoś czuje się powołany przez Chrystusa do współpracy z Nim, najpierw powinien doświadczyć własnej słabości, a potem dopiero przyjąć moc Boga. Jakże wiele niepowodzeń ludzi Kościoła bierze się właśnie stąd, że próbują działać sami i często nieświadomie przywłaszczają sobie łaskę Bożą. I dziwią się, że celnicy i nierządnice wyprzedzają ich w drodze do Królestwa. Duch Święty jest jedyną Wielką Mocą i skutecznie działa tylko w sercach pokornych.

Przykładem pokornego serca jest św. Paweł, który odbył drogę rozwoju od małego ziarenka do wielkiego drzewa. Małe ziarenko samo nic nie może, zawsze czerpie z Ducha Świętego, ale kiedy staje się dużym drzewem, wtedy ma już w sobie jedność z Chrystusem i bliskość z Ojcem. Wtedy, będąc nadal na świecie, przestaje być ze świata. Zaczyna w nim płonąć wielka tęsknota za Bogiem, bo widzi, jak świat jest mały w porównaniu z Nim. Tęsknota za Bogiem staje się dużo większa od przywiązania do świata. Takie doświadczenia przemiany małego w wielkie są doświadczeniami świętych. Dzięki oczyszczeniu i pokorze zaczynają oni widzieć, jak małymi są ziarenkami i nawet jak małym ziarenkiem jest świat, a wielkim drzewem jest tylko Bóg i oni w swej małości zrośnięci z Nim. Droga przemiany nasionka w drzewo jest w ludzkim życiu ową najwęższą drogą z Jezusem do Ojca.

W naszym życiu duchowym przemiana „małego” w „wielkie” ma bardzo wyraźną treść. Niepozorne nasionko to nasza wiara. Rozwija się ona, gdy nasionko jest zasilane Duchem Świętym. Mocą Ducha Świętego sycącą nasionko, wzbudzającą naszą wiarę i zaufanie do Boga, jest Boża Miłość do nas. On bowiem pierwszy nas umiłował, stworzył i zapragnął mieć nas dla Siebie. Pod wpływem Bożej Miłości nasze nasionko systematycznie wyrasta, choć dzieje się to w ukryciu. Najpierw wyrasta wiara, a potem umacnia się ona sycona Bożą Miłością. Wtedy nasza wewnętrzna roślina staje się coraz większa. Do czego ona zmierza? Ku czemu rozwija się nasza wiara i więź z Bogiem? Rozwija się ona w drzewo obdarowane zdolnością odwzajemnienia Bogu miłości, zdolnością wypełnienia największego przykazania Starego Testamentu – Będziesz miłował Pana Boga twego (Pwt 6,5). Tylko wielkie drzewa mogą miłować Boga, bo mają gałęzie zrośnięte z Bożym pniem. Bóg prosi – Miłości pragnę (Oz 6,6), a miłować Boga to więcej niż być pobożnym.

dk. Jan      

 

 

sobota, 26 czerwca 2021

PIĘCIOPUNKTOWY PLAN OJCA

Jak pełne logicznej prostoty jest w swej istocie działanie Pana Boga. Biblia wyraźnie ukazuje, a serce ludzkie potrafi odczytać etapy, niejako kamienie milowe dzieła, które Bóg zamyślił i konsekwentnie realizuje, zmierzając do pomyślnego finału, choć nam się wydaje, że Bóg ponosi klęskę po klęsce. A jednak tak nie jest, to tylko nasze spojrzenie jest trochę wykrzywione. W niniejszym tekście chcemy te  sprawy nieco uporządkować i nadać naszemu spojrzeniu jasność.

Na wstępie uświadommy sobie nie tyle, co czyni Bóg, ale dla kogo to czyni. Czyżby dla Siebie? Bynajmniej! Ojciec żyje dla Syna, Syn żyje dla Ojca i Obaj życie swoje kierują ku nam. Bóg realizuje swoje zamysły dla nas i realizuje je z miłości do nas. Tymczasem nas na ogół to mało wzrusza.

Zatem po pierwsze trzeba powiedzieć, że dzieło Boga wobec nas jest najpierw dziełem Ojca. Ojciec jest źródłem wszystkiego – od Ojca pochodzi Syn i Duch Święty, a potem cały skierowany ku nam Boży plan. Całe dzieło Boga czynione dla nas jest przede wszystkim dziełem Ojca. On to JEST Pierwszy i wszystko w Nim ma istnienie – całe wielkie dzieło, które tu wyjaśniamy.

Po wtóre trzeba powiedzieć, że wszystko, co dla nas czyni Ojciec, czyni przez Ducha Świętego, to znaczy, że Jego niewidzialna moc i najwyższa miłość jest jedyną siłą sprawczą. Ponadto należy powiedzieć, że to, co Bóg czyni dla nas, jest wykonywane w Synu Bożym, to znaczy, że to, co Bóg sprawia zostaje włączone - zanurzone w Bożego Syna. Ewangeliczny obraz winnego krzewu ilustruje to w sposób niedościgniony. W tym krzewie soki płynące wewnątrz gałęzi ilustrują siłę żywotną Ducha Świętego, a główny pęd ilustruje Syna Bożego, z którym zrośnięci jesteśmy my - latorośle. A jednak cały krzew stanowi główny pęd razem z latoroślami i ten cały krzew jest obrazem Syna Bożego. Oznacza to, że naprawdę jesteśmy w Synu, jesteśmy Jego częścią. I to nie jest żadna przenośnia, ale prawdziwa duchowa rzeczywistość, do której Boże działanie przygotowuje nas i w którą nas wprowadza.

Widzimy wyraziście i w sposób jakże uporządkowany, że w tę całą, przeznaczoną dla nas rzeczywistość wprowadza nas cała Trójca Przenajświętsza – w swej jedności i w swej troistej odrębności. Można nawet powiedzieć, że Troistość Jedynego jest niezbędna, byśmy mogli żyć na wieczność, bo Bóg  stworzył nas właśnie dla Siebie takiego - Jedynego i Troistego. Bóg w Trójcy Jedyny JEST u podstaw wszystkiego, co zaistniało, a czym my żyjemy i możemy naprawdę się zachwycić. W tym tekście  chcę  Wam pomóc, kochani Czytelnicy zachwycić się Bogiem działającym dla naszego ogromnego dobra.

Dzieło Boże dla nas ma wyraźne etapy. Miało swój początek, dzieje się we właściwym woli Bożej tempie i zmierza do wspaniałego finału. Tych etapów, kamieni milowych Bożego dzieła jest pięć - tak to Bóg w Objawieniu dla nas ukazuje. Obecnie z pewnością żyjemy na etapie piątym, zapewne blisko jego schyłku, choć nie u samego końca. Możemy powiedzieć, że czas się dopełnia, choć pozostało go jeszcze trochę przed nami i jak zawsze Słowo Boże nie daje nam podstaw do dokładniejszych rachub.

Pierwszy etap dzieła Ojca to posłanie Ducha Świętego, aby stworzyć świat. To mocą Ducha Świętego, powstał świat, a w nim ludzie. Stworzenie stało się dzieckiem Ojca, stworzonym na obraz i podobieństwo Bożego Syna, co oznacza, że świat i ludzie stanowią odbicie Bożego Syna. Jest to odzwierciedlenie tak głębokie, że możliwe będzie dzięki niemu wcielenie Syna Bożego. Jednorodzony Syn Boży będzie mógł stać się Jezusem – człowiekiem, dzieckiem stworzonego świata. Bóg niejako „zmieści się” w stworzeniu, a to bardzo wiele mówi o godności stworzenia, będącego obrazem Boga – niejako odbiciem Pieczęci w innym, nieboskim tworzywie.

Niestety na tym etapie stworzenie odpowiedziało Stwórcy pychą i grzechem. Choć nie utraciło godności obrazu Boga, znalazło się w nieprzyjaźni z Nim i utraciło znacząco do Niego podobieństwo. To niepodobieństwo do Boga obciążyło także Bożego Syna, bo on wziął na Siebie stworzenie na dobre i na złe, jak mąż ślubuje wierność żonie. Odtąd stworzenie będzie potrzebowało Bożego przebaczenia oraz  oczyszczenia ze skutków grzechu. Dokona się to w dalszych etapach.

Drugi etap dzieła Ojca to posłanie Ducha Świętego do Maryi z Nazaretu, by On sprawił w niej poczęcie Jezusa - Syna Bożego. Od tego dnia Syn Boży staje się żywy i obecny w świecie jako człowiek, jeden z nas i tak spełnia się to, co było możliwe od dnia stworzenia.

Trzeci etap dzieła Ojca to posłanie Ducha Świętego na Jana Chrzciciela i powołanie go jako największego proroka, którego zadaniem było chrzcić ludzi wodą (Mt 3,11, Łk 3,16). Było to wyjątkowe powołanie, bo Jan Chrzciciel miał przedstawić ludzkości Mesjasza w Jezusie, a wodą swego chrztu zapowiedzieć wylanie na ludzi Ducha Świętego. Powołując Jana Chrzciciela Ojciec niejako przygotowuje miejsce, dokąd ma przyjść Jezus i zacząć swoją przełomową w dziele Ojca misję. Dlatego posłanie Ducha Świętego do Jana Chrzciciela jest kamieniem milowym eksponowanym przez ewangelistów.

Czwarty etap dzieła Ojca to przyprowadzenie Jezusa nad Jordan, by zanurzył się w wodę chrztu janowego razem z grzesznikami i otrzymał Ducha Świętego, a Ojciec ogłosił Go swoim Synem umiłowanym. Jest to przełomowy moment, kiedy Ojciec posyła swego Syna do ludzi, by wziął na siebie ich grzechy i dokonał dzieła Odkupienia jakie Mu Ojciec powierzył.

Odpowiedzią Jezusa na to posłanie przez Ojca będzie nauczanie, znoszenie od ludzi cierpienia, służenie im dobrem, śmierć z powodu ich grzechu, a wreszcie pokonanie tego grzechu i zmartwychwstanie.

I wreszcie piątym etapem dzieła Ojca jest chrzczenie Duchem Świętym ludzi, których Jezus przygotował, bo wysłużył im Boże przebaczenie i zaszczepił w nich wiarę. Ci, którzy uwierzą w Jezusa, w Jego zwycięstwo nad grzechem, mogą przyjąć obietnicę Ojca: chrzest Duchem Świętym, którego zapowiedzią był chrzest janowy nad Jordanem.

Ten etap dzieła Ojca zapoczątkowuje czasy działania Ducha Świętego w świecie i Kościele. Istotą tego czasu jest działanie Ducha Świętego w sercach, które Go z wiarą przyjmują. Przez Jezusa otrzymali oni przebaczenie Ojca i żywe dziecięctwo Boże, a teraz Duch Święty prowadzi ich drogami oczyszczenia. Dobrze ilustruje to przypowieść o dziecku, któremu mama pozwoliła wyjść na podwórko przestrzegając - trzymaj się z dala od błotnistej kałuży. Dziecko nie posłuchało i wróciło do domu zabłocone. Mama najpierw nauczyła je by przeprosiło, potem przebaczyła mu, a na koniec wzięła je do wanny i solidnie wypucowała gąbką i mydłem. Przebaczenie wysłużył nam Jezus, a gąbką z mydłem pucuje nas Duch Święty przez wszystkie dni nasze aż do końca.

Mówiąc o chrzcie Duchem Świętym zawsze w kontekście powtórnego przyjścia Pana Jezusa Ewangelia wyraźnie zapowiada, że celem oczyszczającego działania Ducha na tym etapie obejmującym czasy Kościoła jest przygotowanie wszystkich ludzi na powtórne przyjście Pana Jezusa. Pismo Święte mówi o Pięćdziesiątnicy jako o początku tego działania, a potem mówi o coraz intensywniejszym działaniu Ducha im bliżej powtórnego przyjścia Pana. Mówi się nawet o drugiej Pięćdziesiątnicy. Jak mocne będzie to działanie Ducha, aby poruszyć serca całego świata. Będzie ono zróżnicowane zależnie od stanu serc: inaczej Duch zadziała wobec wymagających niewielkiego oczyszczenia, inaczej wobec zaniedbujących się, inaczej wobec lekceważących Go, a jeszcze inaczej wobec wielkich grzeszników. O tym zróżnicowanym działaniu Boga pisze Apokalipsa.

A gdy Duch Święty przygotuje ludzi, a Ojciec uzna, że nadszedł czas, wtedy powtórnie przyjdzie Pan Jezus i jak Dobry Pasterz zbierze wszystkich przygotowanych, by poprowadzić do Ojca. W ten sposób wrócą do Ojca ci, którzy na etapie stworzenia od Niego odeszli. Tak zakończy się dzieło Ojca, a nastanie wieczność, gdzie Bóg jest wszystkim we wszystkich.

                                                                                                                             Diakon Jan

AŻ DOTĄD, NIE DALEJ - TU ZAPORA DLA TWOICH NADĘTYCH FAL

Słowa tytułu zaczerpnięte z księgi Hioba należą do tekstów mało znanych i słabo pojmowa­nych, a przecież są one fenomenalne i wyjątkowo cenne, kiedy fale stają się coraz bardziej gwałtowne, a ludzie bezradni wobec huku morza i jego nawałnicy (Łk 21,25). Słowa, o których mówimy, należą do natchnionej refleksji nad stworzeniem ziemi dokonanym przez Boga dla człowieka. Kiedy Bóg zakłada podstawy ziemi (Hi 38,4), wtedy wzburzone morze zamyka bramą (Hi 38,8). Dla starożytnych morze jest siedliskiem zła, zalewa ono wybrzeża i topi okręty, dlatego w Biblii też jest znakiem wszelkich sił wrogich człowiekowi. Co prawda autor Księgi Hioba nie zna pochodzenia zła, jednak wie, że w sumie i ono musiało jakoś pośrednio wyjść z ręki Boga. Dziś wiemy, że zło pochodzi z buntu przeciw Bogu części obdarzonych wolną wolą aniołów, ale ta wiedza też nie zmienia niczego w rozumieniu wspomnianego tekstu Księgi Hioba. Bóg stworzył aniołów, a po nich ludzi, stworzył ich wolnymi tak jak On sam jest wolny. I choć wolne istoty z pychy mogą buntować się przeciw Bogu, i tak nie ogranicza to w żaden sposób Boskiej władzy nad nimi i Boskich możliwości. Pomimo wolności i nadętej pychy złych istot, Bóg i tak panuje nad nimi, bo je stworzył i zna do głębi. Istoty nadęte i wzburzone jak morskie fale mogą się rozlewać i panoszyć, a przecież i tak nie przekroczą ram zakreślonych przez Boga. Ta prawda, znana już w Starym Testamencie, jest wspaniałą nowiną dla ludzi. Niestety ludzie bardzo mało o niej wiedzą, gdyż szatani starają się, by wiedza o słabości zła jak najsłabiej do ludzi docierała i miała w nich jak najmniejszy oddźwięk. Zły chciałby być w świecie postrzegany jako siła potężna, co najmniej równa Bogu. Wtedy ludzie będą się go bać i powątpiewać w moc i znaczenie Boga. Wtedy nikt nie będzie zważać na słowa z Księgi Hioba: Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone, gdy chmury mu dałem za ubranie, za pieluszki - ciemność pierwotną? Złamałem jego wielkość mym prawem, wprawiłem wrzeciądze i bramę. I rzekłem: Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich nadętych fal. (Hi 38,8-11)

Z przedstawionym tekstem nieodłącznie wiąże się opowieść Ewangeliczna o poskromieniu przez Jezusa burzy na Morzu Galilejskim (Mk 4,35-41). W tekście tym wybija się na pierwszy plan charakterystyczna, agresywna reakcja uczniów: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? (Mk 4,38) Oczywiście, jak większość naszych agresji, tak i ta jest podyktowana strachem. Mamy pretensję do Boga, że się nami nie opiekuje, a tymczasem jest zupełnie inaczej - Bóg się nami troskliwie zajmuje, tylko my się Jego opiece nie poddajemy. Najczęściej spod Jego opieki się wymykamy, ponieważ, jak mówi Pan Jezus brak nam wiary (Mk 4,41). Co to znaczy i na czym polega? Otóż, jak powiedzieliśmy w poprzednim akapicie, Bóg panuje nad złem i dlatego Jezus na morzu jest bezpieczny od zła. Szatan nic nie może Jezusowi zrobić, chyba że On sam mu na to pozwoli (o czym powiemy dalej). Jezus jest Bogiem, dlatego może spać podczas burzy, a ta nic Mu nie jest w stanie zrobić. O tej prawdzie wiary Starego Testamentu uczniowie powinni wiedzieć, dlatego Jezus wypomina im jej brak. Zatem Jezus jest w łodzi bezpieczny. Ale co z ludźmi - Jego uczniami? Całe wydarzenie pokazuje, że gdy uczniowie są razem z Nim, wtedy też są bezpieczni, bo sama Jego obecność przy nich zapewnia im bezpieczeństwo. Kto opiera swoje bezpieczeństwo na wierze Jezusowi, ten się nie zawiedzie. Bóg ma władzę nad złem i Jezus ma władzę nad złem, a bezpieczeństwo ludzi od zła zależy od ich relacji z Jezusem i przerwaniu relacji ze złem. Tego właśnie uczy Jezus.

Bóg może nakazać przyrodzie, a ona będzie toczyła się dokładnie tak, jak On chce. I tak właśnie przyroda się toczy. Burza zaczyna się i ustaje zgodnie z prawami przyrody, to znaczy, kiedy Bóg chce, bo prawa przyrody są częścią woli Boga. Wszystko, co naturalne, dzieje się tak, jak Bóg chce i to językiem ludzkich, nie opartych na wierze obserwacji nazywamy prawami przyrody. Gdyby uczniowie nie widzieli Jezusa i burza nagle by ustała, pomyśleli by – jakie te burze bywają kapryśne i takie właśnie gwałtownie się zmieniające burze były częste na Jeziorze Galilejskim. Ale w tym przypadku dane apostołom było widzieć Boga wtedy, gdy działał w siłach przyrody. Bóg dał im to widzenie, by uwierzyli, że Jezus jest Bogiem.

Bóg może nakazywać martwej przyrodzie, ale nie tylko jej. Bóg może nakazywać także szatanom (podobnie jak aniołom), gdyż oni są stworzeni przez Boga na Jego usługi. Dlatego Bóg bezwzględnie narzuca granice działaniu złym duchom tak samo jak morzu i kiedy dzieje się zło, Bóg je tylko dopuszcza i ma w tym swój jasno określony cel. Prawda o tym, że Bóg suwerennie określa dopuszczalne ramy działania zła, jest pewna i bardzo dla nas ważna.

Tak Bóg postępuje z przyrodą i szatanem. A jednak zupełnie inaczej postępuje On z ludźmi i o tym wiele napisał św. Paweł, na przykład w 2 Kor 5,14-17. Bóg wobec człowieka nie stosuje nakazów, nie zmusi go do niczego słowami: Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich nadętych fal. Bóg nie zmusza człowieka do pełnienia Jego woli, czynienia dobra. Bóg zachęca ludzi do tego i uczy ich także, by wzajemnie się zachęcali do dobra. Dlaczego ludzie są traktowani inaczej? Ponieważ są  istotami innymi niż przyroda i aniołowie, są obrazem Syna Bożego i jeśli nie grzeszą noszą w sobie podobieństwo do Niego. Ludzie są dziećmi Boga i są jak Bóg wolni. Mogą więc także buntować się przeciw Bogu i odwracać od Niego. A jednak nawet nad takimi wolnymi i podatnymi na grzech ludźmi Bóg potrafi zapanować. On panuje nad nimi naprawdę, choć za wielką, osobiście ponoszoną cenę – cierpienie i śmierć Syna Bożego w ciele. Właśnie dla ratowania ludzi Bóg w Jezusie pozwala złu zbliżyć się do Siebie i nawet przejściowo odnieść nad Sobą niewielkie zwycięstwo.

Św. Paweł pisze wiele o tej ofierze Jezusa. Jej to dotyczą słowa: Albowiem miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli. A właśnie za wszystkich umarł Chrystus po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał (2 Kor 5,14-15). Pan Jezus umiera z powodu naszych grzechów, bo grzeszenie jako odwracanie się od Boga sprowadza na ludzi śmierć jak na roślinę brak wody. Ale Jezus umiera za nas, bo chce, umiera zamiast nas i sprawia, że nasz grzech zabija Jego, a my pozostajemy żywi i wolni od obciążającego nas i uniemożliwiającego nam życie wieczne grzechu. Pozostajemy żywi jeżeli będziemy trzymać się Jego, jak uczniowie być z Nim i wierzyć Mu. Bo On zawsze jest bezpieczny od zła, a my tylko wtedy, gdy jesteśmy zjednoczeni z Nim w jedno.

Jednak do bycia jednym z Jezusem nie jesteśmy zmuszani, ani nie jest to nam nakazywane. Jezus proponuje nam życie ze sobą i robi bardzo wiele, byśmy Jego ofertę przyjęli. Stara się, zabiega o nas, walczy do ostatniej sekundy naszego życia, byśmy zechcieli pójść z Nim. Tłumaczy nam, jak ogromną jest wartością, zachęca nas, błaga. I cierpi, by nas przekonać. A jeżeli mimo tego stawiamy opór, wtedy On, w zupełnej, ale to zupełnej ostateczności, przełyka gorzką pigułkę naszej niechęci. Jeśli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem (2 Kor 5,17), a jeśli tego nie chce, wtedy… ech!   

Diakon Jan