czwartek, 25 maja 2017

WIELKIE PRAGNIENIA

Masowy pochód do Boga.

I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu. Rzuć okiem dokoła i zobacz: Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie. Twoi synowie przychodzą z daleka, na rękach niesione twe córki. (Iz 60,3-4) Wielka rzesza repatriantów podąża z Babilonu do Jerozolimy. Wielu przez lata wysiedlenia utraciło więź emocjonalną z ojczyzną, wielu związało się z obcymi kobietami, ale po Edykcie Cyrusa Jerozolima na powrót staje się miejscem dostępnym do rozbudowy i zamieszkania. Znowu tam obecny jest Bóg, a Żydzi mogą iść do Niego, by stać się Jego Ludem. Wizję wielkiego powrotu ujrzał Prorok Izajasz i zapisał na kartach swojej Księgi. Ale czy w owym czasie powrót istotnie był tak entuzjastyczny i masowy, jak wynika ze słów Proroka. Wysiedleni przez Nabuchodonozora byli ludźmi wykształconymi, fachowymi, w większości znajdowali oni w Babilonie pracę i niezłe warunki życia. Dlatego nie zawsze wracali. Nie wszyscy na tyle mocno pragnęli Jerozolimy, by porzucić dorobek życia i zacząć od nowa. Ale ci, co porzucili Babilon, znaleźli się w szczególnej więzi z Nim. O jakiej masowości dążenia do Boga mówił zatem Izajasz? Jeśli nie w piątym wieku, to może odnajdziemy ją w czasach Jezusa? 

Masowy pochód czy strach? 
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon. (Mt 2,1-2) Do Jezusa przybyli przedstawiciele obcych narodów, tak jak zapowiedział Izajasz. Historia trzech mędrców przepowiada, że do Jezusa niebawem zwrócą się poganie: Grecy, Rzymianie i cały świat. Jednocześnie jednak Żydzi postąpią przeciwnie, w większości odwrócą się. Znów dążenie do Boga nie jest masowe. Ewangelista mówi, że skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. (Mt 2,3) Dlaczego się przeraził? Otóż z tego samego powodu, co Żydzi w Babilonie. Ponieważ trzeba będzie porzucić wszystko: król swoją władzę, kapłani swoje prerogatywy, a faryzeusze swój autorytet religijny. I wszyscy będą musieli uznać nad sobą władzę i autorytet Mesjasza. Poddać się Jego panowaniu. Przyjęcie Jezusa, to wyrzeczenie się siebie, a to jest bardzo trudne, dzieje się wbrew własnym grzechom, przywiązaniom do świata i słabościom. Prorok Izajasz widzi, zatem całą przyszłość: rzeszę ludzi na przestrzeni historii mających wielkie pragnienia, porzucających to, co małe i idących ku większemu. Tak dzieje się przez wszystkie pokolenia, ale z wielkim trudem. Mesjaszowi poddadzą się ci, co mają większe pragnienia, niż tego, co się posiada na ziemi. Herod przyjmie Mesjasza, gdy będzie miał większe pragnienia, niż być królem. Wysiedleńcy pójdą do Jerozolimy, gdy będą mieli większe pragnienia, niż dobrze prosperować w Babilonie. Człowiek współczesny pójdzie za Jezusem, gdy będzie miał większe pragnienia, niż dobrze zarabiać, mieć rodzinę i święty spokój.

Między Jezusem a Ojcem. 
Bóg ma dla nas zbawienie, to znaczy rzeczy najpiękniejsze z pięknych, życie w swoim domu, który przed nami otwiera. Jak to czyni? Budując most! Most do Ojca. Nasze zbawienie najpierw jest przygotowywane tylko między Jezusem a Ojcem. Jezus otwiera drogę przez most. Reszta należy do nas i zależy od naszych pragnień, by na ten most wejść i przezeń przejść. Jezus pyta niewidomego: co chcesz, abym ci uczynił? (Mk 10,51), a ten odpowiedział, że chce przejrzeć. Po co przejrzeć? Żeby co zobaczyć? Że rosną drzewa, czy że droga do Boga jest gotowa i miejsce na uczcie niebiańskiej czeka? Tak naprawdę najbardziej potrzebujemy jednego – by obudziło się w nas pragnienie Boga, pragnienie większe niż widzenia świata, niż ciepłego warsztaciku w Babilonie, posadki króla w Jerozolimie i świętego spokoju w moralnych kompromisach. Pragnienie słuchania Boga bardziej aniżeli ludzi.

Jezus z Ojcem ocala nas od grzechu, czyni swoimi dziećmi i przygotowuje mieszkanie w swoim domu. Jak to robi? Bierze na siebie nas z naszymi grzechami. Pokazuje to, gdy u progu działalności publicznej przychodzi do Jana Chrzciciela razem z pielgrzymami wyznającymi swe grzechy i wyrażającymi pragnienie nawrócenia. On czuje się grzeszny przez nas i chce nasz grzech usunąć. Nie jest to Jego osobisty grzech, ale grzech nasz, tym bardziej dojmujący, że niewinnie dźwigany ciężki Krzyż. Jezus ma w sobie nasz grzech i Ojciec patrząc na Jezusa widzi w Nim ten grzech, widzi jak ten grzech Go oddala od Niego i zabija, jak Jezus jest katowany przez nieswoje zło, przez szatana i ludzi, zatem nie z własnej winy. Będąc czystym czuje obciążenie złem przychodzącym ze świata. Umiera, ponieważ grzech jest odcięciem człowieka od Boga, a to zabija, jak pozbawienie rośliny wody. Jezus zostaje zabity przez zło zamiast nas, a dzięki temu my jesteśmy ocaleni. W Jezusie umiera nasza stara, grzeszna natura i jej przewinienia, a ze zmartwychwstaniem Jezusa rodzi się nasze nowe życie zdolne do łączności z Ojcem. Jak to się dzieje? Tak, że nasz grzech, spadając na Jezusa próbuje oderwać Go od Ojca, ale nie jest w stanie tego zrobić. Jego synostwo Boże jest silniejsze od szatańskiego zła. Jezus grzeszny naszym grzechem nie traci Ojca, a gdy zmartwychwstaje, na powrót w pełni jest z Nim i odzyskuje Go dla nas. 

Tyle Jezus osiągnął dla nas. Osiągnął to zupełnie sam, tylko przed Ojcem. Od tej chwili nasza wolność i czyste serce jest faktem i czeka w gotowości. Na co czeka? Na to, aż faktem się staną nasze pragnienia. Aż zapragniemy zaczerpnąć z Jezusa, a wyrzec się starego siebie. Zaiste wielka jest mądrość i charyzma w słowach Czepca w Weselu Stanisława Wyspiańskiego: „A, ja myślę, ze panowie duża by już mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” Chcieć „chcieć”, pragnąć tego, co jest gotowe, wykochane Krwią Jezusa i tylko czeka na naszą wolę, żebyśmy chcieli to wziąć, albo przynajmniej chcieli „chcieć” to wziąć.

Praca nad pragnieniami. 
Poddajmy ocenie nasze pragnienia. Popracujmy nad nimi. Jakie mamy pragnienia? W dzieciństwie pragniemy mamy, taty i zabawek. Potem pragniemy coraz więcej „zabawek”, albo coraz więcej ludzi. Albo skupiamy się na dobrach materialnych, albo na ludziach, albo po części na każdej z tych rzeczy. Bardzo lubimy rządzić. Jedni autorytarnie rządzą dobrami mater­ialnymi i masami ludzkimi, manipulują, wyżywają się, naginają prawo, tworzą złe prawo. Inni rządzą tylko swoimi podwładnymi w pracy, swoimi dziećmi, swoim mężem, swoja żoną. Największe szczęście wewnętrzne spotyka jednak tych, którzy odkrywają, że lepsze jest dawanie niż branie, czynienie dobra, służenie innym, nie kierowanie nimi, nie narzucanie im swej woli, nie stosowanie wobec nich nacisku, przemocy. Są jeszcze ci najbardziej pobożni, którzy pragną kierować się wolą Bożą, by szczęśliwie przechodzić przez życie, które ich otacza, pragną szczęścia, a Bóg im w tym „pomaga”, tak myślą, tylko pomaga, pokazuje jak wybierać, decydować, mieć najtrafniejsze pragnienia. Czy nie tak?

A jednak taka postawa to nie pełnia pragnień. Brakuje w niej pragnień największych, najbardziej uszczęśliwiających, a tych pragnień Bóg chce w nas najbardziej, ponieważ ich spełnień ma dla nas najwięcej. Są to pragnienia, które miał Jezus. Jego pragnieniami było przebywanie z Ojcem i to, żeby ludzie też przebywali z Ojcem. Tego pragnął mówiąc z Krzyża: „pragnę” i za razem nie chcąc pić z gąbki. Pragnął więcej niż ziemskiego picia. Największym pragnieniem dostępnym ludziom nie jest pragnienie pomyślności innych, ale pragnienie Boga dla nich. Spełnienie tego pragnienia spełnia wszystkie mniejsze pragnienia. Dlatego Bóg chce, byśmy mieli jak największe pragnienia, nie te małe, tymczasowe, przemijające. Kiedy Ci źle i pragniesz czegoś, pragnij Jezusa. Ucz się mówić – nie proszę Cię, Boże o nic konkretnie, proszę Cię o wszystko. Pragnę nie czegoś ze świata, pragnę Ciebie. Można wypowiadać takie pragnienia, ale jeszcze nie z głębi serca, tylko powierzchownie, nie do końca szczerze, więc jeśli nie umiesz jeszcze pragnąć Największego, nastaw się na dążenie w tym kierunku – by najbardziej ze wszystkiego pragnąć Boga, dla siebie i innych. Pragnąć Go szczerze, z serca, uczciwie. Chcieć Go „chcieć” ponad wszystko, a nie swoich małych "pragnionek". 

Diakon Jan, styczeń 2017